Zamknij
Dariusz Rohnka

Golicyn, Nosenko i kilka zapomnianych drobiazgów II

1 września 2011 |Dariusz Rohnka, Golicyn Nosenko i kilka drobiazgów
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/09/01/golicyn-nosenko-i-kilka-zapomnianych-drobiazgow-ii/

Czego nie dotyka Bagley? ­

A w każdym razie dotyka powierzchownie. To w pierwszym rzędzie sprawa nagłej, absolutnie niewytłumaczalnej, nazwijmy ją, „rehabilitacji” Jurija Nosenki. Jakie były jej przyczyny, przebieg,­ skutki. Bagley pisze na temat Nosenki całą książkę, wnikliwie analizuje najdrobniejsze, niezwykle cenne, detale, aby w efekcie nie uchylić nawet rąbka tajemnicy w kwestiach o pierwszorzędnym znaczeniu, bez których casus Nosenki jest tylko zwykłą agencyjną pomyłką. Wspomina gdzieś, mimochodem, o „rosnącym w połowie 1966 roku sceptycyzmie w kręgach kierowniczych CIA”, sugeruje nawet, choć nader ostrożnie: „stało się oczywiste, że na ich decyzje wpłynął jakiś nieznany czynnik”, temat ten jednak szybko porzuca, skupiając się w zamian na wyjaśnieniach o charakterze zdecydowanie trzeciorzędnym, personalnym (odrobinę emocjonalnym), przywołując postać Bruce’a Soliego, funkcjonariusza, który najwyraźniej po prostu przyjął swoją rolę, certyfikując bez zastrzeżeń wiarygodność Nosenki. Czy rzeczywiście niekompetencja jednego, czy nawet pół tuzina agencyjnych urzędników, która – wedle Bagley’a – niczym epidemia hiszpanki ogarnęła nagle i niespodziewanie wszystkie szczeble i zakamarki CIA, może nas zadowolić jako wyjaśnienie? Mowa tu przecież o dokładnie tym kamieniu, który w niedalekiej przyszłości wywoła lawinę nieszczęść, spadających na pracowników Agencji, cały amerykański wywiad, na możliwości oceny komunistycznego zagrożenia, bezsilność i impotencję służb, w nieco tylko dalszej perspektywie – moszcząc drogę dla sowieckiej pierestrojki.

Bagley żmudnie i drobiazgowo, przy tym bez najmniejszego trudu obala raport Soliego. To co najważniejsze pozostawia jednak w sferze domysłu. Nowe przesłuchania, sam Raport i stwierdzenie wiarygodności Nosenki są, co oczywiste, robione na zamówienie. Finalizacja całej sprawy przebiega w błyskawicznym tempie. Zastępca dyrektora CIA Rufus Taylor w ciągu zaledwie kilku godzin w pełni akceptuje obszerny raport Soliego, wystosowując stosowne memorandum do dyrektora Helmsa, który w trybie równie błyskawicznym uznaje sprawę za zamkniętą. Niby nic takiego, ale nie do końca. Był to bowiem ten sam Richard Helms, który 4 lata wcześniej, w czerwcu 1964, odradzał przewodniczącemu Warrenowi włączenie do znanego raportu całkowicie niewiarygodnych zeznań Nosenki, i który znacznie później, po upływie kolejnych dziesięciu lat, pełniąc obowiązki amerykańskiego ambasadora w Teheranie, skłaniał się zdecydowanie ku wersji Bagleya, jeśli idzie o wiarygodność Nosenki. Z jakiegoś niezmiernie istotnego powodu w 1968 roku było inaczej – jako dyrektor Centralnej Agencji Helms bez najmniejszych oporów przyjął memorandum Taylora, w którym musiał przeczytać:

Jestem obecnie przekonany, że nie istnieją powody, które uzasadniałyby wniosek, że Nosenko jest kimś innym aniżeli twierdzi, że świadomie i z premedytacją nie przekazywał nam pewnych informacji, że nie istnieją sprzeczności pomiędzy tym, co od niego usłyszeliśmy, a co usłyszeliśmy od innych dezerterów lub informatorów, które mogłyby wpłynąć na jego ocenę. W szczególności nie dostrzegam żadnych istotnych sprzeczności pomiędzy informacjami dostarczonymi przez Nosenkę, a opiniami przekazanymi przez Golicyna.

Niebywałe, ale tak właśnie zostało to rozegrane. Ostentacyjnie, bezapelacyjnie, w trybie niemal decyzji administracyjnej, wiarygodność Nosenki została urzędowo potwierdzona, potwierdzona ponad wszelką wątpliwość. Czy można w tej sytuacji stawiać na brak kompetencji i biurokratyczną mentalność? Bagley nie poszukuje innego wyjaśnienia. Pisze: „odpowiedź leży częściowo w psychice – w naszej nieuleczalnej skłonności do wierzenia w co chcemy wierzyć i odrzucania, co chcemy odrzucać”, po czym, aby to swoje przekonanie uzasadnić, załącza obszerny apendyks pełen niezwykłych historii: Tichborne-Ortona, Azefa, Romana Malinowskiego i wielu innych.

Niekompetencja i pobożne życzenia znajdują się w głównym trendzie Bagleyowskiej argumentacji. Stanowią narzędzie służące do wyjaśnienia każdej wątpliwości, od bardzo drobnych po największe katastrofy. Dokładnie w tej samej kategorii umieszcza Bagley Williama Colby’ego, centralną postać wielkiej wywiadowczej pierestrojki w Centralnej Agencji Wywiadowczej, przeprowadzonej w okresie jego dyrektorowania, cytując niezwykłą wypowiedź swojego szefa:

Spędziłem kilka długich posiedzeń starając się ogarnąć wyczerpujące teorie [szefa zespołu kontrwywiadowczego, Angletona] na temat długiego ramienia wszechwładnego i podstępnego KGB, jego aktywności na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci, umieszczenia jego agentów w centralnych instytucjach naszych sojuszników i państw neutralnych, na temat wysyłania fałszywych dezerterów, po to aby wpływać na amerykańską politykę i podkopywać jej fundamenty. Przyznaję, że nie mogłem tego przyswoić, być może dlatego, że nie posiadam odpowiednich umiejętności, aby zrozumieć tak złożone zagadnienia, być może dlatego, że nie udało mi się podążyć za wyjaśnieniami Angletona, a może dlatego, że fakty jakie przytaczał nie były odpowiednio dopasowane do wniosków, jakie wysnuwał… Nie podejrzewałem, że Angleton i jego zespół angażują się w jakieś niestosowne przedsięwzięcia. Po prostu nie mogłem pojąć czym oni w ogóle się zajmują.

Bagley pozostawia tę kwestię bez komentarza, skupiając się jedynie na kadrowych posunięciach dyrektora: wymuszeniu (przy pomocy przecieku prasowego) dymisji Angletona oraz odejściu na emeryturę jego najbliższych współpracowników (przy tej okazji Wydział Kontrwywiadu CIA został zredukowany z 300 do zaledwie 80 pracowników). Być może Bagley obawia się wstąpienia na chybotliwą kładkę spiskowych teorii. Wyznanie Colby’ego wydaje się jednak warte komentarza, nawet jeśli miałoby prowadzić prostą drogą na manowce. Niecodziennie dyrektor tak ważnej instytucji jak Centralna Agencja Wywiadowcza dokonuje faktycznej czystki w podległym sobie urzędzie ponieważ, jak twierdzi, nie ogarnia intelektualnie pracy tego zespołu, a jeśli już nawet od czasu do czasu tak właśnie bywa, trudno oczekiwać, aby podobna prawda wypłynęła na forum publiczne i to z ust głównego jej bohatera. Cóż takiego motywowało działaniami Colby’ego, że przełożył własną kompromitację nad wyjawienie rzeczywistych powodów? Czyżby rację miał Angleton, podejrzewając swojego dyrektora o kontakty z wrogiem, o to że na długo zanim objął stanowisko szefa amerykańskiego wywiadu został zwerbowany przez KGB? Bagley ostrożnie omija tę sprawę – czyżby w obawie? W obawie przed niesprawiedliwym oskarżeniem, a może w obawie przed czymś całkiem innym? W dziedzinie, w której pracowali, obawa, czy po prostu strach, nie musi być wyłącznie efektem przewrażliwienia.

W tym kontekście szczególnie pouczający jest epilog drogi życiowej Williama Colby’ego. Colby zginął na długo po zakończeniu służby, pod koniec kwietnia 1996 roku. Oficjalną przyczyną śmierci było utonięcie w wyniku wywrócenia się łodzi, którą miał rzekomo płynąć 76-letni wówczas były dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej. Ogromna liczba poszlak podważa oficjalną wersję, według której Colby miał nabrać ochoty na przejażdżkę swoją kanoe już po zmierzchu, do tego w trakcie samodzielnie przygotowanej kolacji, którą pozostawił na kuchennym stole ledwie napoczętą. Niewiarygodne pozostają: chronologia wydarzeń, okoliczności domniemanego wypadku, szczegóły autopsji. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, że mimo szczególnej rangi ofiary tego „wypadku”, śledztwo pozostawiono w gestii lokalnej policji. Jak w wielu innych tego typu przypadkach, nie sposób ustalić niczego z absolutną pewnością. Po pierwsze, czy rzeczywiście było to morderstwo polityczne; po drugie, czy za domniemanym (bardzo prawdopodobnym) morderstwem stali sowieccy mocodawcy Colby’ego (jeśli wierzyć w jego agenturalność); po trzecie, czy ta śmierć może być wiązana z jakimś innym wydarzeniem (Colby prowadził między innymi śledztwo w sprawie zagadkowej śmierci Vince’a Fostera, blisko związanego z Białym Domem. Zginął w zaledwie dwa tygodnie po innej tajemniczej śmierci, śmierci Rona Browna, sekretarza handlu w gabinecie Clintona, który miał rzekomo oskarżać swojego pryncypała o udział w sprzedaży tajnych technologii wojskowych komunistycznym Chinom)?

Niestety, po raz kolejny już, pozostają nam tylko domysły. Poszukiwanym intensywnie przez ponad dekadę „kretem” mógł być, oczywiście, Colby, mógł być całkiem ktoś inny. Ani stosunek do trudnej i zawiłej metodologii Angletona, ani też ocena wiarygodności takich potrójnych agentów jak Nosenko, nie mogą być sprawdzianem lojalności któregokolwiek z członków wywiadowczej społeczności, kwestie te mogą być co najwyżej pomocne przy próbie oceny ich pracy. Nosenko, słusznie uznany za fałszywego agenta przez pracowników CIA w połowie lat sześćdziesiątych, od oficerów Federalnego Biura Śledczego uzyskałby zapewne certyfikat wiarygodności bez najmniejszych problemów. Dokładnie tak postąpili w przypadku przynajmniej dwóch agentów, którzy pojawili się w ich zasięgu niemal nazajutrz po dezercji Golicyna. Szef FBI, Hoover, zwykł stosować możliwie proste metody pracy: agent dostarcza informacje, zatem agent jest pożyteczny. Bez zbytniego stresu, za to z dobrymi bieżącymi wynikami (informacje od tych agentów trafiały, za pośrednictwem Hoovera, na biurko prezydenta), przynajmniej do momentu, kiedy to obaj okazali się być kontrolowani przez sowieckiego pracodawcę. Czy takie postępowanie miałoby oznaczać, że Hoover czy też inny wysoko postawiony urzędnik FBI, są sowieckimi „kretami”? Oczywiście, byłby to wniosek zdecydowanie za daleko idący. Można natomiast z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że nikomu w FBI nie przyszłoby do głowy nicować do znudzenia Nosenkowe kontrowersje.

Podobnie jak w każdym innym środowisku, także członkowie wywiadowczej społeczności różnią się od siebie pod wieloma względami: cechami charakteru, zdolnościami, umiejętnościami, doświadczeniem. Nie zawsze na te same kwestie potrafią, czy też mogą, patrzeć w jednakowy sposób. Doskonałym przykładem jest konglomerat spraw związany z jednym nazwiskiem – Golicyn. Nie chodzi tu o skrajnie różne reakcje, jakie odnotowano w związku z jego osobą. Można uznać za zupełnie naturalne, że jednych drażnił, innych nie. Oczekiwał od swoich zachodnich partnerów, że traktowany będzie z należytą powagą, więc jednych irytował, a innych zjednywał swoim twardym stanowiskiem. Rzecz w tym, że nawet w gronie osób, które w pełni uznawały jego kwalifikacje, wagę i trafność przekazanych informacji, nie wszyscy chcieli wsłuchiwać się w najbardziej istotną, strategiczną część Golicynowskiego przekazu. A byli to często ludzie, których ideowość, oddanie dla służby nie może budzić najmniejszych wątpliwości, ludzie tacy jak Bagley, czy Peter Wright, którzy gotowi byli poświęcić bardzo wiele, aby odkryć prawdę. W przypadku Bagleya ta ukryta prawda wiązała się z nazwiskiem Nosenko, Wright przez kilkanaście lat swojej wywiadowczej kariery gonił za nieuchwytnym widmem „kreta” w MI5. Obaj wykazali się wyjątkową determinacją i nieustępliwością. Obaj, z pewnego punktu widzenia, nie traktowali Golicyna zupełnie poważnie.

Golicyna wspierała bardzo wąska grupa ludzi po dwóch stronach Atlantyku, może kilka, może kilkanaście osób. Szczegółów ich pracy nie znamy. To co wiemy, pozwala przynajmniej na stwierdzenie, że nie była to grupa bardzo popularna w swoim środowisku, raczej grupa wywiadowczych dysydentów, której pracę w ten czy inny sposób starano się zepchnąć na margines. Peter Wright w swoich bestselerowych wspomnieniach Spycatcher prezentuje kwestię w następujący sposób:

Większość akolitów Golicyna w MI5, między innymi także ja, zerwało wkrótce z szalonymi teoriami Golicyna i oddaniem dla jego metodologii. Jedynie Arthur [Martin] i młodsi oficerowie jak Stephen De Mowbray, który był odpowiedzialny za Golicyna w okresie, gdy był oficerem łącznikowym MI6 w Waszyngtonie we wczesnych latach 60., pozostali lojalni.[…] Mimo, że MI5 uniknęła ekscesów CIA, Golicyn był wciąż źle prowadzony. Pozwolono, aby myślał, że jest bardzo ważny. Wszyscy dezerterzy powinni być trzymani na dystans…

Wright należał do zdecydowanej większości. Nie mógł Golicyna całkiem ignorować, ale robił wiele, aby jego znaczenie pomniejszyć: Golicyn – według Wrighta – nie rozumiał Zachodu, nie był mentalnie przygotowany na taką przemianę, był za to chorobliwie podejrzliwy i brakowało mu poczucia humoru. Jedynie ktoś tak zapalczywy i podatny na wpływy jak De Mowbray – przekonuje w swojej książce Wright – mógł traktować Golicyna z pełną powagą.

Uznawany przez jednych za aroganta i paranoika, przez innych za najważniejszego dezertera w dwudziestowiecznej historii, Golicyn dla żadnej ze stron nie pozostawał obojętny. Stąd nawet w niebywale bulwersującym memorandum Taylora, które ostatecznie uwiarygodnia potrójnego agenta Nosenkę, nazwisko Golicyn pada jako oczywisty punkt odniesienia, bezdyskusyjny probierz kompetencji. Nic zatem dziwnego, że skoro przeciwnicy „szalonych teorii” Golicyna nie mogli przejść obok jego dokonań obojętnie, tym bardziej nie robili tego nieliczni zwolennicy: Scott Miler, Arthur Martin czy Stephen De Mowbray, który po zakończeniu kariery w brytyjskich tajnych służbach spakował walizki i udał się do Stanów Zjednoczonych, aby dopomóc Golicynowi w pisaniu książki na temat sowieckiego podstępu oraz nieopublikowanych do tej pory pamiętników.

To, że zaledwie garstka najbardziej zaufanych przyjaciół i współpracowników pozostała po stronie Golicyna nie było dziełem przypadku, ani agenturalnych knowań. Jedynie ci nieliczni byli w stanie zaakceptować powagę sytuację, rozmiary niebezpieczeństwa, istotę komunistycznego zagrożenia. Inni, owszem, potrafili poświęcić bardzo wiele, łącznie z własną karierą, aby przez dekady tropić nieuchwytnych „kretów”, nie byli jednak w stanie zaakceptować faktu, że świat stoi na krawędzi zagłady, że trwa nie jakaś tam wydumana „zimna wojna”, ale wojna całkiem realna, wojna dwóch cywilizacji: ludzkiej i bolszewickiej. Nie wiemy czy William Colby, kopiący dołki pod najwybitniejszym przedstawicielem amerykańskiego wywiadu Angletonem, był czy nie był sowieckim agentem. Nie mamy bladego pojęcia, jakimi motywami kierowali się Helms z Taylorem, gdy certyfikowali w sposób absurdalny, bo poprzez zestawienie z dorobkiem Golicyna, agenturalną działalność Nosenki. Możemy tylko domyślać się, że w obu przypadkach o podejmowaniu takich, a nie innych decyzji mogło decydować jedno przemożne pragnienie – całkiem banalna chęć uchylenia się od konfrontacji z rzeczywistością.

Jest jeszcze jedna kwestia, o której Bagley wypowiada się nader oględnie – podejrzenia jakie Kontrwywiad CIA (w osobie Angletona) formułował pod adresem jego własnej, Bagley’a, firmy – Wydziału Sowieckiego. Angleton, zgodnie z sugestiami Golicyna, był przekonany, że Wydział Sowiecki jest zinfiltrowany przez służby sowieckie. Z tego właśnie powodu – z obawy przed sowiecką manipulacją – w grudniu 1963 roku prowadzone przez CIA śledztwo w sprawie zabójstwa Kennedy’ego przejął Kontrwywiad CIA z Angletonem na czele. Jednak nie na długo. Zaledwie miesiąc później pojawił się Nosenko i Wydział Sowiecki ponownie wrócił do gry. Mark Riebling, autor książki pt. Wedge. The Secret War Between The FBI And CIA, zadaje w związku z tym niezwykle interesujące pytanie: „Czy KGB zdecydowało się go wysłać w chwili kiedy ich 'krety’ zostały odcięte od śledztwa i KGB straciło możliwość manipulowania śledztwem?” Czy Bagley, praktycznie pomijając tę kwestię, nie przesadził z lojalnością wobec własnego wydziału?

Śledzeniem przypuszczalnej penetracji zajmowała się powołana przez Angletona Specjalna Grupa Dochodzeniowa kierowana przez Newtona Scott Milera. Dziesięcioletnia praca tego zespołu nie dała rezultatów. Czy wolno na tej podstawie wyciągnąć wniosek, że szukali czegoś co nigdy nie istniało? Nie warto się z tym wnioskiem spieszyć. Przekonanie Angletona i innych pracowników kontrwywiadu oparte było na solidnych podstawach, na informacjach i analizach przekazanych przez Golicyna, a ten nie tylko był przekonany o istnieniu „kreta” w szeregach CIA, twierdził także, na podstawie rozpiętości tajnych informacji jakie widział w Moskwie, że nie mogły one pochodzić od jednego tylko agenta, sugerował w związku z tym poszukiwanie „guza” będącego źródłem przerzutów „raka”. Istnienie „kretów” w obrębie Wydziału Sowieckiego i innych jednostek Agencji można zatem sprowadzić do jednej tylko kwestii – wiarygodności Anatolija Golicyna. Jeśli był fałszywym, wysłanym przez KGB dezerterem (tak w końcu podejrzewał Edgar Hoover) oczywiście żadnych „kretów” nigdy nie było. Jeśli był i pozostał wiarygodny – agenci kontrwywiadu po prostu zawiedli (choć spora część tego zawodu spływa na agentów FBI, odpowiedzialnych za prowadzone w skandalicznym stylu działania operacyjne na terenie USA, na przykład inwigilację osób podejrzanych przez pracowników Agencji o szpiegostwo).

Sprawa Nosenki bardzo mocno zaważyła na biografii i karierze Bagleya, w jeszcze większej mierze na wynikach długoletniej pracy tego wybitnie uzdolnionego, błyskotliwego agenta. Bagley przegrał, bezapelacyjnie, w jakimś sensie nawet kompromitująco, choć można przypuszczać, że nie było w tym jego winy. Być może Nosenko, pomijając już udział ewentualnych sił trzecich, okazał się po prostu zbyt twardym przeciwnikiem. Bagley pisał swoją książkę z niewątpliwą świadomością porażki, w dość zapewne ponurym nastroju, ale też daleki od rozpościerania zdecydowanie mrocznych wizji. Bagley jest przekonany, że straty wywołane złą oceną wiarygodności Nosenki wraz z pozostałymi konsekwencjami choć dotkliwe, nie spowodowały katastrofy. Szczęśliwie dla siebie Bagley wierzy bowiem w zwycięstwo.

Paradoksalnie to właśnie Bagley bagatelizuje przypadek Nosenki. Owszem – powiada – sprawa skandaliczna, skandaliczna niekonsekwencja etc., ale przecież można ją po prostu zamknąć wraz z napisaniem ostatniej karty książki. Mamy koniec „zimne wojny”, rozpad Związku Sowieckiego, nie ma się już czym przejmować.

Co więcej, taka okoliczność jak nagłe zniknięcie wroga z powierzchni ziemi daje wspaniałą okazję do skonfrontowania drugiej strony, kto wie – ostatecznego wyjaśnienia wszelkich wątpliwości. I Bagley pakuje walizki i jedzie do Moskwy. Sowieccy koledzy po fachu okazują się czasem mniej, czasem bardziej ostrożni (zależnie od tego, czy rządzi „liberalny” Jelcyn czy mniej otwarty Putin, jak zapewne myśli Bagley), nieodmiennie jednak wylewni, skorzy do wyjawiania kagebowskich tajemnic. Mniej istotne co mówią, ważne z jak naiwną wiarą podchodzi do ich wypowiedzi człowiek, który zajmował kiedyś pozycję numer 2 w Wydziale Sowieckim CIA. To zdumiewa najbardziej. Po odczytaniu jego wyznań, Bagley wydaje się znacznie mniej odpowiedni do roli głównego sprawozdawcy sprawy Jurija Nosenki i wszystkich powiązanych z nią wątków. Zatem – niech mi czytelnik wybaczy – nie widzę innego wyjścia jak powrócić do tych kwestii, kwestii związanych ze sprawą Nosenki, tym razem w zdecydowanie szerszym ujęciu, jeszcze raz.

 

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/09/01/golicyn-nosenko-i-kilka-zapomnianych-drobiazgow-ii/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Golicyn Nosenko i kilka drobiazgów
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/09/01/golicyn-nosenko-i-kilka-zapomnianych-drobiazgow-ii/