W poszukiwaniu czwartego człowieka czyli ciąg dalszy drugiej sprawy Mackiewicza
Banda czterech propagatorów drugiej sprawy Mackiewicza powinna, wedle najlepszych bolszewickich wzorów, założyć dodatkową listę „kandydatów na członków”. Oprócz trzech członków stałych: Eberhardt, Odojewski i Trznadel, założycielem bandy był także Orłoś, ale odkąd ośmielił się wyrazić wątpliwości pod adresem antysemickiego tonu nagonki na jedynego prawowitego wydawcę pism Józefa Mackiewicza, pozostali członkowie bandy najwyraźniej rozpisali konkurs: kto wystąpi z bardziej absurdalnymi, groteskowymi i bezwstydnymi oskarżeniami, ten może dostąpić zaszczytu przyjęcia do bandy. I poszło! Posypały się podania.
Był niejaki „Reda”, o którym pisałem już tu (niejaki, ponieważ autor najwyraźniej kryje się za pseudonimem), ale jego żałosne podanie zostało odrzucone z nieznanych przyczyn. Może dlatego, że nie umiał pisać po polsku? Może, ale z drugiej strony, jeden z członków-założycieli też z polszczyzną na bakier, więc nie wiem doprawdy.
Ostatnio ogłoszono dwa podania: Mieczysławy Kruszewskiej i Edwarda Duszy. Pani Kruszewska twierdzi autorytatywnie, że Józef Mackiewicz dyskutował swój testament obszernie i ze szczegółami. W moim skromnym doświadczeniu, ludzie nader rzadko dyskutują swoje testamenty, zwłaszcza wówczas, gdy zapisy innej treści złożyli u notariusza. Ale w wypadku małomównego i zamkniętego w sobie, „ponurego Litwina”, byłoby to zupełnie niemożliwe. Oczywista absurdalność takiego oświadczenia nie ma jednak żadnego wpływu na Kruszewską, więc brnie dalej: „w roku 1983, jak też w roku 1984, kiedy to Mackiewicz podczas naszego wspólnego spotkania (Kruszewska-Dusza-Mackiewicz) powtórzył raz jeszcze, aby, na wypadek jego śmierci, pamiętać o tym, że wszystkie prawa do jego spuścizny ma objąć jego córka, Halina Mackiewicz.” W roku 1983? Podczas spotkania na szczycie Kruszewska-Dusza-Mackiewicz, ten ostatni chciał wydawać swe książki w prlu? Hmm, nie sądzę. I co ma z tym wspólnego „weteran-lotnik” Alfons Jacewicz? Jacewicz umarł w Londynie w styczniu 1979 roku… Ale skąd ten „lotnik”? Czy nie wypadałoby wiedzieć trochę więcej o ludziach, których się pośmiertnie przywołuje na świadków przeciw ich przyjaciołom?
Podanie Duszy jest tego samego gatunku (znowu ten sam „weteran-lotnik”), choć innego kalibru, bo tak się składa, że Edward Dusza miał wielkie zasługi w udostępnieniu Józefowi Mackiewiczowi szpalt pisma Gwiazda Polarna, kiedy nikt już na emigracji nie chciał go drukować. Było to w czasach, kiedy Kultura – przyznając mu nagrodę! – pisała jednocześnie: „Odsuńmy na bok publicystykę, którą eufemistycznie określić można jako popis niepoczytalności przystrajającej się w piórka ‘czystego i niezłomnego antykomunizmu’…”; kiedy Wiadomości odmawiały mu miejsca na swych łamach „w imię polskiej racji stanu”, a Rzeczpospolita Polska nie chciała nawet wydrukować jego listu. Emigracja odwróciła się od Mackiewicza, ponieważ on jeden wskazywał, na koncesjonowaną naturę „opozycji” podsowieckiej. Emigranci, zapatrzeni w „Kraj” (koniecznie z wielkiej litery), widzieć pragnęli w opozycji, a potem w Solidarności, zbawienie ojczyzny. I jeden Edward Dusza pozwolił wówczas Mackiewiczowi zabrać głos. Dlaczego zatem teraz, w 20 lat po tym, kiedy sprawdziły się najgorsze przewidywania Józefa Mackiewicza, występuje przeciw jedynej osobie na świecie, która broni jego spuścizny i niezależności, i która nie uważa, żeby wydawanie jego pism w prlu bis, założonym przez tę samą koncesjonowaną opozycję, było zgodne z wolą zmarłego pisarza?
Oprócz standardowych złorzeczeń (np.: „nie istniało żadne pokrewieństwo – rodzinne, rasowe, a zwłaszcza ideologiczne – pomiędzy Niną Karsov-Szechter a Mackiewiczami”), Dusza dodaje nowy element, a mianowicie „tandem Karsov-Toporska”, który miał rzekomo robić wszystko, by uniemożliwić rozpowszechnianie pisarstwa Mackiewicza, jeszcze za życia pisarza! W swoim mniemaniu, Dusza „broni” Mackiewicza – broni przed jego ukochaną żoną. Tak zwani „obrońcy” byli gotowi dotąd utrzymywać, że najbliższa mu osoba, towarzyszka życia przez ponad pół wieku, nie była jego żoną, a więc Mackiewicz był kłamcą. Dusza posunął się dalej, zarzucił ukochanej osobie, że była tajemnym wrogiem pisarza.
Kolejną kandydaturę zgłoszono w programie telewizyjnym pt. Errata do biografii, który miałem ostatnio przykrość obejrzeć. Wystąpili w nim rzecz jasna, trzej członkowie-założyciele. Odojewski twierdzi, że ma bardzo dużą łazienkę, a oprócz tego: „Karsov jest wariatka [tak w oryginale], a jeżeli nie jest wariatką, to ja posądzam coś dużo więcej.” „Mnie się wydaje, że za panią Karsov-Szechter jest jakaś siła, jakaś siła, może jakaś grupa.” Trznadel: „Za Karsov stoi potęga koncernu wydawniczego.” Eberhardt: „Logicznie nie da rady zrozumieć.” Dodam tylko, że ostatnie zdanie, jeśli można taką wypowiedź nazwać „zdaniem”, nie jest komentarzem na temat wcześniejszych enuncjacji członków bandy, ale raczej jest konkluzją Eberhardta na temat Oświadczenia Niny Karsov. Najwyraźniej próbował najpierw „rozumieć nielogicznie”, a potem dokonał wysiłku i po męsku przyznał się do ułomności: nie dał rady, biedaczek. Wróćmy jednak do pozostałych dwóch panów. Ten ton, te insynuacje, te niedopowiedzenia, ciemne aluzje – „jakaś siła”, „grupa”, „potęga” – czy nie słyszeliśmy tego wcześniej? Ciemne siły stały zawsze w pogotowiu za wrogami socjalizmu. Podżegacze wojenni, pachołki imperializmu, to były te nieokreślone „potęgi”, znane „siły”, „określone koła”, „podejrzane grupy” itd. Te wszystkie półsłówka i półprawdy, są chlebem powszednim każdej nagonki.
Ale przecież nie spodziewaliśmy się niczego innego od członków-założycieli. Mniejsza więc o nich, bo oto znaleźliśmy w programie kolejne podanie, tym razem od mecenasa Bednarkiewicza, który reprezentował był Halinę Mackiewiczównę w niedawnym procesie: „Bezspornie, całe wydawnictwo podziemne (sic!) działało w oparciu o oświadczenia pani Haliny Mackiewicz.” Nie wiem, w jakim wydawnictwie podziemnym działał pan mecenas (a bezspornie było więcej niż jedno), ale ja byłem współwłaścicielem wydawnictwa Maraton. Wydaliśmy wiele książek Józefa Mackiewicza; wszystkie za wiedzą i zgodą oraz dzięki niebagatelnej pomocy jego wydawcy, pani Niny Karsov, a nie „w oparciu” – cokolwiek by to miało znaczyć! – o nieistniejące oświadczenia. Jego wystąpienie w prlowskiej telewizji jest zatem w najlepszym razie sporne, ale najprawdopodobniej jest ordynarnym kłamstwem. A dalej „obrońca” Józefa Mackiewicza mówi tak: „Józef Mackiewicz nigdy nie zrezygnował, nie utracił obywatelstwa polskiego. Ja mam prawo twierdzić, że gdyby przewidywał, miał świadomość, wierzył w to, że Polska będzie wolna, nie zostawiłby nie tylko córki swojej, tu nie chodziło nawet o sprawy majątkowe, nie zostawiłby Polski, bez zagwarantowania prawa do wydawania jego dzieł.”
Ach, więc Mackiewicz był obywatelem prlu, ponieważ „nie zrezygnował z obywatelstwa”?! Nie zwrócił się z pokorną prośbą do Bieruta ani do „Rady Państwa”, żeby go tego przywileju pozbawili? To prawda, nie zwrócił się. W zamian za to, całym swoim życiem domagał się, by towarzysze odmówili mu takowego zaszczytu. Naruszał bezustannie „obowiązek wierności wobec Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”, działał ze szczerego serca „na szkodę żywotnych interesów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”, nielegalnie – ba! z legitymacją Waffen SS w kieszeni! – opuścił obszar Polski, odmówił byłby powrotu do prlu na wezwanie jakichkolwiek organów – czy to by wystarczyło z punktu widzenia prlowskiego prawa? Wystarczyłoby dla czytelnika pism Mackiewicza, ale nie dla mecenasa Bednarkiewicza, bo on „ma prawo twierdzić”, więc po co miałby się zapoznawać z jego pismami? Ma prawo twierdzić, że gdyby Józef Mackiewicz mógł przewidzieć układ magdalenkowy pomiędzy towarzyszami Wałęsą i Kiszczakiem, to „zagwarantowałby prawo do wydawania swych dzieł” w prlu nr 2. Ma oczywiście prawo twierdzić, co chce, ma prawo mijać się z prawdą, być na bakier ze zdrowym rozsądkiem, tak jak ma prawo twierdzić, że dwa razy dwa jest pięć. I takiej samej wartości są jego twierdzenia.
Wszystkie te podania o członkostwo zaniepokoiły najwyraźniej Kazimierza Orłosia, członka-założyciela bandy czterech, bo wystąpił ostatnio z własnym podaniem pt. Mackiewicz w złych rękach. Orłoś wzruszył mnie prawdziwie swoim wypracowaniem, wyraził bowiem obawę, że Nina Karsov „uniemożliwiła również dostęp do książek o Mackiewiczu”, m.in. do Votum separatum, niżej podpisanego. Ależ tak! Ma Orłoś rację! Teraz dopiero otworzyły mi się oczy i pojąłem, że gdyby nie Nina Karsov, to Votum separatum byłoby szeroko czytane i dyskutowane w Wybiórczej Gazetce; z całą pewnością Obłudnik Powszechny szeroko omówiłby moją książkę; ba! może nawet Mysz Polska zajęłaby się moim wybitnym dziełem. Teraz dopiero widzę jasno, że oni wszyscy mają rację! Magia orłosiowego słowa objawiła mi prawdę.
Tylko że moja książka nie jest o jakimś prlowskim tuzie, ale o Józefie Mackiewiczu. Na pewno przyjdzie mi to z wielkim trudem, ale muszę się jakoś otrząsnąć z orłosiowego czaru. Mówimy przecież o najpoważniejszym, najbardziej konsekwentnym antykomuniście, któremu przez lata całe wytykano na emigracji, że choć prl nie był doskonałym państwem, to „był państwem polskim, naszym”. „Może nie jest to państwo niezawisłe – tłumaczono mu – może jest satelitą, ale przecież nie można tego nazywać okupacją! Komuniści polscy to w pierwszym rzędzie – Polacy!” Dzisiaj wielu, z Orłosiem włącznie, widzi, że Mackiewicz miał wówczas rację, po czym natychmiast dodają: „On jeden przewidział upadek komunizmu! On jeden przewidział 1989 rok!” Orłoś przytaczał kiedyś wypowiedzi wuja i wykrzykiwał ze zdumieniem: „To był rok 1972! A on przewidywał upadek komunizmu.” Ale w rzeczywistości wuj Orłosia nie miał żadnych złudzeń co do Mazowieckich i Michników, ani co do Solidarności. Na wieść o Magdalence byłby (metaforycznie) „nacisnął czapkę na oczy i poszedł z dubeltówką do lasu”, jak sam wyraził się o hipotetycznej postawie Wielopolskiego wobec komunizmu.
Mackiewicz wielokrotnie domagał się przyjęcia tezy o „obalalności” komunizmu, jako absolutnie koniecznej linii obrony. Wyłącznie to, czyli możliwość obalenia komunizmu, miał na myśli w rozmowie ze swym prlowskim krewnym, bo Orłoś, jak wszyscy w prlu, przyjął był tezę o nieodwracalności bolszewickich przemian. Symetria tego paradoksu jest zaiste czarująca: ci, którzy nigdy nie wierzyli, że komunizm można obalić (jak Orłoś), przyjmują z ochotą, że upadł sam z siebie. Ten, który nawoływał do obalenia komunizmu i nigdy nie przyjąłby bolszewickiej prowokacji jako upadku bolszewizmu (tj. jego wuj), jest dziś przywoływany na świadka tegoż upadku, przez zwolenników nieodwracalności zmian, co mieli go zawsze za zacietrzewionego wariata!
Muszę zatem grzecznie podziękować Orłosiowi za jego dbałość o losy mojej książki (ach, to było piękne marzenie! szkoda się z nim rozstawać), ale wolę wraz z jego wujem „przystrajać się w piórka czystego i niezłomnego antykomunizmu”, a co za tym idzie, nie mogę przyjąć, że „nasz kraj odzyskał wolność” tylko dlatego, że żyje się lepiej i ukoronowano orła.
Mackiewicz pisał w 1980 roku:
„Dziś stopień totalnego ‘chcenia’ w stawce na wielką ewolucję w obozie komunistycznym (…) przybrał w ‘zjawisku dysydentów’ i ‘opozycjonistów legalnych’ takie rozmiary faktu realnego, że prawie wyklucza możliwość polemiki na ten temat. Nec Hercules contra plures; a cóż dopiero, gdy się nie jest Herkulesem, tylko bezsilnym emigrantem politycznym…
Z dyskusji przeto rezygnuję. Chciałbym jedynie prosić – jeżeli to możliwe w ramach wolnego słowa – o zezwolenie na wyrażenie mego ‘nie chcenia’. Nie chcenia wierzyć w rzeczy czasem jawnie absurdalne.”
Niech się do bandy przyłączą prlowscy mecenasi i emigracyjni weterani (nawet weterani-lotnicy, tylko dajcie spokój ś.p. Jacewiczowi), a ja pozostanę w przekonaniu, że Józef Mackiewicz nie życzyłby sobie wydawania swych książek w tym najlepszym z prlów.