Tragedia Hmongów i akt wojny pułkownika Jambon
W rankingu spraw pilnych, nie cierpiących zwłoki, bo bolesnych a niezałatwionych – spraw, które swoim ciężarem obarczają sumienie świata, powinni Hmongowie, barwny i dumny naród, dotknięty na przestrzeni wieków ogromem cierpień, zajmować jedno z poczesnych miejsc. Powinni, ale nie zajmują. Ich tragiczny los nie interesuje prawie nikogo. Nie sprzyjają im rządy państw niegdyś sojuszniczych, takich jak Stany Zjednoczone, Francja, Tajlandia; nie nadmiernie zajmują się nimi liczne w świecie organizacje charytatywne, uznając, w swoim pojęciu słusznie, że nie każdy rodzaj aktywności jest dobrze widziany przez możnych tego świata; z bezpieczną rezerwą podchodzą do tematu przedstawiciele krzykliwych na ogół mediów, ograniczając swoje zainteresowanie do krótkich, współczujących (jakże by inaczej) notatek i programów. Cierpienie i śmierć zadawane ręką bolszewickiego oprawcy nie przykuwa uwagi publiczności, nie jest politycznie poprawne, ani modne.
Pomyślałby ktoś może, że to kwestia mody przemijającej. Nic dalszego od prawdy. Los ofiar bolszewizmu od zawsze był tematem tabu, problemem niechcianym, spychanym na margines. Już w pierwszych latach bolszewickiego panowania, los ten zalatywał co nieco naftaliną staromodnej i obrzydliwej reakcji, której się przecież w żadnym wypadku nie chciało pielęgnować, ratować, na którą w gruncie rzeczy już dawno zapadł wyrok. Tak było w pierwszych, krwawych latach bolszewickiego pochodu, tak było dekadę później, podczas mordowania wielkiej i żyznej Ukrainy, gdy straszną głodową śmierć poniosło siedem milionów ludzi, także wówczas gdy wydawano w sowieckie zbrodnicze ręce ludzi walczących w ostatniej wojnie z komunizmem. Za każdym razem działała w gruncie jedna, stała i niezmienna zasada: wszelka reakcja wobec postępowego, skupiającego w sobie nadzieje świata bolszewizmu po prostu jest passé.
Pierwszym objawem tej sztywnej reguły jest zmowa milczenia. Dlatego, jeśli czytelnik oczekuje ode mnie złych lub dobrych, ale jednak ścisłych informacji na temat heroicznych Hmongów, muszę z góry prosić o wybaczenie. To, co mam do przekazania, nie będzie się charakteryzowało kronikarską dokładnością. Do świata docierają tylko postrzępione, fragmentaryczne wiadomości, a wyłaniający się z nich obraz sugeruje jedynie, że gehenna tego ludu nie będzie miała rychłego końca.
Na przełomie 2009 i 2010 roku władze Tajlandii przeprowadziły „dobrowolną”, jak to oficjalnie określono, kolejną repatriację około 4 200 „ekonomicznych migrantów” Hmong z powrotem do komunistycznego Laosu. Według dramatycznej relacji Larry’ego Frasera, w przeszłości amerykańskiego pilota śmigłowców, latającego nad Laosem w latach 60. i 70., który dostrzegając brak zainteresowania środków masowego przekazu losem Hmongów, napisał serię listów otwartych do tajlandzkiej prasy, nie ma wątpliwości, że w tej dużej grupie znajdowali się także uchodźcy polityczni – żołnierze wojny wietnamskiej, w przeszłości sojusznicy zarówno Stanów Zjednoczonych jak i Tajlandii. Decyzja o wydaniu ich w ręce komunistów może być nazwana tylko jednym słowem – zbrodnią.
Najbardziej szokującą w relacji Frasera, a jednocześnie budzącą nieuchronne skojarzenia z opisaną przez Józefa Mackiewicza zbrodnią w dolinie rzeki Drawy, jest zastosowana w tym przypadku metoda „dobrowolnego” powrotu.
Obóz został szczelnie odizolowany od świata. Zakaz wstępu obejmował urzędników onz, dziennikarzy, wolontariuszy, obserwatorów, przyjaciół, wszystkich. Na długo przed rozpoczęciem operacji zablokowane zostały wszelkie środki komunikacji: radiowe oraz telefoniczne. Przywódcy oraz potencjalni agitatorzy (około 130 osób) po odseparowaniu od grupy byli przetrzymywani w odosobnieniu, a następnie wywiezieni w pozbawionych okien policyjnych ciężarówkach. Wszyscy zostali przekazani bezpośrednio komunistycznej armii w Laosie. Inna grupa, 158 więźniów zamkniętych przez ostatnie trzy lata w przerażającym więzieniu Nong Kai, składająca się z byłych partyzantów, formalnie uznanych przez onz za uchodźców politycznych, została także załadowana do pozbawionych okien policyjnych ciężarówek i dostarczona laotańskim komunistom.
Nikt nie wie – pisze w jednym ze swoich listów Larry Fraser – co stało się z tymi „Hmongami z dżungli”. Władze Tajlandii wyjaśniły co prawda, że Laos obiecał traktować ich w sposób humanitarny, ponieważ jednak nie można tego w żaden sposób zweryfikować (swobodny dostęp do całej grupy jest niemożliwy), deklaracja taka zakrawa jedynie na ponurą kpinę.
Podobnie jak wydane w 10 dni po tej wstrząsającej operacji oficjalne oświadczenie władz komunistycznych, że nikt z przekazanej im grupy 158 byłych więźniów więzienia Nong Kai nie zadeklarował chęci wyjazdu do innego kraju. Jak trafnie komentuje Larry Fraser, mamy tu do czynienia ze zdumiewającą przemianą światopoglądu, ponieważ przez trzy uprzednie lata spędzone w ciężkim tajlandzkim więzieniu wszyscy oni deklarowali zgodnie, że wolą raczej umrzeć niż wrócić do komunistycznego Laosu. Jest wysoce prawdopodobne – domniemywa Fraser – że ich przywódcy zostali już zabici.
Ale na tym nie koniec szkaradnego spektaklu. Pod naporem nieśmiałej, ale jednak, krytyki, laotańscy komuniści urządzili przedstawienie dla wizytującego świeżych repatriantów amerykańskiego kongresmena oraz, kilka dni później, dla przedstawicieli prasy. Wszyscy zaproszeni goście stwierdzili zgodnie, że nie dostrzegają najdrobniejszych przejawów złego traktowania. Tymczasem wedle dyrektora laotańskiej Rady Praw Człowieka, Vaugh Vanga, rzeczywista sytuacja przedstawiała się całkiem inaczej. Repatrianci po prostu bali się mówić prawdę w obawie przed represjami, jakie mogą ich spotkać po wyjeździe wizytujących gości, a czynili tak nie bez powodu. Wielu z nich bito, głodzono, pozbawiano snu, po to, aby uzyskać satysfakcjonujące komunistyczne władze zeznania, aby obawiali się mówić o swojej rzeczywistej sytuacji, aby ich rodziny zdawały sobie dobrze sprawę, jaki czeka ich los w przypadku nieposłuszeństwa. Hmongowie mają milczeć, albo mówić tylko dobre rzeczy na temat laotańskich komunistów. Czy wizytujący Hmongów w Laosie przedstawiciele tajlandzkiej prasy mogli o tym wszystkim nie wiedzieć? Czy można tu mówić o naiwności, czy raczej o złej, bardzo złej woli?
Opisany powyżej przypadek nie jest wyjątkowy. Jest typowym wyrazem dążenia Tajlandii do pozbycia się niewygodnego problemu za wszelką cenę. Równie ponura jest historia 837 uchodźców repatriowanych przymusowo kilkanaście miesięcy wcześniej, w połowie 2008 roku. W tym przypadku impulsem do podjęcia przez władze Tajlandii swojej zbrodniczej decyzji był marsz protestacyjny 8 000 uchodźców zgromadzonych w obozie Ban Huay Nam Khao, chcących skierować petycję do władz onz w sprawie uzyskania azylu politycznego. Wymarzony pretekst do ukarania najbardziej aktywnych „prowodyrów”. Wielu Hmongów siłą repatriowanych wówczas do Laosu przez tajlandzką armię zostało uwięzionych w tajnych obozach koncentracyjnych i w więzieniach, pozostali zniknęli, a ich los do dzisiaj pozostaje nieznany. W grupie tej znajdowali się przywódcy marszu protestacyjnego z czerwca 2008 roku.
To są tylko strzępy informacji pozyskane na podstawie niepełnych, nieprecyzyjnych, często sprzecznych ze sobą źródeł. W rzeczywistości nie wiadomo nic pewnego. Nie wiadomo nawet dokładnie czy i jak liczne grupy antykomunistycznych partyzantów Hmong ukrywają się nadal w laotańskiej dżungli. Czy jest ich 5 000, jak podają niektóre źródła, czy tylko kilkuset, czy może nie został już nikt. Wiadomo jedynie, że nie ustają prześladowania Hmongów, akcje militarne prowadzone w zgodnej współpracy przez komunistów laotańskich i wietnamskich na terytorium obu krajów, akcje przeprowadzane także przy użyciu ciężkiej broni, kilkudziesięciu śmigłowców bojowych produkcji sowieckiej oraz rakiet, tak jak to miało miejsce w maju 2011 roku w rejonie Dien Bien. Czy nie należałoby podać w tym miejscu nieco więcej szczegółów, dokładną listę zabitych, rannych, aresztowanych, ukrywających się w górach? Czy nie na tego typu informację czekają czytelnicy? Czy to nie zastanawiające, że operacje wojskowe prowadzone z równie wielkim rozmachem przeciwko pokojowym demonstrantom, żądającym jedynie większej wolności religijnej, reformy rolnej, poszanowania praw człowieka spotyka się z obojętnością, albo też, w najlepszym razie, z umiarkowanym zainteresowaniem tzw. „środków masowego przekazu” oraz „opinii publicznej”? Czy to nie dziwne, że światowe media nie kipią oburzeniem wobec komunistycznej blokady informacji? Nie, jeśli tylko uświadomić sobie, jakie reguły rządzą współczesnym światem.
Pierwsze oficjalne przykazanie polityczne powinno brzmieć następująco: komunizm w żadnym wypadku nie jest naszym wrogiem, nie tylko ten ukryty, zakamuflowany w pierestrojce, ale również taki jak w Laosie czy w Wietnamie – nadal stosujący metody bolszewickiego terroru, torturujący, gwałcący, mordujący, także przy użyciu środków masowej zagłady, jakimi są gazy bojowe. Nie wynika to wcale z jakiegoś szczególnie makiawelistycznego podejścia do problemu. Jest raczej efektem wewnątrz cechowej refleksji, że przecież komuniści radzą sobie ze swoimi niemałymi problemami całkiem sprawnie, czy to będzie w komunistycznych Chinach czy w komunistycznym Wietnamie, a przy tym nie są przecież całkiem oderwani od rzeczywistości. W przeciwieństwie do antykomunistycznych mamutów, takich jak laotańscy czy wietnamscy Hmongowie.
Można odnieść wrażenie, że widmo tej właśnie, nieuchwytnej refleksji krąży dziś po świecie i nie dotyczy wyłącznie polityków, ale wszystkich, którzy od polityki w takiej czy innej mierze są zależni. Nie wstydzą się, nie cierpią na niebezpieczne kompleksy, byle tylko zbrodnie, jakich przecież wciąż dokonują ich komunistyczni partnerzy nie były nazbyt demonstracyjne. Bo, jak przekonuje The Economist, w nekrologu poświęconym zmarłemu w styczniu 2011 roku generałowi Vang Pao: „Czasy się zmieniają” – a w chwili, gdy umiera jeden z ich największych wrogów, laotańscy komuniści nie mają na jego temat nic do powiedzenia – są zajęci całkiem czym innym – otwieraniem pierwszej w swoim kraju wolnorynkowej giełdy.
Signum temporis – znak czasu nowej bolszewickiej ery. Znak, którego widać nie zrozumiał emerytowany oficer armii francuskiej, pułkownik Robert Jambon. 27 października 2011 roku 86-letni Jambon zastrzelił się na stopniach pomnika upamiętniającego wojnę w Indochinach w bretońskim mieście Dinan. Robert Jambon, w przeszłości walczący u boku żołnierzy laotańskich z komunistyczną agresją, zaprotestował w ten sposób przeciwko obojętności Francji, bezduszności świata na los prześladowanych Hmongów. W pożegnalnym liście, któremu nadał tytuł Mój ostatni nabój. Ostateczna walka w obronie sierot napisał:
Sądziłem z wielką naiwnością, że zarówno nasze „media” jak i nasi przywódcy nie byli „świadomi”. Dlatego postanowiłem ujawnić zbrodnię, kontaktując się z największymi gazetami, organizacjami zajmującymi się ochroną praw człowieka, politykami, z panem Chirakiem i jego żoną, z gwiazdami piosenki, z panem Kouchnerem, panem Ménardem, panem Ormessonem oraz panem Devedjianem, z prezydentem Sarkozym i jego żoną. Odpowiedzi sprowadzały się do lekceważącego milczenia lub do wprowadzającego w błąd patetycznego usprawiedliwienia. Zrozumiałem w końcu, że wszyscy oni „pachną” trupim zapachem, że wszyscy oni zaangażowani są w konspirację milczenia, która ochrania komunistyczne zbrodnie.
I wówczas, w początkach 2010 nastąpiło coś, czego nie można było zaakceptować: 4 200 Hmongów od dziesięcioleci przetrzymywanych w obozie przejściowym w Tajlandii zostało przekazanych ich laotańsko-wietnamskim katom w celu polepszenia dobrych (handlowych) stosunków, utrzymywanych od dawna pomiędzy Laotańską Republiką Ludowo-Demokratyczną i Królestwem Tajlandii. Występuję w chwili, kiedy „upamiętniamy” złowrogą „obławę z Vel d’Hiv”. Porównywalna do zbrodni dokonanej na tle etnicznym, zbrodnia popełniona na Hmongach powinna spotkać się z ogromną falą oburzenia. Została po prostu pominięta przez dziennikarzy, którzy przeszli nad tym wydarzeniem do porządku. Nikt nie zajął się tą sprawą. Nie licząc dwóch lub trzech krótkich notatek, które mogą stanowić co najwyżej alibi na przyszłość, wszystkie te „patentowane piękne umysły” zamilkły, zawijając w całun milczenia 4 200 Hmongów w ich ostatniej podróży…
Po okresie zwątpienia postanowiłem rozegrać moją ostatnią kartę, albo raczej, wykorzystać mój ostatni nabój. W mojej głowie. „Palnę sobie w łeb”, aby odpokutować mój udział w hańbie oraz żeby zaprotestować przeciwko tchórzliwej obojętności naszych przywódców w obliczu strasznego losu naszych przyjaciół w Laosie. To nie jest samobójstwo, ale akt wojny, wypowiedzianej żeby ratować naszych towarzyszy broni od śmierci. Na was, rządzący bez honoru, na was wielkie „media” bez odwagi i nas was „kolaboranci” bez wstydu pluję moją krwią i pogardą w moich ustach!
Przepraszam wszystkich, którzy mnie kochają za ból, który im wyrządzam.
Pułkownik Robert Jambon, emerytowany oficer Marynarki Wojennej
______________________________
Pełna treść listu pułkownika Jambon w języku francuskim:
Robert Jambon – Ma dernière cartouche