Oszołomy
Adam Danek, którego czytałem ostatnio, przytakując mu w myślach, jest erudytą; pisze i myśli z rzadką jasnością, jego analizy są ostre i przenikliwe. W znakomitym artykule, pt. Te zacietrzewione oszołomy (http://haggard.w.interia.pl/oszolom.html), opisuje, jak w rezultacie magdalenkowych machinacji, koncesjonowana lewicowa opozycja (którą w prlu nazywa się górnolotnie „salonem”) najpierw objęła władzę, a następnie umocniła ją poprzez skoncentrowany atak na niekoncesjonowaną prawicową opozycję.
„Niejednorodna, policentryczna prawica w latach rozstrzygnięć usiłowała naprędce wypracować organizacyjną i medialną strukturę, która umożliwiłaby jej skuteczną walkę z przeciwnikiem. Na próżno – Policja Myśli, nie bez wsparcia swego odpowiednika sprzed 1989 r., zaszachowała ją w kilku ruchach. W 1992 r. obaliła antykomunistyczny gabinet Jana Olszewskiego i zablokowała proces lustracyjny dzięki efektywnej konsolidacji jego przeciwników.”
Opis wydaje się bez zarzutu. Wynikiem tego procesu było w pierwszym rzędzie umocnienie założycielskiej kliki „Republiki Okrągłego Stołu” (znowu, jak na mój gust, zbyt szumne określenie na coś tak parcianego jak prl bis), ale pobocznym efektem okazało się rozbicie prawicy na przeciwstawne skrzydła: zastraszonych karierowiczów czyli „dobrze myślących zdechlaków” i zacietrzewionych oszołomów. Reprezentanci pierwszej grupy, „mimo deklarowanej werbalnie prawicowości panicznie boją się oskarżenia o ‘faszyzm’ przez wiadome dobre towarzystwo”, więc z chęcią uczestniczą w nagonkach na wrogie elementy, „prowadzonych przez prawomyślne media, powolne wobec rodzimej Policji Myśli”. A te „wrogie elementy”, to oczywiście reprezentanci drugiej grupy, ci „chorzy z nienawiści, zacietrzewieni i oszołomieni”.
Każdy karierowicz ma to do siebie, że dba o swoją karierę. Popiera zatem głośno „członkostwo Polski w Euro-Sojuzie; żeby było zabawniej, niekiedy gardłuje o obronie suwerenności państwa polskiego i wcale nie widzi tu sprzeczności”. Akceptuje oczywiście w całej rozciągłości nowe wcielenie prlu, „będąc sympatykiem bądź członkiem jednej z partii parlamentarnych (z innymi wiążą się tylko ludzie niepoważni), i bulwersuje się, jeśli ktoś w rozmowie z nim zakwestionuje demokrację. Zwłaszcza że – jak się okazuje – sam nie bardzo wie, dlaczego właściwie powinna być ta demokracja”.
Nie sposób się z tym nie zgodzić. „Dobrze myślące zdechlaki” tworzą w moim mniemaniu, konieczny człon pluralistycznej fikcji prlu bis; bez nich byłaby to wyłącznie dyktatura wybiórczej gazety, a dzięki ich udziałowi, rządząca klika może zawsze wskazać na tych dziwnych ludzi z prawa.
Ale dość o nich. A jak wyglądają wrogie elementy? To oni przecie mają szansę na zniszczenie Republiki Okrągłego Stołu:
„Mandat na odejście od bezhołowia liberalnej demokracji ma każdy, kto jest zdolny je zrealizować. Zwolennicy takiego odejścia lokują się wyłącznie w drugim z opisanych tu typów prawicy. Wyrastają z różnorodnych tradycji ideowo-politycznych, ale – jak sądzę – zgadzają się co do przynajmniej trzech dezyderatów: I. poddania życia politycznego rygorom rzymskiego katolicyzmu, II. likwidacji reżimu demokratycznego, III. likwidacji etatyzmu i interwencjonizmu państwa. Gdy się to uda, nie ma większego znaczenia, czy nazwiemy to Kontrrewolucją, Rewolucją Konserwatywną, Narodową Rewolucją czy Przełomem. Podkreślam: uprawniony do realizacji owego minimum programowego jest każdy – ktokolwiek, kto byłby gotów się na to porwać. I jeśli taki sztandar podniesie, dajmy na to, Lepper (chyba w wyniku bezpośredniej Boskiej interwencji!), powinni przy nim stanąć wszyscy ideowi wrogowie Republiki Okrągłego Stołu.”
Na barkach oszołomów spoczywa zatem nie byle jaki ciężar. Obawiam się jednak, że ludzie tacy jak Korwin-Mikke czy Lepper nie zdołają go unieść. Lepper jest prlowską wersją Żyrynowskiego, a Korwin potrafi wypowiedzieć takie kawałki:
„Za niepodległością Tybetu gardłują na ogół ci sami, co chcą zlikwidować niepodległość Polski. Różnica jest taka, że Tybet jest obecnie pod okupacją państwa – zgoda: absolutnie nie idealnego – ale uznającego cywilizowane zasady, jak np. wolny rynek i kara śmierci dla morderców – podczas gdy Polska ma zostać połknięta przez państwo dopiero się tworzące, a już do cna zbiurokratyzowane, przyznające sobie prawo do kontrolowania całego handlu i produkcji, mojego pożywienia, nauczania, zabijania mnie (p/n „eutanazji”) – państwa, przy którym nawet III Rzesza jawi się jako państwo względnie liberalne.” (Por. http://korwin-mikke.blog.onet.pl/2,ID306950735,index.html)
Jak sobie poradzić z takim bełkotem? Nawet jeśli ma całkowicie rację co do Niuni Europejskiej, to lepiej, żeby miał restaurację, jeśli ma tak bredzić o Chinach. Jeżeli wedle Korwina politbiuro chińskiej kompartii uznaje wolny rynek, karę śmierci dla morderców i cywilizowane zasady, to może najlepiej by zrobił, zapisując się czem prędzej do komunistów, przynajmniej kazaliby mu przestać gadać głupstwa.
Czytywałem prlowskich konserwatystów w latach osiemdziesiątych z niejakim przygnębieniem. Dałem sobie spokój z Korwinem, kiedy nazwał Gorbaczowa antykomunistą: „Jeżeli nawet p. Michał Gorbaczow podbije Persję, Chiny i Polskę, ale wprowadzi w Sowietach ustrój kapitalistyczny – to będzie antykomunistą i to właśnie najlepszym.” Ten człowiek nie rozumie, co to jest komunizm, ani nie ma pojęcia, czym jest kapitalizm, ale gotów jest pouczać i „tłumaczyć elementarz polityki po raz dwudziesty z rzędu”, co jest na swój sposób genialnie zabawne, zważywszy brak jakiegokolwiek racjonalnego rdzenia w jego wypowiedziach. Jest najwyraźniej organicznie niezdolny do rozpoznania rzeczywistości pod komunistycznym panowaniem. W jego oczach Lenin był pewnie antykomunistą („i to właśnie najlepszym!”), gdy wprowadzał Nep, a Stalin był rosyjskim patriotą, gdy przywracał carskie epolety na mundurach czerwonoarmiejców. Czy nie jest zdumiewające, że owi ekscentryczni nonkonformiści potrafią się tylko łasić wobec komunistów? Powoływanie się w kontekście takiego bełkotu na „konserwatywną szkołę myślenia” jest ponurym szyderstwem. Józef Mackiewicz miał coś do powiedzenia na ten temat:
„…ta odmiana konserwatyzmu, która się szczególnie przyjęła w Polsce, a która na tym polega, że się wciąga nosem i wywąchuje kto jest aktualnie najsilniejszy, aby go pocałować w de, nie jest znowuż myślą polityczną aż tak bardzo oryginalną, żeby potrzebowała całej szkoły.”
To wszystko są jednak drobiazgi, bo nawet jeśli nie sposób się zgodzić z Dankiem, że każdy kto wykazuje oznaki prawicowego oszołomienia, musi zaraz mieć rację; nawet jeśli mnie osobiście odstręcza rozwijanie sztandarów, rzucanie haseł i zbieranie zwolenników, stawanie w szeregu i marchons, marchons; nawet jeżeli wolałbym raczej stanąć „pod stienku” niż pod jednym sztandarem z Lepperem; nawet jeżeli wysłuchiwanie radosnego rzężenia Korwina-Mikkego i wielu, wielu innych oszołomów, byłoby bliskie mojego wyobrażenia piekła na ziemi – to powyższy wywód na temat „mandatu na odejście od bezhołowia liberalnej demokracji” budzi także zastrzeżenia znacznie bardziej fundamentalnej natury.
Wedle wykładni zaprezentowanej przez Danka, wydarzenia w prlu i prlu bis zdają się odbywać w kompletnej izolacji. W 1989 roku miała mieć miejsce „transakcja stulecia w willi komunistycznego MSW w Magdalence”; w 1992 roku „Policja Myśli obaliła antykomunistyczny gabinet Jana Olszewskiego”. Danek porównuje następnie prl nr 2 do III Republiki Francuskiej, państwa tyleż nieudanego co nieudacznego, ale z pewnością suwerennego. Narzuca się oczywiste pytanie: czy da się to samo powiedzieć o prlu bis? Suwerenność tego tworu, który waham się nazywać państwem, jest co najmniej ograniczona treścią owej „transakcji stulecia”. Co najmniej, ponieważ wedle wszelkiego prawdopodobieństwa jest ograniczona także poprzez udział w negocjacjach, moskiewskich mocodawców „komunistycznego MSW”. Bez ich błogosławieństwa do żadnej transakcji nigdy by nie doszło. Jeśli jednak takiego błogosławieństwa udzielili, to chyba nie dlatego, że pragnęli wzbogacenia Michnika i Wałęsy. Bardziej prawdopodobna wydaje mi się hipoteza strategicznego wycofania czyli, jak to określił Olavo de Carvalho w odpowiedzi na naszą ankietę: „okazało się koniecznym podjęcie decyzji na rzecz dalszego rozwoju a przeciw istniejącej strukturze”. Przypuszczam także, że sowieccy stratedzy poświęcili „istniejące struktury” w rodzaju magmy prlu i innych demoludów – bez żalu.
Z przyjęcia tej hipotezy wynikają jednak dość kategoryczne wnioski. Nie można pod żadnym pozorem brać udziału w strukturach magdalenkowego państwa. „Kontrrewolucja, Rewolucja Konserwatywna, Narodowa Rewolucja czy Przełom”, wszystkie mogą być tylko kolejnym listkiem figowym zasłaniającym bolszewicką sromotę prlu nr 2. Nie inaczej niż rząd Olszewskiego, niż poczynania Macierewicza. Wyobraźmy sobie, że Lepper wzniósł sztandar kontrrewolucji konserwatywnej i pomaszerował noga w nogę z Korwinem wprost pod okrągły stół. Czego innego można się po nich spodziewać, niż że z miejsca zaczną się łasić i odszczekiwać (pozwolę sobie znowu zacytować Danka): „Jesteśmy buńczuczni i bezkompromisowi, ale wicie-rozumicie, czasem trzeba pójść na kompromis…” I co dalej? Czy to będzie Wolna Polska?
Polska nie leży już między Niemcami a Rosją i dla jej autentycznej suwerenności, zaistnieć musiałaby próżnia polityczna pomiędzy Brukselą a Moskwą. Ale największą przeszkodą na drodze do Polski jest powszechne niemal uznanie prlu bis za twór nie tylko w istocie polski, ale wręcz suwerenny. Lepper i Korwin, łaszący się obleśnie pod okrągłym stołem, nie zbliżą nas do celu.