Zamknij
Dariusz Rohnka

Internet barykadą!?

5 marca 2013 |Dariusz Rohnka, Internet jako Wolna Trybuna
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/03/05/internet-barykada/

Dlaczego w ogóle stawiać tę kwestię? Powód może się i wydawać oczywisty, ale pewnie lepiej będzie go tu uzasadnić. Minęły czasy podziemnych wydawnictw, pokątnie kolportowanej bibuły, rozrzucanych ulotek, tajnych zgromadzeń. Nie ma organizacji, ruchów, masowych demonstracji, takich, które chciałyby walczyć z bolszewizmem. Internet jest w tej sytuacji jedyną potencjalną sferą kontrrewolucyjnej aktywności. Z drugiej strony jest siedliskiem każdej wyobrażalnej głupoty-brzydoty, jaką między okami sieci można znaleźć. Trudno być internetu entuzjastą, ale też nie można wobec jego zasięgu i znaczenia przejść obojętnie do porządku. Warto przynajmniej swój naturalnie ambiwalentny stosunek racjonalnie uzasadnić. Nie chcę tym tekstem do niczego przekonywać, a jedynie przedstawić jeden z możliwych punktów widzenia, także – zaprosić do dyskusji.

Gdy jesienią 1944 roku Mackiewicz pisząc broszurę o polskim optymizmie, przygotowywał się do jednego z ostatnich etapów ucieczki przed „wyzwoleniem”, sytuacja była tragiczna jak nigdy wcześniej. Nigdy w dziejach państwa polskiego nadciągająca groźba niewoli, nie oznaczała równocześnie niewoli ducha; nigdy wcześniej groźba nie równała się pewności. W jaki sposób, w zestawieniu, określić stan po 60-ciu z górą latach bolszewizacji? Totalnym upadkiem? Kulminacją klęski? (Czy może istnieć klęska bez świadomości przegranej?) Być może ten smutny stan spraw kiedyś ulegnie przemianie, w tej chwili nie ma nic: tradycji, politycznej kontynuacji, widoków na przyszłość. To co dookoła, to terra nullius, jak każdy ugór, wymagająca kultywacji. Bez narzędzi, planów, organizacji trudno zrobić cokolwiek, ale od czegoś trzeba zacząć. Wolna wymiana myśli wydaje się trafnym wyborem.

Internet jest w tej chwili jedynym realnym, wydajnym narzędziem komunikacji. Internet dominuje – rzecz nie podlegająca chyba dyskusji. Równie niepodważalny wydaje się pogląd, że to medium bardzo dalekie od doskonałości. Czy można z nim wiązać choćby najwątlejszą nadzieję na racjonalną, w jego obrębie prowadzoną, dyskusję? Czy internet może być w przyszłości motorem debolszewizacji? Czy może stać się miejscem, w którym dominować będzie racjonalny osąd?

To nonsens i raczej każdy potrafi to dostrzec. Nie było w historii świata równie pojemnej przestrzeni, gdzie bzdura panoszyłaby się z taką samą mocą, gdzie byłaby równie kordialnie witana, ochoczo upowszechniana. Siedlisko-ognisko bezrozumu miałoby być bastionem śnionej wolności, zalążkiem koniecznego oporu, czy choćby tylko – strefą normalności? Gruby paradoks! To już genialny w swoim umiarkowaniu Edmund Burke przestrzegał, aby hołubiąc wolność, pilnować jakie rzekome czy rzeczywiste jej przejawy mamy na względzie. Otóż wolność uprawiana w internecie nie kojarzy się dobrze.

Rzućmy okiem na internetowe treści. Są obfite, wielorakie, trudne do ogarnięcia. Czy to źle? Oczywiście, tego powiedzieć nie możemy. Nie martwi nas przecież bogactwo i dobrobyt. Martwi nas nie tyle ilość treści, ale jej jakość (w połączeniu z zalewem ilości). Internetem rządzi masa. Nie jest to jednak tylko masa odbiorców, ale również masa dostawców. Dochodzimy, zdaje się, do sytuacji, gdy masa dostawców przewyższy (w liczbach bezwzględnych) masę odbiorców. Wszyscy coś piszą, tłitują, fejsują, wrzucają i zrzucają, rejestrują, zakładają blogi i upychają je wszelkim dobrem, nie wszyscy czytają. Żyjemy w czasach masowej grafomanii i społecznościowego fioła, od którego w głowie może się zakręcić. Czy to ważne? Może to tylko moda – zjawisko, jak wiemy, przemijające – a więc o nikłym stosunkowo oddziaływaniu. Czy to ma zresztą wielkie znaczenie, w jakim obszarze najniepotrzebniej ludzkość wytraca swoją energię? Nie zapominajmy jednak, że i my – chcą nie chcąc – tkwimy w tej samej sieci i w jakimś niewątpliwie stopniu mania internetowego bajdurzenia nas dotyka.

W ostatnim swoim tekście, poruszając problem instytucjonalnych zakusów na jakie narażony jest (prędzej czy później) internet, Michał Bąkowski wymienił termin „blogosfera” jako obszar około-politycznej aktywności w internecie. Istotnie, jak mój szanowny podziemny kolega raczył w swoim artykule zaznaczyć, za blogosferą nie przepadam. Nie lubię. Nie tyle jednak nie lubię określenia, co istoty zjawiska. A jednak sam termin (nawet jego oczywista brzydota) wydaje mi się najzupełniej trafny.

Blog, jak wiadomo, pochodzi od ang. web log, terminu opisującego zjawisko aktywności w sieci. Istotą tego procesu jest zapisywanie każdej, nawet najdrobniejszej informacji, trafiającej na serwer czy komputer, i ważnej i całkiem nieważnej, istotnej i zwykłego śmiecia. Semantyczna paralela obu dziedzin jest uderzająco trafna. Stąd dość bodaj oczywisty wniosek, że blogosfera jako taka jest nie tyle sprzymierzeńcem, ale raczej zawadą w osiąganiu naszych celów (gdybyśmy je sobie, rzecz jasna, postawili). Dlatego myślę, że w gruncie rzeczy blogosfery wcale nie trzeba wykańczać – jest nadto pożyteczna – w zarodku zabija wszelką szansę na wciąż tylko potencjalną umysłową aktywność internautów. Jeśli o ścisłość chodzi, to ona sama, przez swoje trwanie-istnienie, jest naturalnym sprzymierzeńcem każdego destrukcyjnego działania.

Edmund Burke żył w czasach dziejowego przełomu, francuskiej rewolucji, gdy widmo zagłady przybrało realne kształty, w okolicznościach pod wieloma względami podobnych do tych, w jakich nam przychodzi egzystować. Świat zwariował. Chęć rujnowania tego co jest, podszyta sadystyczną chęcią odwetu, przemieniała rzeczywistość w rodzaj krwawej jatki. Wyuzdanie i intelektualna perwersja królowały. W imię wolności, rzecz jasna. Choć, co Burke świetnie wskazywał, nie była to żadna wolność, a jedynie – rządy tzw. demokratów, którzy (gdy tylko nikt nie zwracał na nich uwagi) wybranego przez siebie depozytariusza władzy (lud) traktowali z największą pogardą. Świetny irlandzki pisarz odpowiadał jedynym dostępnym mu orężem – Refleksjami, a jego słowa trafiły do bardzo wielu skonfundowanych współczesnych. Czy osiągnąłby podobny cel, gdyby obok jego książki w księgarniach pojawiło się tysiąc tomów, traktujących o tym samym?

Zaśmiejesz się szanowny Czytelniku, czytając podobne dictum i powiesz, że nawet w takim hipotetycznym przypadku (gdyby osiemnastowieczną Anglię zalała fala politycznych refleksji) o czytelniczym wyborze decydować zawsze będzie pisarska jakość. W istocie. W odniesieniu do czasów w jakich żył Edmund Burke będzie to zapewne uwaga słuszna. Czy jednak, w odniesieniu do tu i teraz, nie powinniśmy brać pod uwagę rewolucyjnych okoliczności, jakie zdominowały ostatnie dwa stulecia? Czy czytelnicze gusta AD 1790 przypominają choćby w niewielkim stopniu te, z którymi dzisiaj musimy się borykać? Czy 200 lat panoszenia się demokratycznych dogmatów nie wbiło w masę przekonania o jej politycznej nieomylności, a także o tym, że, jak nikt, zna się na rzeczy i nie musi zupełnie dbać o to, co do powiedzenia ma byle autor?

Wspomniany tu niedawno Adam Pragier w znakomitym eseju „Odpowiedź na ankietę” pisał o powszechnym współcześnie (1967) przekonaniu, że do roztrząsania kwestii politycznych wszyscy (we własnym mniemaniu) mają nie tylko prawo, ale i niezbędne kwalifikacje. Jako przykład tego fenomenalnego zjawiska podawał m. in. casus Alberta Einsteina. Pisał:

… nazwisko choćby naprawdę wielkie, ma zasięg ograniczony, tak w zakresie przedmiotu jak czasu. Einstein miał mózg zdolny do najwyższego stopnia abstrakcyjnego myślenia, jaki zdarzył się w dziejach ludzkości. Pisał także nieraz o sprawach publicznych, zawsze nieporadnie i naiwnie, choć z dobrymi intencjami. Dlaczego? Dlatego, bo podłożem myślenia w jego rzeczywistej pracy był obfity zasób pojęć matematycznych i fizycznych, na których mógł dalej budować i tworzyć. O tym zaś, że trzeba mieć zasób podstawowych pojęć w innych dziedzinach, jeżeli ktoś chce się o nich wypowiadać – nie wiedział.

To co dziwiło Adama Pragiera pół wieku niemal temu, winno i nie powinno dziwić współcześnie. Nie powinno, bo powszechność opisanego tu zjawiska jest dziś równie powszednia jak poranny wschód słońca; winno bo nie zmieniły się od tamtej pory irracjonalne podstawy takiego myślenia i postępowania. Z jakiegoś niejasnego powodu obywatel wolnego, czy też niewolnego świata, który z chęcią (i bez zażenowania) wyznaje, że nie zna się na szydełkowaniu, hydraulice oraz teorii względności, za nic nie przyzna, że nie ogarnia politycznej dziedziny.

Jaka może być na to rada? Czy można mu odebrać ochotę do bezmyślnego ględzenia? Czy internet jest do tego dobrym i obiecującym tworem? Osobiście przyznam, że jestem w tym punkcie jak najdalszy od optymizmu. Ale to nie internet stanowi główną zawadę, jest tylko najbardziej drażniącym objawem kulturowej dywersji, jaką pospołu uprawiają: demokracja i bolszewizm. Oba te polityczne twory konsekwentnie wmawiają swoim ofiarom w gruncie rzeczy zupełnie to samo: że pojedli byli wszelkie możliwe polityczne rozumy. Dlatego sytuacja nie jest łatwa – oznacza konieczność walki z wiatrakami, w tym konkretnym przypadku będą nimi ideologiczne pochlebstwa.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/03/05/internet-barykada/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Internet jako Wolna Trybuna
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2013/03/05/internet-barykada/