Co ci przypomina widok znajomy ten? (czyli „wybory” w Iranie)
Co się dzieje w Iranie? Tłumy manifestujące przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów, przeciwko prezydenturze Ahmadinedżada, a nawet przeciw, nietykalnym dotąd, rządom szyickiego kleru. Jeden z najbardziej represyjnych reżymów na świecie pozwala, ni stąd ni zowąd, na demonstracje – czy czegoś nam to nie przypomina?
Mahmud Ahmadinedżad miał wygrać wybory prezydenckie w cuglach, gdyż po pierwsze, nikt tych wyborów nie monitoruje, po drugie, prezydent nie ma rzeczywistej władzy, i wreszcie po trzecie, kandydaci musieli być zaaprobowani przez Radę Nadzorczą, której członkowie są nominowani przez najwyższego przywódcę – czy też raczej: Najwyższego Przywódcę – ajatollacha Chamenei. Rada pozwoliła stanąć do wyborów, czy też nakazała, zależnie od punktu widzenia, czterem kandydatom: Mehdi Karrubi, Mohsenowi Rezai, Hosejnowi Musawiemu i prezydentowi Ahmadinedżadowi.
Karrubi jest duchownym szyickim; bliski przyjaciel Chamenei oraz jego były doradca, który przez dwie kadencje był marszałkiem rewolucyjnego parlamentu. Uważany na Zachodzie za „reformatora” – skąd my to znamy?
Rezai jest ścigany listami gończymi na całym świecie, w związku z samobójczym atakiem na żydowskie centrum kulturalne w Buenos Aires w lipcu 1994 roku, w którym poniosło śmierć 85 osób. Rezai jest byłym wieloletnim dowódcą gwardii rewolucyjnej i od wielu lat pozostaje sekretarzem oficjalnej grupy doradców najwyższego przywódcy. Na Zachodzie przedstawiany jako „konserwatysta” – gdzie my to słyszeliśmy?
Musawi jest nie tylko krajanem ajatollacha Chamenei, ale według niektórych źródeł także jego krewnym. Musawi był premierem rewolucyjnego rządu od 1981 roku do 1989 czyli do śmierci Chomeiniego; był więc w samym sercu administracji rewolucyjnej podczas najgorszych prześladowań. Prezydował nad wygnaniem pierwszego rewolucyjnego prezydenta Bani Sadra oraz nad torturami i egzekucją byłego ministra spraw zagranicznych Gotbzadeha, ale także nad krwawym terrorem zwróconym przeciw tysiącom wrogów rewolucji. W 1982 roku roku został członkiem rady przywódczej libańskiej organizacji terrorystycznej, Hezbollah. Jest do dziś członkiem rady doradczej najwyższego przywódcy oraz najwyższej rady do spraw rewolucji kulturalnej (odpowiedzialnej m.in. za cenzurę), co jednak nie przeszkadza zachodnim obserwatorom widzieć w nim „liberała”, ponieważ od jakiegoś czasu nie brał rzekomo udziału w posiedzeniach obu rad. Czy my już czegoś takiego nie widzieliśmy?
Ahmadinedżada nie trzeba przedstawiać, od lat jest chłopcem do bicia dla zachodnich liberałów, którzy uwielbiają oburzać się na jego nieskrywany antysemityzm, okraszony zawsze rozkosznie idiotycznymi cytatami. I on także ma piękną rewolucyjną przeszłość: amerykańscy zakładnicy trzymani w niewoli przez 444 dni w latach 1979-80 rozpoznają w dzisiejszym prezydencie jednego ze studentów, którzy zajęli amerykańską ambasadę i poddawali zakładników rytualnym upokorzeniom, udawanym egzekucjom itp.
A zatem Ahmadinedżad i trzech innych kandydatów, dobranych starannie spośród bliskich współpracowników najwyższego przywódcy, stanęło do „wyborów”. Zachodni obserwatorzy mają w zwyczaju przybliżanie wydarzeń „w odległych krajach, wśród ludzi, o których nic nie wiemy” – żeby sparafrazować sławne dictum Neville’a Chamberlaina wypowiedziane po aneksji Czechosłowacji przez Hitlera – nadając etykietki zrozumiałe dla mało zorientowanych (i często mało rozgarniętych) telewidzów. I tak w każdych wyborach musi występować jakiś „reformator” w jasnych barwach (pomarańczowy albo seledynowy aksamit jest zwłaszcza mile widziany) oraz jakiś „twardogłowy” (ponuro wyszczerzony w posępnej czerni i z gazrurką w czerstwej dłoni), musi być jakiś „liberał” i jakiś „konserwatysta”. Jak już mówiłem, telewidzowie i czytelnicy większości zachodnich gazet nie grzeszą bystrością, więc na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał źle zrozumieć, po której stronie leżeć mają jego sympatie, przydaje się reformatorom i demokratom jeszcze jeden epitet: „prozachodni”. Co nam przypomina widok znajomy ten? Oczywiście znamy to z reportaży zachodnich korespondentów z prlu, z sowietów, i z innych demoludów.
Wydawało się, że jeden tylko być może wynik w takich „wyborach”. A jednak wydarzenia przybrały niespodziany obrót. Ogłoszono wprawdzie zwycięstwo Ahmadinedżada, ale Iran jest w stanie wrzenia. Przyczyny tego dziwnego stanu rzeczy są dość niejasne. Widzę co najmniej dwa możliwe wyjaśnienia. Pierwsza możliwość jest taka, że Ahmadinedżad – który jest kimś w rodzaju irańskiego Wałęsy, w tym przynajmniej sensie, że jest człowiekiem raczej prymitywnym – uwierzył w swoją własną propagandę i wydało mu się, że dzierży prawdziwą władzę. W rewolucyjnym Iranie, władza leży w rękach najwyższego przywódcy, a rola prezydenta nie różni się wiele od roli spełnianej przez przewodniczącego wierchownego sowietu. Relacja pomiędzy Chameneim i Ahmadinedżadem, jest podobna do tej pomiędzy Breżniewem a Podgornym, jeden z nich ma rzeczywistą władzę, gdy drugi ma tylko tytuł. Ahmadinedżad tymczasem uwierzył, że ma prawdziwą „bazę” wyborczą i że jego tytuł wiąże się z mandatem władzy. Arogancja doprowadziła go do ataków na „elitę” irańską, co było z pewnością wybaczalne tak długo, jak sprowadzało się do krytyki prozachodniej inteligencji, ale przekroczyło dozwolone granice, gdy Ahmadinedżad zaatakował Rafsandżaniego, byłego prezydenta i najbliższego współpracownika ajatollacha Chamenei. Rafsandżani, określany na Zachodzie jako reformator, jest w istocie przewodniczącym dwóch najważniejszych rad rewolucyjnych, których członkami są wszyscy kandydaci w ostatnich wyborach – oprócz Ahmadinedżada.
Ahmadinedżad otwarcie oskarżył Rafsandżaniego o korupcję podczas telewizyjnej debaty z Musawim. Oskarżenia są najprawdopodobniej uzasadnione, choć oczywiście będzie można to wiedzieć z pewnością dopiero w przyszłości, podczas jakiejś kolejnej zgniłej islamskiej odwilży, kiedy ktoś wykopie z archiwów odpowiednie dokumenty (czy już tego gdzieś nie widzieliśmy?). Dość powiedzieć, że wedle zachodnich obserwatorów Iranu, Rafsandżani kontroluje irańską produkcję ropy. Rafsandżani odpowiedział listem otwartym do Chameneiego (czyli najwyższego przywódcy, łatwo się pogubić w tych sowieckich strukturach władzy) i ostrzegł, że rzucanie oszczerstw może doprowadzić do zamieszek! Przeciw prezydentowi wystąpiło także 50 uczonych szyickich z Kum, zarzucając Ahmadinedżadowi postępowanie niezgodne z szarią, która zabrania podobno stawiania oskarżeń pod nieobecność obwinionego, w przeciwieństwie np. do ukamienowania, które jest akceptowalne. Jest to niezwykle poważny zarzut wobec głęboko religijnego prezydenta islamskiej republiki radzieckiej.
W Iranie nie wolno się gromadzić (skąd my to znamy?), nie wolno wyrażać opinii przeciwnych interesom islamskiej republiki; islamska milicja obyczajowa może zatrzymać każdego na ulicy pod pretekstem zachowania nie licującego z islamem, np. zakochaną parę trzymającą się za ręce. A jednak po skoncentrowanym ataku na Ahmadinedżada zwykłe ograniczenia znikły, na ulice Teheranu wyległy tłumy demonstrantów, popierających Musawiego (coś na kształt manifestacji na cześć Gomułki na placu Defilad w październiku 1956 roku). Zachodni reporterzy ze zdumieniem stwierdzali, że nagle można znaleźć ludzi na ulicach Teheranu, którzy nie boją się krytykować prezydenta i popierać otwarcie „umiarkowanego” Musawiego. Co więcej, straszna milicja islamska tajemniczo znikła z ulic stolicy.
W Iranie nie ma badań opinii publicznej (co jest zapewne błogosławieństwem), nie było więc żadnych prognoz, co do wyników wyborów prezydenckich. Tymczasem Chamenei ogłosił Ahmadinedżada zwycięzcą zanim znane były ostateczne rezultaty. Ośmieleni powściągliwością milicji przed wyborami, manifestanci ponownie wylegli na ulice, protestując przeciw rzekomemu fałszerstwu wyborów, tylko że tym razem spotkały ich szeregi brutalnych milicjantów z długimi pałkami (czy myśmy już tego gdzieś nie widzieli?). Pierwsza narzucająca się interpretacja ostatnich wydarzeń w Iranie, ta mianowicie, że Ahmadinedżad posunął się za daleko w krytyce duchownych szyickich i został „ukarany”, wydaje się dość przekonująca. Pokazano mu naocznie, że nie ma żadnej władzy bez poparcia rządzących ajatollachów, po czym łaskawie ogłoszono go zwycięzcą, bo ma jednak swą rolę do spełnienia poza Iranem.
Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że mamy tu do czynienia z zaczątkiem kreowania koncesjonowanej opozycji z łona rządzącej kliki. Musawi jest tu pionkiem w rzekomym sporze między Rafsandżanim i Ahmadinedżadem, czyli pomiędzy „prawą ręką” Chameneiego i jego „twarzą”. Chętnie wierzę, że wykształceni i kulturalni klerycy autentycznie nie lubią prostackiego prezydenta (a zatem spór ma rzeczywiste podstawy), ale jest zupełnie oczywiste, że wykonuje on dla nich dobrą robotę. Sunnickie w większości państwa islamskie (wraz z prlowskimi antysemitami) patrzą na szyicki Iran, jak na mesjasza, który „stanął odważnie przeciw syjonistom i amerykańskim imperialistom”. Kandydatura nudnego aparatczyka Musawiego służyć miała jako kanał do ujęcia w karby niechęci, czy wręcz nienawiści do reżymu – gdzieś to już widzieliśmy – ale może także zostać wykorzystana na szerszym planie. Bo oto nowy prezydent Stanów Zjednoczonych wyciągnął do Iranu dłoń, ale Iran nie może tej wyciągniętej dłoni przyjąć, ponieważ irański program nuklearny nie jest jeszcze w takim stadium, z którego nie ma już odwrotu. Iran w stanie wrzenia da początek tym dyskusjom, które znamy tak dobrze: jaka polityka Zachodu może najbardziej wzmocnić „reformatorów” i „demokratów”, „liberałów” i „umiarkowanych”, przeciw „konserwatystom” i „twardogłowym”? Zostaniemy zatem uraczeni przemowami ministrów spraw zagranicznych, jak to nie należy zadrażniać, ale trzeba zrobić wszystko, żeby wspomóc umiarkowanych; że wszelkie sankcje, oprócz tych symbolicznych, służą tylko interesom „twardogłowych” itp. Musawi i Rafsandżani muszą się śmiać w kułak, że nagle okazali się takimi liberałami, ale też być może zwycięstwo Ahmadinedżada nad tymże Rafsandżanim w 2005 roku służyć miało właśnie stworzeniu mitu opozycji. Warto zwrócić uwagę, że wiece zorganizowane w ostatnich dniach przez zwolenników Musawiego (i z jego udziałem), nie były w żaden sposób atakowane przez islamską milicję.
Dzisiejsze przemówienie Chameneiego, przyjęte entuzjastycznie przez wygrażające pięściami tłumy fanatyków (co ci przypomina widok znajomy ten?), zawierało wyraźne ostrzeżenie, iż dalsze demonstracje nie będą już tolerowane. Możemy się zatem spodziewać teraz okresu względnie umiarkowanych, jak sądzę, prześladowań, podczas których program nuklearny będzie spokojnie rozwijany, po czym nastąpi liberalizacja i ktoś w rodzaju Musawiego (ale pewnie raczej ktoś z następnego pokolenia) przyjmie wyciągniętą bratnią dłoń prezydenta Baraka Husejna Obamy. I mury runą, runą, runą.
Tylko łańcuch wciąż kołysze się u nóg.