Dziecko w szkole uczy się fałszowanej historii od Piasta do równie sfałszowanego Września i dowie się, że obrońcą Warszawy był nie jakiś tam Starzyński, ale komunista Buczek, który wyłamał kraty „polskiego faszystowskiego” więzienia, by na czele ludu stolicy stanąć do walki z najeźdźcą. – Tak w roku 1952 Barbara Toporska opisywała ówczesny etap bolszewizacji Polski. Przyjmijmy, na potrzeby niniejszej ankiety, że był to opis pierwszego etapu bolszewizacji, klasycznego w swoim prostolinijnym zakłamaniu. Kolejny etap nastąpił szybko, zaledwie kilka lat później, gdy – posługując się przykładem przytoczonym przez Barbarę Toporską – w kontekście obrony Warszawy wymieniano już nie tylko komunistę Buczka, ale także prezydenta Starzyńskiego (i to z największymi, bolszewickimi honorami). Przyszedł w końcu także moment, gdy komunista Buczek albo znikł z kart historii, albo też przestał być przedstawiany w najlepszym świetle – jeszcze jeden, mocno odmieniony okres. Mamy tu zatem dynamiczne zjawisko bolszewizmu i szereg nasuwających się pytań. Ograniczmy się do najistotniejszych, opartych na tezie, że powyższe trzy etapy bolszewizacji rzeczywiście miały i mają miejsce: 1. Wedle „realistycznej” interpretacji historii najnowszej utarło się sądzić, że owe trzy etapy bolszewickiej strategii są w rzeczywistości nacechowane nieustającym oddawaniem politycznego pola przez bolszewików. Zgodnie z taką wykładnią, historię bolszewizmu można podzielić na zasadnicze okresy: klasyczny, ewoluujący, upadły. Na czym polega błąd takiego rozumowania? 2. Jak rozumieć kolejno następujące po sobie okresy? Jako etapy bolszewizacji? Jako zmiany wynikające z przyjętej strategii, czy ze zmiennej sytuacji ideowej i politycznej, czy może trzeba wziąć pod uwagę inne jeszcze, niewymienione tu czynniki? 3. Trzy etapy i co dalej? Czy trzecia faza spełnia wszystkie ideowe cele bolszewizmu, czy wręcz przeciwnie – jest od realizacji tych celów odległa? Czy należy spodziewać się powrotu do któregoś z wcześniejszych etapów, a może spektakularnego etapu czwartego lub kolejnych? Zapraszamy do udziału w naszej Ankiecie. |
Dorobek pisarzy i publicystów mierzy się nie tyle ilością zapisanych arkuszy papieru, wielkością osiąganych nakładów, popularnością wśród współczesnych czy potomnych, poklaskiem i zaszczytami, doznawanymi za życia, ale wpływem jaki wywierali lub wywierają na życie i myślenie swoich czytelników. Wydaje się, że twórczość Józefa Mackiewicza, jak żadna inna, nadaje się do uzasadnienia powyższego stwierdzenia. Stąd pomysł, aby kolejną ankietę Wydawnictwa poświęcić zagadnieniu wpływu i znaczenia twórczości tego pisarza. Chcielibyśmy zadać Państwu następujące pytania: 1. W jakich okolicznościach zetknął się Pan/Pani po raz pierwszy z Józefem Mackiewiczem? 2. Czy w ocenie Pana/Pani twórczość publicystyczna i literacka Józefa Mackiewicza miały realny wpływ na myślenie i poczynania jemu współczesnych? Jeśli tak, w jakim kontekście, w jakim okresie? 3. Czy formułowane przez Mackiewicza poglądy okazują się przydatne w zestawieniu z rzeczywistością polityczną nam współczesną, czy też wypada uznać go za pisarza historycznego, w którego przesłaniu trudno doszukać się aktualnego wydźwięku? Serdecznie zapraszamy Państwa do udziału. |
1. W tak zwanej obiegowej opinii egzystuje pogląd, że w 1989 roku w Polsce zainicjowany został historyczny przewrót polityczny, którego skutki miały zadecydować o nowym kształcie sytuacji globalnej. Jest wiele dowodów na to, że nie tylko w prlu, ale także innych krajach bloku komunistycznego, ta rzekomo antykomunistyczna rewolta była dziełem sowieckich służb specjalnych i służyła długofalowym celom pierestrojki. W przypadku prlu następstwa tajnego porozumienia zawartego pomiędzy komunistyczną władzą, koncesjonowaną opozycją oraz hierarchią kościelną, trwają nieprzerwanie do dziś. Jaka jest Pana ocena skutków rewolucji w Europie Wschodniej? Czy uprawniony jest pogląd, że w wyniku ówczesnych wydarzeń oraz ich następstw, wschodnia część Europy wywalczyła wolność? 2. Nie sposób w tym kontekście pominąć incydentu, który miał miejsce w sierpniu 1991 roku w Moskwie. Czy, biorąc pod uwagę ówczesne wydarzenia, kolejne rządy Jelcyna i Putina można nazwać polityczną kontynuacją sowieckiego bolszewizmu, czy należy raczej mówić o procesie demokratyzacji? W jaki sposób zmiany w Sowietach wpływają na ocenę współczesnej polityki międzynarodowej? 3. Czy wobec rewolucyjnych nastrojów panujących obecnie na kontynencie południowoamerykańskim należy mówić o zjawisku odradzania się ideologii marksistowskiej, czy jest to raczej rozwój i kontynuacja starych trendów, od dziesięcioleci obecnych na tym kontynencie? Czy mamy do czynienia z realizacją starej idei konwergencji, łączenia dwóch zantagonizowanych systemów, kapitalizmu i socjalizmu, w jeden nowy model funkcjonowania państwa i społeczeństwa, czy może ze zjawiskiem o zupełnie odmiennym charakterze? 4. Jakie będą konsekwencje rozwoju gospodarczego i wojskowego komunistycznych Chin? 5. Już wkrótce będzie miała miejsce 90 rocznica rewolucji bolszewickiej w Rosji. Niezależnie od oceny wpływu tamtych wydarzeń na losy świata w XX wieku, funkcjonują przynajmniej dwa przeciwstawne poglądy na temat idei bolszewickiej, jej teraźniejszości i przyszłości. Pierwszy z nich, zdecydowanie bardziej rozpowszechniony, stwierdza, że komunizm to przeżytek, zepchnięty do lamusa historii. Drugi stara się udowodnić, że rola komunizmu jako ideologii i jako praktyki politycznej jeszcze się nie zakończyła. Który z tych poglądów jest bardziej uprawniony? 6. Najwybitniejszy polski antykomunista, Józef Mackiewicz, pisał w 1962 roku: Wielka jest zdolność rezygnacji i przystosowania do warunków, właściwa naturze ludzkiej. Ale żaden realizm nie powinien pozbawiać ludzi poczucia wyobraźni, gdyż przestanie być realizmem. Porównanie zaś obyczajów świata z roku 1912 z obyczajami dziś, daje nam dopiero niejaką możność, choć oczywiście nie w zarysach konkretnych, wyobrazić sobie do jakiego układu rzeczy ludzie będą mogli być jeszcze zmuszeni 'rozsądnie' się przystosować, w roku 2012! Jaki jest Pana punkt widzenia na tak postawioną kwestię? Jaki kształt przybierze świat w roku 2012? |
Jacek Szczyrba ![]() |
| Czerwoni na szóstej! Wydanie II
Wydanie zawiera fragmenty Dzienników George’a Racey’a Jordana. |
Jacek Szczyrba ![]() |
| Punkt Langrange`a. Powieść. |
H![]() |
| 1946. Powieść. |
Chyba nie tylko ja mam odczucie, że żyję w świecie definitywnie orwellowskim. Otacza mnie całkowicie i próbuje wciągać coraz głębiej bagno “dwójmyślenia”. W “nowym wspaniałym” peerelu jest ono już zupełnie płynne, praktycznie bez kawałka suchej ziemi, której można by się chwycić aby się bronić przed tym wciąganiem.
Pomimo, że tenże peerel jest prawną, instytucjonalną i zdecydowanej mierze personalną kontynuacją komunistycznego tworu istniejącego od 75. lat, nie ma już praktycznie nikogo (poza bolszewikami), kto by ten fakt zauważył i wyciągnął z niego wnioski. Ale, może jednak Ścios i jemu podobni ten fakt dostrzegli skoro “zostało udowodnione przez historyków i politologów, że operacja transformacji ustrojowej została przeprowadzona przez KGB i podległe mu bezpieki w demoludach.”? Skoro sami są historykami i politologami? Tyle, że wnioski, które z tego faktu wyciągają są zupełnie inne od moich?
Czynne zaangażowanie się w tak spreparowaną bolszewicką mega-“grę operacyjną” (owe “nowe kłamstwa w miejsce starych”) jasno dowodzi, że ten kto tak postąpił uznał tę dezinformację i prowokację za tzw. dobrą monetę i do czego postanowił się dostosować. Tak więc uczestniczą w peerelowskim “życiu politycznym”, są (wyłącznie) wewnątrzsystemową opozycją, czasem “rządzą” zaś powszechnie nawołują do udziału w “wyborach” (a nawet je dziś “kontrolują”). A co do tego, że jest to w sprzeczności z faktami mają dziś gotową formułę: “wszystko było zaplanowane, komuniści zwyciężyli ale im się nie udało bo komunizm upadł”. Czy to właśnie nie jest absurdalne i nierealne?
Moim zdaniem, tzw. sowiecka strategia to nic nowego. Bolszewicy stosują niezmiennie tę samą strategię od lat dostosowując ją do aktualnych warunków i potrzeb. Wykorzystują każdą słabość pozostałego poza ich panowaniem świata, wciskają się do jego środka, poszerzają zajęty obszar, rozkładają go od środka, opanowują ostatecznie. Jeśli trzeba zastosować środki militarne są na to gotowi ale przede wszystkim są im one potrzebne globalnie do zastraszenia przeciwnika. Stalin postępował tak samo jak dziś postępują jego następcy. Przede wszystkim, cierpliwie realizują swój “pokojowy” plan. Nie ryzykują wojną tam gdzie nie muszą tego robić.
“Pomimo, że tenże peerel jest prawną, instytucjonalną i zdecydowanej mierze personalną kontynuacją komunistycznego tworu istniejącego od 75. lat,…” – Drogi Andrzeju, nie poganiaj historii, przecież nasz drogi peerel nominalnie jutro kończy dopiero 71 lat! (Pamiętam doskonale z dzieciństwa okładkę lipcowego numeru z 1969 roku takiego miesięcznika pn “Magazyn Polski”, gdzie w tanecznym podskoku była ukazana młoda dziewczyna o sylwetce Twiggi w miniówce z podpisem: “Mam 25 lat!”) Czasami wydaje mi się ze ten cały pic z obaleniem komunizmu potrzebny był tylko ze względów wizerunkowych, no bo jakby się prezentowała dziarska 70-cio latka w personifikacji “naszej młodej demokracji”???
“Nie tylko, że wszystko umiera, ale prawie wszystko rodzi się martwe.” (NGD) – to jest podstawowy problemem naszej umierającej cywilizacji,a bolszewizm zastępuje nam współcześnie barbarzyńców – ale to nie jest dobra alternatywa… (jak to powiedział Kawafis?; “(…) Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz?Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.”)
Jak to onegdaj zauważył Pan Michał, nikt nie wygra ze zdeterminowaną Ameryką – tylko co z tego? Komuchy pracowicie osaczają ten świat sprytnie unikając wojny.
Mea culpa, Drogi Amalryku. Ale na swoje usprawiedliwienie owego rozpędu dziejowego mogę dodać fazę włażenia bolszewikom wprost pod nożyce, począwszy od słynnego “nie walczyć!” – reszta zaś tego “sezonu na bolszewika” to już “nie trzeba głośno mówić”.
Ja myślę, że bolszewizm zastępuje nam współcześnie religię i moralność (barbarzyńskimi). Albo pod jego “opiekę” albo pod ziemię. To jest odpowiedź na pytanie “cóż poczniemy teraz?” Takie to nadeszły czasy.
Dziś Ameryka robi to co myśmy kiedyś zrobili – sama się bolszewikom podaje na tacy.
Szanowni Panowie,
To wszystko pięknie, i barbarzyńcy, i Amierikańcy, ale jak Panowie widzą koncepcję Panajaszczurową?
Wszak opisał istniejący stan rzeczywisty. A to, że te udające państwa neobolszewickie twory, z “naszym” wszawym peerelem są na Zachodzie postrzegane (mam płonna nadzieją że może nie powszechnie) jako normalne ? Ba! Toż skoro do normalności zostały awansowane Chiny Ludowe a i aplikuje kastrowska Kuba, to wnet się okaże, że z bolszewii pozostało nam tylko to leprozorium osobliwego klanu Kim’ów…
Ewentualną nadzieję na przebudzenie Ameryki można upatrywać w dalszym rozpychaniu się Chin po ich dotychczasowych strefach wpływu. A to czy właściwie identyfikują źródło zagrożenia, gdy już dojdzie do wojny, to pal sześć – byle do niej doszło.
Sowieciarze pod świetlanym przywództwem kagiebisty czujnie pilnują swego stanu posiadania; jak zauważył Pan Michał : ” Tradycyjnie ważne dla rosyjskiej (carskiej) polityki imperialnej strefy: Inflantów i Kurlandii, Besarabii i Morza Czarnego oraz Kaukazu, Putin kontroluje w zupełności, ale co ważniejsze, sprawia wrażenie, jak gdyby ich nie kontrolował.” Śmiem twierdzić iż peerel też im się z uwięzi nie urwał.
A czy możliwa jest kłótnia w bolszewickiej rodzince ? Jak najbardziej! Wszak historia zna takie przypadki, vide burzliwy romans Hitler-Stalin. Kto wie czy sowieciarze nie wystawiliby do wiatru maoistów gdyby doszło co do czego z USA…
Gratuluję artykułu Panu Jaszczurowi.
Nie nazwałbym wszakże Ściosa publicystą antykomunistycznym ponieważ w jego tekstach, pomimo wyrażanych nieraz antykomunistycznych haseł, przeważają hasła “realnego patriotyzmu”. Pan Michał dobrze to opisał we wspomnianym na początku tekstu artykule. Jak bowiem interpretować hasło obalenia systemu, poprzez uczestnictwo w jego instytucjach? Tylko jako (mniej lub bardziej radykalny) rewizjonizm. Coś na sposób Kisiela zasiadającego w peerelowskim “sejmie”.
Dla mnie antykomunizm to światopogląd kontrrewolucjonisty (pozwolę sobie polecić Ci Jaszczurze tę książkę), zaś opisaną postawę Mackiewicz określał jako polrealizm.
Lecz to tylko moja uwaga na marginesie 😉
Wydaje mi się Jasczczurze, że dobrze opisałeś zakres stosowanych przez bolszewików środków. Słusznie zwróciłeś uwagę, na osuwanie się Kościoła w stronę już nie tylko akceptacji lecz (mam takie wrażenie) przyswajania bolszewizmu. To zdjęciejest znamienne dla naszych czasów.
Odnośnie Ukrainy to moim zdaniem nie powinniśmy ignorować tego, że skoro “Rosja” pozostaje sowiecka to tak samo jest z “Ukrainą”. Jakie są bowiem argumenty za tym, że tak nie jest? Majdańska rewolucja która wynosi do władzy nowych-starych czerwonych “oligarchów”? Tymczasem jest to ciągłość pod każdym niemal względem, tak samo jak tutaj w peerelu a nawet w znacznie większej skali. Nie wydaje mi się, aby dobór aktorów na tej scenie odbył się poza kontrolą bolszewików, którzy swego czasu, w równym stopniu zawładnęli Ukrainą co i Rosją (a także Polską).
Szanowni Panowie,
Pan Amalryk ma z pewnością rację, że kłótnie wśród bandytów są zawsze możliwe. Trzeba jednak moralnej siły, by z takich kłótni skorzystać. Takiej moralnej odwagi zabrakło podczas awantury Hitlera ze Stalinem i obawiam się, że kaliber polityków dziś jest mniejszy niż polityków ówczesnych. Nie ma ani wielkich osobowości, ani fundamentalnej gotowości do walki.
A jednak rację mają także Jezuici, gdy mówią: rób, co powinieneś – będzie, co może.
Bardzo się cieszę, że podobała się p. Andrzejowi niedoceniona książka Goćkowskiego.
A Ukraina? “Wina, wina, wina, wina dajcie!…” Ja też myślę, że to bardziej “Ukraina” niż zielona Ukraina, gdzie “jak umrę, pochowajcie”.
Gotowości do walki może i nie ma ale niebawem i nie będzie wyboru, gdy spadkobiercy przewodniczącego Mao zabiorą się za pierwszy łańcuch niezatapialnych lotniskowców USA… Na razie robią to ekonomicznie oferując tu i tam swoje pieniądze.
Na Ukrainę szkoda marnować powietrza, śmierdzi tu klasyką bolszewickiej prowokacji na milę.
Ale wydaje się że nadchodzą ciekawe czasy…
W takim razie chyba nie mogę się z Panem zgodzić. Gotowość do walki jest stanem, który musi logicznie wyprzedzać istnienie wyboru w tej kwestii. Innymi słowy, czy w tej chwili jest jakiś wybór? Nie ma! Ale nie ma także podstawowej woli. A zatem nawet gdyby jakimś cudem taki wybór się pojawił, to nadal nikt nie podjąłby walki.
Moim zdaniem zawsze jest jakiś wybór. Amerykanie wybierają jak dotychczas wygodę i spokój podobnie jak zdecydowana większość ludzi, o ile nie zostaną bezpośrednio zaatakowani. Porzucenie woli walki lub woli oporu jest zwykle świadome i skalkulowane. Walka to tylko konsekwencja.
Panu Amalrykowi chodzi chyba raczej o to, że Amerykanie mając do wyboru opcję “pokoju” z bolszewikami i opcję walki lub oporu wobec nich zawsze wybierają to pierwsze o ile nie zostaną wprost przekonani do wybrania drugiej przez bezpośredni atak na nich (wolą atakującego).
ps. Oczywiście była Korea i był Wietnam. Ale jaki był, szczególnie wobec tego drugiego wyboru, opór! Aktualnie, chyba rzeczywiście nie znalazłby się w praktyce nikt kto podjąłby walkę. Ale moze to zbyt pesymistyczne stwierdzenie? Nie znam dobrze Ameryki i poznałem w życiu tylko paru Amerykanów (skądinąd bardzo ich polubiłem za otwartość wobec innego człowieka, niezależnie od tego jakiej jest narodowości).
ps2. Acha, jeszcze “cold war” i Grenada. Raczej nie była to stawka na pokonanie wroga. Raczej na status quo we własnych interesach, przy jednoczesnym uznaniu jego prawa do istnienia.
Może raczej jednak to właśnie wola podjęcia walki (dziękuję Andrzeju) poprzedza możliwość wyboru, a gotowość jest tu sprawą drugorzędną. Polska w ’39r. nie posiadała żadnej gotowości (bez skutecznej obrony plot i ppac ze swoimi 40 dyw. piechoty) do podjęcia walki manewrowej z najnowocześniejszą armią ówczesnego świata, a jednak ją podjęła.
Nie znam szczegółowych planów Pentagonu, ale wiem, że przeprofilowanie armii, która ostatnio prowadziła tylko szybkie operacje powietrzno-lądowe (Irak, Afganistan etc) do wymogów wojny powietrzno-morskiej (jaka zapowiada się przy konfrontacji z Chinami) wymaga czasu.
W hipotetycznym konflikcie najprawdopodobniej Amerykanie będą dążyć do zniszczenia lotnictwa operacyjnego Chin wykorzystując swą niekwestionowaną przewagę w tym rodzaju wojsk (sprzęt, wyszkolenie )po czem będą starali się doprowadzić do wojny na wyczerpanie poprzez całkowite zablokowanie transportu morskiego (znów kolosalna przewaga w broni podwodnej). No i bez Japonii tego się zrobić nie da. (Aby uniknąć krachu gospodarczego w wypadku takiego konfliktu Chiny chcą budować ów “nowy szlak jedwabny”, jak sądzę.)
Szanowni Panowie,
Wybór jest zawsze, oczywiście że tak. Tak, ale powinienem może uściślić pojęcie „gotowości do walki”. Nie chodzi mi wcale o chwytanie za broń, ani nawet o „obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni”. Nie idzie także o stan gotowości bojowej. Chodzi raczej o pewien stan psychiczny, o moralną postawę, która na przykład wyrażała się w odmowie pracy w łagrach. Starocerkiewni (ale nie tylko) więźniowie Stalina odmawiali pracować na rzecz sowieckiego szatana. Choć biernie poddawali się torturom i egzekucji, była to właśnie gotowość do walki.
Taka postawa moralna może zaowocować walką, oporem i pokonaniem wroga. Postawa kompromisu z diabłem może doprowadzić wyłącznie do piekła. Obrona wobec napastnika jest na pewno lepsza niż bierne oddanie mu się „w imię pokoju i demokracji”, ale Ameryka nie zawsze jest gotowa do obrony. Na marginesie, Panie Andrzeju, zarówno Wietnam jak i Korea, wydają mi się raczej należeć do typu reakcji na bolszewicką agresję. Natomiast zimna wojna jest przereklamowana. W szczytowym jej nasileniu, Józef Mackiewicz udzielał zeznań przed Komisją Senacką badającą zbrodnię katyńską, wstydliwie ukrytą w pokoju hotelowym. Nawet wówczas trudno było przekonać „Zachód” co do zbrodniczości wielkiego sojusznika demokracji.
Panie Amalryku, proszę mi wyjaśnić różnicę między gotowością do walki w sensie moralnym i wolą walki. Nie twierdzę wcale, że to jedno i to samo, ale nie jestem pewien, gdzie leży różnica. „Gotowość” w sensie wojskowym, to zupełnie co innego. Krasnoarmiejcy byli gotowi do walki 22 czerwca 1941 roku, ale brakło im moralnej gotowości. (To zresztą bardzo zły przykład, który tylko ironizuje trudne rozróżnienie, więc proszę to zignorować.)
Drogi Panie Michale,
Korea i Wietnam bez wątpienia stanowiły reakcję na ragresję bolszewicką. W tym sensie o tym wspomniałem. Tylko chodziło mi o to że wywołało to wielki opór w USA, którego powszechnie znana skala w przypadku obrony Wietnamu była na tyle wielka (ta kwestia jest wiecznie żywa), że cała operacja skończyła się wielkim fiaskiem politycznym. Całe Indochiny wpadły w bolszewickie łapska, zaś ludobójstwo w Kambodży oraz smutny los Hmongów, który swego czasu opisał tu bardzo interesująco Pan Dariusz stanowią wymowne podsumowanie tego co się wydarzyło. Odnośnie Korei to skończyło się to tylko połowicznym sukcesem, głownie “dzięki” postawie Trummana. Eisenhower który wygrał kolejne wybory wystartował w nich z kampanią pod hasłem zakończenia tej wojny. Tak bardzo było ono nośne.
Mnie jednak nie chodzi o gotowość w tym sensie, że należałoby być zawsze gotowym do walki (obojętnie jakiej) lecz zawsze gotowym do przyjęcia takiej postawy moralnej która sprzeciwia się próbom zniewolenia świata. O gotowość do walki w słusznej sprawie. Tę słuszność określa powszechnie (jeszcze) nabyta moralność. W naszym przypadku, chrześcijańska.
ps. Naturalnie chodziło mi o prezydenta Trumana. Przepraszam za błąd (klawiaturowy)
Proszę wybaczyć, Panie Andrzeju, zrozumiałem, że mówił Pan coś takiego: Amerykanie na ogół wybierają opcję pokoju z bolszewzimem “o ile nie zostaną wprost przekonani do wybrania drugiej [opcji] przez bezpośredni atak na nich”, a oprócz tego były jeszcze Korea i Wietnam.
Tak, gotowość jest moralną postawą.
Chmm…Gotowość wydaje się być pojęciem zakresowo szerszym niż wola, tzn obejmującym wolę – trudno mówić o jakiejkolwiek gotowości do walki gdy się jej w ogóle nie ma zamiaru podjąć.
A czy Amerykanie, nie zaatakowani bezpośrednio, podejmą walkę z gwałtowną ekspansją maoistowskich Chin? Chcąc zachować pozycję światowego lidera będą musieli – tylko bez powszechnej akceptacji tego chyba u nich się zrobić nie da.
Przepraszam za niezbyt jasne wyrażanie swoich poglądów Panie Michale. Ma Pan prawo je interpretować inaczej niż ja myślę. Nie pierwszy raz mi się to zdarza, obiecuję że będę się starał poprawić jasność wypowiadania się.
Moim zdaniem Amalryku, o ile możliwa jest sytuacja, gdy ktoś jest gotowy do ataku lecz woli nie atakować (bo np. skuteczna jest strategia “pokojowa” – vide bolszewicy) to sytuacja gdy ktoś jest gotowy do obrony lecz woli się nie bronić jest raczej dziwna (nie mam tu na myśli ZSRR w 1941r bo w tym przypadku bolszewicy chcieli się bronić ale ich poddani już nie więc te decyzje były rozłączne). Rozróżnienie pomiędzy gotowością i wolą jest zatem albo istotne albo może być dokonywane “na siłę”.
Ja sam miałem na myśli właśnie kwestię gotowości do obrony i woli obrony które to pojęcia wydają mi się, w tym kontekście, wzajemnie wynikać jedno z drugiego. Możliwe, że jednak się mylę wobec czego proszę o jakiś przykład który mnie przekona że błądzę.
Szanowni Panowie Andrzeju i Amalryku,
To ja dziękuję, że mój tekst zainicjował tak merytoryczną dyskusję. A teraz do “adremu”.
Amalryku, piszesz: “Ewentualną nadzieję na przebudzenie Ameryki można upatrywać w dalszym rozpychaniu się Chin po ich dotychczasowych strefach wpływu. A to czy właściwie identyfikują źródło zagrożenia, gdy już dojdzie do wojny, to pal sześć – byle do niej doszło.”
Z tym się w pełni zgadzam. Ale czy nie dzieje się tak już teraz? Na sowieckie działania na Ukrainie USA reagują tak, jakby właśnie mieli się bronić (i to mimo sprawoawania urzędu prezydenta przez murzyńskiego islamo-bolszewika) przed atakiem Rosji Sowieckiej na pełną skalę na Europę Zachodnią czy nawet kontynentalne USA. I czy nie jest tak, że taka właśnie polityka nie jest niejako funkcją polityki amerykańskiej wobec ChRL? Może zrozumieli, że Moskwa i Pekin działają w jednej drużynie, a polityka “różniczkowania”, czyli próba wprzęgnięcia Moskwy w walkę z “żółtym zagrożeniem” nie ma sensu?
I tu przejdźmy do kolejnej Twojej tezy: “A czy możliwa jest kłótnia w bolszewickiej rodzince ? Jak najbardziej! Wszak historia zna takie przypadki, vide burzliwy romans Hitler-Stalin. Kto wie czy sowieciarze nie wystawiliby do wiatru maoistów gdyby doszło co do czego z USA…”
Ja uważam również, że jak najbardziej, jest możliwa. Ale prędzej doczekamy się kłótni pomiędzy sowieciarzami a islamo-bolszewikami z Dawla al Islamija. Kalifat, być może do spółki z Saudami i Turkami, zechce uczynić z bezbożnej sowdepii Dar as Salam. Tym bardziej, że już 20% stanu osobowego armii czerwonej to muzułmanie…
Poza tym sojuszu czekistów z maoistami nie ma co porównywać do toksycznego romansu Hitlera ze Stalinem.
Po pierwsze, Hitler był nie tylko “bolszewikiem niedoskonałym” opętanym ideologią rasistowską, ale był też po prostu wariatem, stawiającym sobie niemożliwe do osiągnięcia cele. Poza tym, celem Stalina był marsz na Europę, a Hitlera – Drang nach Osten, a sojusz był rodzajem klinczu.
Po drugie, relacje sino-sowieckie są już na tyle rozbudowane, że można mówić właściwie o jednym, eurazjatyckim superpaństwie. Jeżeli ktokolwiek zechciałby chociaż “wypiąć się” na drugą stronę sojuszu, to nawet i to mogłoby zagrozić i reżymowi moskiewskiemu i pekińskiemu. Nie mówiąc już o tym, że nie ma pomiędzy Rosją Sowiecką a Wielkim CZerwonym Kitajem żadnego potencjału konfliktu. Zarówno jeśli chodzi o geopolitykę (Syberia strefą buforową, chińskie kolonie w Afryce itd.), jak i interesy pozostałe.
Możliwe jest natomiast, że w przypadku rozpętania wojny na Pacyfiku Zachodnim, Moskwa będzie wspierać ChRL, zachowując pozory neutralności…
Andrzeju,
Jeśli chodzi o Ukrainę, to z perspektywy czasu uważam, że Moskwa realizuje tam “plan B”. Nie udało się stłumienie Majdanu ani interwencja zewnętrzna – głównie ze względu na próżność Janukowycza, który wolał nawet zostawić złote sracze i własne akty, nie podejmowac twardych, czekistowskich decyzji i zrejterować do ojczyzny proletariatu.
Dlatego, w pewnym momencie sowieciarze zdecydowali, że po prostu podłączą się pod Majdan, a sednem planu z jednej strony jest destabilizacja poprzez “rebelię” w Donbasie i Rusi Zakarpackiej, z drugiej – jak piszesz – dalsze trwanie oligarchicznych uwikłań… Ale tam przynajmniej, ochotnicze bataliony ukraińskie realnie walczą z sowieckimi sołdatami…
Panie Amalryku,
Ja bym się zgodził, że gotowość jest pojęciem szerszym i niejako zawiera w sobie wolę walki, ale dlatego dokonałem mego uściślenia. Ale wola jako tako, jako władza duchowa człowieka, jest chyba uprzednia wobec gotowości. Obawiam się tylko, że to jest ślepa uliczka. Jestem więc gotów ustąpić z pola, choć nie brak mi woli by kontynuować spór.
Pytanie: czy Ameryce brak woli, czy gotowości, by walczyć?
Dlatego, w pewnym momencie sowieciarze zdecydowali, że po prostu podłączą się pod Majdan
Jaszczurze,
Bez wątpienia wiesz, z czego się Majdan wziął. A więc sprowokowali go nie kto inny jak sowieciarze (rozgrywką polityczną związaną z UE-b). Na pewno również znasz dobrze kulisy owych wydarzeń, np. fakt, że (jeszcze przed momentem szczytowym w lutym 2014) ilekroć te majdanowe protesty zamierały, tylekroć do akcji wkraczały specjalistyczne “służby”, po czym demonstracje natychmiast odżywały. Tak się działo aż do szczęśliwego końca. Ten schemat jest skądinąd dobrze znany z roku 1989, choćby z “aksamitnej rewolucji”.
Śmiem twierdzić, że obecnie ta taktyka stosowana jest w odniesieniu do Niuni Europejskiej (bardzo mi się podoba to określenie Pana Michała, stosuję je już na co dzień, trafne i świetnie brzmi). Ilekroć Niunia daje coś i myśli, że ma już z tym spokój tylekroć “konflikt” się zaostrza i wciągana jest weń ponownie. Tak jest i będzie aż do pożądanego skutku.
Wszystko to co się działo i to co się dzieje czyni, że jestem w dużej mierze sceptykiem i nie podzielam ogólnie głoszonych przekonań w kwestii autentyzmu całości wydarzeń ukraińskich.
Amalryk napisał na ten temat krótko i trafnie: śmierdzi tu klasyką bolszewickiej prowokacji na milę.. Zgadzam się z nim w tej kwestii.
Panie Michale!
Myślę że jednego i drugiego. Co innego wojny regionalne prowadzone na kształt operacji policyjnych, a co innego otwarty konflikt z mocarstwem (mocarstwami) atomowym… Ale sądzę, że to może się szybko zmienić gdy okaże się iż nie da się utrzymać mocarstwowej pozycji i dostatku swych obywateli samym się przyglądaniem.
Drogi Jaszczurze;
Nie sądzę aby potęga USA nadal zezwalał im na utrzymywanie najpotężniejszej marynarki i pierwszorzędnej armii lądowej a skoro Europa nie chce się bronic sama to pal ją sześć!
USA mają jeszcze ciągle sytuację komfortową. Na dobrą sprawę mogą się obyć bez reszty świata (dzięki gigantycznemu rynkowi wewnętrznemu); nie dość że wytwarzają trzecią część światowego PKB, to na dodatek udział handlu zagranicznego w jego strukturze to tylko ok 15% a w tym przeszło połowę stanowią obroty z trzema krajami: Kanadą, Meksykiem i Japonią. Ukryci za dwoma oceanami mogą śmiało prowadzić długotrwałą walkę na wyczerpanie.
Co innego maoistowskie Chiny, ich PKB w dwóch trzecich wisi na handlu zagranicznym, rynek wewnętrzny ubożuchny, wystarczy na parę miesięcy zablokować ich morskie szlaki handlowe i Kitajscy bolszewicy się zesrają…
Sowieci z maoistami nie mają żadnego potencjału do konfliktu ale sądzę że gdyby między tymi drugimi i USA doszło jednak do zbrojnego konfliktu, to nie będą ryzykować i zostawią chinoli na lodzie…
Panie Amalryku,
Wychodzi na to, że jest Pan optymistą. Jeśli Ameryka jest gotowa walczyć o “utrzymanie mocarstwowej pozycji i dostatku swych obywateli”, to jest pierwszym takim mocarstwem w historii. Im więcej dostatkiu tym mniejsza wola walki, czego Najjaśniejsza Rzeczpospolita jest doskonałym przykładem. Ale przykładów w historii było tysiące, od Sybarytów począwszy – nawet słowo “sybaryta” od nich pochodzi – przez Rzym i Persję, do Francji i Imperium Brytyjskiego.
Nikt nigdy nie walczy o utrzymanie pozycji mocarstwowej, bo wszyscy z czasem zaczynają wierzyć, że ta pozycja im się należy, jest im dana z Bożej Łaski, bo tacy są nadzwyczajni. A dobrobyt jest pochodną tego przekonania.
Amalryku,
USA mają co prawda sytuację komfortową, bo oddzieleni są od Eurazji dwoma oceanami. Ale oddanie czy to Europy, czy to “niezatapialnych lotniskowców” na Pacyfiku (Japonia, Korea Pd., Formoza, Mariany) pozbawi ich stref buforowych, oddzielających USA od eurazjatyckich mocarstw chcących opnaować region, a potem świat – Rosji/Sowietów, Chin/ChRL, Niemiec, świata islamu.
Ameryka jest skazana na polityczną i militarną obecność przynajmniej w “rimlandzie” – Europie Zachodniej i Azji Wschodniej. Inaczej Eurazja może zostać zdominowana przez wrogie jej mocarstwo kontynentalne/koncert mocarstw. A następstwem może być oblężenie i upadek USA. Inna sprawa, że może to być proces rozłożony na kilka dekad.
Amerykanie, owszem, mogą prowadzić długotrwałą wojnę na wyczerpanie. Ale kluczowym pytaniem jest jak długo, zważywszy choćby na rezultaty tzw. “wojny z terrorem”?
“Sowieci z maoistami nie mają żadnego potencjału do konfliktu ale sądzę że gdyby między tymi drugimi i USA doszło jednak do zbrojnego konfliktu, to nie będą ryzykować i zostawią chinoli na lodzie…”
Zacznijmy od celów, jakie stawiają sobie towarzysze z Centralnego Komitetu Wojskowego przy politbiurze KPChL. Chodzi o opanowanie wschodniego wybrzeża Azji Wschodniej (skądinąd, historycznej sinosfery) i uczynienia z Zachodniego Pacyfiku Mare nostrum, co dawałoby ChRL status światowego mocarstwa, zabezpieczenie morskich szlaków handlowych (lądowymi trasami W-Z są dla Pekinu Rosja Sowiecka i “-stany”) i możliwość dalszej konfrontacji z USA.
W takie sytuacji owszem, po co czekistom wcinać się między wódę a zagrychę? Oficjalnie mogą ogłosić neutralność i zostawić towarzyszy zza Amuru na lodzie, ale może to być postawa mieszcząca się w ramach dezinformacyjnego, sfingowanego “sino-soviet split”, a nawet mogą udzielać wsparcia nie wprost czy zakulisowo.
W “Następnej wojnie światowej”, w scenariuszu wojny ChRL+KRLD vs. USA, to we Władywostoku podpisywany jest rozejm pomiędzy walczącymi stronami…
P.S. Co powiesz o ostatnich enuncjacjach amerykańskich generałów? http://niezalezna.pl/69281-usa-zagrozone-rosyjskim-atomem-moskwa-jest-nieprzewidywalna-ostrzega-gen-milley
Szanowni Panowie,
Pozwolę sobie wtrącić się do dyskusji Panów na temat globalnej rozgrywki pomiędzy USA i bolszewikami. Oto dziś czytam w jednym i tym samym źródle informacji, że komunistyczne Chiny są głównym szpiegiem w gospodarce amerykańskiej. A także to, że sowieci zagrażają istnieniu (“existential” threat) USA. Wydawać by się mogło, że nareszcie coś dostrzegli i coś rozumieją. Lecz wyjaśnienie tych spraw jest takie samo jak zawsze. Otóż, wg tzw. kompetentnych osób z amerykańskich instytucji (FBI, szef dowództwa operacji specjalnych) bolszewicy chińscy robią tak tylko po to aby “zachować stopę wzrostu gospodarczego”, zaś sowieciarze chcą tylko “konkurować”.
Już nie wiem czy śmiać się czy płakać. Zakładanie, że przy tego typu rozpoznaniu celów i zamiarów przeciwnika można go pokonać wydaje mi się nieuzasadnionym optymizmem. Nawet pomimo przewagi militarnej w siłach morskich czy powietrznych.
ps. Przepraszam za podanie niewłaściwego linka (drugiego). Oto właściwy link
Otó to, Panie Andrzeju, przy takim rozpoznaniu wroga nie ma w ogóle mowy o walce. Nawet jeśli poszczególne jednostki rozpoznają zagrożenie, to są wówczas piętnowani mianem “jastrzębi” i natym kończy się ich kariera. Następcy będą ostrożniejsi.
Panie Michale;
Erozja “mocarstwowości” nie następuje nagle, ex nihilo; zwykle poprzedza ją cały szereg walk, konfliktów wewnętrznych czy wręcz wyniszczających wojen. Tak było z Sybaris, Rzymem i Rzeczpospolitą. Ameryka jeszcze nawet nie powąchała zapachu klęski, jedna spartolona ekspedycja karna w Wietnamie (a i tak Wietnam był na krawędzi kolapsu) to nic.
Jaszczurze;
Amerykanie bez woli mieszkańców zachodnioeuropejskiego rimlandu nic nie będą w stanie zrobić. Straszenie zaś Amerykanów spopieleniem ich przez sowiecki arsenał jądrowy, jest najwyraźniej propagandową pracą przygotowawczą dla przyszłych, kosztownych militarnych pociągnięć.
Andrzeju;
Pożyjemy, zobaczymy! USA w przeciwieństwie do komunistycznych tworów nie mogą sobie całkowicie lekceważyć woli obywateli – tu sprawy nie idą tak szybko (zwłaszcza gdy się ma je zabagnione przez kontrkulturową piątą kolumnę gramsci modo).
Drogi Amalryku,
No właśnie: pożyjemy, zobaczymy. Mam wrażenie, że Ty bardziej skłaniasz się w stronę “pożyjemy” a ja w stronę “zobaczymy”. Prawda leży zapewne gdzieś pomiędzy tymi stronami.
A propos gramscistów to zauważ, że ich legiony obecnie nie są tylko w amerykańskim kongresie i rządzie, na amerykańskich uczelniach i w amerykańskich mediach ale w amerykańskich sądach. Zaś sędzia federalny i sąd najwyższy w USA mogą dużo zdziałać (co też ostatnio dość dobrze widać). W każdym razie tempo w którym idą sprawy to kwestia mocno dyskusyjna.
Panie Amalryku,
“Erozja mocarstwowości” zaczyna się od dobrobytu, jak wskazuje historia Sybarytów. Klęski przychodzą później, kiedy już nie ma ani mocarstwa, ani dobrobytu, tylko złudzenia wielkości i sny o potędze, jak wskazuje historia Rzeczpospolitej.
Andrzeju!
Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Wielkich nadziei sobie nie czynię. USA wszak od podstaw są ufundowane na oświeceniu ale jest to taki gigant że pokorne osunięcie się ich jest niewyobrażalne.
Panie Michale!
tam ciągle i mocarstwo a i dobrobyt nie zgorszy…
Bez wątpienia, drogi Panie Amalryku, Ameryka opływa w bogactwa i jest potężna. Chciałem tylko wskazać, że nie trzeba wąchać klęsk, żeby rozpoczęła się erozja. Najjaśniejsza Rzeczpospolita słabła przez wieki, ale nadal zwyciężała na polach bitew. Na polskiej Ukrainie żyło się bogaciej i dostatniej pod carską niewolą w XIX wieku, niż w “wolnej” Ameryce czy w Anglii w tym samym czasie. Wydaje mi się, że dobrobyt i potęga nieznacznie podkopują wolę walki, o której mówiliśmy na wstępie.
Owszem, dobrobyt rozleniwia i zmiękcza, ale silą Ameryki jest prowincja a nie hedonizm wielkich miast.
To prawda, ale prowincja, wszyscy ci red necks & country hicks, nie decydują o polityce zagranicznej Ameryki i z trudem tylko dają się wybić ze swego izolacjonizmu…
Taak… Sprawy nie idą chyba jednak we właściwym kierunku. Utkwiło mi w pamięci takie zdarzenie opisane przez R.M.Weaver’a w “Idee mają konsekwencje” ;
“[…]Podczas wczesnej fazy II wojny światowej stała się głośna historia pewnego farmera z Oklahomy – jednego z tych jeszcze nie zepsutych. Usłyszawszy o ataku na Pearl Harbour wyjechał z żonż na Zachodnie Wybrzeże, by pracować w stoczni. Jego żona znalazła pracę kelnerki i utrzymywała oboje. Nowy pracownik, który nie umiał czytać, nie rozumiał znaczenia kawałków papieru dawanych mu raz na tydzień. Dopiero gdy zgromadził ponad tysiąc dolarów w czekach, zorientował się , że płacono mu pieniędzmi za ocalenie ojczyzny. Tymczasem on był przekonany, że kiedy ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, wszyscy pomagają , a pomagać to znaczy dawać za darmo.[…]”
Ciekawe czy w Ameryce są jeszcze tacy farmerzy?
W Ameryce albo gdziekolwiek indziej.
Nadzieja w prostych farmerach? Ci przynajmniej są gotowi walczyć o swoją własną ziemię. Stąd też zapewne, od jakiegoś czasu, głównym zadaniem tamtejszych “postępowych elit” jest odebranie im broni palnej.
Cha, cha! Słuszna uwaga. Kiedy bolszewicy zajęli Wilno, to w pierwszym rzędzie kazali oddawać wszelką broń zarówno białą jak palną.
No! Pod tym względem “postępowe elity” mogą mieć z tym w Stanach pewien problem – jak tu “bezkolizyjnie” odebrać ok 250 mln sztuk broni palnej od uzbrojonych jej posiadaczy?
To wszystko prawda, ale czy nie jest raczej trudno wykrzesać z siebie wiele sympatii dla wszystkich tych amerykańskich “patriotów”, których miłość ojczyzny sprowadza się do prawa noszenia broni? Prawa do strzelania najpierw, a dopiero potem zadawania pytań?
Prawa do strzelania najpierw, a dopiero potem zadawania pytań?
=========================================
No! Takiego prawa to nawet w Ameryce nie ma! Nie wiem czy istnieje dowodliwa zależność między skalą uzbrojenia obywateli a skalą ich wolności…
Ależ tam! Opowiada Pan! Poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych nr 13A brzmi: Shoot first. Ask questions later.
13B ! W 13A stoi coś o niewolnictwie.
Ma Pan na myśli, że jest prawem człowieka i obywatela, żeby trzymać niewolników, tak jak Washington, Franklin, Jefferson i inni ojcowie ojczyzny wolnych ludzi?
No! Ale przecież nie spośród ludzi, tylko Murzynów! A tu dobrotliwy Abe Lincoln wyjaśnił iż;
“[…] nie jestem ani nigdy nie byłem zwolennikiem zrównania społecznego rasy białej i czarnej, nie jestem i nigdy nie byłem zwolennikiem prawa do głosowania dla Murzynów, powoływania ich do ław przysięgłych, obsadzania nimi urzędów czy też ich małżeństw z białymi kobietami. Powiem więcej, że istnieją tak duże różnice fizyczne pomiędzy tymi rasami, że wydaje mi się niemożliwością, aby zaistniała kiedyś między nami równość społeczna czy polityczna. Z tego właśnie powodu, kiedy przedstawiciele tych ras żyją obok siebie, to jedna z nich musi być nadrzędna względem drugiej[…]”
Ciekawe, jakie różnice fizyczne miał na myśli. Kolor skóry?
Bezsprzecznie! (A może chodziło mu o krążącą urban legend nt długość przyrodzenia?)
Ale czy to by dowodziło niekompatabilności ras?
Ależ naturalnie! Pomijając oczywiste problemy niekompatybilności podczas pojawiające się podczas prób ewentualnej prokreacji, pojawia sę straszliwe ryzyko spłodzenia progenitury w paski! Jak zebry!
Ależ naturalnie! Pomijając oczywiste problemy niekompatybilności ujawniające się podczas prób ewentualnej prokreacji, pojawia się straszliwe ryzyko spłodzenia progenitury w paski! Jak zebry!
I stąd ta poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych? W takim razie Prawa Człowieka i Obywatela stają się jasne.