Zamknij
Dariusz Rohnka

„Zwycięstwo prowokacji” 50 lat później czyli wracajmy do Mackiewicza!

28 sierpnia 2012 |Dariusz Rohnka, Meandry mackiewiczologii, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/08/28/zwyciestwo-prowokacji-50-lat-pozniej-czyli-wracajmy-do-mackiewicza/

DR: Zwycięstwo prowokacji opiera się na jednej głównej tezie: triumf bolszewizmu zapoczątkowuje nową erę w historii ludzkości, spychając do lamusa tradycyjne pojęcia interesu narodowego, interesu państwowego, w zamian narzucając nową, ponadnarodową jakość (w ujęciu Mackiewicza „nową treść”), która jest narzędziem światowego podboju. Nowa jakość polega na podporządkowaniu każdego działania, każdego rodzaju aktywności, każdego narzędzia głównemu celowi.

U Mackiewicza tak sformułowanej ściśle tezy nie ma. Była dla niego zbyt oczywista. To jednak ona leży u podstaw wszystkich zasadniczych wątków i tematów, poruszonych w Zwycięstwie prowokacji. To przy okazji także dokładnie ta teza, którą starają się negować (lub ignorować) polityczni komentatorzy już od feralnego roku 1917, mówiąc z odcieniem wyraźnego bagatelizowania: pojawienie się bolszewizmu nie spowodowało żadnej jakościowej przemiany, a jeśli nawet, to nie miała ona aż tak fundamentalnego znaczenia… bolszewizm może ewoluować, liberalizować się etc. Zdaniem Mackiewicza ten właśnie, zafałszowany stosunek do bolszewickiego fenomenu jest jednym z najważniejszych problemów politycznych ery bolszewickiej. Zwycięstwo prowokacji w ogromnej części jest poświęcone właśnie temu fałszowi.

A więc zasadniczym tematem Zwycięstwa prowokacji są wzajemne relacje pomiędzy bolszewizmem, a tzw. „realną polityką”, próba odpowiedzi na pytanie, na czym polega istota błędu popełnianego konsekwentnie przez dziesięciolecia, błędu niedostrzegania istoty bolszewizmu; jakie są tego błędu przyczyny; jakie konsekwencje; a także w jaki sposób sami bolszewicy wykorzystują ten błąd strony przeciwnej?

Sam Mackiewicz określał Zwycięstwo prowokacji inaczej. Według niego była to książka poświęcona obronie suwerenności myśli. Inaczej, ale niesprzecznie. Bo czym innym jest w XX wieku walka w obronie suwerenności myśli jak nie walką z bolszewizmem i wszystkimi tego bolszewizmu pomocnikami (świadomymi bądź nie)? Czy nie na tym polega istota bolszewizmu, że odwracając sens słów, uniemożliwia swobodną i suwerenną pracę myśli, przynajmniej wszystkim tym, którzy chcą z bolszewikami wchodzić w dyskusję lub układy?

MB: Zaproponowałbym tylko drobne zmiany w sformułowaniach. Politycy XX wieczni – i współcześni też – nie tyle negowali tę tezę, co kompletnie jej nie przyjmowali do wiadomości. Od samego początku teza, że z bolszewikami trzeba i można rozmawiać była uważana za jedyne rozsądne podejście, a wszystko inne za zacietrzewiony nonsens i jako takie spychane było na polityczny margines. Nie mówią więc wcale: „pojawienie się bolszewizmu nie spowodowało żadnej jakościowej przemiany”, tylko w ogóle nie dostrzegają tezy przeciwnej. Ich teza brzmi raczej: bolszewicy mają w wielu punktach rację, trzeba z nimi rozmawiać, wygładzić ich ostre krawędzie i wszystko będzie pięknie.

Ale to są oczywiście tylko drobiazgi. Ach, jeszcze jedno. Jeśli bolszewizm odbiera rozum tym, którzy chcą z nim gadać, to wystarczyłoby skoncentrować się na przekonywaniu, że nie wolno z nimi rozmawiać… och, to pewnie tautologia… Czy nie jest to jednak zbyt optymistyczna wykładnia? Suwerenność myśli przyświecać powinna jako cel każdemu, także podziemnym dyskutantom, którzy nie mają szans na rozmowy z bolszewikami, nawet gdyby bardzo tego pragnęli.

DR: Tak, to niewątpliwie prawda. Myśl pozbawiona suwerenności traci swoją podstawową funkcję, stając się właściwie już tylko narzędziem przetrwania, które wyśmienicie opisał Orwell w swoim Roku 1984. Zanim jednak uruchomimy psychologiczny mechanizm dwójmyślenia, wcześniej musimy jeszcze przebyć stosowną drogę; nie zawsze bardzo długi, ale w jakimś stopniu stromy odcinek. Mechanikę tego procesu znajdziemy w Zwycięstwie prowokacji. Pierwsza z czterech głównych części książki, część poświęcona walce z nieformalną emigracyjną cenzurą oraz obronie suwerenności myślenia nosi tytuł „Na równi pochyłej”. Dlaczego na pochyłej? Otóż w tym rozdziale Mackiewicz zdaje się przekornie zaprzeczać temu, co zgodnie zdołaliśmy nieco wyżej ustalić. Mówi tak:

„…bolszewizm, nie-do-uznania ongiś dla wszystkich Polaków, z wyjątkiem nieznacznej garstki komunistów, przeszedł de facto w stan uznania.”

Stosunek do bolszewizmu podlega nieustającej, jednokierunkowej ewolucji: od odrzucenia, poprzez strach, akceptację… aż po afirmację. Mackiewicz podaje uderzająco trafny przykład arcybiskupa Sapiehy, nazywanego przez Polaków „Księciem Niezłomnym”. Tenże „Książę” uznał był okupację bolszewicką za „wyzwolenie Polski”, a agenta nkwd Bieruta za prezydenta Rzeczpospolitej. Mackiewicz odwołuje się przy tej okazji do czasów przedwojennych i stawia następujące pytanie: Czy ktokolwiek z jego wrogów (chodziło o ówczesne kręgi sanacyjnej władzy) mógłby wyobrazić sobie sytuację, w której Kardynał składać będzie podobne deklaracje? I sam odpowiada: oczywiście, nikt by nawet nie pojął, jaki jest sens tego „nihilistycznego dowcipu”. Ta właśnie przedwojenna absolutna niemożność przewidzenia pewnych postaw wojennych i powojennych, to dobitny dowód na ewolucję stosunku do bolszewizmu zarówno kardynała Sapiehy jak i ludzi oceniających jego postępowanie, ewolucję czyli ześlizg po „równi pochyłej”.

Warunkiem niezbędnym dla zaistnienia obu postaw jest przymknięcie oczu na bolszewicką „nową treść” i skierowanie w zamian uwagi na te aspekty bolszewickiej łżeczywistości, którym przypisać można pewne cechy pozytywne albo i „postępowe”. Można to zilustrować, cytując wspominanego już wcześniej Hemara:

„Nie ulega kwestii, że w Kraju dokonywają się przemiany nie tylko na niekorzyść i nie tylko szkodliwe. Sama dialektyka dziejów, sama mechanika rozwoju społeczeństwa sprawia, że nawet pod okupacją diabła odbywa się ewolucja anielska. Trudno zaprzeczyć, że w Polsce ludzie kupują dziś i czytają dwadzieścia razy tyle książek, co przed wojną, że nigdy tylu ludzi z takim zapałem nie chodziło tam do teatru, co dziś.”

Doskonały, rzec by można, początek ewolucji, pełen pozytywnych, konstruktywnych myśli, nowoczesnych, modnych. Zalążek ideowego poputniczestwa, który bolszewików musiał bardzo cieszyć, oparty nie na strachu, wyrachowaniu, na motywach negatywnych, ale na „wartościach”.

MB: Tak, oczywiście. Ewolucja stosunku do bolszewizmu, a nie bolszewizmu samego. To bardzo ważna teza Mackiewicza. Pozwoliłbym sobie rozciągnąć jeszcze dalej Twój ciąg jednokierunkowej ewolucji: „od odrzucenia, poprzez strach, akceptację… aż po afirmację”, a dalej, kiedy już bezbożny bolszewizm jest przyjęty przez wszystkich, nawet przez nominalnych antykomunistów – Sołżenicyna, Reagana, Thatcher – to wtedy może wreszcie zniknąć, tj. mówiąc ściślej, wykonać magiczną sztuczkę zniknięcia i nazwać ją „upadkiem komunizmu”.

Czy pisanie „kraju” z wielkiej litery, bo tak żądał redaktor Wiadomości, też należy do tej równi pochyłej?

DR:W danym przypadku, powyższego cytatu, nie jestem pewien czy Hemar pisał „kraj” z wielkiej litery na własne życzenie czy może żądanie Grydzewskiego (jeśli artykuł w ogóle był drukowany w Wiadomościach). Ale to drobiazg bez większego znaczenia. Ważniejsze, że taka praktyka, pisania „kraju” miała miejsce; możemy się także domyślać, że Grydzewski, niewątpliwy purysta, a raczej dziwak językowy, praktykował ten obyczaj z intencją dobrze bodaj odczytaną przez Mackiewicza, który był także ofiarą (nieświadomą) tego gramatycznego zabiegu. Mackiewicz pisał:

„Nie ma takiej ortografii, która by narzucała autorowi, przez pisanie dużą literą, wyrażać szacunek do rzeczy, do której szacunku nie odczuwa. Kraj, jako pojęcie terytorium Polski podległej dzisiaj bolszewikom, płaszczy się przed nimi w sposób, w jaki w najgorszych snach nie moglibyśmy sobie wyimaginować przed rokiem 1939. […] …protestuję stanowczo przeciwko zmuszaniu mnie do składania hołdów, których składanie nie leży w mojej intencji…”

W ten sposób izolował się od tego, z pozoru całkiem niewinnego, fragmentu równi pochyłej.

MB: Ciekawi mnie, dlaczego napisałeś, że Mackiewicz był nieświadomą ofiarą? Mnie się wydaje, że w przeciwieństwie do wszystkich innych ofiar Grydza, Mackiewicz był całkowicie świadom tego, co Grydzewski wyprawiał ze swoimi autorami.

O „Kraju” pisał jeszcze zabawniej w innym miejscu:

„Przede wszystkim drobna uwaga: słowo ‘kraj’ pisze się w pisowni polskiej z małej litery, a nie z dużej, jest to bowiem nie imię własne lecz pospolite. – Poza tym, pochodząc osobiście z terenów b. W Ks. Litewskiego, mogę mieć wątpliwości, o jaki to tu kraj chodzi: ‘Litewską SSR’, ‘Białoruską SSR’, ‘Polską Republikę Ludową’, czy inną część aktualnego podziału administracyjnego wewnątrz bloku komunistycznego.”

DR: Napisałem ofiarą „nieświadomą”, ponieważ jego protest, jaki przed momentem przytoczyłem, najprawdopodobniej dotyczył opublikowanego przez Grydzewskiego listu, te zaś, z całą pewnością, nie podlegały zwyczajowej korekcie, rewizji etc. Nie miał zatem Mackiewicz możliwości, przynajmniej w tym przypadku, poddać się świadomie dyktatowi redaktora „Wiadomości”.

Ale masz rację. Jednocześnie zgadzał się w tym czasie, na drukowanie słowa „kraj” z dużej litery w swoich tekstach publicystycznych, a więc na proceder, który go musiał niezmiernie denerwować. Czy było to stanowisko kompromisowe? Niewątpliwie tak. Czy można to zachowanie zrównywać z ześlizgiem po równi pochyłej? Absolutnie nie. Myślę, że to dobra okazja, żeby zaznaczyć jedną szczególną cechę Mackiewicza jako pisarza. Mackiewicz był, owszem, bezkompromisowy, ale tylko w odniesieniu do komunizmu i jego licznych na Zachodzie pomocników. Poza tym wyjątkiem, był człowiekiem umiarkowanych poglądów, którego pierwszą troską było możliwie najobiektywniejsze spojrzenie na rzeczywistość, a także dystans do swoich własnych przekonań. Wiedział przecież dobrze, co to cenzura. Nie ta cenzura, która nakazuje zejście do podziemia czy wydawanie własnym nakładem, ale cenzura, z którą można i trzeba walczyć, ścierać się i pokonywać, czy nawet… ulegać w drobiazgowych kwestiach.

„Wróćmy jednak do Mackiewicza”, do, jeśli pozwolisz, praktycznej strony Zwycięstwa prowokacji, które nie jest przecież oderwanym od rzeczywistości filozoficznym moralitetem, ale podręcznikiem wiedzy o bolszewizmie, o jego istocie oraz stosowanych metodach. Jest także, jak już wcześniej ustaliliśmy, aktem walki, wojny wydanej bolszewizmowi oraz jego poputczikom.

Mackiewicz znał i rozumiał swojego wroga, dlatego nieprzypadkowo Zwycięstwo prowokacji jest także bezcennym źródłem poznawania bolszewickiej metody podboju. Mackiewicz podkreślał wyjątkowe znaczenie twórcy bolszewizmu i wodza październikowego przewrotu, Lenina – niekwestionowanego ojca taktyki, której bolszewicy zawdzięczają wszystkie swoje triumfy; twórcy teorii i praktyki zapisanych m. in. w poufnym eseju, któremu Mackiewicz przydzielił roboczy tytuł: o „głuchoniemych ślepcach”. O czym pisał przywódca bolszewickiego przewrotu? Przede wszystkim w sposób niewątpliwie genialny definiował wroga oraz jego kwalifikacje:

„… tzw. kulturalne warstwy zachodniej Europy i Ameryki nie są zdolne zorientować się we współczesnej sytuacji i realnym układzie sił;  warstwy  te   należy  uważać   za  g ł u c h o n i e m y c h…”

Czy ten cytat nie brzmi znajomo, czy nie przypomina nieco Mackiewicza, może nie stylem, ale bezwzględnością myślowej konsekwencji w odniesieniu do tego dokładnie punktu rzeczywistości? Czy Mackiewicz mógłby się, od biedy, pod tym fragmentem podpisać? A wypada w tym miejscu wtrącić chronologiczny szczegół: Mackiewicz miał okazję zapoznać się z tymi dokładnie myślami wodza bolszewickiej rewolty nie wcześniej jak we wrześniu 1961 roku, gdy nieznane wcześniej notatki Lenina zostały opublikowane w rosyjskim kwartalniku Nowyj Żurnał. A więc, być może, już nawet w trakcie pisania swojej książki. Biorąc pod uwagę jego wcześniejsze publicystyczne dokonania, jest całkiem oczywiste, że te, świeżo odkryte, słowa Lenina nie były dla niego żadnym zaskoczeniem.

Wróćmy jeszcze do Lenina i zalecanej przez niego taktyki:

„a) Ogłosić dla uspokojenia głuchoniemych rozdział (fikcyjny) [nawias zdaje się sugerować, jakże niepotrzebną, niepewność w odniesieniu do najbliższych współpracowników] naszego rządu… etc. od Politbiura i głównie od Kominternu, przedstawiając je za niezależne organizacje, tolerowane na terytorium ZSSR. G ł u c h o n i e m i   u w i e r z ą.

b) Wyrazić chęć nawiązania stosunków z kapitalistycznymi państwami na zasadzie niemieszania się do spraw wewnętrznych. G ł u c h o n i e m i   u w i e r z ą.”

I dalej:

„Mówić prawdę, to przesąd burżuazyjny. Przeciwnie: cel uświęca kłamstwo. Kapitaliści całego świata, goniąc za zyskami na rynku sowieckim, zamkną oczy na rzeczywistość i przeistoczą się w ten sposób w  g ł u c h o n i e m y c h   ś l e p c ó w.”

Z powyższych spostrzeżeń Lenina wynikają dwie zasadnicze, zazębiające się zasady, na których oparta została bolszewicka taktyka: własna bolszewicka aktywność o charakterze dywersyjnym – prowokacja oraz dobrze ugruntowane przekonanie o niedostatkach intelektualnych i moralnych wroga. Której z tych zasad należy przypisać większe znaczenie? Czy bardziej waży krótkowzroczność i naiwność niebolszewickiego świata czy sprawność operacyjna bolszewickich prowokatorów? Bardzo mnie ciekawi jaki jest Twój punkt widzenia: czy skłonny jesteś stawiać na geniusz bolszewików czy raczej na głupotę reszty świata?

MB: Mackiewicz wielokrotnie powtarzał, że z bolszewików „ani geniusze, ani nadludzie”. Ich rzekoma sprawność operacyjna jest co najmniej dyskusyjna. Nie, ich jedyną potęgą jest słabość wolnego (jeszcze) świata. Tak samo zresztą uważał Lenin, jak to przytoczone przez Ciebie fragmenty dobitnie demonstrują.

DR: Niby, tak. Niby masz bezwzględnie słuszność, coś mi jednak podpowiada, że ta wyłożona przez Ciebie racja nie wypełnia swoją substancją całego zagadnienia. Świat wolny – słaby? – zgoda! Można to pewnie pięknie zegzemplifikować, a nawet uzasadnić. Ale czy rzeczywiście wolno nam uznać automatycznie, że bolszewictwo nie jest genialnym wynalazkiem? Kto dokonuje epokowego odkrycia, wykuwa nową rzeczywistość, stwarza nową jakość, „nową istotę”, nawet tak plugawy przedstawiciel rodzaju ludzkiego jakim jest bolszewik, zasługuje przecież na obiektywne uznanie swoich nie byle jakich kwalifikacji. Stop. Może i na nic nie zasługuje, a jeśli już, to jedynie na rozdeptanie. Zgoda. Za to my nie możemy się wyzbywać obiektywnego rozeznania rzeczywistości, bo to praktycznie jedyna nasza w tej chwili linia obrony. Czy trzeba uzasadniać, że bolszewizm to coś arcywybitnego?

A jednak racja zdaje się leżeć raczej po Twojej stronie. I nie trzeba szczególnie wnikliwych argumentów. Wystarczy wpatrzyć się w twarze kolejnych naczelnych towarzyszy-przywódców, i skonstatować ze zdziwieniem oblicza nie obarczone nadmiarem lotnych myśli. Bieruty, Gomułki, Chruszczowy, Staliny – to mają być ci demiurgowie nowego bolszewickiego świata? Śmieszne! Choć tembr owego śmiechu zależy bardzo od indywidualnego poczucia humoru i, nie mniej, od gustu. Nieważne. Ważne całkiem co innego – czy w ogóle jest tu jakaś odpowiedź, czy raczej tylko wielka zagadka?

MB: Trzeba tu chyba dokonać pewnego rozróżnienia. Jedna rzecz, to bolszewizm jako Metoda, a inna to czynienie z bolszewików nadludzi, którzy wyposażeni w tę Metodę są nie do pokonania. Mackiewiczowi wielokrotnie zarzucano, że czyni z bolszewików nadludzkich herosów. Pozwolę sobie przytoczyć cytat z Kisielewskiego:

„Dziwny człowiek ten Mackiewicz, istna synteza sprzeczności. Nienawidzi komunizmu, ale wciąż się nim zajmuje, nie mogąc się z nim rozstać. Chce go zwalczać i pobić, jednocześnie uważa, że komunizm jest wszechpotężny, wszechobecny, nie zmienia się, nie robi błędów, a wszystkich zamienia w swych agentów, nawet Sołżenicyna.”

Bolszewicy z pewnością chcą wyglądać tak, jak to przedstawia Kisielewski, ale Mackiewicz wcale ich tak nie widział. Przekonanie drugiej strony o „nieodwracalności zmian” jest częścią tej Metody; wszechpotężna wszechobecność, to obraz stale projektowany przez bolszewików. Mackiewicz pisał na krótko po ukazaniu się Zwycięstwa prowokacji:

„Zwycięstwo komunistów nie polega na rzekomo ich ‘genialnej’ taktyce, lecz przeważnie na gotowości do kapitulacji nie-komunistów. Przypisywana przywódcom komunizmu ‘genialność’ polityczna wynika jedynie z umiejętnego rozegrania tej gotowości, odpowiedniego etapowego wyzyskania kapitulanctwa ich przeciwnika politycznego.”

DR: Myślę, że zastosowałeś bardzo istotne rozgraniczenie: genialna Metoda z jednej i jej realizatorzy, bardzo przecież różniący się między sobą, z drugiej. Łatwo dochodzimy w ten sposób do wniosku, że bolszewikiem może zostać byle tuman, co zresztą praktyka życia i najnowszej historii zdaje się potwierdzać. Ba, możemy się nawet pokusić o wyjaśnienie tego pozornego fenomenu, genialnej metody upowszechnianej przez półgłówków. Wystarczy jedynie wskazać na zasadę hierarchiczności, jaka obowiązuje w bolszewickim, wybacz sformułowanie, „kościele”. W myśl tej zasady, szeregowy bolszewik to prosty wyznawca bolszewizmu, zobowiązany jedynie do przekazywania prawd objawionych wcześniej, komu innemu, gdzieś, na bardzo wysokiej górze.

Wszystko ładnie, ale nie do końca. Bo skoro metodę mamy uznać za genialną, to chyba także jej wynalazcy wypadnie przypisać identyczny atrybut. Mielibyśmy w ten sposób przynajmniej jednego genialnego bolszewika. Któż to taki? Mackiewicz wskazuje w Zwycięstwie prowokacji jednoznacznie, na Lenina i zdaje się mieć w tym względzie rację, ale też bodaj że nie do końca – byli inni, może nie mniej ważni, przed Iliczem, co implikuje rzecz następującą: bolszewizm nie jest dziełem jednego geniuszu, Lenina, nominalnego twórcy bolszewizmu jako frakcji rosyjskiej socjaldemokracji, ale ma ojców wielu. Kogo wymienić? Wskazałbym na trzy nazwiska: tandem Marksa-Engelsa oraz Nieczajewa, założyciela Zemsty Ludu, autora Katechizmu rewolucjonisty. O ile Lenin wymyślił słowo „bolszewizm” i rozwinął Metodę, pozostałych uznać wypada za jej ojców: Marksa-Engelsa, bo w swoim „jakoby manifeście” położyli fundamenty samej idei; Nieczajewa, bo w praktyce dokonał jej pierwszej kodyfikacji. Mielibyśmy więc tutaj nie jednego, ale już aż czterech ojców-geniuszy. Ale czy rzeczywiście? Czy proceder obmyślenia tak z gruntu plugawej idei może rościć sobie pretensje do geniuszu? Albo inaczej: czy istota bolszewizmu-komunizmu sugeruje genialną proweniencję?

Mackiewicz stosuje niebywale lapidarną, ale i trafną definicję. Istota komunizmu polega na odwróceniu sensu słów. Kropka. Tu chyba nie ma miejsca na interpretacje. Chodzi o kłamstwo, kłamstwo totalne, nazywanie białego czarnym i odwrotnie; prostackie, perwersyjne kłamstwo ubrane jedynie w zgrabną konfekcję „postępu” i troski o człowieka, grające przy okazji na ludzkich najniższych odruchach i słabościach. Więc może w gruncie rzeczy jest całkiem inaczej, niż skłonni byliśmy wcześniej myśleć – nie istnieje żaden bolszewizm jako genialna idea, a tylko banda genialnych zwyrodnialców-rzezimieszków, działająca od 100 przeszło lat pod dość przypadkowym, jak wiadomo, szyldem bolszewizmu? Może nawet Zwycięstwo prowokacji mniej jest książką o istocie i zwycięstwach bolszewizmu, bardziej o niedostatkach ludzkiej natury, i tych duchowych, i tylko intelektualnych? Czy nie jest uniwersalnym krzykiem, ni to rozpaczy, ni to oburzenia do wszystkich jeszcze wciąż niebolszewików świata: „cóż wy, mali głupcy, robicie? Opamiętajcie się, póki czas!”

MB: Rozróżnienie oczywiście nie jest moje. Mackiewicz pisał:

„Siła sowiecka opiera się nie na sprycie dyplomacji moskiewskiej, ani jest wynikiem innego przejawu sowieckiej polityki państwowej, tylko skutkiem międzynarodowej propagandy komunistycznej, którą by można porównać do rodzaju psychicznej zarazy. Objawy jej występują pod wieloraką postacią: ‘czynnie’ w partiach komunistycznych całego świata, ‘taktycznie’ w podburzaniu nacjonalizmów, ‘sympatycznie’ w pewnych sferach intelektualnych, oraz ‘pokojowo’ wśród pacyfistów wszystkich krajów. Zdolności dyplomatyczno-polityczne panów Chruszczowych et co. odgrywają rolę zaledwie poślednią. Propagandę komunistyczną stworzył nie Chruszczow, a Lenin. Chruszczow nią tylko aktualnie administruje. I czyni to często w najwyższym stopniu niezgrabnie.”

Mackiewicz odróżniał wyraźnie Metodę od jej wykonawców. Wykonawcy są wyposażeni w Metodę, ale to nie czyni ich „geniuszami i nadludźmi”, popełniają błędy, ale nikt nie chce tych błędów wykorzystać.

Mam przykre wrażenie, że rozważanie rzekomego geniuszu „ojców i doktorów” bolszewizmu prowadzi nas w ślepą uliczkę. Komunistyczni apologeci przez lata całe obarczali Stalina wypaczeniami i pragnęli wracać do czystej nauki Lenina i Marksa, do „rewolucyjnego romantyzmu”, do skórzanej kurtki i nagana za pasem. Geniusze? Może, ale taka sama bolszewicka swołocz. Nie widzę powodu, żeby wybierać między genialną kanalią, taką jak Trocki dla przykładu, a półgłówkiem z rękami unurzanymi we krwi po pachy, jak np. Chruszczow.

DR: Wiemy dobrze, że manowce, jak i „ślepe uliczki” bywają cenne. Myślę, że i tym razem błądzenie doprowadziło nas do ciekawego punktu – jak trafnie napisałeś – jeśli idzie o bolszewików, nie ma istotnej różnicy pomiędzy „genialną kanalią” a „półgłówkiem” – obaj siebie warci oraz, mimo dzielących ich różnic intelektualnego poziomu, jednomyślni. To, jak mi się zdaje, nader istotna właściwość bolszewizmu, decydująca w dużej mierze o jego niemal stuletnim powodzeniu, owa jednomyślność kadr. Zdumiewające, ale mimo całej swojej taktycznej elastyczności, bolszewizm na każdym kolejnym etapie swojego istnienia jest odczytywany bezbłędnie przez wyznawców. W publicystyce i w powieściach Józefa Mackiewicza roi się od bolszewików najróżniejszych szczebli, którzy, niezależnie od piastowanej funkcji czy przyznanej rangi, doskonale wiedzą, jak na danym etapie powinien postąpić bolszewik. Dobrym, myślę, przykładem jest postać redaktora naczelnego „Wileńskiej Prawdy” w Drodze donikąd, który przyjeżdża nad ranem do drukarni, zamyka się w swoim gabinecie ze szczotką drukarską, aby po upływie chwili wybiec z furią na ustach, przywołując redaktora odpowiedzialnego – okazuje się, że w drukowanym wystąpieniu towarzysza z Kowna zabrakło standardowych okrzyków ku chwale Stalina. Na cichą sugestię dziennikarza, że może by stosowny okrzyk po prostu dodać, gniew naczelnego narasta jeszcze bardziej. Taka rzecz jest absolutnie nie do pomyślenia w redakcji sowieckiej gazety. Taki przypadek wymaga skrupulatnego sprawdzenia. Nie ma miejsca na dowolność, przeinaczenia, lekkomyślne potraktowanie rzeczywistości. To trudne do uchwycenia zjawisko wydaje się istotną częścią bolszewickiego fenomenu. W całym tym absurdzie jest jakiś porządek, ohydny, ale porządek. Nieprzypadkowo w rozdziale Zwycięstwa prowokacji zatytułowanym Fenomen komunizmu pojawia się postać osiemdziesięcioletniego Woroszyłowa, wygłaszającego samokrytykę przed forum pięciu tysięcy komunistycznych delegatów z całego świata. Stary bolszewik bez chwili wahania podejmuje jedynie słuszną w danej chwili decyzję. Mackiewicz nazywa to zjawisko „fenomenalnym naciskiem psychicznym”. Rzecz w tym, że ów „nacisk” nie dotyczy tylko samych komunistów, ale praktycznie wszystkich, którzy z nimi współdziałają. To coś na kształt „siódmego bolszewickiego zmysłu”. Właściwość pozwalająca trafnie ustalać kierunek, albo nową linię komunistycznej partii, intencję nowego etapu, pozwalająca na dopasowanie. Bez niej trudno sobie wyobrazić i sam bolszewizm i bolszewickie poputniczestwo, wszystkie kolejne „przełomy”, aż po rok 89. To dzięki niemu współczesna „wiedza” o „upadłym komunizmie” mogła się tak łatwo „upowszechnić”. Ogromna część Zwycięstwa prowokacji jest temu zjawisku poświęcona – dopasowywaniu niebolszewickiej myśli do bolszewickich standardów.

MB: Tak, o tym dopasowaniu do zmiennych warunków pisał Mackiewicz wielokrotnie. Ale bardziej zdumiewające jest, jak bolszewizm wymusza przystosowanie ludzi pozornie wolnych, poza zasięgiem pałek i czołgów, poza grozą Gułagu; tam właśnie, zdaniem Mackiewicza, należy mierzyć postępy sowietyzacji. Pamiętasz na pewno, jak przed pięciu laty zakładaliśmy Wydawnictwo Podziemne i postanowiliśmy rozpisać ankietę. Jej ostatnie pytanie brzmiało:

Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku:

„Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie’ się przystosować, w roku 2012!”

Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012?

Nasi respondenci snuli rozmaite przewidywania, ale najciekawiej odniósł się do tekstu Mackiewicza Olavo de Carvalho, który skoncentrował się na wykazaniu proroczej trafności spostrzeżenia Mackiewicza w kontekście południowo-amerykańskim. Słusznie, jak się zdaje, wskazał, że polityka powstrzymywania sowieckiej ekspansji militarnej doprowadzić musiała do porzucenia walki z komunizmem jako ruchem ponadnarodowym. Przyjęcie przez bolszewików strategicznych koncepcji Gramsciego, który postulował zastąpienie otwartej rewolucji nieformalną ekspansją pod przykrywką pluralizmu, uczyniło rozwój komunizmu niewidzialnym w oczach rządzących elit. I tak „lewica demokratyczna” stała się akceptowalną alternatywą komunizmu, gdy z punktu widzenia Gramsciego, „demokratyczna lewica” była właśnie najlepszym narzędziem zamaskowanej ekspansji. W ten właśnie sposób przyszło nam „rozsądnie się przystosować” do Niuni Europejskiej z wszystkimi jej dyktatami, a w przyszłości przyjdzie nam zaakceptować stworzenie Wspólnego Europejskiego Domu.

DR:Tak, istotnie, mnie również wypowiedź Carvalho wydała się najciekawsza. Warto zwrócić w tym miejscu uwagę na wyjątkową biografię tego brazylijskiego publicysty, który w połowie lat 80-tych potrafił wyłamać się z obowiązującej w jego kraju, czy raczej – na całym południowoamerykańskim kontynencie, gremialnej skrajnie lewicowej tendencji, jaka w tym czasie opanowała tamtejsze kręgi intelektualne czy inteligenckie, w każdym razie takie, które – przynajmniej jeszcze wówczas – korzystały na co dzień z rozumu niejako profesjonalnie; odciął się mentalnie i skierował swoje zainteresowania w stronę klasycznej filozofii, która nie tyle ułatwiła mu izolację (Carvalho nie poniechał zainteresowania bieżącymi sprawami), co okazała się rodzajem uodparniającej szczepionki. Carvalho pozostał niewzruszony, co, biorąc pod uwagę portugalską etymologię jego nazwiska, wydaje się całkiem naturalne. Drugi element, o którym trzeba wspomnieć, to sama Brazylia; Brazylia współczesna, przeżywająca od dwóch dekad erupcję bolszewickiej pokojowej rewolucji w nowym strategicznym rycie Gramsciego. Carvalho miał nieszczęście przeżywać to straszne zjawisko osobiście, na własnej skórze. Stąd u Carvalho taka wiedza o świecie, o meandrach komunizmu, takie wnioski.

Myślę, że warto, abyśmy na chwilę powrócili jeszcze do wypowiedzi samego Mackiewicza i przedstawili ją w nieco szerszym kontekście. Mackiewicz formułował swoje zastanowienie w bardzo szczególnym momencie politycznym, czy raczej polityczno-mentalnym, w pełni rozkwitu współistnieniowego absurdu, gdy wyrazem koegzystencji po stronie sowieckiej były zasieki, wieżyczki strażnicze oraz ziejące śmiercią gniazda karabinów maszynowych, po stronie zachodniej analogiczny wyraz sprowadzał się do wyciągnięcia (zapewne drżącej) przyjacielskiej dłoni i sterty oferowanych dolarów. Zbulwersowany taką sytuacją, taką dynamiką wydarzeń, Mackiewicz proponował rzut oka wstecz, na standardy obowiązujące w świecie przed pierwszą wojną światową i ich porównanie z sytuacją ówczesną (z roku 1962). Wniosek był całkiem oczywisty: żaden człowiek z pokolenia naszych ojców – pisał Mackiewicz – nie uwierzyłby w możliwość zaistnienia takiej fantazji. Dramatyczne? A może smutne? Niech nas nie zwiedzie nostalgia, na którą nie pozwolił sobie wówczas Mackiewicz. „Kompletna fantazja”, jaką w tym punkcie odnotował, to zaledwie fragment, nie najważniejszy, całej refleksji. Mackiewicz wiedział, że to jeszcze nie koniec, a jedynie kolejny etap bolszewickiego pochodu. Musiał być wewnętrznie wzburzony, pisząc kolejne zdanie książki. Tym razem nie bawił się w drobiazgową wykładnię antykomunistycznych racji, wybrał okrzyk:

„Katastrofa, to nie śmierć połowy ludzkości w wojnie atomowej. Katastrofa, to życie całej ludzkości pod panowaniem ustroju komunistycznego.”

Mackiewicz nie tyle pytał o 2012, co przewidywał stan, w jakim będzie się znajdował przyszły-teraźniejszy świat. Spodziewał się pełnego zwycięstwa komunizmu. Myślę więc, że powinniśmy nieco rozszerzyć formułę naszego pytania sprzed tych pięciu lat i zapytać po prostu: czy Józef Mackiewicz miał rację? Czy komunizm-bolszewizm panuje już dziś nad światem? Czy może do ostatecznego triumfu jeszcze czegoś brakuje? Jeśli tak, to czego? I, co może najważniejsze, czy wyobrażalne są jakieś środki zaradcze?

MB: Zwróćmy się z tymi pytaniami do naszych Czytelników.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/08/28/zwyciestwo-prowokacji-50-lat-pozniej-czyli-wracajmy-do-mackiewicza/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Meandry mackiewiczologii, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/08/28/zwyciestwo-prowokacji-50-lat-pozniej-czyli-wracajmy-do-mackiewicza/