W oparach dezinformacji
Prawdą jest, że merytoryczna polemika to skomplikowana sztuka. Zwłaszcza, jeżeli dotyczy zjawiska tak trudnego do ujęcia w ramy ścisłych definicji, jak komunizm. Już sama próba opisania tego fenomenu sprawia czasem nie lada trudności. Z tym większym zainteresowaniem śledzę próby zmierzenia się z tym zagadnieniem na łamach Wydawnictwa Podziemnego. Jest to fascynujący proces poznawczy i słowo daję, że to jak dotąd (według mnie) jedyne miejsce w sieci, gdzie autorom udało się zbliżyć do samego, że tak powiem środka sedna. Co i raz pojawiają się przy tym sformułowania tak fantastyczne, jak „przybijanie kisielu do ściany”, „masowe niecnotki”, „uwolnienie czarnego rynku” jako skrótowy opis transformacji ustrojowej, etc. Już choćby dla takich smaczków warto poświęcić czas na lekturę. Definiowanie zagrożenia komunistycznym „montażem” jest tu nie tylko wyjątkowo trafne ale wręcz błyskotliwe.
Tym bardziej zdumiony jestem przyjętą przez autorów strategią całkowitego ignorowania pola bitwy z komunizmem. Bo przecież ta zaraza, przeistaczająca się i wciąż mutująca zajmuje coraz to nowe terytoria na „powierzchni” i tam też rozgrywa się cały horror.
Dopuszczam oczywiście do siebie myśl, że to moje ułomne postrzeganie rzeczywistości może prowadzić mnie do fałszywych wniosków.
Ludzie zarzekają się często, że są całkowicie odporni na reklamę. Nie, panie, po mnie to spływa jak po gęsi woda! W ogóle nie daję się nabrać, mogą mi pokazywać te napędzane bateriami ganiające króliki, te cudownie skuteczne odplamiacze, tych wywijających lassem kowbojów z markowym petem w zębach, a ja nic! A potem zawodnik idzie do sklepu i bezwiednie kupuje paczkę marlboro, czy inny szuwaks do brudnego dywanu z logo, którym go dopiero co bombardował telewizor. Bo techniki stosowane przez speców od reklamy opracowywane są przez całe sztaby fachowców z różnych branż, zaczynając od grafików, a kończąc na psychologach (niekoniecznie w tej kolejności), więc ich skuteczność jest przez przeciętnego konsumenta niedostrzegana. Ale to rzecz jasna działa.
I ja też jestem święcie przekonany, że lewacka propaganda w ogóle się mnie nie ima. Mogę oglądać wiadomości, słuchać radia, ba, nawet przeczytać czasem wyborczą. I nic! Swoje przecież wiem! Nie dam się ogłupić!
Ale przecież tak samo pewne swoich racji były miliony obywateli, wcześniej próbujących stawiać czoła bolszewickiej pułapce. Oni też uważali, że nie dają sobą manipulować. Z godnością ludzi kroczących właściwą drogą wygłaszali swoje poglądy, podejmowali działania, formułowali programy polityczne, które zweryfikował czas. Raz prędzej, raz później, czasem kończyło się to ciemnym lochem gdzieś na Łubiance, czy Rakowieckiej, a czasem tylko bolesnym rozczarowaniem prowadzącym do wypominania sobie własnej naiwności. Więc może ze mną jest teraz tak samo? Może właśnie ulegam temu samemu mechanizmowi, który otumanił tamtych?
Była taka powieść Stanisława Lema, „Katar”. Przypomnę w skrócie: Interpol prowadzi śledztwo w sprawie niewyjaśnionych zgonów turystów spędzających urlop we włoskich kurortach. Brak wyraźnych dowodów, że były to morderstwa. Niejasne motywy, dziwne okoliczności, tropy rozmywają się w labiryncie domysłów. Detektywi są bezradni. W końcu ktoś wpada na pomysł, żeby zastosować „prowokację”. W modelową ofiarę wciela się były amerykański astronauta i podąża śladem jednego z nieszczęśliwych turystów. Ale w sumie nie o fabułę mi chodzi, tylko o końcową scenę, w której główny bohater uświadamia sobie, że nie ma żadnego zabójcy, jest tylko splot specyficznych okoliczności. Krótko mówiąc nagromadzenie w organizmie pewnych substancji chemicznych (w tym lekarstwo na katar sienny – stąd tytuł) doprowadza do powstania wyjątkowo silnego środka psychotropowego, pod wpływem którego turyści popadają najpierw w paranoję, by ostatecznie targnąć się na swoje życie. Nasz bohater wychodzi z opresji cało, bo jako wyszkolony przez NASA astronauta został nauczony samoobserwacji i w porę, widząc nadchodzące symptomy samobójczego szału sam się obezwładnił i tak doczekał ratunku.
Przytaczam ten przykład, bo obcowanie z komunistyczną prowokacją jest procesem analogicznym do tego, który Lem opisał w „Katarze”. Najpierw małe, pozornie nie powiązane ze sobą impulsy popychają nieszczęśnika w określonym kierunku, potem stopniowo nakierowuje się go na odpowiedni tok myślenia, stopniowo zwiększając dawkę, aż po pewnym czasie delikwent już nie jest w stanie wyrwać się ze szponów „własnych” przekonań i brnie w stronę całkowitego zniewolenia. Taki ideologiczny psychotrop. Na jakiej podstawie mogę twierdzić, że mi się coś takiego nie przytrafiło? Być może Pan Dariusz ma rację i właśnie popadam w niebezpieczny dla mnie samego stan?
Dobrze, zastosuję więc metodę lemowskiego bohatera i spróbuję wobec tego rozpatrzeć jeszcze raz mój punkt widzenia, czy aby nie wpadłem w pułapkę.
Co jest istotą otaczającego nas skrzywienia rzeczywistości? Na czym polega podstęp, który nam zaserwowano? Jak by to najprościej opisać?
Wygląda to chyba tak: skoro niezmiennym, pierwotnym celem bolszewickiej rewolucji było i jest opanowanie całego świata, niezbędną cechą ich metod musiała być elastyczność. Żadne dogmaty, którymi komuniści karmili masy, nie były dane raz na zawsze. Każdy etap wymagał innego, specyficznego rodzaju kłamstw. W wyniku takiej ewolucji, po całych dekadach udoskonalania technologii podstępu, dziś jesteśmy na etapie, gdzie obowiązuje wiara w upadek komunizmu. Toporność tego kłamstwa mogłaby być powodem do żartów, gdyby nie fakt, że prawie cały świat gładko je przełknął i zaakceptował bez żadnych dodatkowych pytań.
Na naszym, polskim podwórku zostało zorganizowane coś na kształt poligonu, na którym ćwiczono skuteczność nowej strategii. „Okrągły Stół” był według tez Golicyna kolejnym, doskonalszym narzędziem dezinformacji mającym przekonać cały świat, że komuniści nawrócili się na demokrację i z własnej woli dzielą się władzą z „ludem”. Czy jednak cała operacja i jej skutki były dla sowietów od początku do końca przewidywalne? Czy wszystko MUSIAŁO pójść zgodnie z planem? Przecież dla zachowania pozorów trzeba było mimo wszystko poluzować nieco smycz, tak pomocną we wcześniejszych dekadach do sprawowania pełnej kontroli. Owszem, stworzono nowe narzędzia, owe słynne skądinąd bezpieczniki systemu. Czasem, w sytuacjach, które komunistom wydawały się niebezpieczne używano starych, sprawdzonych „nieznanych sprawców”, jak w przypadku księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha, jak w przypadku urzędników zbyt gorliwie wypełniających swoje obowiązki (Falzmann, Pańko), czy świadków, bądź cyngli wykonujących brudną robotę na zlecenie („samobójcy” zamieszani w aferę Olewnika). To jednak margines aktywności towarzyszy z bezpieczeństwa. Główne pole działań to oficjalna scena polityczna. To tu (no może nie na samej scenie, ale za kulisami) korygowano skutki niekorzystnych wyników wyborów, czy niebezpieczne dla spójności fasady „odrodzonego państwa polskiego” ustawy sejmowe.
Zastanówmy się w tym miejscu, jak komuniści mogli widzieć przyszłość sceny politycznej po tzw transformacji. Planowali przekazać zewnętrzne znamiona władzy precyzyjnie dobranym przedstawicielom stworzonej właśnie w tym celu „opozycji”. No dobrze, ale czy nie liczyli się zupełnie z możliwością wyewoluowania jakichś niekontrolowanych przez SB i II Zarząd Główny „wichrzycieli” i „ekstremistów” na siłę polityczną, która mogła by im pokrzyżować szyki? Z pewnością się liczyli, nie byli w końcu idiotami. Na pewno przewidzieli, że nie uda się spacyfikować wszystkich, nad którymi nie mieli kontroli. A z tą nową „demokracją” to nigdy do końca nie wiadomo. Przecież żaden generał, ani pułkownik, że o majorze nie wspomnę nigdy w życiu żadnej demokracji na oczy nie widział, to i nikt nie wiedział, jak z tą cholerą postępować. Znaczy – jest ryzyko. Ten strach można było zresztą zaobserwować studiując reakcję towarzysza Jaruzelskiego na doniesienia grupy operacyjnej „Wisła” z Moskwy na temat rozmów Adama Michnika z przedstawicielami KGB. Niepokoju i niepewności było wtedy co niemiara. Oczywiście to tylko szutki takie były, towarzysze radzieccy chcieli w ten sposób dać generałowi do zrozumienia, żeby się nie ociągał z przeprowadzaniem „transformacji”, bo jak nie to… Więc jednak chyba jakiś tam strach był, zwłaszcza w przypadku pionków, które dostawały z Kremla tylko suche instrukcje. No ale rady nie było, rozkaz, to rozkaz.
A skoro na tym nowym etapie ewolucji nie można już masowo stosować przemocy, wyrywać paznokci, łamać kości i topić w rzece politycznych przeciwników, to trzeba się zabezpieczyć inaczej. Mając całkowitą przewagę w powietrzu, czyli w stworzonych przez bezpiekę wojskową mediach, mogli dowolnie manipulować opinią publiczną, co też z powodzeniem robili. I robią do dziś. Mieli również wyspecjalizowane służby, które na sygnał rzucały się do wyszukiwania haków na przedstawicieli środowisk, które stanowiły potencjalne zagrożenie dla systemu. Cel tych działań był jeden: nie dopuścić do władzy ludzi nie mających odpowiedniej „koncesji politycznej”. Jedna, a właściwie jedyna słuszna opozycja już przecież była. To ona miała odgrywać teatrzyk z dzieleniem się władzą, przemianą ustrojową i upadkiem komunizmu. Nikt więcej potrzebny nie był. Mało tego, ci jacyś tam ekstremiści mogli wszystko zepsuć. Oni w żaden sposób nie legitymizowali „nowej demokracji”, nie brylowali na salonach, nie uwodzili z telewizorów, byli ciałem obcym. Więc należało ich bezwzględnie izolować, powstrzymać używając wszelkich dostępnych środków.
Mimo to, zaledwie trzy lata po cudownej przemianie doszło niemal do katastrofy. Coś nie zadziałało tak jak powinno. Ktoś spaprał robotę. Do władzy doszli ludzie, którzy co prawda też mówili, że żyjemy w wolnej Polsce, też występowali na specjalnie przygotowanej scenie politycznej (a to w odczuciu redaktorów Wydawnictwa Podziemnego jest niewybaczalnym postępkiem), a jednak z jakiegoś powodu byli dla systemu śmiertelnie niebezpieczni. Niebezpieczni do tego stopnia, że trzeba było uruchomić już nie fachowców w białych rękawiczkach, jakichś tam Lesiaków, czy innych majorów, tylko zwyczajnie jedną kukłę, której kazano brutalnie, bez żadnej finezji dokonać nocnej zmiany. Na parę lat zagrożenie zostało odsunięte.
Ale po jakimś czasie kryzys powrócił. Straszni ludzie znów zdobyli władzę. Tym razem nie było komu dokonać żadnej zmiany. Ani nocnej, ani dziennej. Powiało grozą. Serio!
Tak się złożyło, że ze względów zawodowych musiałem wtedy obserwować z bliska reakcję środowisk żywo zainteresowanych szybkim zażegnaniem nowego kryzysu. To nie byli ludzie ze szczytów poprzedniej władzy, nic podobnego. To raczej ich zaplecze, żelazny elektorat „jasnogrodu”. Żelazny nie ze względu na podatność na powaby „Stokrotki” czy redaktora Lisa, tylko ze względu na świadomość, że to się dzieje naprawdę. Dla tych ludzi to nie były ćwiczenia. Oni doskonale wiedzieli, o co idzie gra. A byli świetnie poinformowani. Bali się, to był wyraźnie wyczuwalny strach, że nagle wszystko się wyda, że te ich drobne i całkiem spore szwindle wyjdą na jaw, że ktoś upomni się o lewe prywatyzacje, ofiary nieznanych sprawców, zacznie szukać winnych. Nie wyglądało mi to na grę.
Tu być może usłyszę argument, że nasze podwórko nie ma żadnego znaczenia, że krajowi kolaboranci to materiał odnawialny, uznany przez sowietów za niezbyt ważny i łatwy do zastąpienia. Być może. Ale czy wobec tego zastąpienie postkolonialnych elit ludźmi, którzy nie byli pod kontrolą służb sowieckich nie jest aby krokiem we właściwą stronę? Czy nie w ten sposób należy planować odtwarzanie struktur niepodległego państwa? Czy rzeczywiście takie działania są ostatecznie na rękę sowieckim planistom? Przyznam się, że kompletnie nie mogę pojąć, jak, na przykład rząd Olszewskiego i uchwalenie ustawy deubekizacyjnej mogłoby wyjść środowisku WSI na zdrowie? Czy takie działania można traktować jako próbę zawarcia jakiegoś kompromisu z bolszewikami? Wyglądało to raczej na coś wręcz przeciwnego, na bezkompromisowe przywracanie znaczenia słowom i czynom. Nieskuteczne, zbyt słabe i ostatecznie zakończone klęską, ale jednak w zamierzeniu właściwe.
Być może błądzę. Dlatego pytam. W tym miejscu prosiłbym jednak o odpowiedź dotyczącą konkretów, a nie ogólnych sformułowań prześlizgujących się po istocie problemu. Mając w pamięci paniczną reakcję „salonu” na próbę zajrzenia za kulisy oficjalnej sceny politycznej, ten swoisty blitzkrieg, dzięki któremu usunięto zagrożenie, a jednocześnie skuteczną dezinformację medialną, nasuwa mi się na myśl sformułowanie „polityczna egzekucja”. Czy padną tu argumenty o analogii do zabójstwa Trockiego? ! Mam nadzieję, że nie.
Ja zdaję sobie oczywiście sprawę, że nawet gdyby Jan Olszewski okazał się bardziej skutecznym politykiem i wywinął się w jakiś niepojęty sposób Bolkowi (czy raczej jego zwierzchnikom), to i tak mielibyśmy w najlepszym razie czyste podwórko otoczone czerwonym morzem. Ale czy sam kierunek zmian byłby niewłaściwy?
Trudno przyjąć, że otaczająca nas rzeczywistość jest w stu procentach efektem cynicznej manipulacji. Wygląda to raczej jak zmagania dwóch światów: tego starego, konwencjonalnego z hordami „awangardy i postępu”. Te ostatnie wydają się zwyciężać, dominują przecież w każdym zakątku, na każdym polu aktywności, ale z tym większą energią należałoby wobec tego wspierać siły obrońców.
Powtarzam: być może błądzę we mgle, może wciąż ulegam tej niewidzialnej gołym okiem prowokacji. Proszę zatem mnie oświecić i wyrwać ze szkodliwego stanu.