Zamknij
Marian Zdziechowski

Zbrodnia ryska*

6 maja 2012 |Marian Zdziechowski, Marian Zdziechowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/05/06/zbrodnia-ryska/

Obie orientacje polityczne, które się u nas w czasie wojny zaznaczyły, leżały w naturze rzeczy, były nieuniknionym następstwem rozbiorów Polski i wytworzonego przez nie położenia politycznego. Więc dla jednych, wiążących przyszłość naszą z Rosją, szczytem marzeń była Polska, zjednoczona w ręku carów i obdarzona kusym jakimś „samouprawlenjem”, coś na kształt nowej, poprawionej i powiększonej edycji „Prywiślińskiego Kraju”; inni, nie wierząc w zjednoczenie, zadawalniali się Polską małą, ale niepodległą, zamkniętą w obrębie ówczesnego rosyjskiego zaboru, lecz z własnym królem, — albo też połączoną z Galicją pod berłem Habsburgów, lub z kawałkiem Litwy w jakimś związku z Cesarstwem Niemieckim. Ale stało się to, czego nikt przewidzieć nie mógł: zawalenie się Rosji, rozpadnięcie się Austrii, klęska i upadek Niemiec. W upojeniu poczęto wierzyć w nieustający na całą dalszą przyszłość cud Opatrzności Bożej, mającej nie tylko wskrzesić Polskę w granicach 72 roku, tj. z Litwą i Rusią, ale dodać do tego Mazowsze Pruskie, Śląsk Górny, Śląsk Cieszyński, Spisz, Orawę… Przypominamy początek 1919 roku: Wilno było zdobyte przez bolszewików, Białoruś pod ich władzą, nieliczne i licho uzbrojone oddziały raczej, niż wojska, z bohaterskim, lecz, jak zdawało się beznadziejnym wysiłkiem broniły Lwowa, który lada chwila mógł upaść, po Galicji Wschodniej grasowały bandy hajdamaków — a pomimo to upojenie trwało.

Organem zaś, przez który ów cud dokonywać się miał, był oczywiście w pierwszej linii rząd, powstały z woli owej wymarzonej przez poetów, przez Słowackiego i już urzeczywistnionej Polski „ludowej” — czyli, przekładając to z poezji na prozę „Robotnika“ lub „Narodu“ Polski chłopsko-robotniczej, wyzwolonej z balastu inteligencji i otwarcie na sztandarze swoim Hasło minimum pracy a maximum zarobku wypisującej.

I wierny Polsce, którą reprezentował, musiał rząd pójść za duchem czasu, to znaczy za duchem bolszewizmu, żądającego używania bez pracy. E. J. Dillon w swojej książce o konferencji pokojowej trafnie a dosadnie scharakteryzował nowe, przez wojnę wychowane społeczeństwo: nie ma w nim czci dla tradycji, poszanowania dla władzy, uznania dla jakichkolwiek bądź wartości moralnych, zanik ducha obywatelskiego, natomiast rozpasanie namiętności i apetytów klasowych. Te zaś wszystkie cechy uwydatnić się musiały ze szczególną jaskrawością u nas, w naszym chłopsko-robotniczym i pod hypnozą sąsiedniej bolszewickiej Rosji pozostającym państwie. Zastraszony jednak bolszewizmem w tej krańcowej i krwawej postaci, jaką przybrał w Rosji, a niechętny i niezdolny do otwartej z nim walki, ugrzązł rząd w jakimś pół-bolszewizmie i puścił się na drogę eksperymentów i reform, wśród których zdobyła rekord reforma agrarna. Tym samym, jeśli nie pogrążono nas świadomie i dobrowolnie, to zatwierdzono w stanie rozprzężenia, który od nas odstrasza Europę zachodnią, uniemożliwia kredyt zagraniczny i lokatę zagranicznych kapitałów w przedsiębiorstwach polskich i powoduje katastrofalne spadanie waluty.

Otrzeźwienie jednak nastąpić musiało: nastąpiło w pewnej mierze w lipcu i sierpniu 1920 roku, gdy hordy czerwone pędziły na Warszawę. Odtąd coraz częściej, wyraźniej i odważniej dawały się słyszeć głosy pesymistów. Mam naturalnie na myśli tylko pesymistów rozumnych, takich co od początku umieli patrzeć i nie dali się omamić blaskiem zewnętrznych powodzeń. Pamiętam spędzony wieczór w towarzystwie kilku ludzi wybitnych, dokładnie obeznanych z kwestiami polityki, administracji, finansów. Zgodnie dochodzili do wniosku, że innego ratunku dla Polski nie ma, jak wyrzec się wszystkich dalekolotnych marzeń swoich, wszystkich zwłaszcza aspiracji, kierujących się ku wschodnim kresom historycznej Polski, że zaś do władania Śląskiem nas, zdaniem ich, dopuścić nie pozwolą, więc pozostałoby nam skurczyć się w ciasnym zakresie, nie o wiele przechodzącym granice byłej Kongresówki — i w tym ciasnym zakresie, między Warszawą a Krakowem, wszystkie siły swoje włożyć w pracę przede wszystkim ekonomiczną, bo od tego przyszły nasz los zależy. „Rozumiem — mówił jeden z nich — jak bolesną to jest rzeczą, rozumiem tym bardziej, że ród mój pochodzi z Galicji wschodniej, że tam są groby przodków moich…“. Nie rozumiał tego jednak, że nie o groby przodków chodzi nam teraz, lecz o ratowanie setek tysięcy istnień ludzkich tam, na Wschodzie!!!

O tym najważniejszym zadaniu naszym zapomniano; nastąpiło niepojęte dla nas, kresowców, zwężenie serc i stępienie myśli. A przecie „na rozkaz z Warszawy — przypomniał nam teraz długoletni i zasłużony prezes Mińskiego Towarzystwa Rolniczego, Edward Woyniłłowicz1) — szła, choć beznadziejnie, w r. 1863 cała młodzież kresowa znaczyć krwią swoją dawne rubieże Rzeczypospolitej; ale wówczas trwało jeszcze w Polsce zrozumienie, że granic ojczyzny nie obroni się nad Bugiem, a tylko nad Dnieprem i Dźwiną, to też spisy skazańców Nerczyńskich mało się różniły od spisów deputacyj wywodowych”… Więc gdy w r. 1920 całe ziemiaństwo kresowe, jak jeden mąż, stanęło w ojczystej potrzebie — wszyscy, od magnatów zaczynając, o kończąc na szlachcie zaściankowej, — kto mógł przypuścić, że po odparciu wroga „Sejm Warszawski jednogłośnie potwierdzi te same granice, przeciw którym Reytan tak głośno protestował — i że dla Polski będzie obojętnym, co się tam za nowym kordonem dziać będzie”. Niestety, po grozie sześciu lat wojny żądza pokoju zaćmiła wzrok i myśl. Pomimo bolszewickiego najazdu w 1920 roku nie uświadomiono sobie u nas, czym jest bolszewizm. I po katastrofie, która potem spotkała jen. Wrangla, po upadku ostatniego posterunku kultury europejskiej, spojrzano na to, nawet w konserwatywnym „Czasie”, tylko z tego stanowiska, że „dokonał się nad Rosją sąd Najwyższej Sprawiedliwości” (nr 273), dodając, że sam wyrok sądu jest dla nas „rzeczą dość obojętną”, albowiem rozpoczęły się pertraktacje pokojowe z sowiecką Rosją ¡ „przy obopólnej dobrej woli“ mogą doprowadzić do pomyślnego końca! Jak gdyby mogła być mowa o dobrej woli bolszewizmu! Nie liczymy się dotąd z tym faktem, że jest on nową wiarą, wprawdzie obrzydliwą, jakiej świat dotąd nie widział, szalejącą ogniem nienawiści i niszczenia, a niezdolną do budowania, ale, jak każda wiara, żyje on tylko ekspansją i pokoju z nim nie ma i nie może być. Nie kryją się z tym sami kapłani nowej wiary, wyznają otwarcie, że podpisują traktaty pokojowe, nie dlatego, aby je wykonać, ale, by móc odetchnąć i nowe zebrać siły. I jeśli patriocie Rosjaninowi nie wolno godzić się na to, aby kraj jego był ofiarą straszliwych wiwisekcyjnych doświadczeń, robionych w interesie rewolucji uniwersalnej, to również „patriota Polak, czy Francuz, czy Anglik nie ma prawa bezczynnie patrzeć na przygotowywanie akcji, przeciwko jego ojczyźnie kierowanej”.2) Koncepcja Polski skromnej, małej, mniejszej, niż jej obszar etnograficzny, i zajętej spokojną pracą nad naprawą szkód, przez wojnę i rewolucję wyrządzonych — ta koncepcja naszych pesymistów dałaby się logicznie uzasadnić i utrzymać tylko w takim razie, gdyby cudem jakimś można było tę Polskę gdzieś daleko przenieść i umieścić gdzieś między Szwecją a Norwegią, czy Hiszpanią a Portugalią. Ale cudu tego nie będzie, Polska stoi na miejscu — i bez względu na to, czy granicę jej zakreślimy Dnieprem i Berezyną, czy Wisłą — przez nią prowadzi droga na Zachód. Zdobycie Warszawy jest pierwszym etapem w pochodzie bolszewików na Paryż i od tego celu sowiecka Rosja nie odstąpi. Więc wojna z nią, choćbyśmy nie wiedzieć jak pokoju pragnęli i traktat ryski krwią serca podpisywali, jest wojną wieczną. Wszelkie układy i rozejmy są z naszej strony tylko przyjacielską usługą, ułatwiającą Leninom i Trockim rozprawę z innymi ich wrogami i przygotowanie nowego na Polskę najazdu. Pokój zapanuje wtedy tylko, kiedy „wszechrosyjskiego kata” Dzierżyńskiego dobrowolnie osadzimy na zamku w Warszawie, jako prezydenta republiki polskiej. Na to jednak nie zgodzą się, sądzimy, nawet nasi pół-bolszewicy. — Gdybyśmy zaś optymistycznie przypuścili, że bolszewizm, zanim zdoła znowu na nas się rzucić, rozpadnie się wskutek katastrofy, którą by sprowadził albo głód, albo brak lokomotyw i środków transportowych, to i upadek ten małą byłby wygraną wobec nie dających się naprawić materialnych i moralnych spustoszeń, jako spuścizny bolszewickiej na gruncie rosyjskim, która nie pozostanie bez wpływu na Europę. Sam bowiem fakt zapadania w otchłań nędzy i zdziczenia 1/6-ej kuli ziemskiej nie może, według słusznej uwagi Leona Kozłowskiego, „nie mieć następstw fatalnych dla całej ludzkości; ta otchłań wywoła usuwanie się gruntu w krajach sąsiadujących z Rosją i spowoduje kataklizmy w całej Europie! A zatem zasada nieinterweniowania w sprawach rosyjskich jest albo hipokryzją, albo nierozumieniem istoty i grozy tego, co się dzieje”.

To wszystko powinni byli mieć na uwadze nasi delegaci w Rydze. Powinni byli rozumieć, że w obecnych warunkach nie może być mowy o pokoju imperialistycznym, czy nieimperialistycznym, ale tylko o pokoju filantropijnym, ratującym od czerwonego terroru jak największą ilość jęczących w więzieniach, albo ginących z głodu i nędzy, zadręczonych strachem istot ludzkich. Więc należało żądać granic jak najdalej na wschód posuniętych, do Dniepru, do Berezyny i dalej jeszcze, żądać bez obawy, że imperializm ten zaszkodzi nam w oczach państw Ententy. Państwom tym wyraźnie wytłumaczyć należało, dlaczego to się robi. Mógł się z tego powodu gorszyć p. Hurko w Sewastopolu, ten sam Hurko, który za największy tryumf swego życia poczytuje to, że w przededniu wojny przeprowadził w Radzie Państwa upadek i wycofanie wniosku rządowego o dopuszczeniu języka polskiego do obrad w instytucjach samorządu miejskiego w Królestwie Polskim i, dzieła tego dokonawszy, wybawiwszy, w mniemaniu swojem, Rosję od nieszczęścia, publicznie, w przystępie radości uściskał się z godnym przyjacielem swoim, Stiszyńskim! Mógł również oburzać się liberalny baron Nolde, którego w Petersburgu spotykałem w salonie ks. Grzegorza Trubeckiego i który wówczas do grona współpracowników najuczciwszego pisma w Rosji, „Tygodnika Moskiewskiego”, należał, a dziś na wygnaniu swojem w Paryżu pociesza się rozpamiętywaniem wielkich niegdyś czynów Murawiewa w Wilnie. Nad popisami takich panów można było przejść do porządku, wierzymy bowiem, że w Rosji, tej, co walczy z bolszewizmem, są ludzie z rozumem i sumieniem, i że z nimi zdołamy się jeszcze porozumieć co do przyszłych granic naszych, o ile dożyjemy do upadku Sowietów.

I tą myślą, że to, co się w Rydze robiło, nie było pokojem z Rosją, ale tylko chwilowym rozejmem ze zgrają bandytów, którzy chwilowo Rosję opanowali, powinni byli kierować się delegaci nasi. Tymczasem wyobrazili sobie, że zawierają pokój, który ma czynić zadość słusznym żądaniom Polski i równocześnie być wolnym od zarzutu imperializmu ze strony państw Ententy. Nie dziw, że stworzyli rzecz połowiczną, nikomu dogodzić nie mogącą: Traktat, wcielający do Polski Grodno, Pińsk, Równo, jest traktatem imperialistycznym, więc niesprawiedliwym ze stanowiska rosyjsko-angielsko-francuskiego. Z naszego zaś stanowiska jest rzeczą wprost ohydną, bo rzucił na łup bolszewizmowi i zaprzańcom — Polakom, spełniającym w nim podłe funkcje katów — Dzierżyńskim, Cichockim, Heltmanom — setki tysięcy bezbronnej ludności polskiej. Oto co pisał do mnie w dniu 1 listopada jeden z wybitnych ziemian Mińskich: „Jutro wojska nasze mają już wyjść ze Słucka i Słuczyzny, a wejdzie znowu armia Czerwona. Tragizm w tym leży, że masy drobnej zaściankowej szlachty wstępowały do wojsk naszych, dzięki zapewnieniu naszemu, gdy pytali o radę, że, jeśli chcą mieć swój kraj i bezpieczeństwo, powinni walczyć w szeregach naszych, nie obawiając się żadnych represji ze strony bolszewików, którzy już u nas gospodarzyć nigdy nie będą“.

I cóż? „Krwawa zemsta spotka ich rodziny, a sami spędzą życie na tułaczce; my zaś fałszywi doradcy zasłużyliśmy na przekleństwo tych, co nam wierzyli!..”

Ale o tym delegaci nasi nie raczyli pamiętać. I, jako dowód szlachetnej bezinteresowności, jako haracz, należny sowieckiej Rosji, oddali jej szerokie obszary ziemi, której synowie do ostatniej chwili za sprawę polską walczyli — oddali Mińsk, wiedząc, że pastwą będzie straszliwego terroru. I to wszystko z lekkim sercem, bez żalu, bez wyrzutu sumienia, nieomal z tryumfem. Z relacji Mirosława Obieziersklego („Czas” z 30 IX) dowiadujemy się, że duszą tej haniebnej zdrady wobec tych, co w Polskę wierzyli i jej życie i mienie swoje nieśli, był poseł Grabski: był nieprzejednany, bez ogródek oświadczał każdemu, kto z nim mówić chciał o tej sprawie, że kwestia białoruska jest wrzodem, którego on nie chce widzieć na ciele Polski. Chcieliśmy, czytając to, zapytać jego i jego kolegów, Dąbskiego i Barlickiego, czy, zdaniem ich, był „wrzodem na ciele Polski” ks. biskup Łoziński, gdy za pobytu pierwszej delegacji naszej w Mińsku, w katedrze, z kazalnicy, w obecności komisarzy sowieckich, wiedząc, że się naraża na męczeństwo, gromił ich krwawe rządy, wygłaszał niezłomną nadzieję swoją, że Mińsk polskim będzie, wzywał do wytrwania i w końcu z ludem swoim, tym nieszczęśliwym, zadręczonym, skatowanym przez polskich zbirów bolszewizmu ludem wznosił ku Niebu hymn „Boże coś Polskę”.

Daremnie, Mińsk darowano Sowdepii. „I cóżeśmy na tym zyskali? — zapytuje X. biskup Łoziński w piśmie swoim „W rocznicę traktatu ryskiego” — linię graniczną, niezdolną obronić nas ani przed zbrojną, ani przed „pokojową” akcją wroga i „przyjaciela-sąsiada”, nie przestającego szukać naszej zguby, ani myślącego spełnić podpisanych zobowiązań; zupełne zdanie na sowietów łaskę i niełaskę sprawy obywateli polskich, którzy pozostali na ich terytorium, całkowitą bezradność wobec agitacji cynicznie zapowiedzianej przez Lenina w Moskwie, w chwili, gdy się tego uroczyście wyrzekał Joffe w Rydze“.

Poseł Grabski, według relacji p. M. Obiezierskiego, szczególnie, więcej, niż inni, „troszczył się o to, aby Mińsk jak najdalej był od linii granicznej”. Dlaczego? „Miał się bać Mińska, jako środowiska agitacji białoruskiej“. Oto jednak, co o tem i o innych białoruskich środowiskach pisze cytowany przed chwilą przeze mnie ziemianin, dodaję, że nie nacjonalista, przeciwnie; szeroko znany z „krajowości” swojej i białoruskich sympatii: „Nie uwierzysz, jak tu wszystko było na dobrej drodze, jak rozchwytywano polskie elementarze i podręczniki, jakie mnóstwo szkół otworzyliśmy, jak wójtowie i sołtysi uczyli się odezwy swoje po polsku pisać i jak po polsku się odbywały sądy pokoju i okręgowe!..”

I to wszystko wypuszczono z rąk! Delegaci bolszewiccy, przygotowani do daleko idących ustępstw, do których ze swojego nie rosyjskiego, lecz międzynarodowego, rewolucyjnego stanowiska zwykli nie przywiązywać wagi, byli zdumieni niespodzianą pojednawczością polską: stworzono bon mot, że szli na wszystkie ustępstwa pp. Dąbskiego, Barlickiego i Grabskiego. Nie mieliby jednak powodu do zdumienia, gdyby się zastanowili nad psychiką delegatów naszych w owej chwili. Wszak ci przedstawicielami byli tego oficjalnego pół-bolszewizmu, co to, niby wyrzekając się wspólności z rosyjskiemi sowietami, tchórzliwie toleruje rodzimy polski bolszewizm, który występując pod nazwą „Związku zawodowych robotników rolnych”, a pod przewodnictwem niejakiego Kwapińskiego, według informacji „Czasu” (nr 270), otwarcie w czasie najazdu rosyjskiego stanął po jego stronie, werbował ochotników do wojsk bolszewickich, prowadził akcję przeciw wojsku polskiemu, tworzył komitety rewolucyjne, serdecznie witające najeźdźców, funkcjonariusze zaś jego „działali tak jednolicie, że wskazywało to na istnienie planu, nakreślonego z góry przez centralną ich władzę”.

I, jako przedstawiciele półbolszewizmu, delegaci nasi stawali przed bolszewizmem całym, pewnym siebie, zuchwale zaczepnym, nie znającym ani półśrodków, ani kompromisów. Stawali przeto w roli nieśmiałych, nieudolnych uczniów, którzy nie odważyli się do końca pójść drogą wskazaną przez mistrzów. Przejęci wspaniałością p. Joffego, a w poczuciu własnej marności, chcieli łaskawe względy jego pozyskać ustępliwością swoją, innego środka nie znalazłszy. I dlatego w niepojętej krótkowzroczności swojej zgodzili się na warunki, które w odezwie kresowców, podpisanej przez Zdzisława Grocholskiego i x. biskupa Dubowskiego, słusznie nazwano „samobójczym aktem zrzeczenia się przez Polskę jej wpływu i znaczenia na Wschodzie”, aktem, który „w niwecz obraca wielowiekową pracę”, a polską ludność kresów skazuje na zagładę.

„Roboty ryskiej delegacji pokojowej — słowa biskupa Łozińskiego w wymienionem piśmie3) — nie wahamy się nazwać zdradą stanu i twierdzić, że członkowie tej delegacji powinni zasiąść co rychlej na ławie oskarżonych. Tego się domaga sprawiedliwość, honor Polski i wzgląd na potrzebę obrony naszej ojczyzny przed przyszłemi ewentualnemi zamachami ludzi tego pokroju.”4)

Na zebraniu ziemian z Białej Rusi w Warszawie w dniu 24.X.1920 roku b. poseł Roman Skirmunt w następujących słowach ocenił traktat: „W przyszłości — pan Grabski nazwany będzie ojcem irredenty białoruskiej w Polsce, obie bowiem części Białej Rusi zawsze dążyć będą do zjednoczenia się, Polska zaś posiada część mniejszą… Ruch białoruski, którego p. St. Grabski tak się obawia, strasznym nie był, on się zwracał ku Polsce, w niej szukał oparcia, od niej chciał brać kulturę Zachodu, z nią chciał się złączyć. Teraz ruch ten stanie się narzędziem w ręku przyszłej Rosji i zwróci się ostrzem przeciw Polsce”.

Więc nie mieli powodu delegaci nasi z p. Dąbskim na czele publicznie, jak nam opowiadają świadkowie, oświadczać radości swojej po dokonanym dziele. Czyż nie rozumieli, że to dzieło w najlepszym razie dać mogło tylko krótką i to prawdopodobnie bardzo krótką przerwę w wojnie z sowiecką Rosją? „Musimy skierować — powiedział Lenin wkrótce potem w swojej moskiewskiej mowie — wszystkie wysiłki nasze, aby zgnieść Wrangla, a potem kolej na Polskę. Wrangla już nie ma, a Europa czy dopomoże nam?

Uzupełnienie do rozdziału „Zbrodnia ryska”

Jednym z następstw haniebnego traktatu w Rydze było podeptanie przez rząd nasz szanowanego przez wszystkie cywilizowane narody prawa azylu. Na żądanie ministra Rosji sowieckiej, Cziczerina, wysłani zostali z Warszawy ci wszyscy Rosjanie, których działalność on poczytywał za niebezpieczną dla Sowietów. Z tego powodu wystosowałem do p. Al. Lednickiego następujący list otwarty, który wydrukowanym został w „Tygodniku Polskim” nr 44.

Szanowny i Kochany Panie Prezesie!

Piszę pod wrażeniem listu otwartego jen. Bałachowicza, oraz tego głosu sumienia, jakim był świetny artykuł Pański „Polityka i etyka“ w nr 42 „Tygodnia Polskiego”.

Mój bliski krewny, a jeden z wybitnych obywateli ziemi Mińskiej, pisał do mnie przed kilku miesiącami, że z wielkim pośpiechem stara się o obywatelstwo polskie, z obawy, iż w przeciwnym razie Rząd Polski mógłby go wydać Sowdepii. Wziąłem to za ponury żart, malujący stan duszy człowieka, wyzutego z ojcowizny i wyrzuconego na bruk, mocą dokonanej w Rydze rok temu zbrodni, którą wskutek dziwnego nieporozumienia dotąd jeszcze nie zbrodnią ryską, lecz ryskim traktatem nazywają.

Dziś widzimy, że mój krewny bliższym był prawdy, niż może sam sądził. Święte prawo azylu zostało podeptane. Na żądanie pana Cziczerina mamy wydalić z granic Polski tych Rosjan, których jego agent, Karachan, wskazać zechce! Rumieniec gniewu, — nie waham się dodać — świętego gniewu, oblewał twarz moją, gdy czytałem wczoraj list otwarty jen. Bałachowicza. Człowiek, który w roku zeszłym z nieustraszonem męstwem walczył w przednich szeregach armii naszej, któremu bolszewicy przez zemstę całą rodziną wymordowali, który dziś jest gotów nadal służyć Polsce, miał być przez nią wydalony, bo się tak podobało p. Karachanowi!

Leżymy w przepaściach hańby, spożywając gorzkie owoce dzieła, które p. Dąbski i jego godni towarzysze tworzyli w Rydze. Jak w epoce rozbiorów Stackelberg, tak dziś rozporządza się w Warszawie Karachan, ale z tą różnicą, że tamten wysłannikiem był potężnej imperatorowej, ten działa w imieniu najpodlejszej, jaką historia widziała, zgrai bandytów. Niepodległe państwo spada na poziom jakiejś straży bezpieczeństwa, mającej ochraniać ową zgraję przeciw wszelkim na nią zamachom ze strony uczciwych synów Rosji!

Wbrew hasłu ojców naszych „za naszą wolność i waszą” nie chcieliśmy układów ani z Denikinem, ani z Wranglem, którzy dobrze czy źle — przypuśćmy, że źle i niedołężnie — walczyli jednak o wyzwolenie ojczyzny swojej od gnębiących ją siepaczy. l cóż? Owym siepaczom darowaliśmy kwitnące obszary dawnych ziem Rzeczypospolitej, oddaliśmy im, jak bydło, do wymordowania, koło dwóch milionów ludności polskiej — i stoimy teraz obarczeni nienawiścią, którą nas, jako dobrowolnych służalców rosyjskiego komunizmu, piętnuje i ściga wszystko, co w Rosji jest uczciwe. A czy wiemy na pewno, że to, co w Rosji jest uczciwe, już nigdy do steru tam nie dojdzie? Rad jestem, że nie mieszkam obecnie w Warszawie, bo wstydziłbym się spojrzeć w oczy najzacniejszemu Dymitrowi Fiłosofowowi. Czy jego także mają wydalić?

Pochodzę z ziemi Mińskiej, przyszedłem na świat w majątku Nowosiółki, w granicach dzisiejszej Sowdepii. Mogą mnie przeto panowie Cziczerin i Karachan uważać za swojego „poddanego”. Więc zapytuję, co mam robić, jeśli po przeczytaniu listu tego p. Karachan rozkaże naszemu ministrowi spraw zagranicznych usunąć mnie z Polski? Czy mogę nadal spokojnie przebywać w Wilnie, korzystając z tego, że Wilno leży w prowizorycznym państwie Litwy Środkowej, czy też mam już rozpocząć starania o uzyskanie obywatelstwa w tym jedynym w Europie państwie, którego kierownicy, wierni głosowi sumienia, umieli wytępić u siebie komunizm i mają odwagę głośno zasady chrześcijańskie wyznawać. Mam naturalnie na myśli Węgry.

Marian Zdziechowski

Wilno, 21 października 1922 r.

—————————

* M. Zdziechowski, Europa, Rosja, Azja, Wilno 1923. Fragment rozdziału zatytułowanego Zbrodnia ryska. Rozdział został opatrzony podpisem: „Kraków w listopadzie 1920 roku”. Pewne jego fragmenty zostały jednak dopisane później, zapewne w roku 1922.

1. E. Woyniłłowicz: „W obronie ziemiaństwa kresowego” (Tydzień Polski, 1922, nr 23).

2. Por. Leona Kozłowskiego „Trzy lata bolszewizmu” w „Tygodniku Polskim” 1920, nr 30.

3. Słowa autora przytoczyłem w skróceniu.

4. Inaczej osądzono traktat w sferach oficjalnego półbolszewizmu. P. Dąbskiego udekorowano orderem Polonia Restituta I klasy.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/05/06/zbrodnia-ryska/
Kategorie: Marian Zdziechowski, Marian Zdziechowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/05/06/zbrodnia-ryska/