Zamknij
Michał Bąkowski

Składany komunizm. Część III. Zaraza czy coś gorszego?

11 stycznia 2008 |Michał Bąkowski, Składany komunizm
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2008/01/11/skladany-komunizm-czesc-iii-zaraza-czy-cos-gorszego/

Komunizm wykazywał się zawsze nadzwyczajną giętkością taktyczną przy żelaznej dyscyplinie strategicznej. Przywódcy komunistyczni nie tracili nigdy z oczu nadrzędnego celu, niezależnie od koniunktury. Tym celem, nie była nigdy mityczna zasada „każdemu według jego potrzeb” czyli uszczęśliwienie ludzkości. Co za tym idzie, centralne zarządzanie gospodarką, które na ogół wskazuje się w pierwszym rzędzie jako punctum saliens komunizmu, nie miało nigdy nic wspólnego z istotą rzeczy. Nigdy nie interesowało komunistów sprawne zarządzanie gospodarką, wyłącznie sprawna kontrola nad gospodarką, a tym samym nad ludnością. Utożsamianie komunizmu z centralnie zarządzaną ekonomią (czyli, żeby posłużyć się marksistowskim bełkotem: „społeczną własnością środków produkcji”) prowadzi prostą drogą do fałszywej opozycji w postaci „komunizm-kapitalizm”. Taka przeciwstawność nigdy nie istniała w rzeczywistości, a komuniści propagowali ją dla swych własnych celów strategicznych, gdyż im mniej rozumie się wroga, tym trudniej go pokonać.

Nie był także nigdy istotą rzeczy skrajny totalitarny terror. Na wzór tzw. „komunistycznej gospodarki”, terror raczej zaciemniał obraz. Józef Mackiewicz uważał wręcz, że badania nad „tajemniczą dyspozycją psychiczną bolszewików” prowadzić należy na Zachodzie, „gdzie fenomen komunizmu występuje w formie prawie czystej, tzn. bez przymieszki zewnętrznego nacisku policyjnego”. W dzisiejszych czasach, metodyczna przemoc jest stosowana nader rzadko – z wyjątkiem krajów takich jak Chiny, Korea czy Kuba, gdzie jest nadal nieodzowną częścią metody. Niewątpliwie jest nadal bardzo dużo gwałtu we wszystkich republikach sowieckich – mord polityczny, tortury, zastraszanie i ogólne bezprawie są nadal codziennością w sowietach – to nie da się tego porównać do terroru czeka i jej następców. Nieopisane bestialstwo bolszewickiego terroru w pierwszej fazie po zdobyciu władzy na nowym terenie, da się wyjaśnić koniecznością fizycznego zniszczenia wrogów oraz potrzebami przyspieszonej sowietyzacji reszty społeczeństwa, ale nieuniknione zelżenie terroru w następnych fazach, ma także ten nieszczęsny skutek, że wspomaga mit o „ewolucji”. Mit o ewolucji komunizmu leży w samym sercu wielkiej prowokacji: był używany setki razy od „smienowiechowców” i prowokacji pod kryptonimem „Trust”, aż do rewolucji ’89 we wschodniej Europie i moskiewskiego puczu, jako zwieńczenia wieloletniej operacji, którą Józef Mackiewicz nazwał „Trustem nr 2”.

Jeżeli jednak ani ideologia, ani metody nie wyróżniają komunizmu jako politycznego fenomenu, to jak można go zdefiniować? Zastanawiał się nad tym Orwell w Roku 1984. W słynnej scenie, w której Winston poddany jest torturom w celach edukacyjnych, O’Brien zapytuje o motyw Partii: Dlaczego chcemy władzy? Winston odpowiada truizmem o dobru kolektywu i straszny ból z miejsca przeszywa jego członki, po czym O’Brien wykłada mu dobrotliwie:

„The Party seeks power entirely for its own sake. We are not interested in the good of others; we are interested solely in power. Not wealth or luxury or long life or happiness, only power, pure power.”

Władza jako cel, jedyny cel. Czysta władza jako istota systemu. To jest zadowalająca definicja.

Ale przecież autorytet Józefa Mackiewicza stoi za inną definicją; dla Mackiewicza komunizm był po prostu zarazą. Bez żadnego cudzysłowu, bez metafor, bez ekwiwokacji czy aproksymacji. Zaraza, czyli epidemia, masowa choroba, w rezultacie której ludzie umierają, bądź zmieniają się nie do poznania – stają się hominis sovietici. Komunizm rozkłada wroga od wewnątrz, atakując każdą jednostkę, niwecząc jej wolę i rozum. Proces ten zwykło się nazywać sowietyzacją. Wobec zsowietyzowanych mas, nie trzeba już stosować masowego terroru, nie potrzeba głodu i ciągłych „braków w zaopatrzeniu”, jako narzędzia kontroli. Zsowietyzowane społeczeństwa szukają przede wszystkim sposobu przeżycia, jest im obojętne czy będzie to „nasza mała stabilizacja” czy „socjalizm z ludzką twarzą”, byle się dało jakoś żyć. Kongenialną receptą na przetrwanie zarazy, jest porada Kuronia i Michnika, żeby „żyć jak gdyby”. Jak gdyby się było wolnym. Wrócę jeszcze do tego poniżej, chciałbym tu tylko podkreślić, że jakkolwiek komiczna jest ta recepta z punktu widzenia myśli politycznej, to nie wolno wyśmiewać osiągnięć takiej wolności, ponieważ życie w niewoli jak gdyby było się wolnym, domaga się prawdziwej wolności ducha. Nie można jednak mieć wielu wątpliwości, co do politycznej natury „wolności” tak zdefiniowanej. Jest to wolność sfinlandyzowana, ni mniej ni więcej, tylko klasyczna marksistowska uświadomiona konieczność.

Wróćmy jednak do definicji. Jeżeli istotą komunizmu jest rzeczywiście proces sowietyzacji podbitego społeczeństwa, to przecież komunizm jest nie do obalenia! Szkopuł w tym, że to nie jest wniosek zgodny z myślą Józefa Mackiewicza, bo on uważał, że „przechodzi wielka choroba, zapada w nicość zaraza i śladu po niej nie ostaje”.

Znakomicie sformułowała ten problem Sonia Bellechasse:

„Komunizmu nie można ‘obalić’ (tak jak nie można obalić wirusa jakiejś choroby). Można tylko z wirusem walczyć, na wirusa chorować, lub z wirusa wyzdrowieć itd. Ale nigdy nie może być pewności, że wirus nie wróci. Tak więc to, co wydarzyło się w 1989, jest absolutnym MAKSIMUM w walce z komunizmem. (…) Żaden wirus żadnej choroby nie był nigdy kompletnie zniszczony. Pewne choroby, niegdyś śmiertelne, nie są już obecnie groźne, gdyż ludzki organizm znalazł sposoby, by choroby te zwalczać. Wieczna ospa to taka zupełnie dziś niegroźna, dziecięca choroba, która prawdopodobnie zabiła miliony jaskiniowców, kiedy po raz pierwszy pojawiła się na świecie. Komunizm czeka (miejmy nadzieję) podobny los – młodzi ludzie będą ciągle wrzeszczeć o niesprawiedliwości społecznej i o tłustych burżujach przez następne tysiące lat – ale nikt już nie będzie na nich zwracał uwagi i nikomu nie przyjdzie do głowy pozwalać im rządzić (tak jak Rosjanie im pozwolili w październiku 1917 roku).”

Ta tyrada dała mi wiele do myślenia. Józef Mackiewicz utrzymywał, że „to straszna zaraza”, co zatem chciał obalać? Odpowiedź wydaje się prosta: zewnętrzne przejawy potęgi tych, którzy zarazę rozprzestrzeniają. Jednakże zaraza rozchodzić się będzie niezależnie od tego, kto jest u władzy, więc „obalenie” niczego naprawdę zmienić nie może. Co gorsza, tak jak gruźlik nie wyzdrowieje, zaraziwszy bliźniego gruźlicą, tak samo komunistom nie jest lepiej od roznoszenia zarazy, bo ani nie przynosi im to materialnych zysków, ani nie nie uwalnia od choroby. Muszę tu podkreślić, że w moim mniemaniu komuniści są sami ofiarami zarazy. Nie mam wcale na myśli „rewolucji pożerającej samą siebie”, jak podczas Wielkich Czystek; nie mam na myśli fizycznej zagłady starych bolszewików, ale ich psychiczny rozkład. Bucharin, ulubieniec Ilicza, gwiazda kompartii, nie chciał istnieć poza Partią. „Chcę ci powiedzieć – pisał do kochanego Koby z więzienia na krótko przed śmiercią – że jestem gotów spełnić każde twoje żądanie bez wahania”. Mój towarzysz niedoli wytknął mi sprzeczność w tym miejscu, bo jego zdaniem wobec samych bolszewików zaraza to nie choroba, ale niemal „stan łaski”, „element ich psychicznej i fizycznej tężyzny”, a nie słabość. „Bolszewicy nie są ofiarami bolszewizmu”, twierdzi dalej Darek Rohnka. „Nie muszą nawet szukać antidotum, ponieważ zaraza wcale im nie zagraża – jest nie tylko ich dzieckiem, ale emanacją ich mentalności.” Niezgoda między nami jest jednak pozorna. Ten sam psychiczny rozkład, któremu poddany był Bucharin, jest źródłem ich wielkiej siły, zdanie z listu Bucharczyka wykazuje to doskonale. Ich indywidualność rozpuściła się w kolektywie; nie w kolektywie zsowietyzowanego stada, ale w kolektywnym kierownictwie, wobec którego jednostki nie mają znaczenia.

Na czym więc polega niezwykłość tej choroby?

Zastanówmy się nad zdaniem Soni Bellechasse, zaczynając od końca. Rosjanie oczywiście o wiele usilniej walczyli przeciw zarazie niż jakikolwiek inny naród na świecie, bronili się zaciekle, o wiele mocniej niż np. Polacy; Rosjanie wcale nie „pozwolili im rządzić”, przez co narazili się na straszliwe prześladowania, ponieważ oprócz sowietyzacji, czyli wirusa, jest jeszcze władza. Straszna władza, nie związana niczym, nie licząca się z prawem boskim ani ludzkim, ani „z prawem moralnym we mnie, ani z niebem gwiaździstym nade mną”; władza, która w jednakiej pogardzie ma demokratyczne instytucje, co nie-demokratyczne tradycje; władza tak skrajnie pragmatyczna, że wszystko jest w jej oczach słuszne i dobre, o ile tylko przyczynia się do umocnienia tej władzy. Kiedy zatem agenci zarazy obejmują władzę, daje im to przede wszystkim możliwość dalszego rozprzestrzeniania bakcyla zarazy. I w ten sposób wróciliśmy do punktu wyjścia, do klasycznego pytania o istotę tego fenomenu, z którym mamy do czynienia. Ustaliliśmy już, że nie chodzi tu oczywiście o dobro klasy robotniczej, ani o sprawiedliwość społeczną; że nie jest istotne użycie terroru, ani fizycznego, ani psychicznego. Rację ma rzecz jasna Sonia Bellechasse, kiedy twierdzi, że „chorzy którzy zarażają swą chorobą innych, nic na tym nie zyskują, tak samo komuniści, przenosząc komunizm jak zarazę, nic na tym nie zyskują.” Wobec tego istotą rzeczy muszą być jednocześnie: bakcyl zarazy i władza, jaką rozprzestrzenianie zarazy daje. Zaraza przyjmuje postać sowietyzacji, przekucia człowieka w inną wartość (wszędzie tam, gdzie jej agenci są u władzy) oraz formę „marszu poprzez instytucje” (wszędzie tam, gdzie u władzy jeszcze nie są). Zdobycie władzy jest środkiem do pierekowki, a sowietyzacja jest środkiem do utrzymania władzy. Wydaje mi się, że zarówno sam bakcyl, jak i zdobycie oraz utrzymanie władzy, są równie istotne dla zrozumienia fenomenu. Komuniści chcą być w posiadaniu obu czynników, ale jednym też nie pogardzą.

Nie znam się na wirusach, nie wiem czy rzeczywiście nie wymierają. Słyszałem natomiast, że jest dyskusyjne, czy wirus jest w ogóle organizmem żywym, ponieważ pozbawiony jest podstawowych cech życia. To by pasowało do komunizmu! Zaraza komunizmu nie wymiera, bo potrzebuje cudzego życia dla przedłużenia swej egzystencji. Siła wirusa komunizmu polega na tym, że przenoszą go nie tylko zarażeni, ale także wolni ludzie, swymi wolnymi czynami. To jest najbardziej zdumiewająca konstatacja Józefa Mackiewicza, ale też najdziwniejsza cecha bolszewizmu: w jaki sposób ludzie tak prymitywni, jak Chruszczow czy Breżniew, mogą manipulować ludźmi wolnymi i bez porównania bardziej od nich inteligentnymi, jak choćby John F Kennedy czy Aleksander Sołżenicyn (żeby użyć dwóch skrajnych przypadków)?

Najbardziej trafne (choć może w nieco odmiennym sensie do zamierzonego) w powyższej wypowiedzi, wydaje mi się stwierdzenie, że ludzie przyzwyczaili się do życia z chorobą. Coś co dla Józefa Mackiewicza i ludzi jego pokroju, jak na przykład Marian Zdziechowski czy Wickham Steed, było nie do pojęcia. Komunizm, który jest obrazą ludzkiego ducha, tak naprawdę nikomu nie przeszkadza (tak długo, jak nie mordują zbyt jawnie, jak nie prześladują zbyt wielu). Ludzkość była długo chora, wielu zginęło, wielu wegetowało w stanie osłabienia, ale w końcu człowiek przywykł do obecności tego potwornego wirusa i może z nim żyć. Jedną z najbardziej odkrywczych metod pozornej immunizacji – czy ściślej: metod współżycia z wirusem – była wspomniana już prlowska zasada Michnika-Kuronia, żeby „żyć jak gdyby”: jak gdyby choroby nie było. Gdyby komunizm był niczym więcej niż bakcylem zarazy, to oczywiście skuteczna immunizacja skończyłaby jego karierę i Sonia Bellechasse miałaby rację. Ale immunizacja jest tylko częściowo skuteczna, pozwala zarażonemu organizmowi przetrwać, przez co staje się rozsadnikiem plagi ad infinitum. Na domiar złego, jest jeszcze druga strona medalu, którą jest sama władza. I tak dochodzimy do pierwszego punktu: „Nie można liczyć na nic więcej niż to, co się wydarzyło w 1989 roku.”

Co się wydarzyło? Wedle powszechnie obowiązującej wykładni, komuniści oddali władzę dobrowolnie. Nawet ci, którzy nie chcą zamykać oczu na bezdyskusyjny udział tajnej policji we wszystkich „rewolucjach ‘89”, są gotowi się zgodzić, że być może komuniści mieli zaplanowaną jakąś skomplikowaną prowokację, ale cała afera wymknęła im się z rąk i w rezultacie utracili władzę. Jeśli zatem rzeczywiście utracili władzę, to dlaczego utrzymywać, „że na nic więcej liczyć nie można”? Utrata władzy równałaby się przecież autentycznemu obaleniu komunizmu. Byłaby więc w tym poglądzie oczywista sprzeczność, ale wydaje mi się, że pani Bellechasse jest zbyt bystrą obserwatorką, by tego nie dostrzec. Musi z pewnością widzieć, że komuniści zachowali wszelkie istotne pozycje władzy, odrzuca jednak interpretację, wedle której są oni nadal ideologicznie motywowani. Innymi słowy, zachowali władzę, ale przestali być komunistami (stąd nb. jej twierdzenie, że Putin jest bliższy Hitlera niż Lenina, bo Hitler był bolszewikiem ograniczonym – ograniczonym pod bardzo wieloma względami, ale w tym wypadku chodzi mi nie o jego umysłową ograniczoność, ale wyłącznie o ograniczenie jego bolszewizmu przez chorobliwy nacjonalizm). Słowo „ideologicznie” (dotyczące motywacji) domaga się uściślenia: mam na myśli ideologię władzy zaprezentowaną przez O’Briena wobec Winstona Smitha w Roku 1984, a nie bajkową ideologię dobra proletariatu.

W komentarzu do II części niniejszego artykułu, Bellechasse napisała: „Komuniści zdradzili komunistyczny system i komunistyczną doktrynę, po to by utrzymać się u władzy i utrzymać nagromadzone przez nich bogactwa.”

Jeżeli jednak istotą doktryny jest sama władza, to komuniści niczego nie zdradzili, u władzy się utrzymując. Pozostali wierni doktrynie i systemowi, ideologii i istocie rzeczy. A umożliwił im taką woltę drugi zasadniczy składnik ich Metody: sowietyzacja. Mogli sobie pozwolić na grę z „opozycją”, którą sami stworzyli, na Magdalenkę, na oddanie władzy w ręce kogoś takiego jak Havel, nawet na „krwawą rewolucję” przeciw Ceausescu, skoro na jej czele stał jego zastępca, Iliescu. Mogli sobie pozwolić na to wszystko, z moskiewskim spektaklem włącznie, ponieważ mogli polegać na zsowietyzowanych masach i ich przywódczych elitach, propagujących „jak gdyby wolność”. Czymże innym, jak nie „jak gdyby Sejmem” był sejm w 65% mianowany przez bolszewików? Czymże innym, jak nie „jak gdyby Rosją”, była Rosja pod wodzą towarzysza Jelcyna, który przyszedł ratować ojczyznę wprost od stołu prezydialnego centralkomitetu kompartii? Czymże innym, jak nie „jak gdyby Polską”, jest ten prl nr 2, w którym władzę sprawują kolejno towarzysze: Wałęsa, Kwaśniewski i Kaczyński, którzy przyszli ratować ojczyznę wprost od stołu obrad w Magdalence?

Zaraza? Tak, ale także coś znacznie gorszego.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2008/01/11/skladany-komunizm-czesc-iii-zaraza-czy-cos-gorszego/
Kategorie: Michał Bąkowski, Składany komunizm
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2008/01/11/skladany-komunizm-czesc-iii-zaraza-czy-cos-gorszego/