Zamknij
Marian Zdziechowski

Ze starego dworu

6 maja 2013 |Marian Zdziechowski, Marian Zdziechowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/05/06/ze-starego-dworu/

Jeden z moich słuchaczy, który przed kilku laty przedostał się z Sowietów do Wilna, opowiadał mi, że w jednej z gazet sowieckich natrafił na gwałtowne przeciwko mojej osobie skierowane wymyślania, podpisane przez samego Nachamkes Stiekłowa [1]. Jaka szkoda, że nie domyślając się wówczas, iż wkrótce spotka mnie i pozna, nie zachował owego numeru; byłby dla mnie chlubą i cenną pamiątką.

Przed dwoma miesiącami, w Warszawie, w gazecie spokrewnionej kierunkiem z prasą sowiecką, umieszczono felieton bardzo dla mnie w początku swoim pochlebny. Ale celem pochwał było tym wyraźniejsze uwydatnienie udzielonej mnie w końcu nagany.

Tą gazetą jest Robotnik. Może niektórych jego współpracowników oburzy, że ich do komunistów zbliżam. Odpowiem na to, że w każdym numerze, obok tytułu Robotnik, widzę hasło: „Niech żyje rząd robotniczy i włościański”, że zaś ani robotnicy, ani tym bardziej włościanie rządzić nie będą, więc niech żyje rząd karierowiczów i demagogów, którzy nieziszczonymi obietnicami pociągną za sobą tłumy i rozpętają w nich niszczycielskie namiętności, aż w końcu zastraszeni własnym dziełem, może usłyszą głos sumienia, może zatrzymać się zapragną, lecz w tej chwili zepchnięci i wyprzedzeni przez innych, zmuszeni będą bezsilnie patrzeć na Polskę, toczącą się i spadającą tam, gdzie ją chcą widzieć Bryl [2] i jego godni towarzysze, tj. pod władzę sowieckich czerezwyczajek ich doświadczonego kierownika, Feliksa Dzierżyńskiego.

Przedmiotem felietonu był artykuł mój Lui et Moi [3]. Miło mi jest zaznaczyć, że w przeciwieństwie do Narodowo Demokratycznego Słowa Polskiego, w którym, z powodu tegoż Lui et Moi, uprzejmie całą moją działalność naukową i publicystyczną nazwano „propagandą głupstwa”, felietonista Robotnika, kryjący się pod pseudonimem Jana Gromicza [4], obszedł się ze mną po gentlemeńsku. W artykule moim widzi on ciekawy, wymowny dokument psychologiczny, wykazujący, jak człowiek prawy i odważny, „posiadający chlubne karty w literaturze i w rocznikach myśli politycznej”, przeistacza się w ciasnego egoistę, gdy wydaje mu się zagrożonym jego interes materialny. Umiałem – opowiada o mnie autor – ciskać w latach wojny gorzkie słowa Rosjanom, nie zląkłem się, co wymagało większej jeszcze zdaniem jego odwagi, Warszawy niewolniczo zapatrzonej w carskie sztandary, zbliżyłem się do nielicznego grona skupiających się w Widnokręgu publicystów, którzy w zbrojnych kadrach Piłsudskiego widzieli awangardę niepodległej Polski. Ale skoro niepodległa Polska powstała i chcąc spełnić to, co „celem było Kościuszki i Staszica”, rozpoczęła „nieśmiałe” próby polepszenia doli ludu, obudził się we mnie „dziedzic ideologii obszarniczej” i stałem się „gorejącą kolumną nienawiści” wobec poczynań związanych z programem reformy rolnej.

Ale co mam czynić, skoro ów program otwarcie dąży do wytępienia szlachty polskiej, jako nosicielki tradycji dziejowej, mierząc zaś przede wszystkim w ziemiaństwo na kresach państwa, gdzie ono jest główną ostoją polskości, prześciga najśmielsze marzenia Murawiewa i Stołypina, owych najzacieklejszych wrogów, jakich Polska miała w Rosji… Tych słów moich, które tak gorszą krytyka mego, nie cofam. Szczerze bym chciał uwierzyć, że naprawdę śladem Kościuszki i Staszica kroczyć pragną Wyzwoleńcy [5]; niestety, czyny tych panów dostatecznie głośno świadczą, że nie duch Kościuszki ich prowadzi, ale tak polskie, niestety, uczucie zazdrości względem każdego, komu pod jakimkolwiek względem trochę lepiej się dzieje – uczucie, które ich w nieprzytomnym szale pogrąża. Nie mówię na wiatr, niech za mnie mówią cyfry.

W na wskroś demokratycznej, przez propagandę komunistyczną przeżartej Czechosłowacji zrozumiano, że jeśli produkcja rolnicza ma jako tako zaspokajać potrzeby kraju, to należy przynajmniej trzecią część ziemi uprawianej w ręku większej własności pozostawić. I tego trzyma się państwo. U nas zaś według danych z roku 1923 większa własność posiada tylko 18,5 proc. użytków rolnych, przy tym stosunek ten rozmaity jest w poszczególnych województwach, np. w Poznańskiem wynosił 35 proc., w Pomorskiem 24,5 proc., w Wileńskiem tylko 12,6 proc., w sąsiednim Białostockiem 9,50 proc.

Przypuśćmy teraz, dla sprawienia przyjemności panom Wyzwoleńcom, że bandytami są wszyscy przemysłowcy, kupcy, kamienicznicy, a „krwiopijcami”, mówiąc po sowiecku, wszyscy ziemianie. Przypuśćmy, że wyzuto ich z mienia i rozpędzono na cztery wiatry i że w ich liczbie wyrzucono także i mnie ze starego dworu w Suderwie pod Wilnem, a raczej ze starej walącej się rudery, której nie mam za co naprawić i nie mam odwagi zaprosić do niej moich przyjaciół, [6] bo nie mógłbym dać im pokoju, odpowiadającego najelementarniejszym wymaganiom nowoczesnego komfortu. Dwór ten jednak ma na równi z innymi dworami swoją tradycję; tu odbywały się koło połowy wieku zeszłego liczne zjazdy ziemiaństwa i duchowieństwa ku uczczeniu arcybiskupa metropolity Żylińskiego, który zwykł tam u najbliższych swoich krewnych, Wołłków, część lata spędzać; tu częstym gościem bywał Syrokomla, tu po raz pierwszy grano jego „Chatkę w lesie”; obok dworu zaś wznosi się okazały kościół, którego budowę, według planu Wawrzyńca Gucewicza, rozpoczął biskup Wołczacki, a doprowadził do końca dziad mojej żony, Hipolit Wołłk. Przypuśćmy, że nas tu już nie ma, że z rozwalonego dworu sklecono naprędce pomieszkania dla krów i owiec, że nie pozostało śladu starego parku, którego wiekowe lipy, topole i kasztany poszły na chaty dla nowych właścicieli. Jaka komu stąd korzyść? I w ogóle kto korzystać będzie z owych 257,731 hektarów, które w r. 1923 były jeszcze w posiadaniu większej własności w województwie Wileńskim? Korzystać będzie tylko minimalna ilość bezrolnych i małorolnych, pokrzywdzona zaś przy dziale ogromna większość pienić się będzie z zawiści i złości. Przeciw komu tę ogromną większość podszczuwać wówczas będą panowie z Wyzwolenia? Pozostanie im jedno – poddać się Brylowi i jego towarzyszom, którzy do Moskwy jeździli, Sowietom się poddali i z pomocą Sowietów pracują nad przeistoczeniem Polski w podwładną im sowiecką republikę.

Niestety, nie widzą tego nasi lewicowcy i widzieć nie chcą, dokąd ich ślepa nienawiść prowadzi. W 1924 czy 25 roku ówczesny wicepremier p. St. Thugutt zaszczycił mnie wizytą swoją w Wilnie. Zaprosiłem z tego powodu kilku przedstawicieli ziemiaństwa; po kolacji rozpoczęliśmy dyskusję o sprawach kraju naszego. W zagajeniu zwróciłem uwagę na to, jak utopijną jest myśl tych, którzy sądzą, że na miejscu wyniszczonego materialnie ziemiaństwa da się tu stworzyć jakaś nowa Czerwona Polska; żadnej czerwonej Polski nie będzie, będzie tylko czerwona Białoruś; polskość utonie w zalewającej ją białoruszczyźnie. Słowa moje nie przekonały p. Thugutta; w długim przemówieniu swojem dowodził między innemi, że o charakterze kraju stanowią miasta, nie zaś wieś! Niektórzy z obecnych odpowiadali mu z gwałtownością, która przykrą dla mnie była, jako dla gospodarza, i której powodu nie rozumiałem. Dopiero po wyjściu wice-premiera dowiedziałem się, że właśnie tego samego dnia doszedł do rąk kilku moich gości projekt grupy posłów z Wyzwolenia, którego autorstwo oni niesłusznie p. Thuguttowi przypisali. Projekt ten zalecał, jako środek przeciw ustawicznym napaściom band sowieckich, natychmiastowe wywłaszczenie ziemian z pogranicznego pasa i rozdanie ich obszarów włościanom tamecznym w celu przywiązania ich do państwa polskiego. Nie raczyli jednak autorowie projektu zastanowić się nad tym, w jaki sposób rzecz tak skomplikowaną, jak odebranie ziemi jednym, a nadzielenie nią innych, można było na poczekaniu załatwić – i nie pomyśleli również i o tym, jakie uczucia żywić będą względem obdarzonych szczęśliwców ich bezpośredni, najbliżsi, ale poza granicznym pasem mieszkający sąsiedzi. Może w pomyśle tym p. Jan Gromicz dopatrzy się jakiejś „z poza form politycznych wyrastającej treści społecznej natchnionej duchem Kościuszki”. Co do mnie ducha Kościuszki tam nie czuję, czuję natomiast zapach Dzierżyńskiego i Dąbali…

Jeszcze przykład: W końcu marca b.r. Wileńskie Towarzystwo Wiedzy wojskowej uroczyście obchodziło w Auli uniwersytetu dzień Imienin Marszałka Piłsudskiego. Jako rektor wygłosiłem przemówienie wstępne. Zamierzałem zwrócić się w celu wydrukowania przemówienia do tego umiarkowanie demokratycznego, według opinii ogółu, Kuriera Wileńskiego, w którym pracują przeważnie ziemianie – i to ziemianie obszarnicy. Chcąc jednak własny mieć sąd o piśmie tym, kupiłem numer – i oto na samym wstępie znajduję artykuł, ziejący jakąś po prostu niezrozumiałą dla mnie, obłąkaną nienawiścią do ziemiaństwa, do całej jego kultury i ideologii – artykuł taki, że nie dziwiłbym się, jeśliby po przeczytaniu jego ten lub ów półinteligent, zamieszkały w pobliżu dworu jego autora, podpalił to gniazdo wszelkiej ohydy, bo miałby prawo, w razie wykonania zamiaru, bronić się tym, że działał pod sugestją przeczytanych złorzeczeń. A co spowodowało ów wściekły atak? To jedno, że ziemianin, książę Eustachy Sapieha, napisał odezwę monarchistyczną i za to nazwano go Targowiczaninem i wraz z nim tych wszystkich, którzy monarchię uważają za formę rządu najodpowiedniejszą dla nas, wiążącą czasy nasze z przeszłością, dającą pewniejsze, niż inne formy, rękojmię, że rząd będzie ponadpartyjny, sprawiedliwy, silny. Konfederację Targowicką tworzyli ci, co nie chcieli wzmocnienia władzy królewskiej, albowiem „Polska nierządem stoi”; dziś, odwrotnie, Targowicą jest nie wierzyć, że tylko nierządem stać może Polska, nierządem bezmyślnych i rozagitowanych suwerenów.

Czy nie świadczy to, że społeczeństwo polskie spadło pod względem ideowym do tego pierwotnego poziomu wierzeń i zapatrywań, który fetyszyzmem nazywają. Fetyszyzm frazesu, frazesu demokratycznego, który wielki rewolucjonista rosyjski, ale rewolucjonista z szerokim widnokręgiem myśli i żywym zmysłem estetycznym, Aleksander Hercen, wyśmiewał niegdyś i określał, jako bicie czołem przed kożuchem chłopskim: „Kożuchu chłopski, kożuchu święty, kożuchu absolutny”… Daremny był to śmiech. Bicie czołem trwało nadal, aż w imieniu kożucha zawładnęły Rosją kosmopolityczne bandy kryminalistów pod wodzą Lenina. Bijmy czołem i my, aż znajdziemy swojego Lenina; bijmy czołem, bo inaczej posądzą nas, że nie jesteśmy dość demokratyczni, dość postępowi, dość czerwoni, dość przygotowani do ocenienia genialności Lenina i dobrodziejstwa czerezwyczajek…

Pan Gromicz twierdzi, że wraz z tym jak „odrodzone państwo polskie postawiło obywatelom swoim do rozwiązania kwestie wsi i dworu, pracy i kapitału, włościanina i obszarnika… pod moją togą profesora zaczęło bić serce wielkiej własności rolnej”. To samo serce tak samo biło i przedtem, gdy w r. 1915 pisywałem do Widnokręgu i gdy w latach następnych broniłem idei legionów w nie mniej lewicowym Dzienniku Petrogradzkim. Pamiętam, jak w końcu 1916 roku zwrócił się do mnie w Petersburgu b. poseł do Dumy, który później przystąpił do Wyzwolenia, gen. Babiański; prosił mię usilnie, bym podpisał jakąś deklarację demokratyczną. Odmówiłem. „W Dzienniku Petrogradzkim – powiedziałem – pisywać będę nadal, bo się zgadzam z redakcją w orientacji zewnętrzno-politycznej, ale staram się uniknąć kłamstwa, kłamstwem zaś jest demokracja, bo z zawrotną prędkością stacza się w odmęty ochlokracji, po czem niechybnie nastąpi mrok barbarzyństwa, śmierć kultury, rozbestwienie człowieka”. Minęły trzy, cztery miesiące, a u steru Rosji już stał Kiereński i bezmyślnie torował drogę Leninowi…

***

Pisałem to w zaciszu wiejskim, dokąd, korzystając z Zielonych Świąt, udałem się, aby wypocząć po gnębiących wrażeniach majowych dni w Warszawie. Przelana krew nie byłaby przelaną daremnie, jeśli by ten, który dokonał zamachu, zdołał mocną ręką, powstrzymać zarówno demagogię czerwoną, świadomie i nieświadomie nas w stronę czerwonej Moskwy niosącą, jak prawie jednako groźną w swej nihilistycznej bezideowości demagogię tych, co na prawicy sejmowej zasiadali. Ale kto innych poskromić chce, ten by powinien wpierw samego siebie poskromić w uczuciach swoich i stosunkach do pokonanych i rozbrojonych przeciwników, którzy mężnie porządku legalnego bronili.

Suderwa 26 maja 1926 r. [w oryginale 25 maja!]

 

W: Od Petersburga do Leningrada, Wilno 1934

Pierwodruk m.in. w: Słowo nr 125, 30 maja 1926

 

_____

  1. Jurij Michajłowicz Stiekłow (właść. Owsiej Mojsiejewicz Nachamkes), działacz bolszewicki, dziennikarz i historyk; bohater eseju Aleksandra Wata pt. „Śmierć starego bolszewika”, w: Świat na haku i pod kluczem, Londyn 1985.  Wat mówił o nim także w Moim wieku.
  2. Jan Bryl, jeden z przywódców ruchu ludowego; w owych czasach wiceprezes Stronnictwa Chłopskiego.
  3. Artykuł tak zatytułowany ukazał się w Słowie w nr 122 z 27 maja i 123 z 28 maja 1926.  Musiał być wszakże opublikowany wcześniej w innych pismach, zważywszy datę powyższej repliki.  Historia artykułu „Lui et Moi” jest także ciekawa.  Napisał go Zdziechowski na zamówienie ze strony wydawców księgi pamiątkowej na cześć czeskiego poety i etnografa Adolfa Cerny’ego.  Tekst Zdziechowskiego okazał się jednak zbyt kontrowersyjny dla czeskich wydawców.
  4. Jan Gromicz, pseudonim Wincentego Rzymowskiego, późniejszego członka związku patriotów polskich i „ministra” w tzw. „rządzie lubelskim”.
  5. Tu w oryginale: „kroczyć pragnie np. Poniatowski, którego imię tu przytaczam, bo mówią, że działa w dobrej wierze”.  Ironicznym mianem „Wyzwoleńców” określa Zdziechowski przywódców PSL „Wyzwolenie”: Thugutta, Malinowskiego i Poniatowskiego.
  6. Tu w oryginale: „bo musiałbym ich wieźć na trzęskiej dryndzie, ciągnionej przez chude szkapy fornalskie, a przywiózłszy, nie mógłbym im dać pokoju…”
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/05/06/ze-starego-dworu/
Kategorie: Marian Zdziechowski, Marian Zdziechowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/05/06/ze-starego-dworu/