Podziemie czy Katakumby?
Ostatni artykuł Darka Rohnka pt. Rubikon rzeczywistości, wywołał interesującą dyskusję na temat realistycznych metod walki ze „skrzywioną rzeczywistością”, w jakiej przyszło nam żyć. Jeden z komentatorów, pan Orzeł, postawił przed nami pytanie, na które nie ma łatwej odpowiedzi. Wychodząc z dwóch założeń – primo, że otoczeni jesteśmy bolszewicką karykaturą rzeczywistości, i secundo, że wszyscy chcemy tworzyć państwo, o jakim marzymy – zapytuje, jak można taki cel osiągnąć z Podziemia? Skoro każda działalność „na Powierzchni” jest grą do czerwonej bramki i uleganiem (obojętne, świadomym czy nie) sowieckiej prowokacji, to jak można przeciwdziałać sowietyzacji, która przecież jest także na powierzchni, samemu pozostając w Podziemiu? Jak zmienić „ten twór, który nam zaserwowano jako państwo polskie, bez angażowania się na Powierzchni”? Czy nasza witryna może się zmierzyć z machiną medialną, pyta pan Orzeł, po czym pisze kluczowe zdania:
„Obserwując reakcję wielu znajomych na treści tu prezentowane dochodzę niezmiennie do wniosku, że skuteczność przeciągania błądzących we mgle na jasną stronę mocy jest bliska stu procent. Tyle tylko, że odnosi się to do tych osobników, którzy sami z siebie najpierw wykazali pewną aktywność umysłową. Przypomina to aplikowanie przez pipetę cudownego eliksiru prawdy hordzie biegnącej na oślep. Być może przy dużej dozie szczęścia dziesięciu ludzi z tej hordy zainteresuje się i dozna olśnienia. A niech tam, nawet i stu, albo tysiąc. Z tego tysiąca powiedzmy dwadzieścia procent wykaże chęć aktywnego działania, z tej grupy śmiałków kolejne pięć procent stworzy jakieś struktury, organizacje. Ale horda w tym czasie będzie już daleko. Nikt z tych biegnących przed siebie nawet nie spojrzy na kilku krzyczących coś niezrozumiale ludzi.”
Wyznaję, że wypowiedź ta zmusiła mnie do zastanowienia. No, bo rzeczywiście! Przecież hordy biegną, a my tu z pipetą. Tłumy maszerują raźno ku Świetlanej Przyszłości, a my do nich z eliksirem prawdy. Gawiedź się ciśnie do chleba i igrzysk, a ja do nich, że „smutno mi, Boże!” Czy mogę zatrzymać – choćby na chwilutek – tłuszczę, wygrażającą pięściami, to jednym, to innym, dlatego tylko że chciałbym rozważyć zasadność twierdzeń na temat fenomenu „upadku komunizmu”? Jak mam zahamować sowietyzującą się dobrowolnie zgraję, rozważając definicję komunizmu?
Inny komentator, pan Jaszczur, zaproponował, żeby nie komentować na stronach internetowych, gdzie może wejść choćby i „tow. Jaruzelski”, ale w zamian pisać na „listy mailingowe”, na co pan Orzeł odparł nie bez słuszności, iż byłaby to profesjonalna konspiracja, z którą poradzić sobie łatwo przy pomocy służb specjalnych, a więc lepiej przejmować te służby, niż się z nimi borykać. A poza tym na masy oddziaływać nie można, nie ze względu na ekskluzywność witryn takich jak nasza, ale „z powodu zaniku umiejętności czytania wśród tych właśnie mas”. Pan Orzeł zgadza się z diagnozą wyłożoną przez Dariusza Rohnka o „skrzywieniu rzeczywistości” i domaga się skutecznego działania przeciw temu skrzywieniu, konkludując, że takie działanie jest możliwe wyłącznie na powierzchni. Trzeba przejąć instytucje tego pseudo-państwa i oznajmić masom, że to wszystko „zapluty i śmierdzący” prl:
„Że Macierewicz nazywa Wolną Polską to coś dookoła? No wie Pan, polityk to takie zwierzę, które posługuje się, jakby powiedzieli czerwonoskórzy, rozwidlonym językiem. I tak musi być, inaczej to nie żaden polityk byłby, tylko z przeproszeniem dupa jakaś. Ważne jest, nie to, co mówi, bo kurtuazyjne zwroty to część politycznego rytuału, tylko to, co robi.”
Tym razem zbaraniałem. Czy rzeczywiście przeczytałem wcześniej, że pan Orzeł zgadza się diagnozą skrzywienia rzeczywistości? A czyż posługiwanie się rozwidlonym językiem nie jest przejawem owego skrzywienia? Czy aby mówienie jednocześnie – podkreślam: jednocześnie, bo to nie jest sprzeczność na przestrzeni lat, ale sprzeczność zawarta często wewnątrz jednej wypowiedzi – „żyjemy w prlu, ale to jest Wolna Polska”, nie jest właśnie oznaką bolszewickiego dwójmyślenia? W stanie zbaranienia zazwyczaj do niczego się nie przydaję, ale w tym wypadku, zbaraniawszy dopiero pojąłem. Zbaranienie stało się źródłem objawienia, bo czyż nie o baranach właśnie mówimy?
Zbaraniony zatem powróciłem raz jeszcze do punktu wyjścia i nagle aplikowanie eliksiru prawdy pipetą pędzącej na ślepo czeredzie przestało wyglądać mi na zajęcie zupełnie pozbawione sensu. Nie ze względu na swój artystowski wymiar, ale dlatego że powinno nam być zupełnie obojętne, co naprawdę myślą pędzące na oślep zgraje. Powinno być, i mnie osobiście jest obojętne. Aplikowanie więc eliksiru pipetą jest równie bez znaczenia, co aplikowanie go przy pomocy rozpylacza. Motłoch pędzi to w jedną stronę, to w drugą, zawsze na ślepo, zawsze bezmyślnie, powodowany nieskończoną ilością przyczyn i pobudek w ogromnej większości irracjonalnych, ale w żadnym wypadku pipeta i eliksir nie mają do nich dostępu, bo taka jest właśnie natura tłumów. To nie jest z mojej strony pogardliwe wywyższanie się ponad pospólstwo, a wręcz przeciwnie, realistyczne stwierdzenie faktu, że to właśnie ów pędzący tłum jest podstawą problemu, jest samym sercem trudności, którą Rohnka i Orzeł zgadzają się nazywać skrzywieniem rzeczywistości. Pędząca hałastra ma wszelkie cechy stada baranów, a to dlatego że poddaje się z łatwością – nomen omen – owczemu pędowi: tak robię, bo wszyscy tak robią; tak mówię, bo każdy tak mówi; idę w lewo, ponieważ wszyscy idą w lewo, a ja wpatrzony jestem tylko w barani ogon przede mną.
Ich „opinia” jest pozbawiona znaczenia, bo w rzeczy samej nie mają żadnej własnej opinii, a tylko beczą, powtarzając w kółko cudze opinie, przynajmniej tak długo, jak są w ciżbie. Nie wolno nam jednak zapominać, że każda zgraja składa się z indywiduów, a do jednostek zwracać się warto, ponieważ każda z nich z osobna – choć czasami trudno w to uwierzyć – stworzona została na obraz i podobieństwo Boże. Dla każdej z nich z osobna, pipeta i eliksir mogłyby być źródłem objawienia. Wyłuskanie jednostek z magmy zbiegowiska jest zajęciem godnym i szlachetnym, i prędzej zbliży nas do stworzenia podstaw, na których będzie można w przyszłości wyjść na powierzchnię, niż konspiracja bądź tworzenie partii politycznych. Na razie takich podstaw nie ma.
Muszę w tym miejscu porzucić podsuniętą mi przez pana Orła metaforę, acz robię to z wielkim żalem. Oczywiście żaden z nas nie ma dostępu do eliksiru prawdy, choć nawet gdybyśmy go mieli, to nadal wolelibyśmy używać pipety niż jakichkolwiek innych narzędzi dystrybucji. Nie mamy eliksiru, ale posiadamy dążenie do prawdy, mamy chęć mówienia prawdy i szczere zamierzenie, by nie iść na kompromisy. I tę naszą prawdę, nie w postaci eliksiru, ale sformułowaną w postaci krótkich i nieporadnych artykułów, możemy przedstawiać poszczególnym jednostkom przy pomocy pipety, jaką jest witryna Wydawnictwa Podziemnego.
Dlaczego więc lepiej być w Podziemiu niż na powierzchni (jakoś nie mogę się zmusić do przydania temu wielkiej litery, to tak jakby pisać zsrs z wielkich liter, czysty nonsens)? Ponieważ na powierzchni – nazwijmy ją po imieniu: w prlu i jego instytucjach – mowy być nie może o rozpoznaniu owego skrzywienia, na które zapadła rzeczywistość. Gdyby problem stojący przed nami był natury politycznej, to rzecz jasna działalność polityczna mogłaby mu zaradzić. Tak postępowali na ziemiach polskich konserwatyści wobec zaborców – i czynili słusznie. Ale nas postawiono wobec innego problemu, znacznie głębszego i o wiele trudniejszego, i naszym zadaniem jest wypracowanie adekwatnych metod postępowania.
Moja trudność, którą wykładałem tu już wielokrotnie, polega na tym, że nie jestem w stanie pojąć, jak można jednocześnie dostrzegać to skrzywienie i próbować je naprawić, tkwiąc w nim po uszy. Pan Orzeł pisze np., że na masy nie można wpływać „z powodu zaniku umiejętności czytania wśród tych właśnie mas”. A kiedy ta umiejętność zanikła? Kiedyż to niby umiejętność czytania – którą określiłbym jako czytanie krytyczne, bądź czytanie ze zrozumieniem – była masowa?? Nigdy! „Im większa poczytność, tym mniejsza poczytalność,” jak to trafnie ujęła Barbara Toporska. To dopiero odkąd masy wypłynęły na scenę polityki, poczęto zabiegać o ich opinie, a tym samym poczęto wtłaczać im do głów cudze opinie wzięte wprost od tak zwanych „środowisk opiniotwórczych” czyli baranów, które podają ton do beczenia dla całego stada. I to jest właśnie istotą skrzywienia rzeczywistości, o którym tu rozprawiamy.
Moja postawa wobec tłuszczy nie jest wcale pięknoduchostwem, jak mogłoby się zdawać na pierwszy rzut oka. Jest to skrajnie realistyczne przekonanie, wynikłe z chłodnego opisu rzeczywistości, że nie potrzeba nigdy przekonywać mas do czegokolwiek, przekonywać bowiem można wyłącznie pojedynczych ludzi. To tylko ich trzeba skłonić do prawdy i nie można tego uczynić poprzez kłamstwo lub choćby tylko mówienie rozwidlonym językiem. Masy przyjmują za prawdę cokolwiek im się poda, bez specjalnego odwołania do rzeczywistości, bez udziału władz umysłowych, bez krytycznego myślenia, ba! bez angażowania mózgu. Służę przykładem: masy obywateli prlu przed rokiem 1989 uważały go za państwo polskie i byłyby zdziwione, gdyby im wmawiać coś przeciwnego (wiem, bo próbowałem), ale tylko do czasu, gdy „upadł komunizm”! Wtedy oznajmiono, że to nie było państwo polskie, tylko prl, a teraz nagle jest Wolna Polska – i masy przyjęły ten bełkot bez mrugnięcia okiem.
A zatem namawianie nas, abyśmy się nagięli do przekonywania mas, do powstrzymywania pędzącej na oślep chmary, w imię prawdy, jest zupełną pomyłką, ponieważ tylko w odcięciu od tego kłamstwa jest prawda. A odciąć się od skrzywionej rzeczywistości możemy tylko w Podziemiu. Jeżeli chcemy zerwać ze stereotypem, obnażyć fałszywe wyobrażenia, lub choćby tylko ukazać wycinek rzeczywistości w innym świetle, to nie możemy być jednocześnie częścią fałszu. Nie wolno nam podtrzymywać myślenia przy pomocy klisz, bo one są mechanizmem owczego pędu. Natomiast ten, który chce wpływać na masy, musi z konieczności mówić rozwidlonym językiem, by móc trafić do z dawna utrwalonych upodobań. I tak np. polityk w Polsce czuje się zobowiązany apelować do polskiego nacjonalizmu, co tylko umacnia fikcję prlu, jak to znakomicie demonstruje powyższy cytat na temat Antoniego Macierewicza.
***
Być może to my sami – redaktorzy witryny Wydawnictwa Podziemnego – jesteśmy winni. Być może źle wybraliśmy nazwę dla naszej witryny. W zamierzeniu naszym leżało nawiązanie do niezwykłego zjawiska, jakim był niewątpliwie podziemny ruch wydawniczy w latach osiemdziesiątych. Ówczesne Podziemie było jednak zmarnowaną szansą. Podziemie chciało właśnie wpływać na masy, chciało kierować, manipulować stadem, podając jeden ton do powszechnego beczenia, do melodii „żeby Polska była Polską”. Taką postawą przywódcy podziemni ponownie włożyli głowy w kierat bolszewickiej prowokacji – zostawmy na boku kwestię, czy była to działalność agenturalna – przygotowując bezwiednie grunt pod nadchodzącą prowokację „upadku komunizmu” w roku 1989.
Powinniśmy byli użyć innej nazwy niż Wydawnictwo Podziemne. Nazwy odnoszącej się nie do nieskutecznej walki z bolszewizmem z lat osiemdziesiątych, ale do skutecznej walki z otaczającą pseudo-rzeczywistością. Powinniśmy byli nazwać naszą witrynę:
KATAKUMBY