Dlaczego bolszewizm zwycięża? Źródła afirmatywnego stosunku do bolszewizmu
Świat…, od roku 1914, dokonał wielkich przeobrażeń i osiągnął dużo. Między innymi zlikwidował większość królów, cesarzy i carów, a powołał na tron zasadę totalnej Demokracji. Czy to jednak dlatego, że ten nowy władca występuje właśnie tak totalnie, czy też dlatego, że nastawiony jest na człowieka masowego, dość że sprzyja wytwarzaniu ubocznego produktu, który by nazwać można: kolektywnym sposobem myślenia. Stary, wybujały indywidualizm wyszedł z mody. Jak każda rzecz staromodna, poddany został gruntownemu przefasonowaniu, w niektórych wypadkach zbyt może radykalnemu. Niestety, dzieje się to właśnie w epoce, gdy zarówno totalny, jak totalitarny komunizm światowy, skolektywizowaną myśl ludzką podniósł do godności sztandaru. Wiele wskazuje na, że po drugiej wojnie światowej demokracje zachodnie skłonne są nie tyle komunizm zwalczać, ile raczej z nim konkurować. Rodzi się z tego tendencja do jednostronności, prawie niezaprzeczalnej jednostajności.
Józef Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji.
Problem, który pozwoliłem sobie postawić w tytule, nie jest jednorodny, jednopłaszczyznowy, dotyczy przynajmniej dwóch, nader zasadniczych kwestii: pierwszej – skąd biorą się wszystkie kolejne triumfy i zwycięstwa bolszewizmu; oraz drugiej – dlaczego ta parszywa idea, niszcząca ciała, kalająca dusze miliardów ludzi na całym globie, dlaczego nie tyle jest tolerowana, co wciąż zdobywa powszechny poklask gawiedzi?! – i szarej masy gromadzonej na mitingach lub przed środkami masowej indoktrynacji, i „elity” stłoczonej w salonach? Jak wyjaśnić ten afirmatywny trend?
Zatem, dlaczego zwycięża? Odpowiedź rysuje się stosunkowo prosto. Mając pod ręką Zwycięstwo prowokacji nie musimy silić się na poszukiwanie oryginalnej odpowiedzi. Pół wieku temu Józef Mackiewicz odwalił za nas całą tę niewdzięczną, czarną, interpretacyjną robotę. Jakieś 70-80% tego publicystycznego arcydzieła poświęcone jest wyczerpującej odpowiedzi na to, niewątpliwie istotne, pytanie.
Decydujące są dwa czynniki: nacjonalizm oraz wishful thinking. Dwa wynaturzenia ludzkiej psychiki, oba zamykające oczy na rzeczywistość, oba przenoszące zainfekowanego nimi delikwenta w świat irracjonalnego złudzenia: wiary w bezwzględną wartość przynależności do narodowej grupy oraz/albo przekonania, że obiektywne zło, tkwiące w bolszewickim terrorze, może samoistnie przeistoczyć się w coś na kształt dobra. Na tych dwóch czynnikach, na tych dwóch fundamentach zbudowana została potęga bolszewickiego imperium, uzbrajając bolszewickich taktyków w dwa niezwykle wydajne, skuteczne środki uprawiania bolszewickiej zarazy: nieograniczoną niczym swobodę w doborze politycznych i wojennych „sojuszników” (a ściślej biorąc – ofiarnych kozłów) oraz całkowitą dowolność obieranej w danej chwili, w danym dziejowym momencie, taktyki. Pisane w czterdziestą piątą rocznicę bolszewickiego przewrotu Zwycięstwo prowokacji dostarcza dziesiątek stosownych przykładów i argumentów.
Nacjonalizm to, zdaniem Mackiewicza, największy w dziejach, ideologiczny kolaborant bolszewizmu. W znaczącej mierze dzięki temu właśnie zbiorowemu skrzywieniu ludzkiej natury możliwe było przetrwanie Lenina i całej jego bandy. To nacjonalizmy krajów ościennych ratowały bolszewików przed pogromem ze strony sił kontrrewolucyjnych (Kołczaka, Denikina, Wrangla) na przełomie drugiego i trzeciego dziesięciolecia, podobne zjawisko „przytrafiło” się bolszewikom w czasie drugiej wojny światowej, to samo (przynajmniej na obszarze zwanym peerelem) działo się także po jej zakończeniu.
Czytelnik nieobznajomiony głębiej z wykładnią Józefa Mackiewicza, może słusznie zareagować gestem powątpiewania. Jakże tak? Nacjonalizm, zaprzysięgły piewca wszystkiego co z narodem związane, miałby się okazać sprzymierzeńcem szalejącego internacjonału? Obrońca wszystkiego, co narodowe sprzymierzony z tym, co pojęcie narodu chce właśnie wykorzenić? Czy to nie istotna sprzeczność, eliminująca w zarodku podobny związek? Otóż, takie zwątpienie mogłoby być istotnie uzasadnione, gdyby nie pewne czynniki poboczne. Między innymi ten, że największym wrogiem każdego nacjonalizmu jest nacjonalizm obcy, dzięki czemu indyferentny narodowo bolszewizm będzie w najgorszym razie stanowił zawsze mniejsze zło; oraz przemożne wishful thinking wszystkich jeszcze nie-bolszewików, dzięki któremu zasadniczo nawet wrogą wobec siebie postawę, w każdym przypadku bolszewicy potrafią nieco uelastycznić, uplastycznić w pożądaną przez siebie formę. Zwycięstwo prowokacji jest pełne najbardziej zdumiewających przykładów działania tego niewątpliwego fenomenu – jeśli chodzi o grunt rodzimy: od kolaboracji z bolszewikami z doby zdrady ryskiej, poprzez pax z Piaseckim na czele, aż po zachłyśnięcie się gomułkizmem, Odrą z Nysą Łużycką i stawką na narodowy komunizm.
A jednak, mimo że stanowi lwią część książki, historia bolszewickiego triumfu nie jest jej głównym przedmiotem. Jako myśliciel polityczny formułujący swoje wnioski w oparciu o starannie dobrane pod względem wiarygodności przykłady i historyczne doświadczenia, Mackiewicz zdawał sobie sprawę, że mechanika dotychczasowych zwycięstw bolszewizmu, opartych na dwóch opisanych wcześniej czynnikach, nie wyczerpuje jego potencjału. Istotna siła bolszewizmu nie polega na wykorzystywaniu słabości wroga, ale na umiejętnym kreowaniu własnej ideowej, intelektualnej atrakcyjności. Bolszewizm nie dlatego jest groźny, że wygrywa ukształtowany w nieodległej historii nacjonalizm (który prędzej czy później przejść bodaj musi do lamusa dziejów), ale dlatego, że dysponuje umiejętnością przyciągania na swoją stronę swoich, zdawać by się mogło, oczywistych przeciwników – ludzi spod każdej szerokości i długości geograficznej, przynależności rasowej czy narodowej, takiej czy innej deklaracji religijnej lub ideowej. Mackiewiczowskim polem doświadczalnym, służącym obserwacji tego zjawiska, były tzw. sfery intelektualne wolnego jeszcze świata.
Dlaczego właśnie one? W pewnym stopniu decydować mogła prozaiczna kwestia techniczna – zdecydowanie łatwiej jest śledzić sposób rozumowania ludzi, dla których formułowanie własnych myśli (albo też obnażanie bezmyślności) stanowi źródło materialnego dochodu. O wiele ważniejszy był jednak drugi powód – bolszewizm atakuje przede wszystkim obszar intelektualnej oraz duchowej sfery egzystencji człowieka. Jego podstawowym obszarem działania jest kłamstwo, walka ze słowem, z ludzką myślą, a główną troską przyciągnięcie na swoją stronę, przekonanie do swoich racji sfer kształtujących kulturę swojej epoki, swojego środowiska. Stąd taki, a nie inny wybór. Stąd także główny temat, cel pisania Zwycięstwa prowokacji – walka o suwerenność myśli, „stan, w którym myśl ludzka nie ulega ślepo i nie daje się bezapelacyjnie powodować i kształtować z góry narzuconym dogmatom…”.
Suwerenność myśli była dla Mackiewicza podstawową linią obrony i strategiczną linią ataku jednocześnie. Słuszność tego Mackiewiczowskiego wyboru w pełni potwierdza rzeczywistość. Bolszewizm, który ze swojej natury jest wrogiem człowieka, słowa, intelektu, może liczyć na ogromne poparcie ludzi, którzy pracę swojego intelektu wykorzystują zawodowo, a którzy z samej definicji, powinni być wrogo nastawieni wobec wszelkich zakusów na suwerenność myśli:
W dawanych czasach, właśnie spośród tych sfer – przypominał Mackiewicz – rekrutował się największy procent 'szalonych głów’, szokujących swymi ideami solidnych obywateli istniejącego układu rzeczy. Nagle te zapaleńcze głowy gdzieś zniknęły. Gdzie się podzieli ci indywidualiści starych czasów, ci rozczochrańcy ideowi wzywający do czynów niemożliwych? Wprawdzie po wszystkich bulwarach wielkomiejskich spotykamy dziś nie mniej, a więcej rozczochranych egzystencjalistów, ale nie stanowią już typu indywidualnego, a raczej kolektywny; nie reprezentują zwolenników obalenia tyrani, a przeważnie zwolenników zgodnego współżycia z tą tyranią. Mamy więc do czynienia z niezwykłym paradoksem:
Gwałt fizyczny i masowe zbrodnie nie stanowią jakościowo charakterystycznej cechy ustroju komunistycznego. […] Najcharakterystyczniejszą cechą systemu komunistycznego jest natomiast totalna niewola ludzkiego ducha, zniewolenie ludzkiej myśli, ludzkiego intelektu. Zdawałoby się więc, że największych wrogów tego systemu należałoby szukać nie tyle wśród robotników, chłopów, rzemieślników, burżujów i szarego tłumu ulicznego, co właśnie wśród sfer tzw. postępowych, które ideał wolnej myśli tradycyjnie wygestykulowały ponad tłum; które sprawę ducha wynosiły ponad sprawę chleba powszedniego. Logicznie spodziewać by się należało, że właśnie sfery intelektualne wszystkich krajów staną się awangardą walki z komunizmem. Nic podobnego nie zaszło. Stało się wbrew logicznym przewidywaniom: ci, którzy się buntują, okrzyczani zostali 'reakcjonistami’; ci zaś, którzy posłusznie wkładają szyję w obrożę komunistycznej tyranii, mianują siebie 'progresistami’.
Jak wyjaśnić ten fenomen? Fenomen współuczestnictwa wolnego świata, jego intelektualnej awangardy w dziele bolszewickiego podboju. Mackiewicz wskazuje na pewien bardzo istotny element, na powinowactwo idei. Mówi tak: zmienił się świat, zmienił nie do poznania. Upadły monarchie, upadły cesarstwa – nadszedł czas demokracji, demokracji totalnej. Totalnej, a więc takiej, która nie dopuszcza równorzędności innych form ustrojowych. Tak to widział Mackiewicz w Zwycięstwie prowokacji. Demokracja jako zasada totalna, nie dająca pola na ustrojową recydywę, której dogmatem jest nieodwracalność… marsz ludzkości w jednym kierunku (wektorze). Taka bezwzględność, taka monopolizacja wytyczonego celu wytwarza dwie, świetnie przez Mackiewicza wychwycone, cechy uboczne: kolektywny sposób myślenia oraz stan rywalizacji („konkurowania”) z komunizmem-bolszewizmem.
Tak to, całkiem jasno, wynika choćby z cytowanego na wstępie fragmentu. Kolejna frapująca teza. Jakże tak? Demokracja, ten najdoskonalszy wykwit ludzkiego intelektu, ma być jednocześnie katem i ciemiężycielem myśli? Nie wrogiem, nie zaprzeczeniem, a jedynie rywalem totalitaryzmu? Wszak jeszcze przed wojną sam Mackiewicz pytał: „kto dziś nie jest demokratą?” Więc jakże? A no tak, jak się zazwyczaj ma teoria do praktyki. Demokracja zakłada z definicji dwie kwestie: pełną swobodę wypowiedzi oraz supremację większości. To teoria. W praktyce politycznej, czy medialnej, wolność wypowiedzi, owszem, występuje, jednak każda próba wyjścia poza zbiór ustalonych dogmatów, takich jak nieodwracalność demokratycznych przemian, nie jest mile widziana, a ściślej spychana na margines życia publicznego. Z supremacją większości jest właściwie identycznie. Nikt niemal z tą zasadą nie śmie polemizować, ale też równie niewielu ten bezsporny (werbalnie) fundament demokratycznej reguły traktuje poważnie. Większość jest potrzebna do zdobycia władzy, do niczego więcej. Jej wpływ na istotny charakter życia publicznego jest w praktyce żaden. Decydują wyłącznie „elity” tego lub owego politycznego autoramentu. Co oznacza, że demokracja jest ustrojem w podobnym zakresie „egalitarnym” co bolszewizm, choć „wyborca” cieszy się zdecydowanie większym zakresem swobody. To tylko kwestia odmiennej nieco socjotechniki. Podobnie jak pod bolszewizmem decyduje „elita”, choć, biorąc pod uwagę okoliczności, warto by się chyba pochylić nad semantycznym znaczeniem tego terminu. Zarówno „elita” polityczna jak i intelektualna. Obie realizują swoje programy i ideologiczne cele przy użyciu metody nie tak, co prawda, totalitarnej i konsekwentnej jak metoda bolszewicka, ale jednak metody, której głównym zadaniem jest skanalizowanie myślenia w ściśle wytyczonym kierunku – w kierunku postępu.
Doszliśmy wreszcie do punktu, który być może w największym stopniu decyduje o tym zaskakującym dla wielu powinowactwie. Postęp, fetysz, jak mawiał Zdziechowski, demokratycznego ustroju, demokratycznych elit. Czy rzeczywiście taki groźny, złowróżbny? Tak, jeśli uświadomić sobie jego pojemność, nie wykluczającą ze swoich ram takich zjawisk jak bolszewizm. Zwolennicy postępu, demokratycznego w swojej najszerszej interpretacyjnej formule, mimo szeregu dość krytycznych – bywa – uwag, uznają przewrót bolszewicki w Rosji wraz z jego następstwami za zjawisko pozytywne.
Dobrze jest wiedzieć, gdzie przebiega ideowa granica. Bolszewizm ma z demokracją o wiele więcej wspólnego, aniżeli utarło się sądzić. To dlatego krwawy bolszewicki system już nazajutrz po pierwszym swoim zwycięstwie mógł liczyć na co najmniej życzliwość intelektualnych elit zachodniego świata, które albo zbrodni tego systemu po prostu nie dostrzegały, albo też upatrywały w nich element dziejowej konieczności. Czy ślepi, jak wojażujący po sowietach George Bernard Shaw („nigdy nie jadłem tak dobrze jak w Związku Sowieckim”), czy wyrażający aprobatę dla rozbijania dziejowych jaj Aleksander Wat („jak czysta i wielka musi być sprawa, dla której przelewa się tyle krwi, i to krwi niewinnej”), intelektualni piewcy postępu gotowi byli, jak to wyraził Hemingway: „Jeżeli tu zwyciężymy, zwyciężymy wszędzie!…”, solidaryzować się z bolszewizmem bezwarunkowo, ze względów czysto ideowych, dlatego po prostu, że z bolszewizmem było i jest „postępowo” zorientowanym intelektualistom… po drodze, choćby i w ich rozumieniu była to droga odrobinę może zbyt radykalna, stroma i wyboista.
Wygrywając nacjonalizmy, zgrywając ludzkie pobożne życzenia, bolszewizm wielokrotnie ratował się przed upadkiem, niekiedy zaledwie krok od przepaści. Trudno jednak wyobrazić sobie trwały pochód bolszewizmu bez czynnika afirmatywnego. Bez mniej lub bardziej jawnego poparcia ze strony elit zachodniego świata, sympatii okazywanej przez tamtą stronę, także wiązanej z bolszewizmem paradoksalnej nadziei na nowy, lepszy świat, taki trwały pochód nie byłby możliwy. Mackiewicz miał wątpliwą przyjemność obserwowania tego zjawiska. Obserwował i starał się wyjaśnić, obnażał i zwalczał. Argumentował i demonstrował, jak choćby poprzez wystąpienie z międzynarodowego PEN-Clubu na wieść o przyłączeniu do tego gremium komunistycznych pisarzy z Węgier.
Respice finem
Jakiś czas temu w peerelowskim tutejszowie wypłynęło na powierzchnię nazwisko bardziej znanego na Zachodzie włoskiego filozofa i bolszewickiego aktywisty, Antonio Gramsciego. Okazało się, że jego tezy, przekonania, polityczny program, świetnie tłumaczą sytuację, nazwałbym, mentalną nie tyle może samego tutejszowa (gdyż owo z tzw. normalną rzeczywistością nie ma wiele wspólnego), ale tzw. normalnego świata w jego kontaktach z ideą bolszewicką.
Co wykreował Gramsci? Mówiąc w największym możliwym skrócie, Gramsci ośmielił się jakoby postawić samego Marksa na głowie, stwierdzając wbrew przekonaniu autora „Kapitału”, że niekoniecznie (uprzedzam, będą padać terminy wulgarne!) „baza” kształtuje „nadbudowę”, ale może też być całkiem odwrotnie (i jeszcze bardziej dla bolszewickiej sprawy skutecznie). A skoro tak, należy zadbać o tejże „nadbudowy” możliwie sprawne przejęcie. Tak mniej więcej powstały popularne dziś terminy: wojny o hegemonię, marszu przez instytucje, wojny kulturowej.
O ile mi wiadomo, Józef Mackiewicz nigdy o Gramscim nawet nie wspomniał, choć mało prawdopodobne, aby nazwisko tego niebywale uzdolnionego komunistycznego myśliciela nie obiło mu się o uszy. Tego nie wiemy i nie będziemy nawet dociekać. O wiele pożyteczniej będzie rozważyć pytanie, czy koncept owego włoskiego bolszewika istotnie taki nowatorski, niebezpieczny. Czy rzeczywiście tzw. elity, sfery intelektualne, artystyczne, inteligenckie normalnego świata potrzebowały i potrzebują dzisiaj kierowniczej ręki bolszewickiej partii? Czy ideowe „przewagi” myśli postępowej, takiej która dąży do zmiany i zrywa z przeszłością, przybiera maskę równości, o mniej lub bardziej radykalnym obliczu: demokratycznym, socjalistycznym, komunistycznym nie jest dla nich dostatecznie oczywista sama w sobie? Czy nie staje im dostatecznie intelektualnego atawizmu, aby odkryć najtrafniej, skąd właśnie zawiewa rzekomy wiatr historii?
Józef Mackiewicz odpowiadał na te pytania niemal dokładnie w chwili pisania Zwycięstwa prowokacji, tworząc jedno z największych (jeśli nie największe) ze swoich dzieł beletrystycznych. W Sprawie pułkownika Miasojedowa odnaleźć można fragment wymownego dialogu, jaki mógł był się toczyć w kręgach petersburskich wyższych sfer gdzieś w pierwszej dekadzie XX wieku:
– A pan, młody człowieku, nie jest jeszcze socjalistą?
– Zdaje się, że będę musiał nim zostać, ekscelencjo; w najbliższej przyszłości – odpowiedział Maljuszin z westchnieniem. – Nie da rady.
– Za moich czasów – odezwał się generał Błażewicz – mówiono tak: „Kto do trzydziestu lat nie jest socjalistą, to podlec. Kto po trzydziestce jeszcze nim jest, to już dureń.” A pan ile sobie lat liczy?
– Czasy się zmieniają, generale. – Odparł dosyć aroganckim tonem malarz. – Mogą przyjść jeszcze takie, że nie być socjalistą będzie wymagało większej odwagi, niż dziś nim być. Nie sądzę osobiście, że to będą czasy najlepsze, ale…
– Więc pocóż chce pan nim zostać? – spytał prokurator.
– Nie powiedziałem, że chcę, ekscelencjo, tylko że będę musiał. W gruncie jest mi to obojętne. Ale być dziś w opozycji do monarchii, do rządu, do żandarmów jest o wiele łatwiej, niż do środowiska, w którym się przyszło obracać. Do środowiska, czy do mody tego środowiska, na jedno wychodzi… […]
– Państwu się dobrze śmiać… […] ale jak się ma zaszczyt należeć do sfery tzw. inteligencji, to trzeba być świadomym obowiązków, jakie ona nakłada. Mówi przysłowie: „Lubisz zjeżdżać z górki, musisz lubić i sanki wozić”.
Zdaje się, że Józef Mackiewicz nie potrzebował nauk wypływających z koncepcji Antonio Gramsciego, nie podzielałby także opinii o ich wielkiej oryginalności. Czy zdołał rozszyfrować tajemnicę, skąd bierze się ten niebywały, afirmatywny trend w podejściu do bolszewizmu, ściśle określić jego praprzyczynę? Wydaje się czasem, że nie bardzo nawet próbował, wychodząc może z założenia, że – jak mawiał inny bohater Miasojedowa – „…przyczyn jest nie kilka, a kilka milionów. Co mówię, kilka miliardów!”
Jeśli już jednak podejmował to niewątpliwe wyzwanie, to wskazywał na szczególny gatunek ludzkiego konformizmu, nie motywowanego dobrami materialnymi ani troską o własną fizyczną powłokę, ale fenomenem szczególnym – bezwolnym przyzwoleniem na kierowniczą rolę kolektywu. Zapewne więc nieprzypadkowo jedna z najbardziej pozytywnych postaci tej wielkiej powieści, nieznany z nazwiska Andrzej Piotrowicz, nosił na piersi znaczek ekskluzywnej akademii, opatrzony łacińską sentencją: „Quidquid agis prudenter agas et respice finem”.