Europa się wędzi
Europa się wędzi, niby łosoś królewski
W dymie gazów bojowych wbita na złoty hak,
Żre się kucharz francuski z szefem kuchni niemieckiej
Z ryby tak smakowitej co przyrządzić i jak.
Jacek Kaczmarski,
Epitafium dla Brunona Jasieńskiego
Europa, niby królewski łosoś, wędzi się ponownie. Tym razem wbita na złoty hak w kształcie €uro, w dymie bojowego Gazpromu. Europa ma niespożyte bogactwa, wielką kulturę i starożytne tradycje, więc uwędzenie ryby tak smakowitej zajmie jakiś czas (na szczęście dla „strażnika z twarzą Kałmuka”, Europejczycy sami rozrywać się będą na strzępy). Złoty hak €uro wbity w żywe ciało gospodarki europejskiej jest tylko znakiem większych rzeczy, znakiem brukselskiego sownarkomu, który uparcie niweluje i konsoliduje, prostuje ścieżki i banany, integruje i cementuje, stapia w jedność i ujednolica – by żądz moc móc wzmóc. Złoty hak jest przydatnym narzędziem, ale ani w połowie nie tak groźnym jak doktryna, niepodważalny dogmat związku socjalistycznych respublik europejskich, dogmat demokracji jako najwyższej wartości i praw człowieka jako świeckiej religii ludzkości.
€uro jest projektem tak absurdalnym z ekonomicznego punktu widzenia, że nie warto nawet przeprowadzać jego rzeczowej krytyki. Stworzenie jednolitego systemu finansowego, obejmującego państwa tak różnorodne jak Grecja i Niemcy, bądź Francja i Irlandia, jest równoznaczne z przyczepieniem zdezelowanej rykszy do wielotonowej ciężarówki, pędzącej po autostradzie. Pasażerom rykszy podoba się szybka jazda, a kierowca ciężarówki nie zauważy nawet, że ma pasażerów – ale wszystko jest pięknie tylko tak długo, jak ciężarówka porusza się gładko w kierunku pożądanym dla pasażerów rykszy. Nie ma oczywiście żadnego sposobu na wysiadkę albo zmianę kierunku. Nie można zatrzymać się na siusiu w lasku, ani pójść na pyfko; nie można dokonać naprawy rozpadającej się rykszy, można tylko pędzić w siną dal, aż nastąpi kraksa.
Jednak nie mają wcale racji ci krytycy €uro, którzy pokładają nadzieję w „niewidzialnej ręce” rynku jako samoregulującym się mechanizmie. Wedle owych optymistów rynek sam sobie poradzi z tym absurdem, tak jak z każdą socjalistyczną próbą zaprzeczenia rzeczywistości: You can’t buck the market, mawiała pani Thatcher. W moim przekonaniu, wolnorynkowi krytycy €uro nie doceniają iście leninowskiej woli politycznej, jaką brukselscy komisarze wraz z całą klasą polityczną współczesnej Europy, zainwestowali w swój ukochany projekt. Od ostatniego kwartału ubiegłego roku począwszy, rynki finansowe wyżej cenią niemieckie obligacje rządowe, niż greckie lub włoskie, co wydaje się na pierwszy rzut oka dość oczywiste i zrozumiałe, ale tylko do momentu, gdy zdamy sobie sprawę, że teoretyczną konsekwencją takich różnic powinna być zróżnicowana wartość „greckiego €uro” wobec „niemieckiego €uro”! Nic takiego się nie dzieje, ponieważ dziać się nie może. Jednak zanim napięcia stworzone przez wolne finansowe rynki mogłyby doprowadzić do rozpadu €uro, a tym samym do zdjęcia europejskiej gospodarki ze złotego haka, ukrócona zostanie wolność tych rynków.
Jaką bowiem wartość mieć może wolny rynek, stojący na straży swobodnego przepływu kapitału, jeśli cały świat poprzez usta socjalistycznych polityków, oskarża tenże wolny rynek o stworzenie najgorszego w dziejach kryzysu finansowego? W imię czego mieliby brukselscy komisarze poświęcić €uro na ołtarzu wolności, zamiast ukrócić wolność w imię obrony €uro? Nie ma więc żadnych szans na to, że królewski łosoś zsunie się jakoś ze złotego haka. A wisząc na haku, wędzić się będzie dalej w oparach demokratycznej doktryny. Demokracja, nie jest bowiem żadną wartością, a wyłącznie jednym z wielu możliwych systemów władzy. Co więcej, współczesne demokracje są bardzo mało demokratyczne, są wyłącznie zinstytucjonalizowaną metodą wyłonienia rządu spośród nielicznych akceptowalnych partii politycznych, gdy o akceptowalności decydują same partie, a nie wyborcy. Rządy manipulują elektoratem bez litości i władza wykonawcza całkowicie kontroluje legislaturę, podczas gdy sądy z najwyższym tylko trudem bronią swej niezawisłości (a i to nie wszędzie). Demokracja znakomicie nadawałaby się do podejmowania w miarę prostych decyzji w stosunkowo małych grupach społecznych, np. mieszkańcy danego miasta mogliby zdecydować, czy wolno palić papierosy w autobusach; albo grupa partnerów w kancelarii adwokackiej może zadecydować czy mają nosić krawaty w biurze. Jest ponurym paradoksem współczesnej Europy, że tego rodzaju trywialna demokracja jest zupełnie niedopuszczalna w ultra-demokratycznych państwach, gdzie elektorat ma prawo wybrać rząd, a rząd już wie lepiej, czego wyborcom potrzeba. Przykładem niech służy kara śmierci, której domaga się większość wyborców europejskich, wbrew preferencjom większości polityków europejskich.
Po co pytać nieoświeconych, czy życzą sobie dalszej integracji Euro Niuni, kiedy w zamian można dać im wybór pomiędzy dwiema partiami politycznymi, które obie pracować będą na rzecz coraz bliższego związku pomiędzy bratnimi krajami socjalistycznymi. (Nie, żebym ja osobiście chciał pytać nieoświeconych o cokolwiek, ich opinie są mi szczerze obojętne.) Warto jednak zaznaczyć, że alternatywa wobec wszech obejmującego entuzjazmu dla PanEuropy nie jest bardzo pociągająca. Wedle ojców wspólnoty europejskiej zacieranie różnic narodowych miało zmniejszyć tarcia pomiędzy państwami i uniemożliwić przyszłe wojny. Jednak od wielu lat jest już oczywiste, że doprowadzić musiało do przeciwnego rezultatu, do odrodzenia nacjonalizmów. I tak, poza nawiasem europejskiej demokratury podnoszą głowy i szczerzą się ohydnie, ugrupowania nacjonalistyczne, które prezentują się (z wielu względów niebezpodstawnie) jako jedyna siła polityczna przeciwna permanentnemu dążeniu do paneuropejskiej integracji.
Dylemat zaiste diaboliczny: z jednej strony, niwelatorzy z brukselskiego sownarkomu wraz z klasą polityczną Europy, która pod postacią bożka demokracji przemyca ścisłą integrację; a z drugiej, chamskie partykularyzmy narodowe, które nie bez powodu, używane są przez demokraturę jako straszak na wyborców. Bruksela prostuje ścieżki dla moskiewskiego mesjasza, ale nacjonalizm nie jest bolszewikom straszny, bo od Lenina nauczyli się jak wygrywać jeden egoizm narodowy przeciw drugiemu. Mamy tu niestety jak w soczewce, pozorną alternatywę zarysowaną przez Józefa Mackiewicza w Zwycięstwie prowokacji. Dokładnie ten sam tragiczny wybór, który opisywał w Nie trzeba głośno mówić, kiedy wobec strasznego ponadnarodowego zagrożenia armii czerwonej, „narody o których decydowano bez ich udziału i bez ich wiedzy, rozpoczęły między sobą krwawą walkę. O miedzę, o wykładnię historyczną, o teoretyczne pretensje do tego lub innego miasta. Rzuciły się sobie we włosy, targając niemiłosiernie i bez tego okrwawione głowy.”
Czy to właśnie nas czeka? Czy królewski łosoś będzie miał po raz kolejny rozprute podbrzusze? I popłynie „z głębi jam rodnych czarny kawior narodów politykom na stół”?
Wobec takiego zagrożenia, działalność sowieckiego Gazpromu jest doprawdy drobną irytacją. Niemniej jednak jest niezwykle pouczająca jako próbka sowieckich metod. Zacznijmy od faktów. Gazprom wyłonił się z chaosu lat 90. jako potęga. W 2003 roku, oprócz 27% światowych zasobów gazu (a także 8% zasobów ropy) Gazprom był w posiadaniu 20 sowchozów, 67 fabryk konserw, 31 mleczarń, był armatorem, bankierem i menadżerem funduszy, miał hotele i plaże, 24 gazety i 14 stacji telewizyjnych bądź radiowych. W ciągu ostatnich lat wiele z tych przedsięwzięć zamknięto bądź sprzedano, ale w 2006 roku Gazprom zatrudniał nadal 330 tysięcy ludzi, z czego niewiele ponad 120 tysięcy miało cokolwiek wspólnego z gazem. Firma jest sprawnie zorganizowana, zobowiązuje pracowników do lojalności, wynagradza ich znakomicie. Robotnicy na polach naftowych zarabiają świetnie, ale nie mają na co wydać pieniędzy, bo wszystko jest dostarczone: świeże pomidory, samochody, wódka i rozrywki. Kiedy mają dość bezustannej kontroli, ale także dość gotówki w kieszeni, wracają do swoich wiosek, gdzie rozpijają się, bo nie potrafią żyć. Po jakimś czasie wracają do Gazpromu. Jak każdy dobry homosos. Coś na kształt sowietyzacji przez gaz?
W koszmarnej książczynie niejakiego Kruczkowskiego pt. Kordian i cham, jest taki opis zamkniętej ekonomii. Pan Hrabia zatrudnia chłopów na swoim folwarku. Płaci im papierowymi banknotami, które sam drukuje i których nie uznaje nikt oprócz karczmarza i folwarcznego sklepiku. Sklepikarz i szynkarz (zapewne Żydzi, bo jakże inaczej w takich opowiastkach?), kupują towar od pana, płacąc za niego papierowymi banknotami, którymi on następnie opłaca folwarcznych roboli, i tak dalej, w koło Macieju. Chłopi są rzecz jasna zupełnie wolni, mogą nie pracować, mogą pójść gdzie indziej, jeśli im się nie podoba. – To jest model komunistycznej gospodarki. Tak właśnie postępuje Gazprom. Gaz jest tu narzędziem kontroli. Pieniądze są narzędziem kontroli, a Gazprom jest przyszłością komunizmu. Towarzysz Putin napisał był ponoć w akademickiej publikacji w 1999 roku, że trzeba zastosować kapitalistyczne metody w eksploracji naturalnych zasobów, by odbudować i wzmocnić potęgę państwa.
Gazprom kładzie rurociągi za zachodnie pieniądze, by uzależnić Europę od swych dostaw i nie być zależnym od kapryśnych „rządów” w krajach ościennych. Zachodni komentatorzy dostrzegli wreszcie, że Gazprom jest także narzędziem polityki zagranicznej Kremla, choć rzecz jasna nic się pod tym względem ostatnio nie zmieniło. Innymi słowy, produkcja i dostawy gazu są narzędziem w rękach polityków Gazpromu, a nie sama organizacja narzędziem w rękach Putina. Do kolektywnego przywództwa, które zawsze jest tak trudne do zidentyfikowania (kto naprawdę rządził Sowietami pod Breżniewem, a kto rządzi Chinami dziś?), należy zarówno gebista Putin, jak gazpromowiec Miedwiediew. Zarówno Gazprom, jak i cały ten ichni „kapitalizm”, są wyłącznie narzędziami polityki sowieckiej – i wewnętrznej, i zagranicznej – ale nikt nie zamierza wyciągnąć z tego jakichkolwiek wniosków, bo rzekomo „ludziom żyje się lepiej”… Jak to ładnie powiedział Lenin: „kapitaliści sprzedadzą nam sznur, na którym ich powiesimy”.
Kolejny kapitalista od sznura, Dmytro Firtasz, multimiliarder i przyjaciel niejakiego Siemiona Mogilewicza, szefa sowieckiej mafii, kontroluje dostawy gazu z Turkmenistanu (m.in. do prlu) poprzez firmę, RosUkrEnergo (czy oni nigdy się nie pozbędą sowieckiego feblika do takich nazw?), której jest współwłaścicielem wraz z … Gazpromem. Mamy tu kolejne znamię sowieckiego modus operandi. Otóż sowieciarze najwyraźniej wolą mieć do czynienia z pojedynczymi kapitalistami swojego własnego chowu. Jakkolwiek ogromne fortuny dają tym ludziom trudną do przełknięcia władzę i potęgę, to jednocześnie Firtasze, Deripaski i Abramowicze mają wiele do stracenia; są o wiele bardziej skłonni robić, co im się każe, byle tylko bajka mogła trwać nadal. A gdyby mieli jakieś głupie pomysły, to los Chodorkowskiego świeci przykładem. Samo ich istnienie dostarcza listka figowego wobec krytyków na Zachodzie, zresztą wobec domowych krytyków także: „Chcieliście kapitalizmu, no to macie, na!…”
Jednak w najnowszej aferze zakręcenia kurka dla Ukrainy, Firtasz nie gra roli „złego kapitalisty”. Na pierwszy rzut oka, spór pomiędzy Putinem a ukraińską demokraturą jest niezrozumiały. Ukraina godzi się płacić za gaz cenę zbliżoną do rynkowej, ale w zamian żąda podniesienia opłat za tranzyt na poziom dyktowany przez rynek. Nie wygląda to na nierozwiązalny problem, ale tylko do czasu, aż zrozumiemy, że do RosUkrEnergo należą prawa do tranzytu przez Ukrainę. Julia Tymoszenko twierdzi, że RosUkrEnergo jest kontrolowana przez Mogilewicza, a Firtasz zdaje się być człowiekiem Juszczenki i Putina jednocześnie. Nieprzeniknione mroki osłaniają bizantyjskie rozgrywki pomiędzy Kijowem i Kremlem, ale jest zupełnie możliwe, że Putin interweniuje w ten sposób w wewnętrznych ukraińskich porachunkach. Rytualne zakręcenie kurka odbywa się każdego roku w okolicach Bożego Narodzenia. Gdyby Putin był Wallenrodem i chciał ostrzec Europę przed uzależnieniem od Gazpromu, to nie mógłby tego zrobić lepiej. Ale też Putin widzi lepiej niż inni, że Europa, jak każdy narkoman, nie chce dostrzec swego uzależnienia i nie zamierza zrobić niczego, by się uwolnić od nachalnego handlarza narkotyków. Wręcz przeciwnie, Niemcy finansują gazociąg pod Bałtykiem, by uczynić swe uzależnienie bardziej bezpośrednim.
I tak to, bojowe gazy Gazpromu będą powoli wędzić królewskiego łososia, na przemian uzależniając i obiecując, destabilizując i oferując „jedyne wyjście”.