Zamknij
Dariusz Rohnka

Na 4 czerwca

31 maja 2014 |Dariusz Rohnka, Srebrne wesele prlu bis
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/05/31/na-4-czerwca/

Fraszka, a raczej… podróż w czasie i przestrzeni.

Jest dawno temu. Rok mniej więcej 1189 przed Chrystusem, wybrzeże Azji Mniejszej. Nazajutrz po długotrwałych a wyczerpujących zmaganiach dwóch wrogich światów, Odyseusz, jeden z najsłynniejszych wojowników starożytności, wyskakuje z drewnianego daru, ówczesnego cudu techniki i politycznego savoir-vivre’u. Jego celem zapobieżenie dalszym niemądrym waśniom? Ochrona mieszkańców starożytnej siedziby przed natręctwami niesfornych Achajów? Powszechna i wszechobecna, po kres świata, zgoda? Nawet gdyby Ulisses nie był prostolinijnym żołnierzem, a włodarze miasta naszkicowani piórem raczej Kochanowskiego, niż Homera, żaden z Trojańczyków nie dałby się skusić podobnym absurdom. Czy dlatego, że nie zaznali życia pod achajskim niebem, nie kosztowali ich cierpkiego wina, nie poznali ich prawd? Zapewne każdy z tych powodów mógł mieć swoje znaczenie. Najważniejsze jednak było jedno – w świecie, w którym żyli, słowo, niezależnie od używanego języka, znaczyło zawsze to samo.

Po trzech tysiącach lat ta stara i cnotliwa zasada odeszła do lamusa. Słowo zatraciło swój epicki wymiar, stało się użytkowe. Dzięki temu właśnie, w maju 1989 roku mogło dość do pierwszego od 1959 roku „spotkania na szczycie” przedstawicieli zbrodniczych imperiów: związku sowieckiego i komunistycznych Chin, Denga i Gorbaczowa; a owocem tego spotkania przerwanie trzydziestoletnich, choć istniejących wyłącznie w wymiarze propagandy, sporów. Czy właśnie wtedy ustalono szczegóły czerwcowego spektaklu, kija i marchewki, czołgów rozjeżdżających ludzi i trzydziestoprocentowej „wolności”, „strategii nożyc” jako przeciwwagi dla „jednej zaciśniętej pięści”, tego dociec nie potrafimy. Wątpiącym w koincydencje, jedno wyda się możliwe: krew przelana na placu Tiananmen miała dopomóc w bezwarunkowej akceptacji bolszewickiej fikcji 4 czerwca 1989; fikcji, w którą nie uwierzyłby najmniej rozgarnięty Trojańczyk trzy tysiąclecia wcześniej, a którą bez problemu przełknął świat ogarnięty tchnieniem bolszewizmu.

Żaden geniusz pióra, Homer czy Wergiliusz, nie zdołałby zawładnąć głębią tej ironii. Ironii wstydliwej, bolesnej i konsekwentnej. Tej samej, która bawi się ludzkim rozumem dwadzieścia pięć lat później, gdy rzekomo imperialna „Rosja” zagarnia niby jakiś tam skrawek swojskiej sowieckiej ziemi. Ale świat nie przeciera oczu ze zdumienia; nie odrzuca fałszywych kości; nie odkrywa fikcji, oczywistej jak drewniany koń Achajów.

Timeo Danaos et dona ferentes

Nic nie dzieje się samo z siebie, zatem i triumf pierestrojkowej fikcji musi mieć swoje przyczyny. Może i tysiące przyczyn pomniejszych, a może jedną zasadniczą? Oczywiście, w pierwszej chwili przychodzi na myśl jedno – podstęp, podstęp albo prowokacja. O pierestrojkowym podstępie pisał Anatolij Golicyn, tytułując tak mniej znaną ze swoich książek. Wykład bolszewickiej prowokacji zapisał Józef Mackiewicz. Nie tylko waga tych autorytetów nakłania do przytaknięcia. Od fałszywej liberalizacji z przełomu lat 50. i 60., poprzez rzekomy rozłam sowiecko-chiński, aż po spektakularną projekcję słabości lat 80., pierestrojka została przygotowana i przeprowadzona z uwzględnieniem najdrobniejszych szczegółów. A jednak, gdy zapisuje się po raz kolejny słowo „podstęp”, trudno zaprzeczyć przekonaniu, że nie jest to żaden bolszewicki wynalazek. Podobnie achajski koń jest tylko jednym z wielu tego typu epizodów w historii. To co wyróżnia pierestrojkę to jej totalna niewiarygodność.

Sławna przestroga nie uchroniła Troi przed smutnym końcem; jej mieszkańcy padli ofiarą fortelu. A jednak ich naiwna decyzja ma usprawiedliwienia. Bo cóż dziwnego w tym, że po 10 latach bezowocnych starań znużeni greccy wojownicy postanowili odstąpić od oblężenia i wrócić, jak Odyseusz, do swoich domów i rodzin? Można mieszkańcom Troi stawiać zarzut niefrasobliwości, można ich też zrozumieć. Podobny wybór nie istnieje w przypadku ludzi deklarujących wiarę w pierestrojkę.

Kapitulacja, nawet bezwarunkowa, jest rzeczą zwykłą, nie tylko na wojnie. Pokonany wróg odchodzi albo pada ofiarą obrońców. Czy jednak zdarzyło się kiedykolwiek w historii, że wróg rezygnował z własnej i nieprzymuszonej woli, w dodatku w sytuacji, gdy po przeciwnej stronie nie stał żaden przeciwnik? Z frasobliwą ironią można powiedzieć, że owszem, że to dokładnie stało się 4 czerwca 1989 roku, tyle że podobny wniosek nie ma nic wspólnego z prawdą. Wbrew uporczywie sianej propagandzie, „reżim” nie ugiął się pod naporem okoliczności. Ówczesny peerel nie rósł w siłę, ludziom nie żyło się dostatnio, ale też nikt nie planował z tego powodu rozdzierać szat. Nieprawdą jest też jakoby system znajdował się w stanie agonalnym, jakoby zagrażało mu bankructwo. Jeśli nawet sytuacja ekonomiczna tworu zwanego peerelem nie była kwitnąca, należy wziąć pod uwagę dwa przynajmniej czynniki: mizerna sytuacja ekonomiczna podległej ludności nigdy nie spędzała snu z bolszewickich powiek; nowe pomysły gospodarcze związane z częściowym uruchomieniem „inicjatywy prywatnej” mogły (i rozwiązałyby – vide dzisiejsze komunistyczne Chiny) każdy potencjalny problem. Skoro już zdecydowano się na zmianę komunistycznego anturażu, stało się tak na wyraźne polecenie bolszewickiej Moskwy. Dlaczego więc tak łatwo uwierzono w niemożliwe?

Pośród wielu odpowiedzi na czoło wybija się jedna, pesymistyczna. Człowiek to natura wygodna, nieskora do nadmiernego wysiłku, żądna dobrobytu. Poza tym, a wbrew Wergiliańskiej maksymie, czyż darowanemu koniowi zagląda się w zęby, nawet zwierzęciu o komunistycznym rodowodzie? Taki koń może ugryźć i nigdy przecież nie zechce nosić munsztuku. – Takie myślenie nazywa się realistycznym, choć to tylko nie-całkiem-pobożne życzenie.

Bywają sytuacje nie dające z pozoru wyboru. Czy zresztą ten wolny wybór w takiej dobrej cenie? To gorzka prawda, że często sięgają po niego ludzie, których niechętnie chciałoby się widzieć w gronie bliźnich. Refleksja Mariana Zdziechowskiego na temat młodszego Cziczerina, którą całkiem niedawno umieściliśmy na witrynie, nasuwa najgorsze myśli – nie zawsze natura, nawet szczera i przejęta, radzi sobie dobrze z nadmiarem wolności. Nie zawsze wola skłania się ku dobru. Niekiedy dobre z pozoru intencje czynią z życia piekło. To może prowadzić do chwiejnej konstatacji – czy aby nie lepiej, że obywatele tego kraju wybrali dla siebie byt wolny złożony ledwie z trzydziestu procentów?

„Wielki Inkwizytor” Iwana Karamazowa to dzieło ambiwalentne. Pisane raczej z poduszczenia szatana, bardzo mgliste. Inkwizytor przedstawia się jako krwawy obrońca ludzkości przed niebezpiecznymi mrzonkami Zbawiciela, pragnącego wyzwolić w człowieku jego wolną wolą. Głos Inkwizytora jest głosem pesymizmu – grzeszna natura ludzka nigdy nie sprosta wyzwaniu, niewola jest dla niej jedynym ratunkiem. Inkwizytor nie ma złudzeń, nie waha się, choć zdaje sobie sprawę, że w ten sposób przekreśla nie tylko swoją wiarę. Dobro niedoskonałej ludzkości jest w jego pojęciu dobrem najwyższym, czy nie ma racji? Na to pytanie nigdy nie dostaniemy gotowej odpowiedzi. Młodszy Cziczerin i jego towarzysze, którzy niechybnie czytali „Braci Karamazow”, wzięli rozwiązanie zagadki w swoje ręce. Uczynili dzieło Dostojewskiego bardziej wiekopomnym, niż kiedykolwiek mógł sam zamarzyć. Ale nie to powinno nas teraz trapić.

Co za zgubny szał, obywatele!

Tak wiele wieków temu wykrzyknął Laokoon, mąż „zapalony”. Te czasy dawno przeminęło. Dziś żaden krzyk obywatelski nie zagrzmi w strachliwej ciszy. Wielki Inkwizytor nie wzbudza już rozterek wśród natchnionych poszukiwaczy prawdy, dopiął celu. Choć zewsząd słyszy się coś całkiem przeciwnego, wolna wola została uwięziona na dobre. Człowiek został uwolniony od ciężaru wyboru; ironia leży w tym, że myśli całkiem inaczej. Trojańczycy, choć doznali strasznej klęski, zdołali przejrzeć na oczy, wyrwać się z kleszczy podstępu; legenda głosi, że zbudowali wielkie imperium. Spadkobiercom 4 czerwca, którzy za moment z wielkim gwarem będą obchodzić swoją rocznicę, nic podobnego nie grozi. Nie ma sposobu, aby ktokolwiek uchronił ich od złego losu. Nie są przecież nawet obywatelami, choć nie byliby skorzy w takie dictum uwierzyć.

Dziś Laokoon nie wzbudziłby sprzeciwu, a jedynie uśmiech.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/05/31/na-4-czerwca/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Srebrne wesele prlu bis
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2014/05/31/na-4-czerwca/