Zamknij
Michał Bąkowski

Piszcie do mnie na Berdyczów czyli „operacja polska” III

17 lipca 2011 |Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/07/17/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-iii/

Opasłe tomiszcza o „operacji polskiej” wydane zostały przez komisję ścigania zbrodni przeciwko narodowi polskiemu wspólnie z wydzielonym archiwum ukraińskiej ubecji. [1] Dwa ogromne tomy zawierają ponad 200 dokumentów, na które składają się rozkazy i sprawozdania, protokoły zeznań, ogromne ilości danych statystycznych, materiały śledcze itp.  Wszystkie akta podane są w dwóch językach: w polskim przekładzie oraz w oryginale, który niekiedy był po ukraińsku, a czasami po rosyjsku.

Delikatnie mówiąc, nie jest to lektura łatwa.  Ale zanim zajmę się skrótowym przedstawieniem obrazu operacji polskiej, jaki wyłania się z zebranej dokumentacji, muszę uczynić pewne zastrzeżenie, nazwijmy to tak, metodologiczne.  Nie można mieć chyba zasadniczych zastrzeżeń wobec aparatu naukowego zastosowanego w opracowaniu dokumentów, należy jednak z całym naciskiem podkreślić fakt zasadniczy: istotną niepewność co do zawartości tych dokumentów.  Innymi słowy, na sowieckich dokumentach nie wolno polegać.  Trzeba z góry zaznaczyć, że autorzy wyboru także wskazują na kłamliwość sowieckiej sprawozdawczości, ale ograniczają się do negatywnej oceny sowieckich statystyk.  Powołują się w tym względzie na pracę Wołodymyra Nikolśkiego, który po dokonaniu oceny wiarygodności danych statystycznych dotyczących represji, zawartych w materiałach archiwalnych, „uznał ich wartość źródłową, ujawniając jednocześnie mechanizm falsyfikacji i oszustw stosowanych przez organy bezpieczeństwa”. [s. 51-53]

Nie mając dostępu do pracy Nikolśkiego, nie potrafię powiedzieć, jaki mechanizm oszustw miał ów autor na myśli, ani dlaczego uznał statystyki za wartościowe źródła pomimo ich fałszywości.  Znając jednakże skądinąd „mechanizm oszustw” sowieckiej biurokracji, możemy chyba przyjąć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że żadne z dokumentów w sowieckich archiwach nie są w stu procentach wiarygodne.  Mamy tu do czynienia z kilkoma, krzyżującymi się trudnościami, które nakładają się na skomplikowany obraz wyłaniający się z sowieckich akt.  Po pierwsze, dokumenty w sowietach służyły, jak wszystko inne, celom ideologicznym, miały więc przedstawiać rzeczywistość zgodną z zaplanowanym z góry schematem, a nie z rzeczywistością.  W języku normalnych ludzi oznacza to, że sowieckie dokumenty są w większości fałszywe.  Przybierało to dwie postaci: fałszowania dokumentów już istniejących, a nie odpowiadających linii partii oraz tworzenia dokumentów od zarania nieprawdziwych, dla przedstawienia łżeczywistości zgodnej z wytyczoną linią, zamiast rzetelnego przedstawienia tego, co było.  Innymi słowy, w wielu wypadkach, już w momencie ich powstania wiele dokumentów miało za zadanie sfałszowanie rzeczywistości.

Przykładów pierwszej wersji dokumentarnego fałszu jest multum, począwszy od fałszywych zdjęć, z których usunięto na przykład Trockiego czy Bucharina, poprzez fałszywe kroniki filmowe, pokazujące wiwatujące tłumy, gdy żadnych tłumów w rzeczywistości nie było, aż do Stalina używającego całego aparatu bezpieczeństwa dla odnalezienia i zniszczenia każdego egzemplarza wspomnień niejakiego Kote Tsintsadze, na temat chwalebnych morderstw, napadów i kradzieży dokonanych przez wielkiego Soso.  Dla każdego normalnego człowieka, fotografia jest dokumentarnym zapisem chwili, toteż kiedy nieprzygotowany obserwator patrzy na sowieckie zdjęcia, spodziewa się, że oddają precyzyjnie, co zaszło przed obiektywem kamery w danym momencie.  Wiele jest atoli dowodów na dowolne manipulowanie zdjęciami przez sowiecką propagandę, że przytoczę tylko sławne zdjęcie sowieckiej wierchuszki, na którym uśmiechnięty karzeł, Jeżow, spaceruje po bulwarze ręka w rękę z batiuszką Stalinem.  Zdjęcie to jest sławne jedynie dlatego, że po niedługim czasie Jeżow został z niego usunięty.  Przytaczam tę fotografię jako przykład tylko w jednym celu: aby zwrócić uwagę, że potrafimy taki fałsz wykazać wyłącznie wówczas, gdy doszły do nas niesfałszowane wersje tego samego dokumentu, co na pewno nie zachodzi w każdej sytuacji.  Drugim przykładem fałszu są dokumenty, które mają na celu przedstawienie czegoś, co nie miało miejsca.  Przykłady omówię poniżej, ale pozwolę sobie także zanotować, że nie jest to trudność nowa w badaniach historycznych.  Wszystkie wspomnienia, relacje naocznych świadków, pamiętniki i na gorąco pisane dzienniki, obarczone są tą samą trudnością: autor pragnie przedstawić siebie w jak najlepszym świetle, bądź kogoś innego w jak najgorszym.  Tak było zawsze i historycy zawsze musieli jakoś dawać sobie z tym radę, przez odwołanie do innych źródeł.  I nie inaczej jest w wypadku źródeł sowieckich, choć z pewnością skala fałszu jest inna.  Inaczej mówiąc, nie można ufać żadnemu sowieckiemu dokumentowi, bo niestety nie można wykluczyć, że po prostu nie mamy możliwości wykazania jego fałszywości.  Wyjątek mogą tu stanowić do pewnego stopnia dokumenty zdobyte w sytuacji, która nie mogła być przewidziana przez bolszewików, ale do tego wrócę osobno.

Poprzednie zdanie zgrabnie prowadzi mnie do drugiego punktu: ogromna większość sowieckich archiwów została udostępniona przez samych sowieciarzy, jest więc zupełnie możliwe – żeby nie powiedzieć „prawdopodobne” – że każdy oficjalny dokument podany do publicznej wiadomości jest częścią dezinformacji.  Muszę tu podkreślić z emfazą, że to niekoniecznie oznacza, iż dokumenty takie są fałszywe.  W ramach operacji dezinformacyjnej trzeba z konieczności podać ogromną ilość informacji prawdziwych, bo tylko takie dane, potwierdzone z niezależnych źródeł mogą, zapewnić sukces.  „Totalna dezinformacja,” pisał Golicyn, „jeśli ma być skuteczna, domaga się podania przez stronę komunistyczną dużej ilości prawdziwych informacji, włącznie z autentycznymi tajemnicami, w celu uwiarygodnienia i dodania wagi zasadniczej wiadomości, którą pragnie przekazać.”

Po trzecie wreszcie, mamy do czynienia z wyborem dokumentów; wyborem, którego kryteria są nie do końca jasne.  Naturalnie, każdy wybór obarczony jest tym samym przekleństwem: to, co zostało odrzucone, jawi się jako ciekawe przez sam fakt odrzucenia.  Jest to w istocie „klątwa Sinobrodego” i z całego serca współczuwam w tym względzie z autorami ipnowskiego wyboru.  Niestety nie wiem, jakie dostępne dokumenty zostały odrzucone i z jakich powodów.  Z jednym wszakże wyjątkiem, który rzuca złe światło na całość.  Otóż oryginalny rozkaz Jeżowa w z 11 sierpnia 1937 roku, rozpoczynający operację polską, rozsyłany był wraz z „Tajnym pismem na temat faszystowsko-powstańczej, szpiegowskiej, dywersyjnej, szkodniczej i terrorystycznej działalności polskiego wywiadu w zsrs”, którego to pisma nie ma w wyborze!  Jest to przeoczenie zaiste zdumiewające; to tak, jakby opublikować nuty do Cyrulika sewilskiego, ale pominąć uwerturę (czyli najlepszą część opery).  Trudno doprawdy zrozumieć motywy kierujące autorami, ale w każdym razie jest to niedopatrzenie, które obniża wartość publikacji.

Wróćmy jednak do pierwszej z zapowiedzianych trudności, tj. do notorycznego i permanentnego fałszowania sprawozdań przez ich autorów dla pokazania siebie samych w lepszym świetle.  Kiedy pracuje się dzień i noc w aparacie śmierci, kiedy otrzymuje się rozkaz, by znaleźć określoną liczbę winnych, kiedy widzi się, jak co dzień znikają w kazamatach inni przedstawiciele organów, to fałszowanie dokumentów wydaje się stosunkowo małym przestępstwem dla uratowania własnej skóry.  Ale czy w takim razie czytanie opasłych tomów z sowieckich archiwów jest równoznaczne z studiowaniem fikcji?  Otóż paradoksalnie, wydaje mi się, że formuła Nikolśkiego zacytowana powyżej jest słuszna.  Sowieckie sprawozdania są niewiarygodne i zawierają oszustwa, są podane na tacy przez sowieckie służby dla ich własnych celów, ale to nie pozbawia ich historycznej wartości i to wartości źródłowej.

Konkretnych przykładów jest w tomach ipnu wiele.  Niejaki Monaczin miał np. oświadczyć: „Władza sowiecka sądząc, że mocno okrzepła, już nie wspiera biedniaka.  Dobrowolnie nie wyjadę.  Władza sowiecka nie zrobi ze mnie swojego człowieka, będę czynnym recydywistą i kontrrewolucjonistą.  Prawa władzy sowieckiej nie funkcjonują, pozostają na papierze.  Chłopów nadmiernie obciążają podatkami i ściągają z nich ostatnią koszulę.  Przesiedlają tylko Polaków, a dlaczego nie przesiedlą Żydów i Ukraińców?  Oto macie politykę władzy sowieckiej.” [s. 243]  Nie ma co ukrywać, że analiza Monaczina była raczej trafna, toteż były członek partii (wydalony zaledwie w roku 1935) został aresztowany.  Nie znam jego dalszego losów (nie ma w tomie dalszych wzmianek o człowieku o takim lub choćby podobnym nazwisku), ale możemy się domyślać, jak straszne byłyby represje wobec autora powyższych słów, gdyby tylko publiczne oświadczenie Monaczina było prawdziwe.  Wynurzenia Monaczina są tak zadziorne, że w roku 1936 na sowieckiej Ukrainie mógł je wypowiedzieć chyba tylko wariat albo prowokator – albo są w całości wyssane z palca.  Mamy tu więc do czynienia prawdopodobnie z fałszem i prowokacją zarazem, ale jakże znamienną prowokacją i w tym właśnie leży wartość źródłowa dokumentu.

Weźmy drugi przykład, sprawę Ludwiga Wikientjewicza Markowskiego [s. 435], nauczyciela z Kijowa.  Aresztowany zeznał, że zwerbowany został przez rezydenta polskiego wywiadu, Ignatija Korienia, na polecenie którego „zbierał materiały szpiegowskie dotyczące przebiegu przedpoborowego przysposobienia wojskowego [sic], corocznej liczby poborowych do Armii Czerwonej [sic!], dane na temat urodzeń i śmierci (miesięcznie) [sic!!] oraz [uwaga, clou programu] polityczno-gospodarczej sytuacji kołchozów w rejonie.”  Czy to nie zabawne?  Polski wywiad chciał znać sytuację polityczną w kołchozach?  Obrazem polskiego wywiadu, jaki wyłania się z sowieckich dokumentów zajmę się osobno, ale to, co zdrowemu psychicznie człowiekowi może się wydawać uroczo zabawne w swej tępej sowieckiej głupocie, nie było wcale śmieszne w koszmarze bolszewickim, ponieważ Markowskij został skazany decyzją dwójki nkwd 22 października 1937 roku i rozstrzelany 1 listopada.  Widzimy tu zatem jednocześnie oczywisty fałsz i historyczną wartość źródłową w postaci treści absurdalnych samooskarżeń, jakie wedle wszelkiego prawdopodobieństwa wymuszono torturami od pięćdziesięcioparoletniego nauczyciela. 

Najbardziej prawdopodobne jest jednak, że bicie, wielogodzinne stójki, odmawianie snu, pozorowane egzekucje itp. miały na celu nie wydobycie odpowiednich zeznań, ale wyłącznie wymuszenie podpisu pod z góry przygotowanym protokołem.  Dowody na to także znajdują się w ipnowskich tomach w postaci akt spraw Andrieja Miziernika i Gustawa Dalmera [s. 1023-1037].  Obaj oskarżeni zdobyli się na coś, co mogę tylko nazwać bohaterskim aktem oporu, i oskarżyli śledczych nkwd o zbrodnie.  Miziernik po odczytaniu mu jego własnych zeznań powtarza: „To są zeznania niezgodne z prawdą.  Napisałem to oświadczenie, ponieważ śledczy torturował mnie.”  A dalej: „Nikogo nie werbowałem i sam nie uprawiałem szpiegostwa.  To metody śledczego uczyniły ze mnie szpiega.”  Gustaw Dalmer natomiast napisał następujące oświadczenie z emilczyńskiego więzienia nkwd:

„Proszę spowodować moje uwolnienie, ponieważ uważam, że jestem niewinny, a moje fałszywe zeznania zostały wymuszone biciem w emilczyńskim NKWD.  Nie tylko ze mną tak się postępuje, ale z wieloma innymi.  Jednemu napisali na czole słowo „szpieg”, pluli w twarz, bili go, żeby otrzymać fałszywe zeznania.  Drugiemu narysowali na brzuchu diabła-faszystę i zaczęli go bić.  Innych biją po prostu gdzie popadnie i czym popadnie.”

Nadzwyczaj ciekawy dowód oczywistego fałszu znajduje się w dokumentach nr 82 i 83 [s. 881-895], które zawierają protokół przesłuchania i akt oskarżenia przeciw Iwanowi Zarwie, oskarżonemu o ukraiński nacjonalizm oraz działanie na rzecz polskiego wywiadu, która to sprzeczność nie przeszkadzała ludziom Jeżowa.  Zarwa zeznał, że zwerbowany został do OUN przez Adriana Hoszowskiego, kierownika wydziału zawodowego centralkomitetu kompartii zachodniej Ukrainy.  W zeznaniach Zarwy, osoba Hoszowskiego namalowana jest czarnymi barwami, podczas gdy w akcie oskarżenia zbyta zostaje już tylko krótkim komentarzem w nawiasie: „skazany”.  W rzeczywistości jednak Hoszowski był jednym z tych nielicznych bolszewików, którzy przeżyli wszystkie czystki – widać aż tak bardzo zasługiwał na zaufanie.  Jego życiorys jest typowy dla pewnej klasy aparatczyków: w kompartii od 1920 roku (miał 22 lata), przeniesiony prędko do partii austriackiej, potem niemieckiej, ukraińskiej i polskiej, wrócił do sowietów w 1931 roku, powinien być więc, wedle sowieckich schematów, kandydatem do czystki, musiał być jednak zaufanym prowokatorem, gdyż w 1946 roku pojawił się w prlu jako członek ppr, by umrzeć w spokoju na ciepłej posadce przy warszawskim centralkomitecie w roku 1967.  Jego „narodowość” była funkcją potrzeb partii, co jest zresztą klasycznym podejściem bolszewików do narodowości w ogóle.  Wracając jednak do obecności Hoszowskiego w ipnowskiej publikacji, to przypuszczam, że autor aktu oskarżenia przeciw Zarwie, nie łgał wcale, gdy twierdził, że Hoszowski już został skazany (co równało się karze śmierci przez rozstrzelanie i nie podlegało apelacji), ale najzwyczajniej zakładał, że Hoszowski musiał być skazany, skoro skazywano na śmierć w trybie administracyjnym małe płotki rekrutowane rzekomo przez Hoszowskiego do pracy w OUN i w polskim wywiadzie.  Dociekanie, co też mogło stać się z prowokatorem, zapewne nie było wcale bezpieczne, nawet dla oficerów bezpieczeństwa.

Tyle uwag wstępnych, a teraz do rzeczy samej, do operacji polskiej.  Wszystko zaczęło się od POW.  Jak wiadomo, tajna organizacja wojskowa założona przez Piłsudskiego na początku Wielkiej Wojny, została rozwiązana 11 listopada 1918 roku.  Komendantem kijowskiej POW – tzw. POW-KN3 czyli Komendy Naczelnej nr 3 z siedzibą w Kijowie – był Leopold Lis-Kula, potomek po kądzieli Michała Czajkowskiego czyli Sadyka Paszy, i postać nieomal równie barwna, co jego przodek.  Podlegały mu m.in. kluczowe okręgi D i E, w Żytomierzu i Winnicy (do 1917 roku Berdyczów był odrębnym okręgiem w KN3).  Pułkownik Kula zginął w walkach z Ukraińcami podczas odsieczy Lwowa w 1919 roku, ale członkowie POW działali na tych terenach w sposób zorganizowany aż do 1921 roku, tj. do czasu ryskiej zdrady.  Jednym z podwładnych pułkownika Kuli był urodzony w Winnicy Jerzy Niezbrzycki, później znany jako Ryszard Wraga, znakomity, antykomunistyczny publicysta emigracyjny.  Zanim zasłynął jako znawca sowietów, Niezbrzycki poznał bolszewizm z pierwszej ręki, przechodząc kilkakrotnie linię frontu podczas wojny polsko-bolszewickiej i walcząc u boku armii ukraińskiej atamana Petlury aż do roku 1922.  Od roku 1921, samodzielnie dotąd działająca POW-KN3 została wcielona do Oddziału II Sztabu Generalnego.  Niezbrzycki był jednym z najważniejszych agentów „Dwójki”.  Od 1928 roku pracował w konsulacie polskim w Charkowie.  Po powrocie został kierownikiem Referatu „Wschód” czyli szefem wywiadu na sowiety.  Jednym z jego najbliższych współpracowników był Jan Uriasz, o którym jest kilka wzmianek w sowieckich aktach.

Ale peowiacy zasilili nie tylko szeregi polskiego wywiadu.  Ogromna liczba członków POW wpadła w ręce bolszewików, zwłaszcza na Ukrainie.  Na Wołyniu czekiści schwytali ponad stu peowiaków, w Kijowie dwustu.  Większość z nich zginęła, ale nie wszyscy.  18 lipca 1920 roku prasa sowiecka opublikowała list otwarty porucznika Ignacego Dobrzyńskiego do peowiaków.  Dobrzyński stwierdza w swym piśmie, że ma prawo zwracać się do swych byłych kolegów

„…bo jeszcze przed chwilą byłem po waszej stronie, wraz z wami oszukiwany słowami ojczyzna, niepodległość, wolność i szczęście narodu, hasłami, których istotnym znaczeniem było i jest: dochód, kapitalistyczny wyzysk mas pracujących, kłamstwo, ciemnota i nędza. […]

Moje osobiste zerwanie z wpojoną przez wychowanie ideologią romantyczną, ze ślepym uwielbieniem Piłsudskiego i ślepą wiarą w w jego nieomylność, zrodziło się z chwilą, kiedy z samego charakteru swej pracy, jako szef wywiadu politycznego w Rosji rewolucyjnej, zacząłem stykać się z szeregiem kłamstw i napaści, które powodować może tylko bezsilna wściekłość ginącego świata burżuazji międzynarodowej.” [2]

Dobrzyński nie przeszedł na drugą stronę sam.  15 października cała grupa byłych peowiaków ujawniła się, podpisując kolejną odezwę, w której twierdzili, że przejście na stronę bolszewików było zgodne z ideałami POW, zgodne z celem „zbudowania socjalistycznej Polski niepodległej”.  Podpisali odezwę m.in. podpułkownik Wiktor Witkowski-Marczewski, oficer Dwójki, od roku 1920 czekista, Juna Przepielińska, Karol Roller-Czyllok, Wacław Górski – wszyscy wstąpili do czerezwyczajki.  Ale największe dwie gwiazdy tej grupy to Dobrzyński i Steckiewicz, znani w historii sowieckich organów jako Ignacy Sosnowski i Wiktor Kijakowski.  Pierwszy wpadł w ręce czeki Ignacy Dobrzyński.  Aresztowany jako oficer Dwójki, był przesłuchiwany na Łubiance przez Artura Artuzowa, szwajcarskiego Włocha z pochodzenia, nazwiskiem Fraucci.  Dobrzyński próbował popełnić samobójstwo w areszcie i uparcie milczał, więc Artuzow zastosował wobec niego subtelną grę psychologiczno-polityczną.  Oto potężny szef jaczejki, z której miał się wkrótce zrodzić sowiecki kontrwywiad, rozmawiał z więźniem jak równy z równym, prowadził z nim dyskusje polityczne i z czasem wykazał mu, że to Piłsudski zdradził socjalistyczne ideały, że ideowy socjalista winien przystać do bolszewików.  Przedstawił go wysokim dygnitarzom bolszewickim: Pilarowi, Mienżyńskiemu, Marchlewskiemu, nawet samemu Dzierżyńskiemu i wielu innym Polakom.  Nie zaoferował mu wcale roli podwójnego agenta –podejrzewając, że idealistyczny Polak odrzuci propozycję – ale posadę oficera w czeka.  Ponieważ jednak Dobrzyński wzdragał się przed wydaniem swej sieci agentów, Artuzow zdecydował się na śmiały krok: obiecał mu (za zgodą Dzierżyńskiego), odesłać do Polski aresztowanych agentów, którzy nie zechcą dobrowolnie przejść na stronę bolszewików.  W ten sposób zwerbowana została cała grupa ze Steckiewiczem na czele.  Nowi czekiści przybrali nowe nazwiska: Sosnowski i Kijakowski.

Już podczas wojny z Polską, Sosnowski brał udział w likwidacji polskiego podziemia na ziemiach zajętych przez czerwonoarmiejców, zapobiegł także, wraz ze swą późniejszą żoną, Przepielińską, zamachowi na życie Tuchaczewskiego.  W 1921 roku zlikwidował kontrrewolucyjne grupy w Kijowie, Żytomierzu, Czerkasach i Charkowie.  Zarówno Sosnowski jak Kijakowski, zostali oddanymi oficerami – dochrapali się stopni generalskich – sowieckiego kontrwywiadu, kierowanego przez Artuzowa, pod nazwą kro, a później ino.  Roman Pilar (którego tak barwnie wspominał Józef Mackiewicz w Mój szwagier – szef GPU), najbliższy przyjaciel Artuzowa i jego zastępca, był ponoć przeciwny tak błyskotliwej karierze swych rodaków.

Kijakowski był nie mniej ideowym czekistą od swego byłego zwierzchnika w ramach polskiego wywiadu.  W czekistowskiej hagiografii, Kijakowski jest często mylony z Sosnowskim, i przedstawiany jako szlachetny i idealistyczny komunista, który nawet po przejściu z pozycji rezydenta polskiego wywiadu do czeki, odmówił wydania swej sieci agentów.  Niektórzy przypisują mu rolę pomysłodawcy prowokacji, która z czasem przerodziła się w operację Trust, największą i najsłynniejszą prowokację czeki.  To właśnie Kijakowskiemu wpaść miał w ręce list Trojkowa o rozmowie z Jakuszewem, który przedstawiał obraz antysowieckich nastrojów w Rosji.  List był kopiowany i rozsyłany wśród białej emigracji, naszpikowanej oczywiście sowieckimi agentami.  Jakuszew nie był wymieniony z nazwiska, ale Kijakowski nie miał trudności z identyfikacją i prędko go aresztował.  Początkowo nikt nie wierzył historii Jakuszewa, ale Kijakowski zdecydował się spotkać osobiście z Trojkowem w Rydze, jako wysłannik tej samej organizacji i tak zdołał potwierdzić zeznania Jakuszewa, a jednocześnie wzmocnił w Trojkowie przekonanie o silnym ruchu antybolszewickim w Rosji.  I tak powoli powstała legenda „Monarchistycznej Organizacji Rosji Środkowej”, która na lata całe sparaliżowała działalność antysowiecką rosyjskiej emigracji.  Sosnowskiemu natomiast przypisuje się werbunek Opperputa (centralnej postaci Trustu) oraz udział w aresztowaniu Sawinkowa.

Kijakowski brał udział w aresztowaniu posła estońskiego Birka, o czym pisał na świeżo, bo w 1927 roku w Słowie, Józef Mackiewicz. [3]  Na marginesie, jest godne uwagi, jak trafnie ujął sens sowieckiej prowokacji młodziutki, prowincjonalny dziennikarz, wyposażony tylko w informacje dostępne wszystkim oraz w zdrowy rozsądek, za to pozbawiony „sowietologicznych” mądrości rodem wprost z Łubianki.  Ale Trust nie jest teraz przedmiotem mych zainteresowań.

Tzw. „sprawa POW” była także zakrojoną na dużą skalę prowokacją gpu.  W 1929 roku politbiuro polskiej kompartii powołało komisję bezpieczeństwa, której zadaniem być miała „obrona partii przed infiltracją.  Przewodniczył jej Wiktor Żytłowski (też rodem z Wołynia), który na podstawie materiałów spreparowanych przez gpu oskarżył towarzyszy o pracę wywrotową w nadal istniejącej POW.  Zaczęło się od wzajemnego obwiniania i oczerniania wewnątrz partii.  Aresztowania nastąpiły dopiero w roku 1933.  Najgłośniejszą ofiarą w tej fazie sprawy polskiej był były komunistyczny poseł na Sejm RP, Jerzy Czeszejko-Sochacki, który wyskoczył przez okno z piątego piętra Łubianki podczas przesłuchania.  Grant-Mierzejewski zginął zamęczony podczas przesłuchań, a na śmierć skazano tylko Witolda Wandurskiego.  Bolesława Skarbka-Szackiego i Henryka Politur-Radziejowskiego, którzy nb. byli rzeczywiście członkami POW w czasach autentycznego istnienia tej organizacji, skazano na wiele lat łagru, co stało się początkiem dalszego rozwoju sprawy.  Ciekawym przyczynkiem do metod gpu jest raport Akułowa do Stalina z roku 1935, do którego dołączona jest skarga jedenastu oskarżonych w sprawie POW.  Skazani wyjaśniali, że żadnej działalności dywersyjnej nie prowadzili, a przyznali się „wyłącznie ze względu na oświadczenie zastępcy naczelnika oddziału obwodowego gpu Galickiego, że partia potrzebuje własnych ofiar”. [s.79]

W 1935 roku Żytłowski napisał broszurę W sprawie peowiaków prowokatorów, która opierając się na zeznaniach Skarbka, Radziejowskiego i innych skazanych, wskazywała na głębokość penetracji peowiackiej w kompartii – chciałoby się zawołać: „gdybyż to tylko była prawda!…”  28 lutego 1935 Balicki, narkom ugb czyli nowy szef gpu na Ukrainę, napisał do Stanisława Kosiora, genseka Ukrainy, o działalności agentów wywiadu polskiego i rumuńskiego na Ukrainie.  Dokument ten otwiera ipnowskie tomy. [s. 97-101]  Balicki raportuje m.in. zatrzymanie 156 agentów [s. 97] oraz „zdjęcie 234 agentów” [s. 99]…

We wrześniu 1935 roku politbiuro nakazało Balickiemu złożyć sprawozdanie z likwidacji POW oraz jej związków z kominternem.  Balicki rozesłał następnie Informację o działalności Wołyńskiego Ośrodka POW [s.157-163], która wskazywała na ożywienie polskiej agentury.  Na marginesie, pozwolę sobie tu zauważyć, że Balicki oskarżał nieistniejącą POW o klasyczny manewr „marszu przez instytucje” á la Gramsci – och, gdybyż to tylko była prawda!  W marcu 1936 wykryto „agentów POW” w centralkomitecie kp(b)u.  W październiku aresztowano w ministerstwie bezpieczeństwa, polskiego komunistę Mieczysława Mazepusa.  W listopadzie tegoż roku, sowiecki szpieg działający w Polsce, przedstawił siatkę POW w strukturach nkwd, kierowaną przez Sosnowskiego.

Dalsze kroki podjął już sam Jeżow w roku 1937.  16 stycznia podpisał notę do Stalina i Mołotowa o wykryciu „szpiegowskiej siatki POW”, która spowodowała falę aresztowań w „moskiewskim centrum POW” czyli wśród bolszewickiej elity władzy.  Nota Jeżowa wywodziła oskarżenia z zeznań Skarbka, na podstawie których aresztowano Tomasza Dąbala, który z kolei stał się nowym ogniskiem „sprawy POW” – operacji nkwd numer 11/139.  Dąbal, były legionista i poseł na Sejm RP, aresztowany w Polsce za agitację prosowiecką, znalazł się w sowietach w ramach wymiany więźniów w 1923 roku.  21 lutego Balicki sformułował wytyczne dla enkawudzistów [s. 165-169] na temat likwidacji sieci agentów polskich, których liderem miał być Dąbal.

W marcu, na podstawie zeznań Dąbala, Jeżow alarmował, że polscy szpiedzy operują nawet w nkwd.  Aresztowano Romana Pilara i Ignacego Sosnowskiego.  Kijakowski uniknął aresztowania, ponieważ został zamordowany w niejasnych okolicznościach w Mongolii, kilka lat wcześniej.  Już 3 marca 1937 roku, Jefim Jewdokimow, bliski przyjaciel Stalina (jeden z tych nielicznych, z którymi wielki Soso pozwalał sobie upić się na umór), który oficjalnie opuścił szeregi gpu, ale w rzeczywistości prowadził tajną jaczejkę wewnątrz nkwd, czuł się wystarczająco pewny siebie, żeby powiedzieć na plenum centralkomitetu: „Wystarczy popatrzeć na pysk tego Sosnowskiego – obcy pysk!” [s. 69]

Zeznania czekistów pozwoliły rozszerzyć sprawę poza organa; i tak w czerwcu, Jeżow oznajmił, że na czele spisku POW stali ludzie tacy, jak Jan Olski, były podwładny Sosnowskiego, i starzy polscy bolszewicy, Stanisław Messing, Mieczysław Łoganowski i Józef Unszlicht.  Ale prześladowali ich też Polacy, choćby Stanisław Redens, syn szewca z Mińska Mazowieckiego, prowadzący operację polską w obwodzie moskiewskim, czy jego podwładny Włodzimierz Piotrowski, który popełnił samobójstwo w roku 1938. 

Wszyscy wymienieni powyżej – ideowi komuniści i zwykli zdrajcy, pożyteczni idioci i niebezpieczni szpiedzy, okrutni prześladowcy i bezsilne ofiary, donosiciele i bezlitośni mordercy – wszyscy co do jednego zostali rozstrzelani.  Żytłowski rozstrzelany wraz z Pilarem, wszechpotężny szef ukraińskiej nkwd, Balicki, rozstrzelany zaledwie 12 dni później niż Ignacy Sosnowski, a Redens w tydzień po Jeżowie.  Ogromna większość polskich komunistów w sowietach, włącznie z lewackimi poputczikami w rodzaju Bolesława Przybyszewskiego, syna Stanisława, została stracona, ale zostawmy los Brunona Jasieńskiego czy Wery Kostrzewy, Adolfa Warskiego czy Stanisława Kosiora, Wiktora Żytłowskiego czy Stanisława Redensa, bo taki los sobie wybrali, wstępując do leninowskiej partii, byli gotowi uzasadniać historyczną konieczność terroru, tak długo aż oni sami stali się „jajkami stłuczonymi, by zrobić omlet”.  Możemy tylko mieć nadzieję, że Pan Bóg w swej nieskończonej łaskawości, policzył im męki, jakie przeszli przed śmiercią, na odkupienie ich bolszewickiej przeszłości.

Kiedy pod pretekstem przynależności do nieistniejącej POW, Stalin dokonywał potwornej czystki wśród leninowskich kadr, mieszkańcy Berdyczowa, Żytomierza i Winnicy, od 20 lat poddani niespotykanemu w dziejach terrorowi, przymusowej kolektywizacji, rozkułaczaniu, głodowi i bezprzykładnemu praniu mózgów, nie mieli prawdopodobnie żadnej sympatii dla Kosiora, który prezydował nad strasznym Hołodomorem ani dla Balickiego, który wypełniał więzienia niewinnymi ludźmi. 

_______

  1. Wielki Terror: operacja polska 1937-1938, w serii: Polska i Ukraina w latach trzydziestych – czterdziestych XX wieku.  Nieznane dokumenty z archiwów służb specjalnych.  Tom 8, Warszawa-Kijów 2010.  Strony podane po cytatach dotyczą tej publikacji.
  2. Por. Karta nr 11 z 1993 roku.
  3. Jeszcze wielkie oskarżenie Sowietów, Bulbin z jednosielca, Londyn 2001
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/07/17/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-iii/
Kategorie: Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/07/17/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d-iii/