Kino – najważniejszą ze sztuk!
W 1968 roku pewna amerykańska agencja rządowa rozstała się z jednym ze swoich pracowników. Twierdził on później, że inicjatywa przerwania współpracy wyszła od niego, a przyczyną tego kroku było głębokie rozczarowanie, jakiego doznał odkrywając prawdziwe oblicze swojego pracodawcy. Idąc za ciosem, kierując się wyłącznie dobrem współobywateli, jak sam twierdził, postanowił upublicznić różne ciemne interesy, których był świadkiem podczas swojej przedwcześnie przerwanej kariery. I tak w roku 1975 opublikował swoje wspomnienia pod tytułem Inside the Company: CIA Diary. Tak jest, to właśnie Centralna Agencja Wywiadowcza była tą ciemną siłą, którą według autora należało skompromitować w oczach światowej opinii publicznej. Człowiek, o którym mowa to Philip Agee, były agent CIA, działający latach 60-tych w Ameryce Łacińskiej.
Po opuszczeniu Stanów swoją książkę napisał i wydał w Wielkiej Brytanii i tam też osiągnął pierwszy sukces wydawniczy. Inside the Company stała się wielkim bestsellerem. Agee ujawnił ponad dwustu oficerów operacyjnych Agencji i przekonywał czytelników, że CIA jest odpowiedzialna za gnębienie ludów latynoamerykańskich słusznie domagających się prawa do samostanowienia, niezależnie od imperialnych ambicji USA, a na dodatek usiłuje zmanipulować lokalne rynki pod kątem wydobycia ropy naftowej.
Na reakcję mass mediów nie trzeba było długo czekać. Przodujące w postępowym światopoglądzie periodyki nie szczędziły zachwytów nad bezkompromisowym i odważnym autorem, z takim poświeceniem demaskującym ciemne interesy imperialistycznego molocha. Zachęcony sukcesem Agee zdemaskował z marszu swoich byłych kolegów z firmy, przez co uniemożliwił działalność placówki CIA w Londynie. Postępowi dziennikarze tylko czekali na taką okazję. Z miejsca ukazało się wiele złośliwych artykułów ośmieszających Agencję. Labourzyści posunęli się nawet do złożenia wniosku o wydalenie przedstawicieli CIA z wysp brytyjskich.
Dla samej Agencji publikacja książki Agee była bolesnym ciosem, o czym świadczy recenzja książki w wewnętrznym biuletynie CIA Studies in Intelligence (1).
Tymczasem Agee w roku 1976 za opublikowanie tajnych materiałów sojuszniczej służby dostał od Brytyjczyków nakaz opuszczenia Wielkiej Brytanii. Opinia publiczna zawrzała. Dziennikarze, wpływowi politycy (głównie z Partii Pracy) i działacze związków zawodowych rozpoczęli serię wystąpień w obronie dzielnego autora i wolności słowa. Przez media przetoczyła się istna kampania poparcia dla amerykańskiego renegata, w której wzięli udział różnej maści bojownicy o wolność i demokrację (ludową). Ostatecznie jednak ich wspólne wysiłki nie przyniosły rezultatów i Agee musiał opuścić wyspy i udać się na dalszą emigrację do Holandii.
Tam, nie tracąc ducha rozpoczął pracę nad periodykiem Covert Action Information Bulletin, w którym, korzystając z wiedzy licznych współpracowników ujawniał kolejne niecne knowania CIA. Między innymi rozwinął temat, jak to, Agencja wspomagała amerykańskie firmy w branży naftowej, aby uzyskały przewagę nad konkurencją (zgroza!) na światowym rynku. W tym czasie (około roku 1978) Agee zgromadził wokół siebie spory zespół pomocników, współredagujących to interesujące pismo i dostarczających unikalnych informacji.
Tymczasem, niejako niezależnie, ale przecież na tej samej fali społecznego sprzeciwu wobec „faszystowskich” metod, w kręgach zbliżonych do hollywoodzkiej socjety zaczęły pojawiać się podobne inicjatywy. W 1975 roku na ekranach kin pojawił się błyskotliwy thriller polityczny „Trzy dni Kondora” z niezapomnianymi kreacjami Roberta Redforda i Faye Dunaway. Zastanawiająca jest zbieżność zarzutów pod adresem nieszczęsnej służby wywiadowczej. Być może postępowa elita światowego kina intuicyjnie podzielała oburzenie byłego agenta i chciała dać temu wyraz. Film opowiadał bulwersującą historię uwikłania wysoko postawionych oficerów CIA w aferę związaną z nielegalnym przejmowaniem pól naftowych na Bliskim Wschodzie. Cała sprawa nie ujrzałaby światła dziennego i nigdy nie dotarła do opinii publicznej, gdyby nie heroiczna postawa cywilnego analityka (Redford) zatrudnionego przy tzw „białym wywiadzie”. W wyniku rutynowego przeglądu prasy i ogólnie rynku wydawniczego natrafił on na trop afery, która całkiem przypadkiem była udziałem jego przełożonych. Żeby nie popadać w zbędne dygresje dodam tylko, że Redford – filmowy „Kondor” – cudem unika śmierci z rąk nasłanych morderców i ostatecznie ujawnia całą historię prasie.
Film odniósł olbrzymi sukces i z pewnością nie było to wyłącznie zasługą długich nóg Faye Dunaway, ani mistrzowskich popisów strzeleckich Redforda. Sukces musiał być w niemałym stopniu związany z wstrzeleniem się w demaskatorski nurt amerykańskiej publicystyki słusznie chlaszczącej ciętym językiem brudne zagrywki skorumpowanych władz państwowych, w tym oczywiście nienawistnej CIA. A Philip Agee był na tym polu niekwestionowanym liderem.
Czy był to pierwszy film opowiadający o tym zastraszającym zjawisku gnicia rządowej agencji, nie podejmuję się stwierdzić z całą pewnością, ale na pewno był on pierwszym tak głośnym i docenionym przez krytykę i widownię dziełem. W zasadzie można powiedzieć, że wszystkie późniejsze produkcje (filmowe i literackie) w rodzaju „Tożsamości Bourna”, „Wroga Publicznego”, „Błękitnego Gromu”, „Malone’a” i całej masy mniej znanych tytułów, były wtórne i powtarzające schemat zaprezentowany w „Trzech dniach Kondora” (i w jego literackim pierwowzorze). Dziś, po latach, każdy przeciętny zjadacz mediów zapytany o skojarzenia z Centralną Agencją Wywiadowczą jednym tchem wyrecytuje takie słowa jak: prowokacja, niegodziwość, dwulicowość, podstęp, a nawet hańba, czy zagrożenie bezpieczeństwa publicznego. W tym miejscu można by wysnuć nieśmiałą hipotezę, że takiego efektu w młodych umysłach nie wywołałaby jedynie ograniczona jednak działalność literacka i publicystyczna Philipa Agee. W końcu, kto dziś czyta cokolwiek? Natomiast srebrny ekran… A to już zupełnie inna siła rażenia! Tylko kino jest w stanie zaszczepiać różne skomplikowane idee w umysłach milionów odbiorców. Zwłaszcza, jeśli te idee są sprytnie przemycane pod przebraniem fascynujących opowieści szpiegowsko – sensacyjnych. Dzisiaj cały świat śledzi na srebrnym ekranie opowieści o dziesiątkach podobnych Philipowi Agee herosów, w dziesiątkach, jeśli nie setkach filmowych produkcji opowiadających wciąż tę samą historię, ubraną tylko w różne fabularne sztafaże. Jeśli coś mogłoby tu zadziwić jakiegoś postronnego obserwatora, to fakt, że od co najmniej trzech dekad szpiegowskie produkcje made in Hollywood w ogóle się nie zmieniły. Gatunek zwany science fiction, na przykład zdążył już kilkakrotnie ewoluować w tym samym czasie, wciąż zmieniając poruszane tematy, od inwazji obcych, przez katastroficzne wizje kosmicznej zagłady, po zagrożenia zniewoleniem ludzkości przez wszechwładne komputery. Tymczasem w kinie szpiegowskim nic się nie zmienia. Weźmy pierwszy, lepszy z brzegu film z tego gatunku. Bez względu na to, jak oryginalnie się zaczyna, ze stuprocentową pewnością można przyjąć, że zagrożenie, z którym walczy nasz bohater pozytywny i tak w finale sprowadzi się do jakichś wrednych typów z rządu federalnego, a najpewniej do samej CIA, która przecież, jak wszyscy wiemy… itd. Są, owszem nieliczne wyjątki, jak np. „No way out” z 1987 roku z Kevinem Costnerem, czy późniejszy o 23 lata „Salt” z Angeliną Jolie i Danielem Olbrychskim. Ten ostatni film jest z resztą pewnym kuriozum ze względu na całkowicie absurdalny pomysł fabularny. Uśpieni sowieccy nielegałowie są aktywowani przez Moskwę w dwadzieścia kilka lat po „upadku” komunizmu, żeby wywołać konflikt nuklearny pomiędzy USA a „kapitalistyczną” Rosją. Pytanie o sens takiej operacji wisi nad każdą kolejną sceną filmu, ostatecznie jednak widok zmysłowych ust Jolie zniechęca najdociekliwszych widzów do wyartykułowania tej wątpliwości. No, w każdym razie w tym przypadku wyjątkowo to nie oficerowie CIA są czarnymi charakterami. Ale w zalewie filmów z tym pierwszym przesłaniem, te dwa tytuły stanowią w zasadzie nieistotny margines. No cóż, wygląda na to, że Agee słusznie zwrócił uwagę swoich współobywateli na ten palący problem, który najwyraźniej wciąż narasta i domaga się stałego piętnowania.
Tym bardziej podłe wydają się insynuacje, jakoby Philip Agee wcale nie odszedł z CIA na własną prośbę, tylko został zwolniony dyscyplinarnie za, mówiąc delikatnie, nienajlepsze prowadzenie i nadużywanie alkoholu! Takim nienawistnym plotkom nie wolno dawać wiary! Podobnie, należy bezwzględnie ignorować pogłoski, jakoby Agee próbując leczyć urażoną dumę zgłosił się najpierw do ambasady ZSRS w Meksyku, oferując współpracę, a kiedy mu odmówiono, podejrzewając prowokację, poszedł prosto do bratniej kubańskiej Direccion General de Inteligencia, gdzie spotkał się z pełnym zrozumieniem. Wskazane jest dać stanowczy odpór bezczelnym sugestiom, jakoby Inside the Company powstało za wiedzą i przy czynnym wsparciu KGB, a redagowany Covert Action Information Bulletin tworzony był przez zespół agentów (noszący wspólny kryptonim RUPOR), specjalnie do tego celu wyznaczonych przez Zarząd K Pierwszego Zarządu Głównego KGB! Podobnie należy skwitować twierdzenia, jakoby to KGB stał za kampanią medialną na rzecz cofnięcia nakazu wydalenia Agee z Wielkiej Brytanii. To wszystko jest niczym innym, jak tylko podłą mową nienawiści, mającą zdyskredytować wspaniałą inicjatywę zapoznania opinii publicznej z obiektywną prawdą. Poza tym, jak można dawać wiarę takim bredniom?! Przecież, gdyby powyższe sugestie były prawdą, znaczyło by to, że te wszystkie miliony dolarów wydane na produkcje filmowe przez ponad trzy dekady były wyrzucone w błoto, bo lansowałyby całkowicie fałszywy obraz rzeczywistości, no bo skoro Agee był tylko sowieckim agentem wpływu… Więc to oczywiście muszą być bzdury. No przecież w tym Hollywood nie siedzą sami idioci! Bądźmy poważni!
Takie podejście nakazuje zdrowy realizm. Ja jednak mam szczęście (bądź nieszczęście, zależnie od punktu widzenia) wdawać się w okołofilmowe dyskusje z osobnikiem, który zdrowy realizm serdecznie… lekceważy i co i raz wygłasza poglądy będące obrazą dla każdego wyrobionego kinomana. Na nic zdają się upomnienia, syknięcia i kopanie w kostkę. Bezczelny ów osobnik, nieobyty towarzysko, nieumiejący wyczuć trendów i mód, konstruuje wciąż jakieś absurdalne tezy i jeszcze każe mi ze sobą dyskutować, spierać się i utwierdzać w przekonaniach. A ostatnio przeszedł był sam siebie i ni mniej, ni więcej wystosował list otwarty. I mówi mi, ty weź opublikuj to gdzieś, żeby ludzie przeczytały, bo ja siedzę tu w tej operatorce i wyjść na świat za bardzo nie mogę, bo mi się taśma filmowa zaraz zatnie i będzie ambaras. No i tak mnie skołował, że z tego wszystkiego się zgodziłem. Wstyd mi teraz niemożebnie, ale jak słowo to słowo. Oto wystąpienie mojego znajomego (pisownia oryginalna):
Szanowny Panie Reżyserze Romanie Polański!
Pan jest wielki artysta, a ja tylko skromny kinooperator, więc upraszam o wybaczenie za ten zuchwały pomysł z napisaniem listu. Ale niech sobie Pan nie pomyśli, że ja jakiś ciemny człowiek jestem. Co to to nie! Ja nie raz widziałem, jak lecą żurawie nad pancernik Potiomkin, nie raz mi się koło w dyliżansie urwało, a noga ugrzęzła w dziurawym przęśle mostu na rzece Kwai. Ale to wszystko nic, bo najsilniejsze emocje, to miałem zawsze przy porodzie dziecka Rosemary, a największy wstręt mnie dopadał, jak w Transylwanii nieustraszenie gromili wampiry. Więc sam Pan widzi, Panie reżyserze kochany, że jestem Pańskim wielki miłośnikiem i złego słowa na Pana powiedzieć nie dam. Każdy Pański film chłonę z wypiekami na twarzy, kolekcjonuję plakaty, a nawet wyznam Panu w sekrecie, czasem pisuję recenzje do naszej gazetki zakładowej. Ogólnie hobby takie. A jak ktoś na sali, podczas projekcji, dajmy na to „Chinatown”, nieobyczajne uwagi robi (osobliwie, kiedy Nicholson się do tej eleganckiej kobitki dobiera), to zaraz maszynę zatrzymuję i delikwenta do porządku przywołam. Sztuka, to sztuka i kultura musi być! Chamstwa nie zniesę! Zwłaszcza na Pańskich filmach!
W tym jednak miejscu, muszę poruszyć jedną bolesną kwestię. Jeszcze raz proszę wybaczyć mą śmiałość, ale muszę to z siebie wyrzucić. Rozchodzi mnie się mianowicie o jeden z Pańskich ostatnich obrazów, a konkretnie „Ghostwriter”. To po naszemu będzie, podobnież „Autor widmo”, czy coś. W ogólności film ciekawy, nie można powiedzieć. Napięcie jest jak trzeba, od razu poznać, że dreszczowiec. Plenery też takie więcej mrożące krew, żadnych dłużyzn. Wiem, bo taki jeden Gienek, co zawsze wpada do naszego kina na premiery, jak tylko jaka dłużyzna, to zaraz zachrapie, aż się po sali rozchodzi. A na tym filmie, nic z tych rzeczy. Siedział cały czas jak na szpilkach, widać, że wciągający. A znów obsada aktorska też faktyczna, najwięcej mnie wzruszył stary Calvera, ten, co wziął w skórę od siedmiu wspaniałych, Brzydki znaczy. Co to czas robi z człowieka…
Ale najbardziej to mnie się podobała intryga. A ja tu wybredny jestem, byle czym mnie nie zadziwić. Jak ten premier z początku taki niby tyż to, taki kryształowy, a potem stopniowo coś jakby nie sztymuje, od razu poznać, że ma za uszami. Ale jednak do końca go przyszpilić nie idzie. No i to właśnie, kochany Panie reżyserze było najlepsze, że napięcie się rozkręca, widz już wie, że bomba tyka, tylko nie wiadomo, kiedy i w którym miejscu, z przeproszeniem pierdyknie. Ja się na tym znam, ja niejeden thriller w życiu widziałem. I tak siedzę w mojej operatorce i patrzę, z emocji dwa razy film mi się zerwał. Takie napięcie! I czekam, co też ten dany premier zbroił, jaki to kryminał z tego wyniknie. Akcja się coraz bardziej zagęszcza, trupy się sypią, jakieś zamachy, wybuchy. To jest kino!
Aż tu wreszcie przychodzi finał… i na końcu wszystko pooszło! Wstrząśnięty, kurna jestem! Jak tak można?! Tyle budowania napięcia, tyle intrygi, tyle zwrotów akcji i na co to? Że nie premier, tylko jego żona, to jeszcze pół biedy. Ale żeby ona była agentką CIA?! Ja przepraszam bardzo, ale się uniosłem… No bo gdzie tu sensacja, gdzie skandal ja się zapytam?! To ja myślałem, że oni co najmniej Kim Dzong Ilowi opylali tajne akta, albo przemycali potajemnie samosterujące cruise’y na Kubę, a tu… CIA. Może ja się nie znam, ale to chyba mało sensacyjne odkrycie… Chwileczkę, czy ta dana CIA nie jest aby w sojuszu ze Zjednoczonym Królestwem? Po mojemu jest. Może to i nieładnie tak knuć z sojusznikiem za plecami wyborców, ale żeby z tego zaraz taki dęty thriller robić..? I jeszcze za to odkrycie tego duchowego autora przejechali na koniec autem… I ja, stary wyjadacz mam kupić taki kit?!
I właśnie tak a propos kompinuję, że u was, tam w tym Hollywood, to chyba całkiem się wypstrykaliście z pomysłów. I ja to rozumiem i pretensji nie mam, bo ile można ciekawie o tym samym opowiadać? I na tę okoliczność mam dla Pana, Panie reżyserze propozycję, co następuje. Ja mogę Panu podsunąć takie pomysły na thriller polityczny, że tym wszystkim waszym scenarzystom z tego Mullholland Drive kapcie spadną. Jak Pan mi mówi, że żona premiera UK jako agentka CIA to jest niemożebny skandal, to co by Pan powiedział na państwo, które jako członek sojuszu północnoatlantyckiego jest do cna zinfiltrowane przez agenturę? I to bynajmniej nie sojuszniczą! Dobre, co?! No mówiłem przecież, że mam temat! Ja to mogę Panu wszystko, detalicznie opowiedzieć, kto z kim, komu i za ile. Niech się wszyscy ludzie prezydenta schowają! Mówię Panu, to jest murowany temat na thriller polityczny, ja się na kinie znam! Tylko niech już Pan da spokój tej CIA, no błagam! Chce Pan temat o zabójstwach politycznych? Proszę bardzo, nawet mam już pomysł na tytuł: „Polon i stare koronki”. No i co?! Właśnie! Mówiłem, że mocne! Albo nie, czekaj Pan! Mam coś lepszego… Niech Pan sobie wyobrazi generała, dowódcę oddziału specjalnego, ale takiego fest! Coś jak wasza Delta albo Zielone Berety. No i ten dany dowódca nagle, ni stąd ni zowąd wpada we frustrację i popełnia samobójstwo strzelając sobie w potylicę! Tak go wyszkolili! W każdym razie tak powiedziały w telewizorze (wie Pan, telewizja pokazała, a uczeni podchwycili). No i granda jest bo nawet dzieci wychowane na Misiu Uszatku tego łyknąć nie chcą i drą łacha, że jakiś seryjny samobójca, czy coś. Ale „stokrotki’ idą w zaparte, że to musi depresja jakaś była i nagły impuls. No ogólnie jaja nie do wytrzymania. No i co, dobrze się historia zaczyna?
Nie wiem, jak Panu, ale mnie zawsze bardzo podchodziła batalistyka w kinie. A wy tam, w tym Hollywood już najlepiej potrafiliście zrobić z wojny artystyczne przedstawienie. No i napiętnować kogo trzeba przy okazji. Bo wiadomo, zbrodnie wojenne piętnować należy! Takie jak na przykład te, co to ich się dopuszczali marines w Wietnamie. Bez dwóch zdań! Tyle, że po mojemu żeście ich już wszystkich, detalicznie napiętnowali do ostatniego szeregowca i szlus, finito! Każden jeden widz już to zna na pamięć. A gdyby tak opowiedzieć coś całkiem nieznanego? Coś bulwersującego, przerażającego i do tego historię opartą na najautentyczniejszych faktach… Rozmarzył się Pan, co? Tak, tak, taki niewyeksploatowany temat, to u waszych scenarzystów jest na wagę złota, co to ja nie wiem?! I powiem Panu, że znalazłby się taki temacik. Niech Pan sobie wyobrazi manewry wojskowe, prawdziwy poligon, z tysiącami żołnierzy, czołgi, samoloty, wszystkie niezbędne gadżety, jak się patrzy! I na to wszystko spada z nieba bomba. Atomowa. Serio mówię, proszę nie rezonować! Najprawdziwszą bombę atomową zdetonowali i to nie wrogowie, tylko jak najbardziej swoi, przełożeni tych, co tam potem biegali w tym atomowym popiele! Po co? Ano, eksperyment taki. Sprawdzić, jak się zachowa materiał ludzki podczas wybuchu jądrowego. Wie Pan, co się potem z tymi żołnierzami działo? Zgroza… Nie, nie, widzę, do czego Pan zmierza ale myli się Pan całkowicie! To nie było w Alamogordo, ani w White Sands i to nie CIA stała za tym wszystkim! Poligon Tockoje, się to miejsce nazywało, całkiem po przeciwnej stronie globusa. No to jak? Będzie rozdzierające dzieło na miarę „Czasu apokalipsy”?
A może film katastroficzny się Panu marzy? I tu mam już gotowy tytuł: „Kursk nie wierzy łzom”. Proszę nie dziękować, robię to dla sztuki! Coś z historii? Żeby było wstrząsające, nieoklepane i chwytało za serce? Nic prostszego: „1933: Odyseja – Wielki Głód”. Gwarantuję, że takich tematów nikt z Pańskiej konkurencji nigdy nie poruszał. Ba, nikt nawet o tym nie słyszał! Będzie Pan pierwszy.
Mogę mieć tego dużo więcej. Serio! Są na tym świecie rzeczy, o których się Stephenowi Spielbergowi nie śniło… To jak? Robimy spółkę? Udostępnię Panu kilka tematów… I żebyśmy się dobrze zrozumieli, w ogóle nic za to nie chcę! No może tylko, żebym się pojawił na tych końcowych literkach, tuż przed napisem „Color by Technicolor”. Tylko tyle! Przecież dla Pana, Panie reżyserze kochany, to pestka…
Bo ja kocham kino!
Pozdrawiam serdecznie
Adler
______________________________________
(1) The book will affect the CIA as a severe body blow does any living organism: some parts obviously will be affected more than others, but the health of the whole is bound to suffer. A considerable number of CIA personnel must be diverted from their normal duties to undertake the meticulous and time-consuming task of repairing the damage done to its Latin American program, and to see what can be done to help those injured by the author’s revelations.