Nowy, wspaniały peerel czyli tryumf ześlizgu
Gdy Redakcja Wydawnictwa Podziemnego zaproponowała „uhonorowanie tej doniosłej chwili w historii prlu”, w pierwszej chwili mnie to zaskoczyło. Odczuwając narastającą falę propagandy wielbiącej „upadek komunizmu” i „odzyskaną wolność” pragnąłem jak najbardziej się od tego tematu oderwać. O czym tu mówić albo pisać? Wylewać żale, narzekać i/lub dawać upust sarkazmowi? Dla mnie to przecież ćwierćwiecze zwycięstwa bolszewickiego neo-NEPu – mojej osobistej klęski, bowiem sprawa, na której mi zależało i zależy okazała się przegrana na długie lata. To zwycięstwo bolszewików jest na tyle skuteczne, że dziś tylko nieliczni dostrzegają i rozumieją co się naprawdę wydarzyło, prowokację nazywają prowokacją, a podstęp podstępem. Pisać dla tych nielicznych, którzy to wszystko dobrze wiedzą? Czy w takiej sytuacji, akurat teraz, jest sens odnosić się do tego?
Po chwili zastanowienia, uświadomiłem sobie jednak, że, czy ja tego chcę czy nie chcę, rzeczywistość jest taka, że efekty 25 lat trwania pierestrojki (poprzedzonej kilkoma latami „uwertury” nie będącej przecież oddzielnym dziełem, jak to czasem ma miejsce), choć katastrofalne dla antykomunistycznej sprawy, można i należy spróbować ocenić oraz wyciągnąć z tego wnioski. Po to, aby mimo wszystko tę sprawę podtrzymać, nawet jeśli będzie to sprawa tylko dla owych nielicznych, którzy prowokacji nie ulegli. Sukces bolszewików jest ogromny i choć jest bardzo przykry dla nas – ich wrogów, powinien stanowić przedmiot dyskusji i analizy. Chodzi przecież o poznanie prawdy. Po to, jak mi się zdaje, istnieje niniejsza witryna.
*
W październiku 1988 roku, na skwerze przed wejściem na Uniwersytet Warszawski pojawiły się stoiska z wydawnictwami podziemnymi. Komuniści na to nie reagowali (co mnie wtedy nie zastanawiało – byłem bardzo naiwny), więc było ich z każdym dniem coraz więcej. Na koniec roku był tam już prawdziwy kiermasz – cała polityczna paleta anty-ustrojowego Podziemia. Dzięki temu, że była tam też prasa otwarcie antykomunistyczna, a jej kolporterzy też byli antykomunistami, dowiedziałem się o „magdalence” na tyle dużo, żeby na czas zorientować się w kwestii polskiej odsłony pierestrojki. Po raz pierwszy przeczytałem też wówczas kilka świeżo wydanych w Podziemiu książek Józefa Mackiewicza, w tym Zwycięstwo prowokacji. Mimo wszystko jednak, nie odbierałem jeszcze wydarzeń pesymistycznie. Tych, którzy radykalnie sprzeciwiali się komunistom nie brakowało, a wśród nich było sporo głośnych nazwisk i antykomunistycznych grup politycznych. Uczestnicząc w 30-50. osobowych demonstracjach anty-okrągłostołowych i antykomunistycznych pod hasłem „Nie ma pojednania!”, pocieszałem się, że jest to mimo wszystko jakaś siła, choć nie miała ona wtedy wielkiego „wzięcia”. Przeciwko niej stanęli nie tyle bolszewicy co „nasi” – solidarnościowcy. W rezultacie tego faktu, podczas tych demonstracji na chodnikach Krakowskiego Przedmieścia stali Warszawiacy wygrażając nam albo w najlepszym razie pukając się w czoło (było to niezapomniane przeżycie, które raz na zawsze wyleczyło mnie z wiary w tzw. mądrość narodu). Komuniści nie musieli nic z tymi demonstracjami robić, Polacy sami odrzucali naszą alternatywę. Łamaliśmy przecież jedność peerelowskiej opozycji i występowaliśmy przeciwko temu co mówią i robią „przedstawiciele narodu”. Psuliśmy ludowi piękną wizję przyszłości, ale nikt z nas wówczas o to nie dbał bowiem byliśmy przeświadczeni, że nasza postawa jest nakazem chwili.
Wkrótce jednak nadeszły „niekonfrontacyjne wybory” i zaczęła się zabawa w „wolną Polskę”, która trwa do dziś. Permanentna pierestrojka, z „upadkiem komunizmu” na samym szczycie. Przykro było patrzeć jak środowiska antykomunistyczne po kolei się wykruszają. Po roku już praktycznie nikt nie występował przeciwko nowemu-staremu tworowi, uzgodnionemu w czekistowskiej willi. Co najwyżej przeciwko komunistom, którzy jednak w oczach Polaków rozwiewali się szybko niczym poranna mgła. Na koniec wystarczyło (p)oddanie insygniów niegdyś wolnej Polski, czemu niemal wszyscy Polacy zgodnie przyklasnęli. Bolszewicy „wyprowadzili sztandary”, czerwona armia sowiecka wyjechała ze swoich baz, czerwona armia polska pozostała w swoich bazach, polscy czekiści pozostali na swoich miejscach. Nikt nie szukał prawdziwej odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało i co właściwie się stało. Wystarczył propagandowy bełkot o gospodarczym, politycznym i militarnym zawaleniu się komunizmu. Antykomunizm polski, który dążył do kontrrewolucji przestał istnieć, gdy zdecydowana większość antykomunistów porzuciła go jako swoją polityczną tożsamość. Od tej chwili zaczęło się liczyć tylko „poprawianie” „zmodernizowanego”, zaakceptowanego i nazwanego „wolną Polską” systemu. Trwa on w najlepsze. Co najwyżej problem sprowadza się do biadolenia nad potrzebą dekomunizacji, która w warunkach, gdy bolszewicy dalej kontrolują rozgrywkę, jest z góry skazana na porażkę. Tak też kończą się jej próby. A na co dzień fikcja i gra pozorów, czyli jak to pod bolszewikami. Ale jest przecież lepiej! Można wreszcie wyjeżdżać bez wizy za granicę do szybko bolszewizującej się (także dzięki peerelowi) reszty Europy. Jest „wolny rynek” kontrolowany, gdzie „każdy może”, ale nikomu poza bolszewikami się nie udaje. Bolszewicy to dzisiejsi kapitaliści i tak dalej.
Jestem zdania, że jeśli ktoś poważnie traktuje to co napisał Józef Mackiewicz i odwołuje się do jego poglądów, powinien postępować konsekwentnie w odniesieniu do tego wyboru. Mackiewicz był bowiem kontrrewolucjonistą konsekwentnym w słowach i w czynach. Nie dożył pierestrojki (jej jawnej fazy), ale na tyle dobrze opisał strategię i sposoby działań bolszewików, aby można było uznać, że jego zdanie na ten temat nie różniłoby się zbytnio od tego, które przedstawił odnośnie poprzedniej wielkiej prowokacji komunistycznej w peerelu, czyli „Polskiego Października”. Odnosząc się do niej w Zwycięstwie prowokacji, określił ją wprost jako „najnowsze wydanie NEPu”, zaś w dopisku z 27. czerwca 1981 dodał:
W późniejszych latach wzór ten zostanie powtórzony. Tyle, że „duumwirat Gomułka – Wyszyński” przeistoczy się w „triumwirat: Partia komunistyczna + Opozycja (przywódca „Solidarności” Lech Wałęsa) + Kościół Katolicki (papież, Jan Paweł II)” (Rozdział: Druga wielka prowokacja. Technika dezinformacji).
Tak też się wkrótce stało, nie dalej niż dekadę później. Nie mam wątpliwości, że ówcześni antykomuniści dobrze zdawali sobie sprawę z komunistycznego podstępu, o czym świadczy przecież ich zdecydowana i radykalna postawa w tamtym czasie. Czym więc wytłumaczyć nieodległe w czasie, porzucenie przez nich dotychczasowej tożsamości i wzięcie czynnego udziału w prowokacji komunistycznego wroga? Uznaniem jej za wydarzenie autentyczne, przed czym dopiero co sami przestrzegali? Wallenrodyzmem? Czy nie słyszeli o NEP-ie i o „Truście”? Zapomnieli o tej nauczce? Czy może stwierdzili, że na pokonanie bolszewików nie ma szans i zwyczajnie się im poddali? Dlaczego wobec tego, tak wielu z nich woła dziś wielkim głosem, że ustrój polityczny, do którego przystąpili i któremu pomagają trwać to „peerel-bis” tzn. mniej więcej ten sam twór, co ćwierć wieku wcześniej? Dlaczego go nie odrzucają lecz przeciwnie, uczestniczą w jego strukturach, a tym którzy gotowi są słuchać ich zaleceń każą jeszcze bardziej angażować się w tak wykreowaną „politykę”?
Jest jeszcze możliwe i to, że przeważyło u nich wishful thinking i stali się polrealistami. Jeśli tak, to skąd wzięła się taka zmiana postawy – odrzucenie przez nich antykomunistycznej tożsamości? Na pewno nie z lektury Józefa Mackiewicza. Sądzę, że mogło wziąć się stąd, że ponad antykomunizm postawili inną sprawę, sprawę narodową. Przenieśli ją na pierwszy plan, gdy tylko antykomunizm pozornie przestał być przydatny. Jako swój główny oręż przyjęli bardzo wąsko pojęty patriotyzm. Pojęty bardzo wąsko dlatego, że de facto sprowadzony do nacjonalizmu. Przyjęcie takiej postawy skutkuje tym, że najważniejszy staje się doraźny interes własnego narodu „tu i teraz” a nie interes w szerszym kontekście. Tym szerszym kontekstem jest rzeczywistość: fakt, że Polacy mogą skutecznie odzyskać wolność tylko po wspólnym pokonaniu bolszewickiej zarazy wraz z innymi narodami. Jednak, wedle postawy polrealistyczno-nacjonalistycznej, wszystko ma być zgodne z ustaloną kalką:
1. Sprawa polska, w każdej chwili ma być ponad wszystko inne niezależnie od sytuacji.
2. Bierzmy sprawy takimi jakimi wydają się być, a nie takimi jakimi są. Nie było żadnego podstępu – komunizm upadł i wszystkie działania należy do tych tez dostosować.
Nawet sowiety sprzed ponad pół wieku (czasy II wojny światowej) określa się dziś Rosją, aby tylko dopasować się do tego schematu. Polskę „wyzwalała” armia rosyjska, a nie sowiecka, to Rosja wymordowała polskich oficerów itd., itp. Dla uwiarygodnienia takich twierdzeń, miesza się też oba terminy w jednym przekazie. Dziś, gdy bolszewicy przemalowali sowiety na „Rosję” jest to szczególnie łatwe. Mniejsza o to, że czekiści to sowieci, do czego sami się otwarcie nierzadko przyznają. Liczy się to, że wśród nich są Rosjanie. Przy takim podejściu uwiarygadnia się dezinformację. Co na koniec pozostaje? Wieczne bicie narodowej piany, złorzeczenie i fantazjowanie. A bolszewicy doskonale potrafią ograć przeciwnika, który myśli takimi kategoriami i zgodnie z nimi postępuje. Wystarczy im to, aby go pokonać.
Uważam, że chcąc odtworzyć polski antykomunizm należy przede wszystkim odsunąć kwestię doraźnych interesów narodowych na drugi plan i przywrócić antykomunizm na plan pierwszy. Na tyle zdystansować się wobec narodowej sprawy aby dostrzec, że chcąc kiedykolwiek odzyskać wolną ojczyznę należy najpierw pokonać bolszewików, którzy stanowią zagrożenie dla wszystkich ludzi na świecie, a nie tylko i nie przede wszystkim dla naszego narodu. Bolszewicy globalnie traktują świat jako cel swojego podboju, więc trzeba się przed nimi bronić globalnie. Sprawa polska jest podrzędną sprawy antybolszewickiej.
*
Chciałbym jeszcze wytłumaczyć się z tytułu. Określenie „nowy, wspaniały peerel” oznacza dla mnie, że ustalony oszustwem pierestrojki ustrój jest kontynuacją peerelu – systemu władzy, który pozostając nieprzerwanie tym samym systemem od 1944/45 roku, realizuje niezmiennie te same strategiczne cele. Dlatego jest peerelem. Przy zastosowaniu narzędzi wedle wzorca leninowskiego NEP-u, został tak zmodyfikowany i zmodernizowany, aby wydawał się ustrojem zupełnie innym; aby zachowując swoją istotę, stał się atrakcyjnym na tyle aby się z nim w jak największej mierze utożsamiano; aby mogli go zaakceptować także jego dotychczasowi wrogowie. Last but not least także po to, aby stał się bardziej sprawny jako system władzy i pozwolił bolszewikom na większe zdobycze w wymiarze globalnym. Po to zastosowali prowokację pierestrojki. Jej polska realizacja nie jest niczym szczególnym, jest jedną z wielu dyrygowanych (przy otwartej kurtynie) z bolszewickiego „Kremla”, a jej specyfika wynika z wysokiego poziomu skuteczności prowokacji, w myśl zasady: im silniejsza „podkomunistyczna opozycja” tym większy sukces. Oczywiście, ta część tytułu nawiązuje także do znanej książki Aldousa Huxleya.
Dążąc do celu bolszewicy posługują się nie-bolszewikami, a nawet anty-bolszewikami, którzy ulegając ich prowokacjom rezygnują ze swojej dotychczasowej tożsamości doświadczając„wielkiego ześlizgu”. Mechanizm ten zdefiniował i opisał w swojej publicystyce Józef Mackiewicz. Termin „tryumf ześlizgu” przyjąłem (co bez wątpienia zauważy uważny czytelnik Mackiewicza) z podrozdziału broszury „TRUST” Nr 2 (Rozdział: „Tryumf Ześlizgu: Przez »opozycję« do »integracji«”). Mackiewicz opisuje w nim „pokazową kapitulację” polskiej emigracji politycznej na Zachodzie „opakowaną w szatę pokazowej »opozycji«”. Niemal równo 40 lat temu, czynnie angażując się w polityczną rozgrywkę polskich komunistów (wypowiadając się w kwestii „zmian” w „konstytucji PRL”), w ogromnej większości uznała ona ustrój komunistyczny w kraju za uprawniony, tym samym rezygnując ze swojej postawy antykomunistycznej. Przyjęła stanowisko polityczne, którego od początku jej istnienia domagali się od niej komuniści.
Taka sama sytuacja zaistniała aktualnie w odniesieniu do całości polskiego antykomunizmu. Niegdysiejsi antykomuniści zaakceptowali komunistyczną prowokację pierestrojki. Angażując się w „inny/nowy” system władzy, zdefiniowany i wykreowany przez bolszewików, definitywnie porzucili antykomunizm, jako swoją polityczną tożsamość. Wystarczyły do tego niezbyt skrywane pozory. Pomimo tego, że wielu z nich, także obecnie, deklaruje werbalnie swój wrogi stosunek do komunizmu i pomimo tego, że dobrze znają mechanizm jego „transformacji”, uczestniczą i głoszą potrzebę uczestnictwa w kolejnej wielkiej prowokacji bolszewików, oszukując siebie i innych tezą o upadku komunizmu i o odzyskaniu wolności. Choć 25 lat temu było to środowisko nieliczne, podobnie jak wcześniej antykomunistyczna emigracja polska, antykomuniści w kraju mogli wpłynąć na postawę części elit narodowych i co za tym idzie sporej liczby Polaków w przełomowych momentach prowokacji. Stanowili punkt odniesienia, jednak zrezygnowali z zachowania takiej postawy. Skapitulowali. Brak tego punktu odniesienia przynosi obecnie zgubne skutki nie tylko dla Polaków.