In the ghetto
Pan Dariusz Rohnka w tekście „Katakumby stoją otworem” odpowiadając na moje poprzednie pytanie „co robić?” formułuje swój program oporu wobec bolszewickiego skrzywienia rzeczywistości. Jeśli dobrze interpretuję jego intencje, program ten wygląda następująco: Aby zminimalizować ryzyko kontaktu z zarazą toczącą świat zewnętrzny, aby uniknąć sowieckiej prowokacji, czyli w tym przypadku wszelkich sporów i walki politycznej według z góry ustalonego scenariusza, należy ignorować fałszywe dekoracje tworzące spreparowaną scenę, pozostać w podziemiu, a wręcz okopać się dużo głębiej, gdzieś w mrocznych katakumbach i tam, w trudzie i znoju kontynuować pracę u podstaw. Działalność ta byłaby zaplanowana jako długoterminowy proces demontowania gigantycznej konstrukcji składającej się z wszelkiej maści kłamstw, fałszerstw, manipulacji, które za sprawą komunistycznej ideologii na przestrzeni ostatnich niemal stu lat obezwładniły miliony umysłów na całym świecie. Idea na pierwszy rzut oka wydaje się atrakcyjna i sam bym się pod nią podpisał. Ale przewidując konsekwencje wyboru tej drogi, nie sposób nie dostrzec jej oczywistych słabości.
Działalność wyłącznie w podziemiu w dłuższej, bliżej nieokreślonej perspektywie czasowej, miałaby przygotować grunt do… Właśnie, tu cały czas mam pewien problem ze zrozumieniem, co właściwie miałoby się wydarzyć za te, powiedzmy, kolejne 50, 70 (może mniej) lat. W tym czasie, jeśli dobrze rozumiem, „na powierzchni” wszystkie sfery ludzkiej aktywności, nie tylko polityka, również nauka, sztuka, gospodarka, zostałyby całkowicie podporządkowane nowej (starej?) ideologii. Próżno szukać antykomunistycznej siły politycznej, jakiegoś współczesnego Ronalda Reagana, bo po co, skoro aktywność w skażonym środowisku uznaliśmy za absurd? Nikt na górze już się nie buntuje, nieliczne, niezsowietyzowane jednostki zeszły przecież do katakumb, by tam prowadzić swoją podziemną walkę. Obraz rzeczywistości serwowany miliardom (bo przecież rozmawiamy o skali globalnej) ogłupionych i nieświadomych, więc pewnie na swój sposób szczęśliwych i apatycznych obywateli, jest sielski i jednoznaczny. Każdy przekaz wymyślony przez pozbawionych jakiegokolwiek oporu bolszewików, jest akceptowany przez masy. Nie ma już nikogo, kto mógłby krzyknąć „kłamstwo!”.
A nie, przepraszam, są przecież jeszcze nieliczni partyzanci, garstka śmiałków niepogodzonych z tyranią. Oni nigdy nie złożyli broni. To renegaci – intelektualiści, którzy w katakumbach cierpliwie odparowują z medialnej brei kłamstwo i przekazują ideę wolności tym nielicznym, do których jeszcze mogą dotrzeć. A z tym jest coraz gorzej. Wszechobecny Wielki Brat jest w stanie zajrzeć nawet w najciemniejszy zakamarek swojego królestwa. Przecież nie ma żadnej opozycji, nikogo, z kim musiałby się liczyć. Są tylko partyzanci, a z nimi, to przecież wiemy, jak sobie poradzić. Nie, nawet nie trzeba będzie ich fizycznie likwidować, to już nie ta epoka. Postęp… Teraz wykształciło się zjawisko wewnętrznej cenzury. Wystarczy w całkowicie zmonopolizowanych mediach nazwać tych partyzantów „leśnymi bandami”, albo jakimś nowocześniejszym epitetem, a masy same będą ich unikać. Nawet nie ze strachu przed władzą, nie. Zrobią to z obawy przed otrzymaniem łatki oszołomów, przed obciachem, jakim stałoby się słuchanie podziemnego radia, czy czytanie podziemnej bibuły. To system samoczynnej kontroli wewnętrznej. Czyż nie genialnie skuteczny? I jaki tani! Nie trzeba już utrzymywać całej armii tajnych służb. Obywatele sami siebie będą pilnować, byle tylko nie wyjść na jakichś zacofanych, „starszych, gorzej wykształconych”.
Stanie się tak niezawodnie, a to z tej przyczyny, że przekaz masowy, czyli co prawda kłamliwy, głupi i toksyczny, ale za to kolorowy i polukrowany, musi wygrać z przekazem tworzonym w podziemiu. Bo podziemie z definicji dysponuje tylko szarym papierem z odzysku i starą maszyną drukarską, w której „R” jest zamazane, a „L” w ogóle wypada. A przecież, czy się to komuś podoba, czy nie, forma decyduje o sile i zasięgu przekazu. Gdyby „na powierzchni” znalazła się choć jedna niezależna stacja telewizyjna, jeden najskromniejszy nawet dziennik… ale nie, przecież „powierzchnię” oddaliśmy już dawno w prezencie siłom „postępu”. Tam już nie ma wolnej myśli…
I tak oto Podziemie, czy też może Katakumby, które miały być ostatnim bastionem wolności przekształciły się niepostrzeżenie w getto… Obszar jeszcze niespenetrowany przez towarzyszy z bezpieczeństwa, ale dość ograniczony terytorialnie i odizolowany od potencjalnych odbiorców treści rozsyłanych przez partyzantów.
A poor little baby child is born
In the ghetto (in the ghetto)
And his mama cries
’cause if there’s one thing that she don’t need
it’s another hungry mouth to feed
In the ghetto (in the ghetto) *
A getto przecież tak łatwo jest kontrolować, wcale nie trzeba go pacyfikować. Po co? Wystarczy tylko ustawić dookoła kordon bezpieczeństwa i uszczelnić blokadę medialną. Oczywiście, żadna blokada nie będzie w stu procentach szczelna. Treści przekazywane przez medialnych partyzantów będą trafiały do świata zewnętrznego i nie wszyscy z obywateli okażą się bezmyślnymi tchórzami. Niektórzy zwrócą uwagę na niepokojący przekaz, zainteresują się, zaczną coś między sobą dyskutować. Ale pozostaną niestety na marginesie życia w totalitarnym państwie. Gdyby była jakaś siła, która by ich wątpliwości nagłośniła, jakiś wzmacniacz zwielokrotniający zasięg przekazu… Ale tego, jak wiemy nie ma. Sami oddaliśmy to pole we władanie towarzyszom szmaciakom.
Proponując całkowite zaniechanie aktywności politycznej, Pan Dariusz zdaje się zapominać o charakterze i skali zagrożenia. Wszędzie tam, gdzie na ułamek sekundy zanika na „powierzchni” opór, skąd wycofują się obrońcy, tam natychmiast z całym impetem wlewa się fala „postępu”. Proszę się przyjrzeć krajowym mediom, publicznej telewizji i radiu. Dwa, trzy lata temu można jeszcze było dostrzec tam postaci próbujące przeciwstawiać się hurtowym kłamstwom. Dziś już tych postaci tam nie ma, zostały wymiecione na pozycje dużo mniej nadające się do nagłaśniania swoich poglądów. Zostały zepchnięte do… medialnego getta, gdzie można je kontrolować, a w każdym razie ograniczać siłę ich przekazu.
Pan Dariusz pisze z niejaką przyganą o moich słowach dotyczących obojętności i nieświadomości większości obywateli wobec starań jednostek aktywnie działających na rzecz jakiejś sprawy. Używa nawet sformułowania „masy armatniego mięsa”, w domyśle jego autorstwo przypisując mi i chcąc przygwoździć mnie tym zapewne, jako cynicznego manipulatora. Ja tymczasem daleki jestem od oceniania takiej obojętnej postawy, opisuję tylko rzeczywistość i zwracam uwagę, że dotarcie z jakimiś mniej lub bardziej abstrakcyjnymi pojęciami do apatycznych i biernych w swojej naturze mas, to kawał ciężkiej roboty. W mur takiej obojętności walił głową swego czasu Piłsudski prowadząc swoje legiony przez wyludnione ulice miast, próżno szukając wsparcia rodaków, co zostało nawet uwiecznione w ostatniej, obscenicznej zwrotce „Pierwszej Brygady”.
Nie chcemy już od was uznania,
Ni waszych słów, ni waszych kies.
Już skończył się czas kołatania
Do waszych serc – jebał was pies!
Czy lepiej by było, gdyby Marszałek sobie darował, skoro współobywatele go wtedy zignorowali? Czy jego nazwałby Pan Dariusz uduchowionym (w domyśle oderwanym od rzeczywistości) przywódcą? Być może tak, zwłaszcza, jeśli przypomnimy sobie cytat z Piłsudskiego o kwalifikacjach moralnych narodu… przepraszam, ludzi. Ale chyba jednak nie tędy droga, bo wydaje się ona drogą donikąd. Aktywność zawsze wykazywały nieliczne jednostki, ogół pozostawał bierny. Tak świat jest urządzony, ja tego nie oceniam, stwierdzam fakt. Nie zawsze do tego ogółu da się trafić, ale to nie jest argument na pozbawienie aktywności nawet owych jednostek.
Nie rozumiem też obiekcji Pana Dariusza dotyczących „Państwa”. Póki co, nie znam innej formy zorganizowania się jakiejś zamieszkującej konkretny obszar zbiorowości posługującej się wspólnym językiem, mającej wspólną historię, tradycję, dzielących podobne troski i dążenia. Naturalnym wydaje mi się sformalizowanie takiej wspólnoty jako Państwo, choćby po to, żeby zapewniła ona sobie możliwość biologicznego przetrwania. Czy to też jest kwestia sporna? W przytoczonym przez Pana Dariusza cytacie Marian Zdziechowski piętnuje wynaturzenia, jakie mogą się Państwu przytrafić, ale nie widzę w tym krytyki samej idei Państwa jako takiego. Może ono być toczone przez różne choroby, przypadłości, narażone na wewnętrzne i zewnętrzne zagrożenia, ale trzeba je po prostu zwalczać, a nie kwestionować sam organizm. Cóż innego by nam pozostało, jeśli nie własne Państwo?! Anonimowość? Rozpuszczenie się w niezorganizowanej, bezideowej masie? Jak inaczej zrealizować „tęsknotę za życiem na prawie stuprocentowego ‘człowieka prywatnego’”, jeśli nie w ciepłym i bezpiecznym inkubatorze niepodległego Państwa? Być może na bezkresach lodowej pustyni Antarktydy byłoby to możliwe, ale w naszej sytuacji geopolitycznej, z tymi wszystkimi przyjaciółmi przychylającymi nam nieba ze wschodu i zachodu…? Tutaj stanowiska Pana Dariusza kompletnie nie rozumiem.
Autor artykułu „Katakumby stoją otworem” pisze o sięganiu do samych korzeni demobolszewickiego chwastu, o zaparciu się nogami i rwaniu aż do ostatniego korzonka. Przepraszam, że zapytam: Jak? W getcie? Pod czujnym spojrzeniem Wielkiego Brata? Przy całkowitej kontroli medialnej? Przecież jeśli się ich nie spróbuje powstrzymać dziś, na „powierzchni”, przy użyciu wszystkich tych niedoskonałych, ale jedynych dostępnych pseudodemokratycznych narzędzi, to jutro nawet takiej dyskusji nie będziemy mogli już prowadzić! Czas gra na naszą niekorzyść. Jeśli teraz walka jest niemożliwa, to czy będzie możliwa za dziesięć lat, za dwadzieścia? Czy bolszewizm odpuści trochę sam z siebie i za jakiś czas będzie łatwiej? Wątpię. Jeśli dziś ta machina jest tak skuteczna, to w przyszłości stanie się wszechpotężna. Na końcu odpowiedzi na mój tekst pada sugestia, że gra polityczna przeciwko sowietyzacji zawsze musi się skończyć kompromisem, przekreślającym samą grę. Jest takie niebezpieczeństwo, zgoda, ale to nie może być powodem do nie podejmowania gry w ogóle.
Inaczej nie pozostanie nic innego, jak tylko zanucić:
And his hunger burns
so he starts to roam the streets at night
and he learns how to steal
and he learns how to fight
In the ghetto (in the ghetto)
_______
* tekst autorstwa Maca Davisa