Zamknij
Michał Bąkowski

Piszcie do mnie na Berdyczów czyli „operacja polska”

16 czerwca 2011 |Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/06/16/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d/

I

Kazimierz Pułaski, wraz z 700 konfederatami, bronił się przez 17 dni w warownym klasztorze karmelitańskim w Berdyczowie w roku 1768.  Klasztor ufundowany został przez wojewodę kijowskiego, Janusza Tyszkiewicza z Łohojska, w podzięce za uwolnienie z tureckiego jarzma.  Tyszkiewicz sprowadził karmelitów bosych, a w Kościele pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia umieścił obraz Matki Boskiej Śnieżnej.  Wojewoda walczył w młodości pod Cecorą i Chocimiem, służył pod wodzą hetmana Chodkiewicza.  Wielki ród Chodkiewiczów władał między innymi Czarnobylem.  Bar, Żytomierz, Czernihów, Humań, Witebsk, już same te nazwy poruszają polskie serca, a miejsca należą nieodłącznie do polskiej historii.  Ale czy były to miasta polskie?  Spis ludności Berdyczowa z roku 1789 pokazuje, że na 2640 mieszkańców, 1951 było wyznania mojżeszowego.  Słynęło miasteczko ze swych 74 bożnic i chasydzkich cadyków.  Jednak nie były to przecież miasta żydowskie.  Po prostu taka była natura tych ziem, że Polski dwór położony był nieopodal kozackiego chutoru, a miejscowy chłop – bo nikt jeszcze wówczas nie słyszał o Ukraińcach albo Białorusinach – jechał na targ do Berdyczowa albo Żytomierza, by tam namiętnie targować się z Żydem o każdy grosz. 

Gdzież indziej, jak nie na tych ziemiach, mógł grasować błędny rycerz, Achmet Achmatowicz Basza?  Cudak niespełna rozumu, szlachetka litewski z tatarskiego rodu, co napadał na wiatraki i grusze stojące w polu, wyzywał na pojedynki i tępił dzikie potwory (swojskie wieprzki i byki), ale także samowtór, wraz ze swym Szanso-Panso, przegnał z Berdyczowa dwa pułki (szczerze wątpię w te „pułki”) moskiewskich ułanów w 1812 roku, „a po kraju gruchnęła wieść o przyjściu Mameluków Napoleona”.  Żadnych Mameluków w pobliżu nie było, więc byłby błędny rycerz przypłacił oswobodzenie Berdyczowa zesłaniem na Sybir, gdyby nie książę Mateusz Radziwiłł, co „wziął błędnego bohatera na porękę”.  Gawędom Czajkowskiego wierzyć w szczegółach nie wypada, ale oddają czar tych ziem, tchnie z nich życiem Rzeczypospolitej.

Berdyczów miał lepszą pocztę niż inne miejscowości, ponieważ książę Radziwiłł wydębił dla swego miasta niesłychany przywilej urządzania dziesięciu jarmarków rocznie; i stąd wziął się zwyczaj pisywania „na Berdyczów”, gdyż kupcy wiedzieli, że prędzej czy później tam zawitają.  „Pisz do mnie na Berdyczów” znaczyło więc wówczas coś zupełnie przeciwnego niż znaczenie wykształcone w późniejszych czasach.  Jarmarki spowodowały utworzenie lombardów (czyli banków) w Berdyczowie, a także niebywałej ilości ponad stu karczm i zajazdów – i tak życie toczyło się swoim torem.  Dominująca kultura polska nie narzucała się otaczającym ją żywiołom ruskim, a kolonialne sklepy żydowskie były ośrodkiem spotkań okolicznej szlachty.  „Na Machnowieckiej przed samym sklepem Szafnagla,” pisał o Berdyczowie tenże Sadyk Pasza, młodzi panicze wymieniali plotki i wieści z szerokiego świata (czyli z Kijowa i z Odessy).  Nikt nikogo nie „polonizował”, bo i po co?  Kiedy Honoré de Balzac przybył do Berdyczowa, by ożenić się z panią Hańską, to zawitał do miasta pod rosyjskim władaniem, ale nie było to miasto rosyjskie, ani ruskie, ani żydowskie, tylko polskie.  Polskie, nie ze względu na jakąś mityczną „polskość”, ani z powodu obecności Polaków, ale dzięki kulturze i historii wielonarodowej Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, która w swej wielkości potrafiła objąć wpływy ruskie i litewskie, żydowskie i tatarskie, rosyjskie i niemieckie; dzięki temu, że obok berdyczowskich kantorów i cadyków, słynął także Berdyczów z sanktuarium Matki Bożej Berdyczowskiej i z cudownego obrazu.  Czym była Jasna Góra dla Korony, a Ostra Brama dla Litwy, tym było berdyczowskie sanktuarium dla Ziem Ukrainnych.  I tak zarówno wielki Baal Szem Tow, radosny mistyk i twórca Chasydyzmu, jak i Szafnagel ze sklepu kolonialnego, Michał Czajkowski i Szolem Alejchem, wielki kniaź i prosty chłop – wszyscy mogli zawołać: „jak mi Bóg miły i ojczyzna!”, tę samą ojczyznę mając na uwadze.

Ludność tych ziem przeżyła straszne czasy, od potwornych w swej barbarzyńskiej brutalności najazdów tatarskich, przed którymi uciekać trzeba było w błota Polesia i w głąb nieprzebytych białoruskich kniei; przez wojny z Turkami i powstania kozackie, hajdamackie bunty i szlacheckie rokosze.  Przeżyła rozbiory, przemianę polskich województw na rosyjskie gubernie, przeżyła konfederacje, insurekcje, powstania i nieodłączne od nich wszystkich represje.  Ale czy źle się żyło w carskiej niewoli?  Wystarczy zapytać urodzonego w Berdyczowie Józefa Korzeniowskiego, który serdecznie nienawidził caratu, choćby za to, że został osierocony w wyniku prześladowań carskiej policji.  Tenże Korzeniowski przehulał tysiące rubli nadsyłanych skwapliwie przez kochającego wuja z Wołynia.  Mlekiem i miodem płynące Podole i Wołyń, żywiły nie tylko młodocianych hulaków, ale i pół Europy, pomimo represji i rusyfikacji, pomimo powstań i następujących jak dzień po nocy prześladowań i rekwizycji, życie toczyło się swoim torem, kultura polskich dworów kwitła wraz z pęczniejącymi kontami bankowymi dziedziców. 

Aż przyszła Wielka Wojna.  A wraz z nią koniec cesarzy.  Upadły cesarskie Niemcy, rozpadła się wielonarodowa monarchia Habsburgów i w gruzach legło najpotężniejsze państwo ówczesnego świata – carska Rosja.  Czyż nie na to czekała każda Dziunia, Punia i Lusia, piękne panny, z zapałem recytujące patriotyczne wiersze Mickiewicza i Słowackiego?  Czyż nie tego wyglądali tęsknie każdy Siasio, Dziolo i Ziuk, czytając z wypiekami Trylogię?  Upadli ciemiężcy!  Witaj, jutrzenko swobody!  Odrodzi się Polska.

Patriotycznie wychowana młodzież najpierw zasilała szeregi Polskiej Organizacji Wojskowej, o której jeszcze przyjdzie nam mówić dalej.  Gotowi byli walczyć za swój ideał, poddać swój patriotyzm próbie, i nie musieli długo czekać, bo Odrodzona Polska stanęła oko w oko z nową potęgą.  Międzynarodowa szajka opryszków dokonała zbrojnego przewrotu i zawładnęła Rosją.  Nikt nie dawał rzezimieszkom szansy przetrwania, a polscy patrioci podpowiadali z przymrużeniem oka, że im słabsza jest Rosja tym lepiej dla Polski.  I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie wieści nadchodzące z rewolucyjnej Rosji; wieści tak przerażające, że ciarki przechodziły po plecach.  Opowieści z Rosji bolszewickiej budziły grozę do tego stopnia, że niektórzy – jak na przykład Marian Zdziechowski – nie umieli „wytłumaczyć ich inaczej, jak mistycznie, tj. bezpośrednią ingerencją zaświatowych, metafizycznych potęg ciemności do rzeczy tego świata”.  Polska stanęła wobec tej straszliwej potęgi i stał się cud – Cud nad Wisłą.  Pokonani czerwonoarmiejcy lizali rany, odrzuceni daleko na wschód, a diaboliczna władza Lenina stała na skraju przepaści wobec zwycięskiej armii polskiej na zachodzie i ofensywy Wrangla z południa.  Siły bolszewickie poszły w rozsypkę, ale zwycięski Piłsudski powstrzymał dalszy pochód wojska polskiego.  Zatrzymał armię, gdyż mogła się przyczynić do obalenia bolszewików, mogła niechcący wspomóc kontrrewolucję.  A gdzież podziały się jagiellońskie ideały?  Co się stało z koncepcją federacyjną?  Jak potraktowano zobowiązania wobec sojuszników takich jak Petlura?  Działania wojenne zawieszono 12 października 1920 roku podpisaniem rozejmu, ratując tym samym przed zagładą bolszewicki reżym.  Ten sam nielegalny i nieludzki reżym, który zaledwie dwa miesiące wcześniej parł na Berlin przez trupa Polski – ku światowej rewolucji; którego jasno postawionym celem było unicestwienie „burżuazyjnej Polski”, a zastąpienie jej prlem nr zero.

Piłsudski posłał na rozmowy ryskie delegację zdominowaną przez endeków, pod wodzą Stanisława Grabskiego, przyszłego współzałożyciela prlu.  Grabski nalegał, ku wielkiemu zdziwieniu bolszewików, by strona polska jednostronnie zrzekła się Mińska, zajętego już przez polskie wojska.  W rezultacie, traktat ryski oddał we władanie „zaświatowych potęg ciemności” ogromne połacie ziem polskich sprzed II rozbioru.  Bar, Witebsk, Łohojsk, a także rzecz jasna Berdyczów, nie zasłużyły na łaskę w oczach pana Grabskiego.

Obrońcy Piłsudskiego lubią obarczać endeków winą za zdradę ryską; mają w zwyczaju pomstować na endeków i na decyzję niezawisłego Sejmu o wysłaniu na preliminaryjne rozmowy pokojowe takiej, a nie innej delegacji.  „Wszak Ryga była grobem zamysłów federacyjnych!” mówią piłsudczycy, zapominając wygodnie, że Piłsudski nie miał w zwyczaju cackać się z opinią publiczną ani z opozycją sejmową.  Wyprawa kijowska, „bunt Żeligowskiego”, przewrót majowy – to były dzieła woli tego potężnego człowieka, który nie zwykł liczyć się z demokratycznymi zwyczajami.  Po zwycięskich bitwach, warszawskiej i niemeńskiej, ogłoszony mężem opatrznościowym Ojczyzny, miałby Piłsudski zgodzić się na storpedowanie swoich planów przez wrogą mu osobiście, ale słabą wówczas opozycję sejmową?  Nie.  Piłsudski wysłał na rokowania „tych ludzi, których chciał, żeby zrobili za niego to, czego on rzekomo nie chciał”.  Wysłał endeków, żeby na nich spadło odium nienawiści za klęskę jego planów.  Idea federacyjna była bowiem martwa już od dawna, gdyż nie znalazła oddźwięku ani na Ukrainie, ani na Białorusi.  Grabski, cofając w swym nacjonalistycznym zaślepieniu granice Polski na zachód, umożliwił Piłsudskiemu wypowiedzenie wobec internowanych sojuszników owych słynnych słów: „Ja was przepraszam Panowie, ja was przepraszam.”  Ale co ważniejsze, pozwolił bolszewikom rozprawić się z kontrrewolucją, ponieważ w tym czasie dalszy marsz wojsk polskich na wschód uniemożliwiłby sowietom koncentrację sił przeciw armii Wrangla.  Jeszcze w Rydze Grabski słusznie osądził skutki swego postępowania, mówiąc: „Podpisujemy w tej chwili wyrok śmierci na armię Wrangla.”  A zatem wina za świadome podtrzymanie światowego komunizmu spoczywa zarówno na politycznym ślepcu, jakim był Grabski, jak i na samym Piłsudskim, który ślepcem nie był.  Piłsudski był innej miary politykiem niż Grabski – porównywanie ich jest w ogóle nie na miejscu – i z pewnością nie był pozbawiony umiejętności przewidywania, czego jest wiele dowodów, od dobrze udokumentowanej strategii na czas Wielkiej Wojny do projektu wojny prewencyjnej przeciw Hitlerowi, ale w wypadku bolszewików, jego sympatie (i antypatie) przeważyły i odebrały mu jasność widzenia. 

Traktat ryski był zbrodnią.  Nie ma innego określenia na dobrowolne oddanie milionów – zarówno ludzi własnego narodu, jak i pobratymców, z którymi się właśnie pragnęło federacji – pod władzę Lenina i Stalina.  Najgorsza z możliwych alternatyw byłaby lepsza niż to, co spotkało ofiary ryskiej zdrady.  Narodowy partykularyzm nie da się pogodzić z chrześcijańską moralnością, na przekór złudzeniom „Polako-katolików”.  Jednak niezależnie od zasad etyki chrześcijańskiej, która wielu czcicielom i następcom Dmowskiego jest tak samo obca jak jemu samemu, o odrzuceniu nacjonalizmu powinny decydować względy polityczne, a nie moralne, ponieważ egoizm narodów ujarzmionych jest bezustannie podsycany i wykorzystywany przez sowiety, do czego niestety przyjdzie mi jeszcze powrócić. 

W dzisiejszych, nacjonalistycznych czasach, patrzy się na ofiary piłsudczykowsko-endeckich machinacji w Rydze – czyli owe miliony oddane dobrowolnie na pastwę Leninowi i jego następcom (z Hitlerem włącznie) – jedynie poprzez narodowe okulary.  Żydowska literatura, wraz z popularną produkcją Hollywoodu, opłakuje tylko żydowskie ofiary, Ukraińcy nazywają Hołodomor „represją wymierzoną w naród ukraiński”, a Polacy widzą tylko siebie samych jako najbardziej prześladowany naród na świecie…  Ja wolę raczej widzieć w ofiarach przede wszystkim bliźnich i opłakiwać upadek kultury, która przez wieki dbała o ludność zamieszkującą tamte ziemie niezależnie od narodowości.  Opłakiwać trzeba upadek ducha Rzeczypospolitej i narodziny nacjonalistycznego chamstwa.

Dziunia i Siasio musieli wybierać: czy kochać mają swą ziemię, pozostać wiernymi ziemi ojców, ojczyźnie, czy też mają porzucić swą ziemię, bo tak chce rzekomy interes ich narodu.  Byli szczęśliwi, że mieli wybór, gdy biedna Rebeka z żydowskiego sklepiku, co w zamyśleniu czekała, by jej wymarzony, jej wytęskniony, zabrał ją jako żonę swą, hen, do pałacu bram… – ona nie miała tego luksusu.  Ani żaden Mykoła czy Michajło, ci musieli co najwyżej wybierać, czy są Białorusinami czy Ukraińcami, ale na ogół nikt się ich o zdanie nie pytał.  Wszyscy – i Siasio z dobrego domu, i Rebeka z małego miasteczka, i Mykoła z chutoru – mogli też iść do czeka, gdzie na razie przyjmowano ich z otwartymi rękami.

Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę nad decyzjami ryskich polrealistów.  Pochylmy się nad motywacją wierzącego rzekomo człowieka, który dobrowolnie oddawał miliony bliźnich w ręce bezbożnej władzy.  W imię „polskości”, w imię dobra polskiego narodu, oddawał setki tysięcy Polaków pod władzę bolszewików.  Może miał wątpliwości co do tego, co działo się pod bolszewikami?  Może nie wierzył w historie o zdzieraniu „rękawiczek” z delikatnych rąk inteligentów?  Może nie słyszał o zdzieraniu „lampasów” z nóg jeńców?  Czyżby nie wydało mu się możliwe, iż strzelanie wokół ofiary – dosłownie: dookoła postawionej pod murem sylwetki! – używane być mogło jako forma tortur?  Ale przecież jego rodacy właśnie zwyciężyli w strasznej wojnie z sowietami.  Gdzie jak gdzie, ale w Polsce łatwo było wówczas dowiedzieć się prawdy o władzy krat.  Ofensywa Tuchaczewskiego pozwoliła czerwonoarmiejcom zagarnąć ogromne połacie Polski, więc Polacy mieli władzę komisarzy ludowych wypisaną na skórze.  A pomimo to, Grabski, klasyczny endecki „Polak-katolik”, świadomie wydał na rzeź rzesze rodaków i współwyznawców.  Jak to stać się mogło?  W poszukiwaniu odpowiedzi na to pytanie nie warto szperać w pryncypiach nacjonalistycznej ideologii, bo przecie pierwsze przykazanie nacjonalizmu – nakaz „egoizmu narodowego” – nie rozciąga się aż do poświęcania członków własnego narodu.  Dwa mogły być tylko motywy: czystość narodowa i osłabienie Rosji.  Ślepcom politycznym wydawało się wówczas, że bolszewizm, podkopując Rosję, wzmacnia Polskę, więc celowo dążyli do nadwątlenia sił kontrrewolucji.  Ale drugim, równie silnym motywem, było pragnienie stworzenia Polski etnicznie czystej, bez „wrzodów narodowościowych” w postaci Mińska czy Berdyczowa.  Grabski posunął się tak daleko, że podczas II wojny światowej wysławiał Stalina jako „największego realistę” i widział w prlu ideał „homogenicznej, etnicznie czystej Polski”.  Tylko zaślepiony swą chamską ideologią nacjonalista może widzieć w różnorodności „wrzód”, a w jednostajnej szarości prlowskich koszar „czystość”…

A co się działo w usłużnie oddanym bolszewikom Berdyczowie?  Kościół i klasztor ucierpiały jeszcze podczas działań wojennych, ale już w 1918 roku powrócili do Berdyczowa ojcowie karmelici.  Czerwona armia ostrzelała wprawdzie klasztor z artylerii, ale prawdziwe prześladowania zaczęły się dopiero po ryskiej zdradzie.  Powoli zmuszano zakonników do opuszczenia miasta.  Ostatni z nich, ojciec Terezjusz Sztobryn, zmarł w lipcu 1926 roku i odtąd władze bolszewickie przejęły kontrolę nad pradawną fortecą.

Ograbiono Sanktuarium – tak samo jak wszystkie kościoły i zbory, cerkwie i synagogi w sowietach – z wszelkich drogocennych dekoracji.  Sam cudowny obraz, pozbawiony ciężkiej ramy z litego srebra i złotej sukienki, wystawiony został w przemienionym na muzeum ateizmu górnym kościele, jako dowód zabobonu.  Ale już wkrótce znaleziono lepsze zastosowanie dla potężnej, ufortyfikowanej struktury klasztoru – przemieniono ją na więzienie.

Leninowska doktryna samostanowienia narodów dała początek rozmaitym narodowym okręgom w ramach sowieckich republik.  I tak w 1925 roku postanowiono stworzyć wewnątrz ukraińskiej respubliki krat polski rejon narodowy pt. „marchlewszczyzna”, ze stolicą w miasteczku Dołbysz, przemianowanym z tej okazji na Marchlewsk.  Rejon obejmował ziemie na zachód od Żytomierza i Berdyczowa.  Narodowość polską zadeklarowało zaledwie pół miliona ludzi na sowieckiej Ukrainie, ale być może nie należy się temu dziwić, obywatele raju krat bali się swego własnego cienia.

A jak powodziło się Ukraińcom w wolnej Polsce?  Ataman Petlura, niedawny sojusznik zwycięskiego Marszałka, musiał ukrywać się w prywatnych mieszkaniach, gdyż groziło mu wydanie w ręce bolszewików.  Autor zdrady ryskiej, Stanisław Grabski, został ministrem ds. wyznań i oświecenia publicznego.  Była to idealna pozycja dla tępienia mniejszości narodowych i religijnych, z czego nie omieszkał Grabski skorzystać.  Był on autorem tzw. Lex Grabski, tj. ustawy, która miała polonizacyjne konsekwencje w szkolnictwie w Galicji i na polskiej Białorusi, i stała się kolejnym powodem do zadrażnień i napięcia w stosunkach polsko-ukraińskich.

W latach dwudziestych Polska pogrążona była w gospodarczym kryzysie, gdy sowiety umacniały swą władzę.  Niespodziewany liberalizm ekonomiczny Lenina, znany pod nazwą NEPu, miał za cel gospodarcze przetrwanie, ale połączony był z bezpardonową walką z kontrrewolucją, z każdym przejawem oporu.  Komunizm wojenny z masowymi rekwizycjami, przymusowym uczestnictwem ludności w robotach publicznych i kampanią bezprzykładnego terroru, ustąpił w 1921 roku miejsca NEPowi, ponieważ w Rosji nie było co jeść i Lenin uznał, że chłopskie rebelie są o wiele bardziej niebezpieczne niż „wszyscy Biali razem wzięci”.  Jeden tylko element polityki sowietów pozostał niezmienny przez wszystkie lata: bezustanna praca nad wykuwaniem nowego człowieka, człowieka sowieckiego.

Przewrót majowy w Polsce spowodował natychmiastową reakcję ze strony Dzierżyńskiego, który domagał się wzmożenia przygotowań wojennych na granicy z Polską.  W 1929 roku Stalin ogłosił program industrializacji i forsownej kolektywizacji rolnictwa.  Byłoby jednak błędem sądzić, że walka z tzw. kułakami zaczęła się dopiero wówczas.  Sowiecka agit-prop od samego początku pełna była ataków na chłopów, którzy ośmielili się uprawiać swą własną ziemię.  Zinowiew wypowiedział sławetne słowa: „lubimy nazywać kułakiem każdego chłopa, który ma co jeść,” na długo przed stalinowską kampanią rozkułaczenia wsi.  Najwięcej kułaków było na żyznej Ukrainie, toteż tam właśnie skierowano wysiłki przymusowej kolektywizacji.  Chłopi bronili się zaciekle.  Wedle sowieckich statystyk – którym rzecz jasna ufać nie można – w pierwszych miesiącach 1930 roku zarejestrowano ponad 2 tysiące wystąpień przeciw kołchozom.  Aresztowano ponad 25 tysięcy osób.  Wobec fali buntów chłopskich, emigranci ukraińscy w Polsce złożyli władzom memoriał w sprawie powstania antybolszewickiego na Ukrainie.  Memoriał ten pozostał bez odpowiedzi, a przecież nie endecja była wówczas u władzy.  Jak by tego było mało, policja polska przeprowadziła akcję pacyfikacyjną w Galicji przeciw rzekomym nacjonalistom ukraińskim.  Zamiast podsycać powstanie antybolszewickie na Ukrainie, władze polskie musiały odtąd przeciwdziałać wzmożonej aktywności sowieckiej w Galicji.

Podczas gdy brutalna kolektywizacja i rozkułaczanie Ukrainy doprowadziły do tysięcy ofiar – rozstrzelanych, zesłanych na Sołowki albo deportowanych do Kazachstanu i na Syberię – Polska wznowiła rokowania z sowietami i w styczniu 1932 roku podpisała pakt o nieagresji.  W tym samym mniej więcej czasie, na Ukrainie zaczął się głód.

Głód nie wybierał ofiar wedle klucza narodowego, czekiści też nie.  Aresztowania, wywózki, zsyłki spadały na wszystkie elementy wrogie sowieckiej władzy, niezależnie od pochodzenia.  I straszny głód, który nawiedził mlekiem i miodem płynącą Ukrainę, też padł na wszystkich po równi.  Tak jak ginęli w czekistowskich kazamatach Tatarzy i Kozacy, Polacy i Żydzi, Rosjanie i Niemcy, tak samo milionowe ofiary głodu składały się z wszystkich narodowości zamieszkujących te szczęsne niegdyś ziemie.

W tym samym czasie, gdy ludność Wołynia patrzyła w stronę Polski, wyczekując ratunku, władze polskie odmówiły rejestracji powstałego w Warszawie latem 1933 roku komitetu pomocy głodującym.  Czymże więc różniła się postawa władz sanacyjnych od postawy Grabskiego 12 lat wcześniej?  I jedni, i drudzy, to przecież Polacy-katolicy.  I jedni, i drudzy, umyli ręce wobec niewinnych ofiar, odwrócili się plecami do braci w potrzebie, tłumacząc się sytuacją międzynarodową i tzw. racją stanu…  O ile wszakże można od biedy zrozumieć niechęć słabej Polski do zadzierania ze straszliwym sąsiadem, to trudniej pojąć, skąd w polityce wewnętrznej wzięło się to nieznośne kulturtraegerstwo i pęd do polonizacji w narodzie, w którym nadal żywe były wspomnienia o niedawnej niewoli, o germanizacji i rusyfikacji?  Czym wytłumaczyć tępą i krótkowzroczną politykę polskiej administracji na tzw. Kresach, gdy tuż za granicą ryską działy się rzeczy niesłychane, rzeczy trudne do wyobrażenia?  Józef Mackiewicz zapytywał retorycznie w wileńskim Słowie „Co się wyrabia w odległości 70 km od Mińska?”  Niestety pytanie dotyczyło polskiej strony, gdzie administracja państwowa doprowadzała miejscowych ludzi do rozpaczy, gdy tuż za ryską granicą, w Mińsku oddanym dobrowolnie przez Grabskiego, miały miejsce niebywałe w rozmiarach represje.  W Berdyczowie też, ale nade wszystko panował tam głód – głód na urodzajnej Ukrainie!…

Nie wiadomo z pewnością, ile ludzi zginęło podczas głodu na Ukrainie.  Niespotykanie wysoka liczba ofiar, liczona w milionach, nie zaspokoiła jednak celów władz sowieckich.  Głód w raju robotników i chłopów mógł być tylko wynikiem „kontrrewolucyjnej akcji dywersyjnej ze strony sił trockistowsko-prawicowych,” posypać się więc musiały dalsze prześladowania.  Typową dla sowieckiej groteski była na przykład kompletna niemal czystka ekspertów w biurze meteorologicznym w lecie 1933 roku, pod zarzutem sabotażu i dywersji.

Czy wygłodzenie milionów ludzi jest ludobójstwem?  Zajmę się osobno definicjami w dalszej części tych rozważań.  Teraz pozwolę sobie tylko zaznaczyć, że na Ukrainę nie spadła wówczas żadna klęska nieurodzaju, nie było powodzi ani pożarów, nie było plagi stonki ani plag biblijnych – na Ukrainę spadła plaga komunizmu.  To bolszewicka zaraza winna jest ludobójstwa.  Oczywiście nie tylko na Ukrainie, ale w tym właśnie wypadku zajmujemy się Ukrainą.  O ile pierwsze oznaki głodu w 1932 roku były wyraźnie skutkiem ubocznym przymusowej kolektywizacji i rozkułaczania wsi oraz jawnie bezpośrednim skutkiem oporu chłopów, to władze sowieckie były bez wątpienia winne pogorszenia sytuacji poprzez celowe rekwizycje w okręgach już głodem objętych i nierozprowadzanie żadnej pomocy głodującym.  Nie może być więc wątpliwości co do celu akcji bolszewickiej i jej zamierzonego skutku.  Wątpliwości co do ludobójstwa na Ukrainie mogą powstać tylko w mózgu zmiękczonym oenzetowskimi definicjami albo ukazami brukselskiego sownarkomu.

Zanim jednak zanurzymy się w świętym oburzeniu na sowieckie zbrodnie, zanim pozwolimy sobie na słuszne i prawe potępienie bolszewickich oprawców, zanim rzucimy klątwę na bezbożnych siepaczy spod upiornego znaku sierpa i młota – przypomnijmy słowa wypowiedziane wobec Piłata:

„Odpowiedział Jezus:  Nie miałbyś żadnej mocy nade mną, jeźliby ci nie była dana z góry; przetoż, kto mię tobie wydał, większy grzech ma.” Jan 19:11

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/06/16/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d/
Kategorie: Michał Bąkowski, Piszcie do mnie na Berdyczów, Ukraina
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2011/06/16/piszcie-do-mnie-na-berdyczow-czyli-%e2%80%9eoperacja-polska%e2%80%9d/