(Polski)

Józef Mackiewicz
The Triumph of Provocation
 
Michał Bąkowski
Votum separatum
 
Dariusz Rohnka
Szkice o Józefie Mackiewiczu
 
Jeff Nyquist
Origins of the Fourth World War
 
« Only truth can save us now. Trevor Loudon interview

Sorry, this entry is only available in Polski.



12 Comments "(Polski) Sen Raskolnikowa Część VIII"

  1. Jacek

    Panie Michale,

    Cykl o Dostojewskim jest fascynujący. Powiązania , inspiracje literackie i światopoglądowe pisarza, które Pan tropi, tworzą niesamowity obraz. Dzięki temu można dostrzec pełniejsze spektrum poszukiwań tego niezwykłego twórcy. Nie jestem krytykiem literackim, ani znawcą Dostojewskiego, ale czasem wracam do „Zbrodni i kary” i dzięki Pańskim analizom, mogę spojrzeć na Raskolnikowa, Marmieładowa, Sonię i pozostałe postaci, przez pryzmat tych właśnie inspiracji, które Dostojewski umiał tak fenomenalnie przekuć na literackie tworzywo.

    Pisze Pan, że jego powieści można czytać, jak kryminały, psychologiczne analizy, albo odbierać na czysto osobistym planie. Na tym chyba polega magia mistrzowskiej literatury, że powstają dzieła o uniwersalnych walorach, wykraczające poza schemat gatunku, z którego się wywodzą. Ten magiczny pierwiastek literacki potrafili kreować Szekspir, Chandler, Lem, Philip K. Dick, Gogol, każdy na swój niepowtarzalny sposób. Szkoda, że literatura, a powieść w szczególności odchodzą powoli, acz nieuchronnie do lamusa, a jej miejsce zajmuje przekaz audiowizualny. Ale cóż, wszystko się kiedyś kończy…

    Mam pytanie odnośnie powyższego artykułu. Pisze Pan, że Vargas Llosa opisał zabójstwo Trujillo w Dominikanie, w dwóch powieściach. Domyślam się, że jedna to „Święto kozła”. A druga powieść?

  2. michał

    Drogi Panie Jacku,

    Dziękuję za dobre słowo.

    Wydaje mi się, że zamieranie czytelnictwa, aczkolwiek nie nieuchronne (bo nie ma powodu, żeby tak było), jest czymś, z czym literatura musi sobie poradzić i zapewne sobie poradzi. Rynek, pozostawiony sam sobie, bez wtrętów propagandy, pozostawia tylko to, co najlepsze. Rzecz jasna, owo “bez wtrętów” jest tu kluczowe.

    Co rzekłszy, w samej diagnozie ma Pan absolutnie rację: nie czytają nawet studenci na uniwersytetach, więc czego się spodziewać po szerokiej publiczności? Ale konsekwentnie, jak powiedział Wojciech Młynarski (którego Darek tak bardzo nie poważa), “róbmy swoje!”

    Co do Vargasa – bo “Llosa”, to zaledwie nazwisko jego matki – to najwyraźniej źle się wyraziłem. Napisał on dwie książki o latynoskich zabójstwach politycznych. Jedną jest wspomniana przez Pana powieść o zabójstwie Trujilo w Dominikanie. Proszę jednak zwrócić uwagę, że w tej powieści Trujillo zastanawia się przez krótką chwilę, czy nie zlekceważył lewicowych odchyleń i kubańskich kontaktów Abbesa (choć Vargas nie rozwija tego wątku). Zważywszy dalszą karierę Abbesa – pracował dla Papa Doc Duvaliera – wydaje mi się możliwe, że krwawy Johnny był agentem Castro.

    Drugą powieścią są “Ciężkie czasy” z 2019 (chyba jakoś inaczej po polsku), gdzie niemal głównym bohaterem jest Abbes. Vargas przeszedł rzekomo od komunizmu do prawicy, ale wydaje mi się, że pod koniec życia powrócił ciupasem na lewo, bo ta powieść pozostawia wrażenie lewactwa o wiele bardziej skrajnego niż sarkastyczny dystans w “Koźle”.

    Rewolucja w Gwatemali opisana jest wyłącznie w terminach modernizacji i wyciągnięcia Indian z epoki kamiennej, a kontrrewolucyjna reakcja jako „powrót do kolonialnych czasów, gdy Inkwizycja zachowywała ortodoksję przy pomocy krwi i ognia”. Kontrrewolucjoniści palą książki, torturują niewinnych, gdy nic takiego (wg Vargasa) nie miało miejsca w poprzedzającej rewolucji. Tymczasem on sam opisuje, jak przywódcy związkowi przysięgają, że to nie oni organizują bojówki, które zabierają ziemię właścicielom, podczas gdy są dowody, że związki rozdawały maczety i pałki, i posyłały tłuszczę na podbój. Najzabawniejsze jest zdziwienie bohaterów, że „demokratyczna Ameryka jest przeciwna demokracji w Ameryce Środkowej”.

    W ujęciu Vargasa, nie było nigdy komunizmu w Gwatemali, to był tylko wymysł PR guru, niejakiego Bernaysa, szefa propagandy wszechpotężnej firmy eksportującej banany do Ameryki, United Fruits. Dla uratowania firmy bananowej przed podatkami, Bernays stworzył bananowe republiki, a zagrożenie komunistyczne nigdy nie istniało.

    Można i tak. Ale to nadal bardzo dobra powieść.

  3. Jacek

    Panie Michale,

    To jest ciekawa kwestia, czy literatura, jako forma przekazu, obroni się w konfrontacji ze zmianami technologicznymi. Być może będzie, jak Pan mówi, że przetrwa to starcie. Ale może też podzielić los malarstwa po wynalezieniu fotografii. Kunszt malarzy utrwalających rzeczywistość, którzy specjalizowali się w obserwacji barw, kształtów, światłocienia, został posłany na wysypisko historii. Ta forma sztuki już nigdy nie podniosła się po tym zderzeniu. Potem były tylko kuglarskie sztuczki z abstrakcjonizmem, nowoczesne malarstwo stało się już tylko edenem miernot i hochsztaplerów, jak kiedyś zauważył Łysiak.

    Z literaturą może stać się podobnie, chociaż technologie cyfrowe nie oferują przecież lepszych jakościowo, pogłębionych treści. Wręcz przeciwnie, prymitywny, masowy przekaz degeneruje zdolności poznawcze odbiorcy, tresując go w przyswajaniu coraz krótszego impulsu danych, zabijając umiejętność skupienia uwagi na dłuższych formach. To w znikomym, a w każdym razie dużo mniejszym stopniu dotyczy pokoleń wychowanych w erze przedcyfrowej, ale pokolenia dorastające współcześnie już raczej słowem pisanym nie będą umiały się posługiwać. Jak będzie w rzeczywistości, czas pokaże.

    Jeśli chodzi o Trujillo, to jest jeszcze jedna powieść opisująca zamach na jego władzę. To „Cuidad Trujillo” Andrzeja Wydrzyńskiego. Nie czytałem , ale słyszałem o niej wiele pochlebnych opinii. Pański artykuł przypomniał mi o tym tytule, może w końcu sięgnę po niego.

    A propos terroru i zabójstw politycznych, które Pan opisuje, przypomniała mi się jeszcze jedna postać, która ideowo wprost wywodzi się z rosyjskich zamachowców, walczących z dawną Rosją. To iIicz Ramirez Sanchez, znany jako Carlos i Szakal. Destrukcję cywilizacji łacińskiej i komunistyczną ideologię wyniósł z domu rodzinnego, a w dorosłym życiu konsekwentnie podążał tą drogą. To chyba najsłynniejszy terrorysta XX wieku, chociaż jego skuteczność i profesjonalizm to w dużej mierze mit, wykreowany przez dziennikarzy w latach 70-tych. Jako cyngiel Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny zasłynął kilkoma spektakularnymi akcjami. Niewiele brakowało, a wziąłby udział w porwaniu samolotu Air France w 1976. Podobno odmówił jednak udziału w tej operacji, co prawdopodobnie uratowało mu życie, bo jej finałem był słynny rajd na Entebbe w wykonaniu izraelskiego Sayeret Matkal. Carlos vel Szakal ostatecznie został złapany i osądzony przez Francuzów i do dziś gnije w więzieniu. Ta postać też została uwieczniona w literaturze. W „Tożsamości Bourne a” Roberta Ludluma, tytułowy bohater podszywa się właśnie pod Szakala, chcąc go wywabić z kryjówki, a cała fabuła kreci się wokół tego właśnie wątku.

  4. michał

    Panie Jacku,

    Ilicz el Chacal jest wspomniany powyżej tylko marginalnie (bez wymienienia go z rodu-plemienia), wyłącznie w kontekście palestyńskich rozłamów, których ani CIA, ani MI6 nie były świadome. PFLP i tzw. czarny wrzesień, to m.in. on. Nie miałem pojęcia, że był inspiracją (czy raczej występuje?) dla Bourne’a.

    Co do przyszłości literatury, to nadzieja jako cnota chrześcijańska, nie powinna być mylona z bezbożnym optymizmem. Jestem pesymistą. Także gdy chodzi o przyszłość literatury. Ale…

    Mnie w końcu zupełnie nie interesuje masowy odbiór, bo cokolwiek robią masy jest bez znaczenia. Masowo produkuje się np. książki o tym, że płeć jest kwestią indywidualnego wyboru, a nie biologii. Tego rzecz jasna, nikt nie czyta, ale niechby i czytali! Przecież nie zmieni to na jotę biologicznych faktów. Kiedyś bestsellerem w Londynie była “Krótka historia czasu”, Hawkinga. Ludzie to kupowali, ale nikt nie czytał. Potem czytali ileś tam odcieni szarości, a dzisiaj na liście bestsellerów jest taka np. pozycja: “Tart: Misadventures of an Anonymous Chef”, autorstwa kogoś, kto się zowie “Slutty Cheff”… Zapewniam Pana, że kiedy już nikt nie będzie pamiętał wypocin “rozwiązłej kucharki” ani odcieni szarości, ludzie będą nadal czytali Goethego, Byrona, Dostojewskiego czy Mackiewicza. Będą to wprawdzie pojedynczy ludzie, podobnie jak dzisiaj, podobnie jak zawsze. I taka przyszłość literaturze powinna wystarczyć. Jeden inteligentny czytelnik. To wszystko.

    Ciekawe, co Pan mówi o malarstwie, ale czy ja wiem, czy mogę się z tym zgodzić? Abstrakcyjne malarstwo może być najwyższej klasy. Może być, podkreślam, bo rzadko bywa. Kuglarstwa w nim wiele, ale jak z literaturą, tak jest ze wszystkim. A pośród masy chłamu nagle pojawia się De Kooning albo Pollock. Czy to nie wystarczy? A że oni nikogo nie obchodzą? To też prawda.

    Jak Pan widzi, pozostaję elitarystą bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Jedyne, co mnie w tym martwi, to przejęcie terminu “elita” przez miałkich lewaków z ich pojęciami “elit kierowniczych” lub “opiniotwórczych” – tfu! Co za koszmar! Otwarcie pragnąć tworzyć opinie innych, którzy sami nie potrafią sformułować, co myślą, więc muszą przyjąć opinie cudze. I jak takie pseudo-opinie mogą mieć jaakiekolwiek znaczenie?

  5. Jacek

    Panie Michale,

    Skupianie się na jednostkach i ignorowanie mas, to jest jakaś metoda. Oczywiście, że Dostojewski pozostanie w pamięci, dzięki jakości swojego pisarstwa, a wypociny, o których Pan wspomina, zginą w pomroce dziejów. Zastanawiam się tylko, czy literatura, a właściwie jej odbiorcy, staną się rodzajem intelektualnego getta, tyleż elitarnego ( w pierwotnym tego słowa znaczeniu), co nielicznego. Ale może tak było zawsze, jak Pan pisze i ekspansja nowych technologii niczego tu nie zmieni…

  6. michał

    Panie Jacku,

    Czy nazwałby Pan czytelników Dantego we Florencji w XIV wieku, gettem? A czytelników Beniowskiego w XIX-wiecznej Polsce? Czy to było getto? Mickiewicz może i pragnął dożyć tej pociechy, by jego księgi zbłądziły pod strzechy, ale czy nie trafniejsza jest myśl Witkacego? Nie sądził, by jego utwory dotarły pod strzechy, bo już żadnych strzech nie będzie – nie będzie z tego żadnej uciechy i tylko gówno równomiernie rozpełznie się wszędzie. No, i rozpełzło się. A książki dotarły do prlowskich blokowisk, gdzie pozostały radośnie nie czytane, ale czy ci nieliczni, którzy czytali w prlu Witkacego, gdy wybuchła nagle na niego moda w latach 70., stali się rodzajem intelektualnego getta?

    To nie jest retoryczne pytanie. Ja autentycznie nie wiem. Może to i było swoiste getto.

    Ale przyszła mi do głowy taka rzecz. Historia jest w takim samym pohańbieniu, jak literatura. W kraju, w którym mieszkam, jeszcze 50 lat temu, uczono dzieci o mowie króla Henryka pod Agincourt albo o ostatnich słowach Nelsona. Dzisiaj uczy się ich, że Imperium Brytyjskie było skazą na dziejach świata. A zatem chłopcy i dziewczęta, którzy znali na pamięć słowa Nelsona, stworzyli świat, w którym żyjemy. Innymi słowy, jakie to ma w końcu znaczenie?

    Osobiście, wolałbym, żeby uczono w szkołach prawdziwej historii i najlepszej literatury, ale ten jeden inteligentny czytelnik, o którego nam chodzi, dotrze do prawdy niezależnie od tego, jakiej propagandy będą go uczyć w szkole.

    Żeby nie być gołosłownym. Przeczytałem “Kontrę” niejakiego Józefa Mackiewicza, na samym początku stanu wojennego i wydało mi się to grafomanią. A mając lat kilkanaście, miałem lewicowe poglądy. Nadal utrzymuję, że nie ma w tym nic złego. ale byłoby w tym coś złego, gdybym krytycznie pozostał przy takich nonsensach.

    Natomiast co do nowych technologii…

  7. Jacek

    Panie Michale,

    Pisarze, o których Pan wspomina tworzyli w epokach, kiedy słowo pisane było sposobem komunikacji elit. Czytelnicy Słowackiego, czy Mickiewicza byli więc wtedy chyba bardziej elitą, niż gettem, bo ja wiem? Skoro umiejętność czytania i pisania była raczej rzadkością, to ci, którzy ją posiedli stanowili swego rodzaju awangardę, do której pozostali aspirowali. Tak mi się wydaje.

    Dziś słowo pisane, z wielu powodów, wśród których rewolucja cyfrowa odgrywa główną rolę, staje się przestarzałą formą komunikacji. Dzieje się tak chyba z czysto utylitarnych względów. Obrazem i dźwiękiem dużo łatwiej jest manipulować umysłami i szerzyć propagandę, niż książką, powieścią, wierszem, czy poematem. Ważnym czynnikiem jest tu też tempo zmian. To nie jest proces rozciągnięty na kilka pokoleń, to się wydarza w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Nośniki treści, narzędzia ich powielania, kopiowania, udostępniania, stają się ważniejsze, niż sama treść. O ile w ogóle można jeszcze mówić o jakiejś treści, bo jest to raczej szum informacyjny, z którego ciężko wyłowić jakiś rzeczowy przekaz. Nawet zakładając, że ktoś by się zdobył na wysiłek poszukiwań. Ten proces musi odcisnąć się jakoś na odbiorcy. Ja niestety nie mam odpowiednich kwalifikacji, żeby to precyzyjnie opisać, czy przewidzieć kierunki rozwoju (czy raczej degeneracji), ale same zmiany są widoczne nawet i dla mnie, amatora.

    Natomiast Pański przykład z „Kontrą” jest, mimo powyższego, krzepiący, bo dowodzi, że słowo pisane ma moc i może kształtować jednostki. Jestem autentycznie ciekaw, jak ten proces wypierania słowa obrazem i dźwiękiem się dalej potoczy. Czy literatura zostanie zepchnięta na boczny tor i stanie się skansenem, czy jednak się obroni?

  8. michał

    Drogi Panie Jacku,

    Mnie się wydaje, że autentyczna elita nigdy nie przeradza się w getto. Współczesne nam elity lewicowe (nie mam pojęcia dlaczego nazywane “liberalnymi”, bo są śmiertelnymi wrogami innych punktów widzenia) mają tyle pogardy dla “reszty”, dla “ludu”, czyli dla Pana i dla mnie, że być może przeradzają się w odcięte getta. Słyszę, że w prlu ludzie nienawidzą i gardzą tymi, którzy ośmielą się krytykować niunię. Tutaj dowodzą wciąż, że tylko ludzie niewykształceni głosowali za odejściem od niuni. Nie chcą rozmawiać z takimi ludźmi, chcą słyszeć tylko potwierdzenie swoich opinii – a więc getto…

    W lepszych czasach, ludzie komunikowali się na pismie: pisali listy, które czytamy dziś, jak najlepszą literaturę. Czy ktoś będzie w przyszłości czytał tweets albo txts? Ma pan oczywizda rację, że łatwiej się pisze txt niż list, łatwiej manipuluje na X niż artykułem w gazecie, łatwiej szerzy propagandę przez shit-face-book-czy-jak-mu-tam niż przez poemat – ale na ile ma to znaczenie? Sądzę, że ludzie będą nadal pisać wiersze i pisać powieści, bo to wyrasta z wewnętrznej potrzeby, a nie z zapotrzebowania społecznego. Ale ma Pan rację, że coraz mniej ludzi to czyta.

    Gdzie się z Panem nie zgadzam, choć może nie rozumiem, to że “nośniki treści, narzędzia ich powielania, kopiowania, udostępniania, stają się ważniejsze, niż sama treść”. Czy wp jest ważniejsze, niż to co Pan tu pisze? Czy chrlowski tiktok jest ważniejszy niż podane na nim krótkie video, jak Benavidez znokautował Yarde’a? Ale może Pana źle rozumiem.

    Mój ulubiony filozof twierdził, że historia zawsze toczy się szerokim, krwawym nurtem, ale obok tej rzeki potworności płynie krystalicznie czysty strumyczek ludzkiej myśli, godnej ludzkiej twórczości, i tym cieniutkim nurtem zawsze warto płynąć. Czy to jest boczny tor? Tak, prawdopodobnie. Ale o ileż ważniejszy od tej krwawej autostrady. Czy skansen? Hmm, do skansenu przychodzą “przelotnie zaciekawieni” turyści, którzy są mięsem armatnim dla terrorystów. Nie sądzi Pan?

  9. Jacek

    Panie Michale,

    Odnośnie nośników treści, miałem na myśli sztucznie kreowane przez tzw bigtech potrzeb i podsuwanie metod ich zaspokajania. Facebook i smartphone są tego zjawiska przykładem. Podsycanie chęci uczestniczenia w jakimś medium społecznościowym, nawet w przypadku, kiedy użytkownik nie ma nic w nim do powiedzenia, jest według mnie stawianiem na nośnik , ponad treścią. Umożliwianie półanalfabetom wypowiadania się na tik tokach, facebookach, itp., jest klasycznym przykładem przerostu formy nad treścią.

  10. michał

    Panie Jacku,

    Wyznaję, że moje stanowisko w tej sprawie jest prostsze, aż do punktu, w którym obawiam się, staje się prostackie. Internet w różnych swoich wcieleniach jest zaledwie narzędziem, jak młotek: można go użyć, by wbić gwóźdź, albo żeby zabić człowieka. A może inaczej: internet jest szerokim gościńcem, po którym można spacerować, ale którym także płynie ściek; można nim jechać wytworną karetą (np. wp, cha, cha) albo pędzić rakietą; podążać w ścisku autobusem, albo powolutku rozchwierutaną rykszą. To wszystko wehikuły i jako takie nie mają wartości – nie ceny, ale aksjologicznej wartości – są „moralnie neutralne”, jak by to powiedzieli ludzie z innego, lepszego świata, sprzed stu lat. Ale przedmiot przebywania na tym gościńcu, powód, dla którego się tu znaleźliśmy, już nie jest neutralny. Można chcieć się taplać w tym ścieku, można także pędzić na złamanie karku dla propagandowych zysków; można łżeć, by wcisnąć komuś buble; można wreszcie w ścisku podążać za innymi, jak stado baranów, tam, gdzie najwięcej klikają.

    Nie widzę w tym jednak rozróżnienia między formą a treścią. Forma propagandy może być wspaniała, wystarczy spojrzeć na bolszewickie filmy Eisensteina lub na nazistowskie filmy Leni Riefenstahl. Ale nie ma to przecież nic wspólnego z nośnikiem (czyli w ich wypadku z kinem), który pozostaje obojętny, neutralny, ambiwalentny. Wracając do mojego gościńca, można nim jechać w zbożnych celach, więc nie zamykajmy ruchu tylko dlatego, że jakiś nikczemnik używa go dla rozboju. Nie potępiajmy go w czambuł, ponieważ tym samym gościńcem płynie ściek.

    Zaczęliśmy od tego, czy literatura może przeżyć technologiczne nowości, a doszliśmy do analfabetów. Ale czy jest możliwe, żeby literatura była zagrożona beczeniem baranów? Jeśli analfabeta ma możliwość się wypowiedzieć, niech się wypowiada, co mnie do tego? A nuż powie coś ciekawego. Na razie jeszcze nie każą tego słuchać. A że ktoś tu podsyca chęć analfabety do wypowiedzenia się, to też jego prywatna sprawa.

    A teraz pytanie do Pana. Zostawmy na boku wp, jako dość nietypową przestrzeń. Udało mi się czytać na internecie znakomite artykuły i ciekawe, pouczające dyskusje. Dostęp do nich jest otwarty, ale sam ich poziom dyktuje niejaką elitarność takich poletek. Czy zaklasyfikowałby je Pan jako „getta”? Pisał Pan tu kiedyś o niebezpieczeństwie getta (https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2012/02/25/in-the-ghetto/). I rozgorzała wówczas dyskusja, głównie z nieodżałowanym Panem Andrzejem – Panie świeć nad jego duszą. Była to chyba dyskusja “elitarna”, nie zainteresowała wtedy szerszych kręgów i nie zaciekawi w przyszłości. Ale czy to jest getto?

    Po raz któryś podkreślę, że to nie są pytania retoryczne. Czekam Pańskiej odpowiedzi. – Jak wyroku…

  11. Jacek

    Panie Michale,

    Ale wyciągnął Pan znalezisko…

    Grupy, czy środowiska, o których Pan pisze, są według mnie, czymś w rodzaju enklawy, wśród internetowego, masowego ścieku. Zastanawiam się, czy jest to jakieś wyjątkowe zjawisko, wykreowane w dobie cyfrowej, czy raczej stanowi pewien standard, typową sytuację w każdej ludzkiej populacji, a Internet tylko wyostrzył, uwypuklił jej obraz. Pewnie zawsze tak było, że jednostki o pewnych, nietypowych, rzadkich cechach, umiejętnościach, zainteresowaniach, skupiają się wokół siebie, w pewnym stopniu zamykając się we własnym kręgu. Jeśli treści, jakie między sobą wymieniają, obyczaje, wytwory rąk, lub umysłów, są dostępne dla osób postronnych, to tworzy się w ten sposób taka właśnie enklawa, o, siłą rzeczy, elitarnym charakterze. Ale otwartość, ogólna dostępność generowanych przez nią treści może wpływać i najprawdopodobniej jakoś wpływa na świat wobec niej zewnętrzny. Getto powstaje chyba wtedy, kiedy taka społeczność izoluje się, bądź jest izolowana od świata zewnętrznego i żadne treści nie wydostają się poza tę grupę osób.

    Obawy, dotyczące środowiska WP, które wyrażałem pisząc przypomniany przez Pana artykuł się nie sprawdziły. Treści tutaj publikowane są ogólnie dostępne i zapewne jakoś oddziałują na świat zewnętrzny, chociaż ten wpływ nie jest widoczny na pierwszy rzut oka. Nie można tu więc mówić o getcie.

    Samo zjawisko tworzenia się takich enklaw, środowisk ludzi poświęcających czas i energię jakiejś dziedzinie życia, jest czymś zupełnie naturalnym i często jest swoistym generatorem niezwykłych, unikalnych dzieł ludzkiego umysłu.

    Internet jest oczywiście tylko narzędziem, dającym nowe możliwości, ale podział rynku pomiędzy dwóch, trzech wielkich graczy w tej branży, powoduje, że dawny Internet, sprzed piętnastu, dwudziestu lat, który był symbolem wolności słowa, już praktycznie nie istnieje. W przypadku WP to zjawisko jest może mniej istotne, ale są witryny, które big tech zabija. A taki facebook, czy youtube na przykład, jest skutecznym narzędziem cenzury, co w zasadzie uniemożliwia wolną wymianę myśli.

    Ale to temat na inną dyskusję.

  12. michał

    Ach, zaraz znalezisko!… To jest tutaj, u nas, nasze. To nie było w innej epoce, ale całkiem niedawno.

    Nie chodziło mi jednak wcale o wp, przynajmniej początkowo, bo jak mówiłem wcześniej, to jest chyba wyjątkowy wypadek. Czy wp przeżyje, to jest zupełnie inna historia. Moje pytanie dotyczyło tej cechy odcięcia, o której tak trafnie Pan napisał: elitarność siłą rzeczy, a nie jako cel. Enklawa kojarzy mi się dobrze, na przykład z zatoką i przystanią, schronieniem, ostoją, zaciszem, może nawet schronem. Każde z tych pojęć zawiera wprawdzie w sobie element odgrodzenia się, ale nie ma negatywnych konotacji getta.

    Nie pamiętam już teraz, czy to Pan, czy ktoś inny (może p. Gniewoj) użył w jakiejś dyskusji słowa “skansen”… Tu znowu konotacje są wieloznaczne, ale ciekawe. Być może będą nas kiedyś pokazywać jako ciekawostkę, że tak kiedyś myślano, i będą się ludzie dziwować, jak to w skansenie.

    Może jeszcze lepiej, powinniśmy się stać rezerwatem. Tylko że w rezerwatach, eksponaty na ogół pozostawione są same sobie, żyją wedle swoich praw i robią, co chcą – prawie.

    Jeżeli o mnie chodzi, to coraz chętniej znalazłbym się w takim reakcyjnym rezerwacie.

Comment



Wydawnictwo Podziemne