Zamknij
Dariusz Rohnka

Wieczność na Mlecznej Drodze cz. I

20 sierpnia 2013 |Barbara Toporska, Dariusz Rohnka
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/08/20/wiecznosc-na-mlecznej-drodze-cz-i/

Kocham także pewność,
że pewnego dnia rozstanę się z tym wszystkim
dla czegoś zupełnie, zupełnie innego.

Leży przede mną na biurku solidnie zaczytany, opasły, niemal ośmiusetstronicowy, tom publicystyki metafizycznej, pisanej na hulajnodze*. Nie wiem co myśleć, a mam coś napisać. Od czego zacząć? Co w ogóle poruszyć? Obfitość i ból głowy. Czy rozumiesz czytelniku dramat sytuacji?

Wiem przynajmniej, że to nie będzie recenzja. Ani mi się śni recenzować Barbarę Toporską. Niech się inni wdają w podobne awantury. To nie świadczyłoby najlepiej o moich pięciu klepkach. Ja mogę jedynie podzielić się wrażeniami. Nie będą to jednak wrażenia z rodzaju tych zachęcających. Z wielu powodów, między innymi dlatego, że robić tego w przypadku tej autorki nie wolno. Jeśli nawet nie ogarniam zbyt dobrze, cóż ten tom oznacza, jedno wiem na pewno: to nie jest twórczość dla czytelników z przypadku. Dlaczego, nie powiem teraz i pewnie nawet nigdy.

Leży ogromniasty tom, a ja sobie myślę, jaka byłaby nasza wiedza o Barbarze Toporskiej i jej pisarskiej twórczości, gdyby nie wieloletni wysiłek wydawcy, Niny Karsov, aby możliwie nic z tej twórczości nie uronić, zebrać wszystkie teksty, ustalić autorstwo, poddać weryfikacji, sprawdzić, sprawdzić, sprawdzić, i jeszcze raz – sprawdzić, czy może gdzieś tam, w odległym w czasie zakurzonym wolumenie jakiś tekst się nie zawieruszył? Pytanie zadałem i kropka. Nietrudno sobie odpowiedź dopowiedzieć. Trudniej wyobrazić skalę podjętego wysiłku. Tysiące godzin spędzonych na mozolnej kwerendzie. Możesz mi czytelniku wierzyć na słowo, choć i moje pojęcie skandalicznie mgliste.

Ponieważ nie wiem od czego zacząć, zacznę od rozterki. Barbara Toporska nie kochała mojego miasta, nie tyle nie kochała, co wręcz – nie znosiła, nie cierpiała. Mnie się ono kojarzy z niekiedy bardzo dobrymi chwilami życia, ona chciałaby z niego tylko uciekać. Przynajmniej jedno nas jednak łączy – oboje wracamy do niego pamięcią.

Poznań był dla Barbary Toporskiej obcym miastem, obcą ziemią, czuła się tam emigrantką. Jej miastem ze snu było… Wilno. Tam, na stacji kolejowej, wysiadła z pociągu i zrozumiała w ułamku mgnienia – była w domu, w mieście swego przeznaczenia. Nie o same miasta chodziło, bardziej o ludzi w nich pomieszkujących, o ich sposób bycia, o styl poruszania się, prowadzenia rozmowy, o aurę, którą tworzyli. Poznań i Wilno AD 1934 to dwa światy, albo też jeden świat, ale w dwóch czasowych przestrzeniach, nie tyle jeśli idzie o odmienności liczone kulturą materialną, ale bliskością (dalekością) do przeszłości, tradycji, dawnej kultury, historii, którą Barbara Toporska kochała, kochała ze wzajemnością, jeśli za taką wzajemność można uznać dar zrozumienia.

Lękam się ździebko własnej brawury, ale odważę się na myśl następującą: To jedno wyznanie Barbary Toporskiej, to o wyśnionym mieście, jest kluczem-wytrychem do całej twórczości, do Metafizyki na hulajnodze, ale nie tylko. Kluczem odlanym z dotykalnej bliskości przeszłości, nieustającej próby jej zrozumienia, z bezpokornej miłości, czasem gniewu, gdy błędy popełniane przez przodków, także przez współczesnych (co wyjaśnię) okazywały się zbyt trudne do zniesienia.

O świadomości historycznej Barbary Toporskiej powstanie kiedyś niejeden traktat. Jest absolutnie wyjątkowa, a przy swojej wyjątkowości naturalna. Nie za sprawą wyczerpującej, głębokiej refleksji nad dziejami, ale dzięki bardzo szczególnemu osiągnięciu – dzięki umiejętnemu zatarciu granicy między tym, co było i co jest, także tym, co będzie. Barbara Toporska dokonała rzeczy niebywałej, zabiła czas, przynajmniej w jego podstawowej, konwencjonalnej funkcji przemijania. Ustaliła, że czas jest po to, żeby odmierzać, nie zaś spychać w niebyt przeszłości. W hierarchii wartości przeszłość ani odrobinę mniej nie znaczy od teraźniejszości. Jeśli już ważyć, znaczy znacznie więcej.

W ten właśnie prosty (prosty?) sposób powstało niebywałe narzędzie, raczej metoda, metafizycznego pojmowania dziejów, obcowania z nieustannie żywym historycznym przekazem, rzadka, naprawdę rzadka pewność, że to co jest, teraźniejszość, to tylko skromny odcinek na linii Wieczności. Dlatego, gdy Barbara Toporska opowiada o prababkach, prapradziadach, pradziejach nie mam wrażenia patyny, przykrywającej omszałe legendy, ale współuczestnictwa w historycznym trwaniu.

Nie zawsze jest tak łatwo, czasami przeszłość ucieka od nas, czasem odwrotnie, to my nie potrafimy się w niej odnaleźć. Może dlatego, że „każda próba utrwalania jest niszczeniem”? Wówczas nawet proste wspomnienie staje się naprawdę trudne:

Żyję w świecie, w którym nic nie jest podobne do tego, co otaczało mnie w dzieciństwie. Gdy jednak próbuję uciec przed nękającą mnie obcością (przed nękającą mnie niepewnością) w tamten świat niby to znany, solidny, familiarny, moja pamięć cofa się z przerażeniem przed czarną otchłanią, której czeluści pochłonęły domy, ulice, miasta całe, krajobrazy i ludzi ongiś znanych…

Jeśli, śladem Barbary Toporskiej, zrozumiemy znikomość teraźniejszości, to że każda z nich istnieje zaledwie chwilę, albo chwili ułamek, że z kolei przyszłość jest mglista i niepewna, z punktu widzenia pracy naszego umysłu niemal całkiem bezużyteczna, wówczas uświadomimy sobie znaczenie historii. Tejże, do której zwykle nie przywiązuje się najmniejszej wagi, którą się zbywa demonstracyjnym ziewnięciem, jako rzecz w życiu absolutnie nieprzydatną, która należy do przeszłości, a więc jest pozbawiona wszelkiego teraźniejszego właśnie znaczenia. Historii (przeszłości), którą jeśli nawet deklaratywnie kochamy, jest nam potrzebna tylko „dla platonicznych uczuć”, a nie dla szukania w niej „aktualnego sensu”. „Czy przypominacie sobie – pytała retorycznie Barbara Toporska w tekście zatytułowanym „W kałamarzu historii” – jakąś dysputę historyczną, która umiałaby zainteresować szerszy ogół? Czy próbował ktoś rozważać ad meritum Konstytucję 3 maja… Czy wielu z nas zna nazwiska swoich czterech prababek?”

„Jeśli historia jest naprawdę magistra vitae, to trzeba na nią patrzeć realnie, jak na życie, które się obok toczy. Trzeba trzeźwo i szeroko otwierać oczy, niczym na lekcji poglądowej”. Przykładem takiego właśnie stosunku do historii był głośny, uznany za obrazoburczy, paszkwil historyczny Karola Zbyszewskiego, „Niemcewicz od przodu i od tyłu”, w którym dostało się praktycznie wszystkim znanym epoki stanisławowskiej. Toporska cytowała odpór jaki dał Zbyszewski swoim krytykom:

Ani mi w głowie żadne „szarganie świętości”. Lecz nie mogę ludzi, co doprowadzili Polskę do upadku, przedstawiać w korzystnym świetle. Bardzo wygodnie zwalać wszelkie nieszczęścia na zły los, fatum, sytuację międzynarodową – ale to nieprzekonywujące. Jeśli zdechnie osioł – może istotnie to tylko pech, ale gdy ginie całe państwo, ktoś jednak jest temu winien.

Odbrązawianie, nawet tak skrajnie radykalne jak to ma miejsce w przypadku niedoszłej dysertacji doktorskiej Zbyszewskiego, to zaledwie jeden z warunków, pomocnych w realizacji nadrzędnego celu – odkrycia historycznej prawdy. Trzeba jeszcze innego – poczucia, że się samemu jest cząstką , choćby najdrobniejszą, historycznej epopei. Należy przekroczyć granicę przeszłości i stać się historykiem od środka.

Co może wydać się paradoksalne, Barbara Toporska nie uprawiała publicystyki historycznej. Poza jednym jedynym wypadkiem, dość zresztą przypadkowej polemiki z Oskarem Haleckim, nie ma w jej twórczości tekstów o takim charakterze. Historia odgrywa jednak rolę w niemal każdym jej tekście, czy rzecz będzie o modzie, o bezmyślności rozwydrzonej młodzieży czy o magii spirytystycznego stolika, Toporska wraca do historii ze swobodą i lekkością kogoś dobrze w niej zadomowionego. Nie waha się sięgać w swojej publicystycznej narracji ani po Herodota, gdy bierze ochota na niby-żarty z wyimaginowanego prezesa, ani po postać wychodzącej kominem babci, żeby lepiej podkreślić brak oryginalności i polotu współczesnych bojowników rzekomego postępu i piewców młodzieży, nawet po samą siebie, odmłodzoną o jakieś ćwierć wieku i mocno odmienioną. Czasem znowu zakłada na głowę wspaniały kapelusz, modny jakieś pół wieku wcześniej, i siada w przepysznym salonie:

Prawdopodobnie wydawało się lat temu pięćdziesiąt, że życie potoczy się lepiej… Damy dzieliły się na te, które dmuchały w domowe ognisko, szanowane i zasznurowane od wysokich trzewików do sztywnego kołnierzyka, i damy „od Maxima”, aktorki, kokotki, tancerki. Mężczyźni przechodzili swobodnie między światem i półświatkiem, jedli w domu i poza domem, pili w domu i poza domem, spali w domu i poza domem. Nigdy chyba im się tak dobrze nie działo. Pan domu jaśniał i chmurzył swoje oblicze, niczym Zeus na olimpie, żona o kilkanaście lat młodsza, zaprowadzona do ołtarza w stanie idealnej białej gąski z zażenowaniem wspominała tę chwilę, gdy surowy władca klęczał przed nią z bukietem w trakcie oświadczyn. Zresztą okres narzeczeństwa był najszczęśliwszym okresem jej życia. Czuła się jak primadonna. Może niejedna skrycie zazdrościła później tym innym, o których mówiło się z pogardą… W domu jednak kobieta dbała o nienaruszalność stanu rzeczy.

Poznanie historyczne jest koniecznością, warunkiem niezbędnym dla zrozumienia. Historyczny nałóg bywa jednak również niebezpieczny, śmiertelnie niebezpieczny wówczas, gdy koniecznością staje się nie tyle poznanie, co tzw. „historyczne prawa”, kształtowane jeszcze w wieku dziewiętnastym pod wpływem „mętnej” heglowskiej filozofii, której „duchy” usiłowała wypędzić narratorka tytułowej Metafizyki… To heglowskiej inwencji zawdzięczamy „i Ducha Narodu, i Ducha Historii, i Ducha Czasów, i całą gromadę innych Duchów… Duchy te stały się bardzo wdzięczną substancją dla poezji, w polityce jednakże spisały się fatalnie. Co gorzej, spostrzegam, że mimo kompromitacji, straszą do dziś dnia. Przyznajcie: łatwiej się dziś przyznać publicznie do niewiary w Ducha Świętego, niż podać w wątpliwość Ducha Narodu. Świętość! Tabu! Dzwon Zygmunta pęknie!…”

Człowiek wyznający Ducha Historii znajduje się „pod władzą obsesji historii” i „wiary w predestynację historii”, a więc skazany jest na przywiązanie do historycznego determinizmu i wiary w nieodwracalność historycznego procesu. Ten, wyrosły na gruncie dziewiętnastowiecznej filozofii, miazmat zatruł skutecznie myślenie sobie współczesnych, ale wywarł także tragiczny wpływ na stulecie kolejne. Przyczynił się do stworzenia obrzydliwych ideologii: nacjonalizmów i totalitaryzmów. To na ich z kolei gruncie mógł wyrosnąć bolszewizm, na którego istotę miała Barbara Toporska gruntownie ustalony pogląd:

Bolszewizm to żadna czarna chmura, rozdzierana czerwienią błyskawic i gromem piorunów, w której jedni chcą widzieć zapowiedź tym jaśniejszego jutra, a inni grozę zniszczenia. Bolszewizm to bezkresna, beznadziejna szaruga, od horyzontu do horyzontu, to bezapelacyjna jednostajność płaczącego nieba, to pewność, że jutro też nie zaświeci słońce i wszyscy tak samo chadzać będą ze spuszczonymi głowami […] … sowiecki dzień powszedni nie da się porównać z niczym, co było przedtem pod jakimkolwiek reżimem świata.

Tak pisała autorka Metafizyki… w kilka miesięcy od „ucieczki przed wyzwoleniem”, trafiając celnie w najistotniejszą cechę zewnętrzną bolszewickiej „wolności”. Podsowieckie doświadczenie nie było jej zresztą potrzebne do odpowiedzenia sobie na pytanie czym jest komunizm-bolszewizm. Co zresztą banalnie oczywiste. Tylko ludziom schodzącym od czasu do czasu, albo przypadkiem, w antykomunistyczne podziemie może się wydawać, że do pojęcia czym jest bolszewicka zaraza potrzebne jest albo jakieś szczególnie przykre, osobiste doświadczenie, albo niebywały intelekt. Nonsens. Każdy zdrowy na umyśle człowiek jest zdolny pojąć w lot istotę tego paskudztwa. Nie inaczej było z młodziutką, ledwie dwudziestoletnią Barbarą Toporską, która nazajutrz po przyjeździe do Wilna (z Poznania) zaczęła pracować w tamtejszym „Słowie”:

Na ulicach pustki i tłumy. Sklepy, urzędy, jadłodajnie zamknięte, koło muru przemykają się z rzadka pojedynczy przechodnie. A środkiem ulicy walą ciężarówkami i wspaniałymi Rolls-Royce’ami, czy Hispano-Suizami, bandy uzbrojonych komunistów. Wszystkie auta prywatne zostały skonfiskowane, oddane na usługi rządu, a raczej bezrządnego komunizmu. Patrole milicjantów i umundurowanych milicjantek zatrzymują nielicznych przechodniów i, mierząc z karabinów czy rewolwerów, wzywają do… pozdrowienia formułą Frontu Ludowego. Cicho i ostrożnie, przebrani za wieśniaków i wieśniaczki, pukają do drzwi domostw mnisi i zakonnice, którym udało się ocalić życie…

To fragment artykuły, opisującego zbrodnie hiszpańskiej rewolucji: „Krwawe dni Barcelony”. Czy potrzeba wielkiego myślowego wysiłku, aby zrozumieć zgrozę komunizmu? Młody wiek Toporskiej nie jest dla rozstrzygnięcia tego pytania żadną miarą. W tych niemal debiutanckich tekstach o komunizmie (i nie tylko) nie sposób doszukać się cienia młodzieńczej niedojrzałości. Widać już za to niebywały talent i intelektualną spójność, która dekadę czy dwie później będzie porażać jej emigracyjnych czytelników swoją unikatową oczywistością.

Autorka wysnuwa także trafne wnioski i formułuje celne spostrzeżenia. Możemy więc przeczytać o „Drugiej Międzynarodówce” torującej drogę „Trzeciej”, czy o notorycznych kłamstwach publikowanych przez Robotnika, który posługuje się tym samym źródłem informacji, serwisami PAT-a, co redakcje innych gazet, a jednak całkowicie odmiennie przedstawia sytuację. Fałszowanie rzeczywistości jest karygodne, szczególnie, że „służy propagandzie bolszewizmu.”

To, co u progu pisarskiej kariery Barbary Toporskiej nie było jeszcze może normą – owo fałszowanie rzeczywistości, stawało się konsekwentnie jednym z głównych tematów publicystycznych zmagań, jakie prowadziła autorka Metafizyki przez kolejne 50 lat, nigdy nie rezygnując ze zdumienia nad głupotą świata. Czy przez pół wieku można bezkarnie zajmować się w gruncie wciąż tym samym, zwalczaniem fałszu, a czyniąc to nie nudzić nużącym kataryniarstwem? Nie ma rzecz prosta jednej odpowiedzi – niemal wszystko zależy od talentu i obranej metody.

Jedna cecha szczególna tego pisarstwa frapowała mnie może najbardziej podczas krótkich godzin obcowania z publicystyką Barbary Toporskiej. Pewność stawiania literowych znaków, składania słów i całych zdań, tekstów, utworów, dzieła. Jestem absolutnie pewien, że żadne zdanie nie wyszło spod pióra Barbary Toporskiej przypadkowo, mimochodem, między jednym a drugim łykiem kawy, między drugim a trzecim dymem z papierosa. Nie licząc jednej wyjątkowo nieprzemyślanej frazy, wszystko w tej prozie jest konsekwencją skrupulatnej myśli, metafizycznej konstrukcji stawianych problemów, o to czym jest dusza (i czy aby na pewno w każdym z nas istnieje), o sens bytowania, o miejsce w Wieczności. Tylko przez poznanie Barbary Toporskiej, która już u progu naczętej lektury staje się trochę naszym domownikiem, trudnym, lustrującym nieustannie postępy naszego myślenia, czy aby w snutej wokół tekstu dygresji-refleksji nie wypaczamy nadto kierunku, czy łapiemy w lot (w każdym razie – łapiemy)? – tylko tak będziemy mogli poznać tę twórczość, z jej pojemnością, horyzontalnością, wszechogarniającą ciekawością, z jej umiarem i nienasyconym poznawczym apetytem, ze zwięzłością i upodobaniem do snucia opowieści. Tu leży przyczyna bogactwa.

W świecie Barbary Toporskiej, w świecie skrajnym i ostatecznym, gdzie każdy kompromis jest niepotrzebną całkiem deformacją rzeczywistości, znaleźć się wcale nie jest łatwo. Ta twórczość to dar, ale wymagający, zmuszający do nieustannego intelektualnego wysiłku, do mierzenia się z myślą autorki i tej myśli następstwami. To przede wszystkim twórczość nie pozostająca bez konsekwencji dla czytelnika, obalająca mity i tabu, w większym jednak stopniu – poszerzająca horyzonty, nakłaniająca do intelektualnej przygody, wzbogacania siebie i dawania. W przeciwieństwie do filozoficznego programu Ayn Rand, propagatorki podszytego mądrym antykomunizmem nieco topornego egoizmu, twórczość Barbary Toporskiej proponuje znacznie subtelniejsze rozwiązanie, egoizmu trochę à rebours; egoizmu czerpiącego z życia ile wlezie, ale zawsze z troską i pamięcią o innych:

Zapytana któregoś dnia, z czego się najbardziej osobiście cieszę, odpowiedziałam, że z wolności. Zdaje się, że ta odpowiedź wydała się memu interlokutorowi zbyt patetyczną, a może zbyt banalną, czy też zgoła niepolityczną, ponieważ kraj nasz wolności nie uzyskał. Na jego twarzy pojawił się rodzaj ugrzecznionego rozczarowania. […] Lazłam po wolność osobistą, ale – też chyba po to, żeby powiedzieć panom, że tam u nas, w kraju… jest też dziś gorzej, niż tego było można oczekiwać. I że wszystkie wielkie czyny są jeszcze małe w porównaniu do tych, jakich oczekuje ujarzmiona przez bolszewików ojczyzna.

Ale cóż to za wyjątkowo nieprzemyślane fraza, o której była mowa kilka akapitów wcześniej? – zapytasz czytelniku (jeślisz jeszcze, strudzony lekturą, nie przysnął). Słusznie, zróbmy sobie małą dygresję. Cóż to za fraza? Czyżby wyjęta z kontekstu, przypadkowa? Sęk w tym, że nie. Przeciwnie. To fraza-tytuł sporego podrozdziału artykułu o znamiennym tytule „Co robić?” (nawiązującym, być może, do powieści Nikołaja Czernyszewskiego o tym samym tytule, która wywarła podobno wielki wpływ na twórcę bolszewizmu), artykułu o celach, błędach i naiwnym optymizmie emigracji. Oto ona:

Kto wierzy w ewolucję komunizmu, powinien jechać do PRL i tam jej pomagać

Czy tylko mnie się może wydaje, że to zdanie najnieznośniejsze z nieznośnych? Cóż właściwie mówi w nim Barbara Toporska? Otóż mówi ona po prostu: jesteście przekonani o ewolucji komunizmu? Zatem zbierajcie manatki i zmykajcie do peerelu wspomóc ową ewolucję. Niby nic takiego, ale tylko do momentu, gdy spojrzymy na tę wypowiedź oczami mieszkańca peerelowskiego absurdu: czy nie dość mamy u siebie (tak należałoby zareplikować w 1967, w chwili powstania tekstu, ale także dziś) polityczno-moralnych szumowin, potrzebna nam jeszcze ich emigracyjna odmiana? Czy nie wpłynie to w sposób jak najbardziej negatywny na i tak już przecież koszmarną sytuację? Czy taki krok nie jest jednoznaczny z pogłębieniem sowietyzacji, odebraniem resztek świadomości? Wnioski? Najdalej idący to ten o braku ze strony Barbary Toporskiej empatii dla uwięzionych w peerelu współrodaków – odrzucam go zdecydowanie. Bardziej prawdopodobne wydaje się mimowolna utrata koncentracji, co w ciągu 50 lat pisarskiej karieru musiało się w końcu przytrafić, niestety i to przypuszczenie prowadzi nas do smutnej prawdy… tej mianowicie, że nawet ktoś równie myślowo integralny, konsekwentny, uważny, wpada niekiedy w koleiny konwencjonalnych myślowych ścieżek.

__________________

* Barbara Toporska, Metafizyka na hulajnodze, Kontra, Londyn 2012.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/08/20/wiecznosc-na-mlecznej-drodze-cz-i/
Kategorie: Barbara Toporska, Dariusz Rohnka
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/08/20/wiecznosc-na-mlecznej-drodze-cz-i/