Rubikon rzeczywistości
Idąc (z semantyczną lampą w ręku) poprzez nieskończone szeregi słów mówionych, krzyczanych, drukowanych w gazetach, broszurach i książkach, ma się chwilami wrażenie paranoicznej fantazji. Słowa, logicznie powiązane w zdania, twierdzenia, słowa pozornie mądre, bliskie, układają się w fantasmagoryczną architekturę, zawieszoną ponad rzeczywistością, nie dotykającą ziemi. Formalna logika powiązań słownych wydaje się czymś chorobliwym wobec braku wszelkiego związku z rzeczywistością, taką jaką znamy z bezpośredniej obserwacji. Zdawałoby się, że każdy zdrowy na umyśle człowiek jest w stanie skonfrontować tę napowietrzną strukturę słowną z rzeczywistymi faktami i zwalić ją jednym ruchem. Ale siła magii słownej jest wielka. I konfrontacja z faktami nie taka prosta. Nad światem hula szaleństwo słów. Oczywiście, jest w tym metoda.
Stefania Zahorska, Magia Słów, Wiadomości nr 1 (1946)
Magia bolszewickiego kłamstwa
Magia słów Stefanii Zahorskiej pojawiła się na pierwszej stronie pierwszego numeru najważniejszego antykomunistycznego periodyku powojennej emigracji. Pojawiła się tam nieprzypadkowo. Przywrócenie sensu słowom, właściwe rozpoznanie rzeczywistości było zadaniem najpilniejszym, bez spełnienia którego wszelka dalsza dyskusja, walka polityczna, czy tylko walka o polityczne racje – nie miała sensu. Zahorska pisała w chwili wyjątkowej, zaledwie kilka miesięcy po zakończeniu wojny, w sytuacji największej klęski w dziejach Polski, która – jako koalicjant – została uznana przez światową opinię za jednego ze zwycięzców tej wojny.
Zahorska mierzyła się z kłamstwem, nie takim jednak zwykłym kłamstwem: wojennym czy politycznym, gdy podaje się fałszywe wyniki bitew, konfliktów, wyborów, gdy w cyniczny sposób strona stara się wprowadzić przeciwnika w błąd, oszukać postronnych, zagarnąć nienależną jej władzę. Kłamstwo, z którym miała do czynienia publicystka „Wiadomości”, było innego rodzaju; nie polegało na prostackim przeinaczaniu faktów, odwróceniu akcentów, fałszywej relacji. Było to kłamstwo nowego typu, którego mechanika rządziła się odmiennymi prawami – kłamstwo bolszewickie, nadające faktom, zjawiskom, pojęciom odwrotne znaczenie. To właśnie nowe zjawisko odkrywała przed czytelnikami Zahorska, podążając ze swoją „semantyczną lampą” poprzez wrażenie „paranoicznych fantazji”. Tyle, że to nie były „fantazje”, a realne, śmiertelne zagrożenie.
Autorka pisała swój tekst z perspektywy początku długiej i wyboistej drogi, w kontekście „demokratycznych” wyborów, jakie miały się odbyć pod komunistycznym patronatem i z pełnym uznaniem światowych mocarstw, które nie miały najmniejszego zamiaru podważać fundamentów jałtańskiej umowy. „Demokratyczny” porządek na wschód od Odry został ustalony nieodwołalnie i bezwarunkowo, niezależnie od zbrodni, jakich dopuszczały się komunistyczne władze. Był skutkiem demobolszewickiego mariażu, jaki w trakcie ostatniej wojny zawarty został pomiędzy zachodnimi aliantami i związkiem sowieckim. Mariażu, który wydawał się wówczas szczytem obłudy, a który – jak dowodnie pokazała praktyka kolejnych dekad – słusznie uchodzić może za doskonale zgrane, choć nie zawsze miłujące się małżeństwo, w którym stroną zdecydowanie przeważającą, nadającą ton, wytyczającą linię przyszłego pożycia jest nieodmiennie bolszewicki partner.
Zahorska precyzyjnie definiowała bolszewickiego przeciwnika, a robiła to z ideowej pozycji socjalistki. Najwyraźniej marksistowska nadbudowa nie przeszkadzała jej nadmiernie we właściwej ocenie głównego wroga. Może i Zahorska nie trzymała w garści patentu na nieomylność, potrafiła jednak z bezbłędną trafnością rozgraniczyć fałsz od prawdy. Nowy bolszewicki twór zwany peerelem nie mógł być traktowany jako państwo polskie; ani państwo, ani polskie. Ta oczywista konstatacja nawet w kręgach politycznej emigracji z roku 1946 nie była bezdyskusyjna. Już rozpoczynał się długotrwały proces asymilacyjny.
Kanciasta granica
Niemniej stanowczo wypowiadał się w tym czasie Józef Mackiewicz. Występował przeciwko nasilającym się próbom zamazywania rzeczywistości. Wzywał do przyjęcia tego rodzaju postawy moralnej „która by wpływała hamująco na spadek po równi pochyłej, po której toczy się w tej chwili cały naród.” Mackiewicz wzywał do przeprowadzenia „’kanciastej’ granicy” pomiędzy elementarnymi pojęciami, takimi jak: „sojusznik” i „najeźdźca”, „wierny” i „zdrajca”, „swój” i obcy „agent”. Pisał:
…kapitalne staje się pytanie, po co nas Stalin kupował. Na pewno nie po to, żeby nas paść na Sienkiewiczowskiej trylogii, krzepić cukrem tradycji i umacniać polski potencjał narodowy, a po to, żeby go zniszczyć, czyli zarżnąć nas jako naród. W tym stanie rzeczy zachowanie lojalnej czy chociażby neutralnej postawy wobec rzeźnika znaczyłoby co najmniej przesadę w logicznej prostolinijności postępowania…
Mackiewicz był przekonany, że jeśli związek sowiecki nie zostanie rozbity w najbliższej przyszłości, naród polski przeistoczy się w sowiecki, a zatem „jako polski w ogóle przestanie istnieć”. Był rok 1947, rok powszechnego jeszcze oczekiwania na wojnę Ameryki i Wielkiej Brytanii ze związkiem sowieckim. Na wojnę liczył także Mackiewicz, choć z każdym kolejnym miesiącem musiał sobie coraz lepiej zdawać sprawę z nierealności tej rachuby. W tej sytuacji jedyną praktycznie linią obrony i dalszej walki, było dążenie do uchronienia narodowej świadomości przed sowietyzacją, bolszewizacją, wobec w coraz większym stopniu nieuchronnej sytuacji, gdy „wykładać będą Mickiewicza i Słowackiego po… bolszewicku!”
Bogaty w osobiste doświadczenia z okresu pierwszej sowieckiej okupacji Wilna, Mackiewicz precyzyjnie oceniał sytuację. Wówczas wystarczyło ledwie kilka miesięcy, aby osiągnąć niemal idealny stopień bolszewizacji społeczności wileńskiej. Czy w odniesieniu do całej Polski proces ten mógł się okazać trudniejszy, wymagający znacznie dłuższego czasu, a może po prostu… niemożliwy? Mackiewicz nie miał złudzeń. W artykule Wieszać czy nie wieszać? W obronie… Bieruta! przewrotnie pisał o „dobrach duchowych”:
Osobiście przyznam się skromnie, iż nie tylko wierzę, ale jestem głęboko przekonany, że właśnie dobra duchowe są istotnym promotorem wszystkich poczynań ludzkich, a w tej liczbie i polityki. Dlatego czytając i słuchając o tym wszystkim, co się u nas w kraju dziś dzieje, wydaje mi się nieco przesadny ten optymizm wielu, że szkoła, radio, prasa, książki, odczyty, pogadanki i wycinanki, miliony listów na urodziny Stalina – to wszystko nic!… […] Ci, którzy wielką ofensywę na nasze dobra duchowe prowadzą w kraju, nie czynią tego bynajmniej w zamiarze, aby spłynęła kiedyś po wierzchu i bez śladu, ale przeciwnie, w zamiarze przerobienia, przekształcenia, jak to się u nich mówi „przekucia”, a w naszym pojęciu zniszczenia od podstaw tych właśnie dóbr.
Porzucone, odizolowane od niekomunistycznego świata, społeczeństwo polskie było skazane na bolszewizację. Była to tylko kwestia czasu. Pozbawione prawdziwych wartości, bez których nie sposób sobie wyobrazić normalnie funkcjonującego organizmu społecznego, społeczeństwo miało przyjąć na to miejsce bolszewickie pseudowartości, dobra duchowe jakie zaoferują mu komunistyczni rządcy kraju.
Zahorska, z „semantyczną lampą w ręku”, Mackiewicz ze swoją „kanciastą granicą”, mówili bardzo podobnie. Wzywali na wojnę o sens rzeczywistości, przestrzegali przed próbami relatywizacji prawdy i zacieraniem różnic pomiędzy światem wolnym i totalitarnym. Zahorska była wstrząśnięta obłudą, a raczej obłudną ślepotą cywilizowanego świata, który w imię pozornych korzyści wynikających ze współpracy z totalitarnym sojusznikiem, gotowy jest czerpać pełnymi garściami z pokładów bolszewickiego kłamstwa. Mackiewicz był pewien, że bagatelizowanie bolszewizmu jako nowej jakości będzie miało katastrofalny skutek. Przekonywał, że najdrobniejsze nawet ustępstwo w tak istotnych punktach, jak nazywanie peerelu „demokracją”, komunistycznej dyktatury „przemianami społeczno-politycznymi” w kraju, spowoduje w efekcie przede wszystkim moralne i światopoglądowe rozbrojenie społeczeństwa.
Czy mieli rację?
Czy istotnie świat cywilizowany, jeszcze nie totalitarny, w imię pokonania wroga, w imię zaspokojenia roszczeń najcenniejszego w tej wojnie sojusznika, dokonał był relatywizacji wartości? Czy w imię pokonania Hitlera, Mussoliniego, japońskich militarystów oddał w komunistyczne posiadanie ogromne połacie lądu wraz z zamieszkującą je ludnością? I najważniejsze, czy wielki bolszewicki wysiłek w dziedzinie nadbudowy, podejmowany z uporem i nieprzerwanie przez ostatnie blisko siedemdziesiąt lat, rzeczywiście doprowadził do przebudowy duchowej społeczeństwa, do „przekucia” społeczeństwa w rodzaj zbolszewiczałego stada?
To, rzecz prosta, tylko pytania retoryczne, nie wymagające dociekliwych studiów, ani żmudnych badań. Mimo to, nie znalazł się do tej pory ani jeden zachodni polityk, który przeprosiłby za Jałtę i Poczdam; nie widzieliśmy brytyjskiego czy amerykańskiego męża stanu, także historyka, który wyznałby, że wojenny sojusz z komunistycznym związkiem sowieckim, w wyniku czego miliony obywateli świata dostało się pod komunistyczne panowanie, był zbrodnią (choć jakże modny jest ostatnio obyczaj przepraszania za błędy i zbrodnie nawet bardzo odległych przodków). Trudno byłoby wskazać duchowego przywódcę, który odważyłby się potwierdzić moralne, intelektualne i duchowe spustoszenie, będące wynikiem kilkudziesięciu lat bolszewickiego zniewolenia; spustoszenie, którego skutki bynajmniej ani zostały zniwelowane, ani uleczone.
Jak to jest? Może całkiem inaczej niż nam się przed momentem wydawało? Może i Zahorska i Mackiewicz rozmijają się z prawdą, tkwiąc w błędzie; albo też całkiem niepotrzebnie dramatyzują, przekoloryzowują całkiem przecież szarą, zwyczajną rzeczywistość? Bo czyż można, na przykład, zestawiać obok siebie tak nieporównywalne totalitaryzmy, jak hitleryzm i komunizm? Czy nie widać jaskrawej różnicy, choćby z punktu widzenia zbrodni popełnionych w czasie ostatniej wojny? Kto był w tej wojnie agresorem, kto ofiarą? Że tam związek sowiecki napadł na Polskę, całkiem podobnie jak to uczynił Hitler niewiele dni wcześniej. Ależ, czy nie sami Polacy unikali walki z czerwonoarmistami, którzy rzekomo napadli na ich kraj? Czy nie Polacy, przed upływem dwóch lat od pamiętnego września, zawarli ze Stalinem ścisły sojusz; czy to nie oni, organizowali armię w związku sowieckim, pod komunistyczną kuratelą, licząc na możliwość prowadzenia walki z hitlerowskim najeźdźcą u boku czerwonej armii? Jeśli związek sowiecki z marszałkiem Stalinem na czele, jest istotnie tak zbrodniczą organizacją, czyż w takim razie sami Polacy nie wytyczyli w tej wojnie granic moralnego relatywizmu? Czy nie oni, w jakże jednoznaczny sposób, odpowiedzieli światu na pytanie: co się w tej wojnie godzi, a na co absolutnie nie można przystać? Że się tam w końcu na swojego sowieckiego partnera obrazili, że nie mogli przeboleć (i przemilczeć) wojennej zbrodni? To tylko kwestia ich subiektywnej oceny. Od tego przecież wojna, aby popełniać na niej zbrodnie. Cóż w tej sytuacji mieli zrobić zachodni alianci? Stalin wymordował kilkanaście tysięcy polskich żołnierzy (a śmierć dla żołnierza na wojnie to rzecz zwykła), Hitler mordował miliony: żołnierzy, starców, kobiet, dzieci. Gdzie tu może być równoważne zestawienie?
Czy istotnie zostaliście sprzedani w Jałcie Stalinowi? – mógłby zapytać anonimowy przedstawiciel Zachodu – czy raczej potraktowani zgodnie z logiką ówczesnej sytuacji? Czy to wina zachodnich aliantów, że nie potrafiliście porozumieć się z największym w waszej części Europy koalicjantem, że nie umieliście porozumieć się między sobą? Czy trzeba było wyrzucać z rządu Mikołajczyka, jedynego wtedy człowieka u was, który rozumiał potrzebę dogadania się ze Stalinem? I wreszcie – cóż wam przyniósł wasz dziwny upór? Czy nie należało wrócić do kraju i przyłączyć się do budowy nowego, demokratycznego systemu? Represje? Baliście się represji? Przecież wspólnie z sowieckim sojusznikiem gwarantowaliśmy wam uczciwe wybory? Zostały sfałszowane? Oczywiście, wiemy o tym. Ale czy byłoby im tak łatwo, gdybyście wszyscy, bez niepotrzebnego kapryszenia, zdecydowali się na udział? I poza wszystkim: czy rzeczywiście stała się wam i waszemu społeczeństwu taka wielka krzywda? Czy komuniści was wymordowali, zagłodzili, czy odebrali wam prawo do nauki, kultury? Było, zdaje się, całkiem inaczej, prawda? Chyba nie chcecie dziś robić problemu z braku luksusowych produktów, mięsa, kolorowych fatałaszków? To dopiero byłaby groteska. Cóż zatem? Było wam aż tak źle, komunistyczna władza nie dawała żyć? Ale jakoś udało wam się przecież działać, pisać, nagrywać, wydawać, a w końcu… czyż przy „okrągłym stole” sami komuniści nie podzielili się z wami władzą?
Tak można by jeszcze długo, a praktycznie w nieskończoność, odgrywać rolę adwokata diabła historii ostatnich dekad; spiętrzać wątpliwości, kreować coraz to nowe punkty widzenia, możliwie jak najdalej odsuwać od siebie prawdę. Można by to robić, tylko po co, skoro i tak nie zabraknie na świecie ludzi, którzy zrobią to za nas. Tak bywa zawsze, jeżeli tylko dopuszczalna jest możliwość dyskusji, a tej ostatniej nie chcemy przecież nikomu bronić. Nie dajmy się jedynie zwieść iluzji, że wszystko na tym świecie jest względne, zależne od różnorodnych interpretacji, że prawda, niewzruszona i obiektywna, w rzeczywistości nie istnieje:
Są dwie prawdy na świecie – pisał w prologu do Kontry Józef Mackiewicz – Pierwsza to ta, która ściśle otacza ziemię i wiernie odbija w wodzie płynące górą obłoki. […] Nie uśmiecha się jednak nigdy, nawet wtedy, gdy świeci słońcem poprzez płatki jabłoni na wiosnę. Ale też nie marszczy się, nie wykrzywia oblicza złością nawet wtedy, gdy z obłoków czyni chmury i pędzi je nad płaską ziemią… […] Niczego nie zmienia i niczego nie przeinacza. Kto zabił muchę, ten zabił. Kto zabił człowieka, ten zabił. Jest idealnie obojętna, bo idealnie obiektywna. Jest prawdą całkowitą, gdyż przyrodzoną. […]
Ta druga prawda składa się pozornie tylko z dobra i zła. Ale omyliłby się , kto by jej uwierzył na słowo. Gdyż jej dobro i zło są pojęciami względnymi. […] Ta druga prawda umizga się, wykręca, wznosi ręce do słońca, przeklina deszcz i burzę. Obiecuje Bóg wie co. Rzadko dotrzymuje.
O ile pierwsza z tych prawd jest milcząca, o tyle druga często bardzo – propagandowa. O ile pierwsza obojętna, o tyle druga namiętna. Wiedząc o tym, że nie jest jedną, tym bardziej okrzykuje się za jedyną, a przez to obowiązującą. I do pewnego stopnia ma rację, gdyż jest to prawda urzędowa, to znaczy zależna od urzędowego charakteru ustroju, czy nastroju, w którym jest głoszona. W skrócie można by powiedzieć o niej, że jest prawdą koniunkturalnego interpretowania prawdy.
Mackiewicz, w natchnieniu pisania tego niezwykłego tekstu, nie był, w użytej przez siebie terminologii, precyzyjny; pisząc o „dwóch”, a nie tylko jednej prawdzie, mógł przyczynić się do niejakiego zamieszania. Bo czy istnieć mogą aż dwie prawdy? – Oczywisty absurd! Absurd na tyle nie podlegający dyskusji, że Mackiewicz, zasiadając do pisania kolejnej powieści, przystępując do odkrywania najmroczniejszych zakamarków „demo-bolszewizmu”, tę oczywistość najwyraźniej przeoczył. „Druga” z Mackiewiczowskich „prawd” nie jest rzeczywista; jest jedynie erzacem, odbiciem, złudzeniem prawdy „pierwszej”, a więc prawdy jedynej. Obie nie są równorzędnymi rywalkami, z tej prostej przyczyny, że owa „druga” nie istnieje jako idea odrębna.
Identycznie rzecz się ma i z samą rzeczywistością. Istnieje tylko jedna, ta, którą możemy poznawać przy pomocy naszych niedoskonałych zmysłów i równie niedoskonałego rozumu. Bolszewicka mutacja rzeczywistości nie jest rzeczywistości żadną rywalką, ale jej natrętną ułudą, obrzydliwą karykaturą, w której, jako społeczeństwo, tkwimy po uszy, niekiedy nie mogąc się z niej wyrwać, najczęściej – wcale sobie tego naszego położenia nie uświadamiając.
Mundus vult decipi
Co w tym wszystkim zdumiewa najbardziej, zaskakuje, to trywialność owego kramu pozorów, semantycznych i poznawczych problemów. Oboje wymienieni tu publicyści, Zahorska i Mackiewicz, z pewnością nie odczuwali inaczej; nie byli jedyni, ani pierwsi. Zamykanie oczu na rzeczywistość, uciekanie przed groźną, albo niewygodną prawdą jest procederem równie starym, co ludzka cywilizacja: mundus vult decipi, ergo decipiatur (świat chce być oszukiwany, niechaj więc będzie) miał mawiać niejaki Petroniusz już w pierwszym wieku naszej ery; na pewno nie jemu pierwszemu podobna myśl zagościła w głowie. Czy, w takim razie, należy się nieustannie dziwić wszelkim ekspiacyjnym formom ludzkiej aktywności w zderzeniu z bolszewizmem?
Jednym z tych, którym owo zdziwienie nigdy nie przeszło był filozof, filolog i publicysta, Marian Zdziechowski. 10 października 1925 roku, w wykładzie skierowanym do młodzieży wileńskiego uniwersytetu, pisał:
…dla Rosji sowieckiej już nie ujarzmienie nasze, lecz znicestwienie jest koniecznością, warunkiem jej istnienia. Tylko po trupie Polski bolszewizm dostać się może na zachód i nim zawładnąć.
[…]… mówiąc o tem, nie odbiegam od przedmiotu, bo przed kim, jeśli nie przed młodzieżą zwierzać się mamy z troski naszej o przyszłość ojczyzny i waszą, słowa zaś moje – podkreślam to najwyraźniej – nie mają żadnego związku z polityką dnia dzisiejszego. Politykiem nie byłem, nie będę. Jestem uczonym i profesorem, należę do świata idei, ale to wiem, że idee rządzą światem… […]
Otóż ów kolos wschodni jest potęgą nie rosyjską tylko, lecz międzynarodową… […] A co jest potęgi tej celem, ideą? Walka z Bogiem, zniszczenie idei Boga, innemi słowy, zniszczenie idei człowieka, jako istoty, co myślą i duszą sięga ponad materję, a zatem wyplenienie z duszy jej pierwiastków idealnych. Powiem to dobitniej: mózg, który jest organem myśli, zastąpić brzuchem, czyli zbestjalizować człowieka, oto ostatnie słowo nauki Marxa… […]
Zdawałoby się, że idea bestjalizacji czy machinizacji człowieka, najpodlejsza, jaką człowiek kiedykolwiek się kierował, powinna wywołać potężną, zdrową reakcję. Ale nie. Z uczuciem głębokiego bólu stwierdzam w Polsce wszędzie, od góry aż do dołu, rozpaczliwy brak odporności i moralnej i intelektualnej. Jesteśmy w stanie jakby hypnozy.
Tak mówił Zdziechowski w słowach skierowanych do młodzieży; mimo przekonania o trafności swoich sądów, mimo niemal pewności rychłej zagłady Zdziechowski, którego „widmo bliskiej a groźnej przyszłości” prześladowało i dręczyło „we dnie i w nocy”, ani myślał porzucać, jeśli nawet nie nadzieję, to przynajmniej – walkę. Stąd słowa skierowane do młodzieży, próba przeniknięcia do ich umysłów, próba ukształtowania charakterów.
To, co u Zdziechowskiego najcenniejsze to nie jego umiejętności profetyczne, ani też niezachwiana pewność, z jaką przewidywał przyszły rozwój epokowych wydarzeń, ale sposób w jaki do swoich wniosków dochodził, sposób niezwykle racjonalny, precyzyjny. Zdziechowski widział przyszłość, widział całkiem wyraźnie, ponieważ wyśmienicie znał, odczytywał rzeczywistość, a poznawszy nie omieszkał jej także opisywać, z niezwykłą determinacją i równie niezwykłą odwagą, tą samą odwagą, której tak bardzo brakowało współczesnym:
Waleczni na polu bitwy, tracimy odwagę w pokoju: pierwszy lepszy frazes z ulicy napełnia nas zabobonną bojaźnią, składamy broń i bijemy czołem przed każdym fetyszem, byleby w nim wyryte były jakieś hasła modne, jak demokracja, postęp. Grzęźniemy od góry do dołu w nędznym półbolszewizmie, wyzuwamy się w nim z sumienia…
Zdziechowski był uczonym, myślicielem, znawcą historii filozofii i idei, nie był politykiem, co przy każdej nadarzającej się okazji z naciskiem podkreślał, choćby tuż po zamachu majowym, gdy Piłsudski proponował mu prezydenturę. Zdziechowski odmówił przyjęcia tego zaszczytu. Nie był politykiem, tyle że wobec nadciągającej (niemal nieuchronnej) groźby bolszewizmu, tego bolszewizmu, który zgubił już Rosję, nie mógł pozostawać obojętnym; dlatego był zmuszony spełniać „niewdzięczną rolę Kasandry”. Przestrzegał, groził, apelował, wykorzystując do tego celu każdą nadarzającą się sposobność. Nie tryskał optymizmem, w gruncie rzeczy był przekonany o nieuchronności zagłady, ale też nie chciał zmarnować najmniejszej nawet szansy na odwrócenie zgubnego trendu.
Pewnie dlatego, bez szacunku dla konwenansów, pisał rzeczy bardzo przykre. Pisał, że społeczeństwo polskie spadło pod względem ideowym do pierwotnego poziomu wierzeń, nazywanych fetyszyzmem; najbardziej zgubny z nich to fetysz frazesu, „frazesu demokratycznego”, który za Hercenem definiował Zdziechowski jako „bicie czołem przed kożuchem chłopskim”. W Rosji owo „bicie czołem” – pisał – doprowadziło do władzy „kosmopolityczną bandę kryminalistów” pod wodzą Lenina. W Polsce nie jest wcale lepiej (Zdziechowski pisał te słowa ledwie 2 tygodnie po przewrocie majowym): „Bijmy czołem i my – przekonywał z drapieżną, pełną goryczy ironią – aż znajdziemy swojego Lenina; bijmy czołem, bo inaczej posądzą nas, że nie jesteśmy dość demokratyczni, dość postępowi, dość czerwoni, dość przygotowani do ocenienia genjalności Lenina i dobrodziejstwa czerezwyczajek…”.
Te mocne i odważne słowa nie były podyktowane przelotną koniunkturą, chęcią wsparcia czy przyganienia tej lub owej opcji politycznej. Zdziechowskiego nie interesowały drobiazgi, ale o wiele szerszy plan dziejowych konsekwencji. Osiem lat demokracji w Polsce przekonało go o zgubnym charakterze tego ustroju. Demokracja jest kłamstwem, obiecuje co innego, czym innym się staje, z zawrotną prędkością staczając się w odmęty ochlokracji.
Zdziechowski był przerażony światem, w którym przyszło mu żyć; ludzką reakcją na bolszewicki przewrót. Nie ustawał w wysiłkach, aby przekonać do swoich racji. Apelował:
Z Rosji, raczej z Sowdepii, bo Rosji dziś niema, ów krwawy absurd umiejętnie rozciąga sieci swoje nad nami, nad Europą. Poddanie się jemu dowodziłoby, że rozkładamy się i gnijemy, że śmierć stuka do drzwi.
Apelował na próżno, stwierdzając z bólem, że bolszewicka koncepcja „zmechanizowanego świata, w którym żywi ludzie staliby się bezdusznymi maszynami” nie tylko nie budzi uczucia wstrętu, ale ma w sobie jakiś urok „który przyciąga człowieka współczesnego”. Cytowany przez Zdziechowskiego Mereżkowski określał to zjawisko jako „żądzę pozbycia się swego ja” (wola k biezlicznosti). Porażająca konstatacja. To właśnie dążenie sprawia, że budząca obrzydzenie istota bolszewizmu znajduje tak licznych, gorliwych zwolenników, którzy z niezrozumiałą dla wileńskiego publicysty uległością przyjmują bolszewickie wyznanie wiary, bądź też tylko przyczyniają się do ostatecznego, bolszewickiego triumfu.
Dobry Bóg, ten sam, w którego głęboko wierzył Marian Zdziechowski, w którym pokładał resztki nadziei, zabrał tego wielkiego wizjonera z naszego świata w 1938 roku, na moment przed początkiem katastrofy. Szczęśliwie, nie było Zdziechowskiemu dane przekonać się o trafności stawianej przez siebie diagnozy.
Gdy terror nie będzie już potrzebny
Zahorska, Mackiewicz, Zdziechowski obserwowali jak dalece odrealniony pozostaje świat zewnętrzny, świat wielkiej polityki i drobnych szwindli; obserwowali, dziwili się, próbowali definiować przyczyny zjawiska. Niezależnie od treści formułowanej definicji, dla wszystkich nich było jasne, że świat z ogromną prędkością stacza się po równi pochyłej w przepaść. Czy udało się ten proces kiedykolwiek zatrzymać, odwrócić bieg historii, powstrzymać mentalny upadek? Czy proces bolszewizacji społeczeństwa polskiego, którego pierwsze wyraźne symptomy obserwował Zdziechowski, (czy jak chciał autor „W obliczu końca” – proces bestjalizacji) został kiedykolwiek przerwany?
Odpowiedź na to pytanie nie jest trudna. Wystarczy bodaj pochylić się nad najdziwniejszym w dziejach świata historycznym fenomenem „upadku komunizmu” bez antykomunistycznych konsekwencji, wystarczy zwrócić naszą uwagę na wszechobecne we współczesnym świecie symptomy zmasowanej bolszewizacji, choćby na ekscesy jakich dopuszczają się na co dzień komisarze bolszewickiej unii, czy na niepowstrzymany zalew politycznej poprawności, opanowujący Amerykę. Kto za tym stoi, jeśli nie właśnie bolszewicy? Któż w takim razie miałby nas wyzwalać? Czyżby oni sami?
Podobnie jak Mackiewicz, tyle że nieco wcześniej, także Zdziechowski próbował odpowiedzieć na pytanie o odporność duchową społeczeństwa w konfrontacji z szalejącym, przebiegłym bolszewizmem, gdy „znajdziemy się w kleszczach czerwonego terroru”, „gdy sowiecka Moskwa zapanuje nad Rzymem”, a niebezpieczna myśl o Bogu będzie „doszczętnie wytrzebiona z duszy ludzkiej i nie będzie komu zaszczepić ją z powrotem.” Wówczas nie będzie już żadnej nadziei, a proces bolszewizacji przebiegać będzie według ustalonej procedury: zabić duszę, zbestjalizować człowieka, przeistoczyć go w rozjuszone zwierzę, a gdy dokona dzieła zniszczenia, wówczas nałożyć na nie jarzmo, przerabiając tygrysa w pokorne bydlę. Powstały w ten sposób nowy gatunek człowieka, nie będzie zdolny do buntu, do przeciwstawienia się swoim panom, ponieważ będzie pozbawiony „czucia wolności”, a komu uczucia tego brak „ten jest urodzonym niewolnikiem”. „Jesteśmy świadkami – powtarzał za Mereżkowskim Zdziechowski – powstawania nowego gatunku istot; fizycznie są to niby ludzie – moralnie – nie; to antropoidy.”
Przyjdzie w końcu taki moment, gdy terror, okrutny bolszewicki terror przestanie już być potrzebny, bolszewizm złagodnieje i wyciągnie rękę do zgody. Wizję i takiego świata zdołał przedstawić Zdziechowski. Cóż wówczas? Czy można zaufać podstępnej, bolszewickiej bestii? Zdziechowski odpowiada słowami rosyjskiego poety, Arcybaszewa: „jeżeli Rosja nie może być zbawiona inaczej, jak przez zgodę z bolszewikami, to nie zasługuje ona na zbawienie.”
Nie wolno zawierać kompromisu z bolszewikami; taki kompromis nigdy nie będzie miał realnego charakteru, tak samo jak realnego charakteru nie miał pakt o nieagresji podpisany przez II RP ze związkiem sowieckim, „demokratyczny” porządek ustalony w Jałcie, jak rzekomy „upadek komunizmu” i „okrągłostołowe” postanowienia.
Rubikon dyskusji
Już pora, aby wzorem Stefani Zahorskiej ruszyć z „semantyczną lampą w ręku”, próbując przywrócić słowom ich prawdziwy sens, wyrwać się z bolszewickich okowów, powrócić do rzeczywistości. Aby to osiągnąć, nie wystarczą półśrodki i ćwierć kroki. Sytuacja wymaga zerwania z mentalną i pojęciową przeszłością. Nie sposób skutecznie posuwać się do przodu, tkwiąc jedną nogą w grzęzawisku błędu, drugą stąpając po sypkim gruncie półprawdy. Tak donikąd nie zajdziemy. Nie można jednocześnie powątpiewać w rzekomo antykomunistyczną rewolucję 89 i twierdzić, że żyjemy w wolnym kraju. Albo – albo. Należy dokonać wyboru. Nie można dalej odwracać oczu od rzeczywistości, nie dostrzegać problemu. Niekiedy leczenie pacjenta wymaga drastycznej terapii – niekiedy trzeba odciąć to lub owo. My odcinamy złudzenia, dwójmyślenie, bolszewicką mentalność, w której wyrośliśmy i… niestety nadal żyjemy. Dopiero wówczas będziemy zdolni do kolejnego kroku, dopiero wówczas będziemy mogli dostrzec poważne problemy.
Zacząć trzeba od zaznaczenia „kanciastej granicy”; od wytyczenia trudnej do przekroczenia bariery dyskusji – naszego Rubikonu, przez który zmuszeni jesteśmy przejść, pozostawiając po drugiej stronie bolszewicką karykaturę rzeczywistości. Dopiero wówczas, spełniwszy ten warunek, będziemy mogli rozpocząć prawdziwą rozmowę nad problemami otaczającej nas rzeczywistości, nad sposobami uleczenia choroby, podźwignięcia się z upadku.
Otwarcie oczu na rzeczywistość nie oznacza wcale, że cały ten bolszewicki nonsens zwany obrazoburczo „III” a nawet (o zgrozo) „IV” „RP” nie istnieje. Owszem, cała ta banda bolszewickich kreatur stąpa po naszej ziemi, decyduje o naszym losie w tej czy innej kwestii; zabiera, dzieli i rządzi. Nie wolno nam ignorować tego faktu, a śmiało stawić mu czoła. Żyjemy w bolszewickiej karykaturze rzeczywistości wykreowanej na naszej ziemi siedemdziesiąt lat temu. To co dzieje się tutaj od roku 1989, owe „rządy” Tusków, Kaczyńskich, Millerów, Buzków (i kogo tam jeszcze) nie są zaprzeczeniem, ale oczywistą kontynuacją „rządów” bolszewickich Bierutów, Gierków, Osóbków. Jeśli chcemy odmiany, zniszczenia raz na zawsze bolszewickiej ułudy, nie wolno nam z nimi zawierać kompromisów, czy choćby tylko – apelować do ich bolszewickich sumień (których przecież mieć nie mogą), ale obalać (jakkolwiek tragiśmiesznie to dzisiaj nie brzmi), a obaliwszy, precyzyjnie określić ich miejsce na śmietniku historii. Z całą pewnością nie jest to łatwe stanowisko, ale jedyne rokujące (choćby wątłą) nadzieję; jako jedyne dające szansę trafnej oceny rzeczywistości.
Kategoryczne odrzucenie bolszewizmu jest jedyną opcją. To czego nam potrzeba to konsekwencja, konsekwencja i trzeźwe spojrzenie; bez ulegania emocjom, sugestiom otoczenia; jesteśmy w mniejszości (musimy zdawać sobie z tego sprawę), ale nie możemy się tego obawiać. Nasz wróg, bolszewizm, jeśli nawet nie jest, jak chciał tego Zdziechowski, „bezpośrednim porodem Ciemności, bezpośrednim, dotychczas w historji niewidzianym wtrącaniem się potęg Piekła w sprawy tego świata”, a jedynie złem samym w sobie, „bytem rozumu” jak ujmował to św. Tomasz z Akwinu; złem dziś nie tak krwawym jak wczoraj, jest z pewnością złem niebezpiecznym, demoralizującym. O tym przede wszystkim należy pamiętać, szczególnie wówczas, gdy żyje się całkiem wygodnie, gdy nie grożą nam krwawe represje, jedynie – od czasu do czasu – pokątny mord.
Czy jesteśmy na to gotowi, gotowi walczyć o realny wymiar rzeczywistości, nie ulegać pokusie kompromisu, współistnienia ze złem? Czy jesteśmy w stanie przeprowadzić naszą „kanciastą granicę” wystarczająco konsekwentnie? Czy zdolni jesteśmy uświadomić sobie w pełni, jak głęboko bolszewizm zakorzenił się w peerelowskim rynsztoku?
Irena Hradyska w niewielkim tomie zbeletryzowanych wspomnień Wywieziona Rzeczpospolita przywołuje postać kazachskiej kobiety, której mąż poszedł w czasie wojny na służbę do armii czerwonej. Kobieta rozpacza, płacze rzewnymi łzami; pomyślałby kto może, płacze w trosce o życie męża. Zapewne także, tak jak każda kochająca żona martwiłaby się na jej miejscu. Prawdziwy powód nieszczęścia, jest jednak całkiem inny, chodzi o hańbę – „Bo jeśli umierać – szlocha prosta kazachska kobieta – to za ojczyznę… ale to za czorta… antychrysta…”
Czy umiemy wspiąć się na szczyt antybolszewickiej świadomości, na który wspięła się ta kazachska kobieta; albo przyjąć do wiadomości, że dla niej to nie był żaden szczyt, a całkiem naturalny, zwykły odruch? I wreszcie, czy możemy w porównawczym zestawieniu wyobrazić sobie kobietę żyjącą w peerelu, która jakieś dwadzieścia czy choćby tylko dziesięć lat po wojnie, czuje się pohańbiona faktem, że mąż poszedł odsłużyć swoje w „ludowym wojsku polskim”?
„Jest po prostu lepiej” napisał ktoś kiedyś ironicznie w odniesieniu do współczesnej nam rzeczywistości i nie jestem pewien, czy napisał słusznie, ponieważ ironia stosowana w tym dokładnie kontekście, dwudziestu ostatnich lat z dziejów peerelu, może łatwo zaciemnić obraz i sprawić, że nasza „semantyczna lampa” zacznie nieprzyjemnie dymić. Szczególnie w odniesieniu do rzeczywistości nam najbliższej stosowanie tego rodzaju retorycznych tropów może się okazać dalece nieskuteczne. Bolszewizm, który zatriumfował w październiku 1917 roku w Rosji, jest wciąż obecny w naszej zamazanej propagandą rzeczywistości, jest obecny, a nawet ma się coraz lepiej. O tym należy przede wszystkim pamiętać.