Zamknij
Paweł Chojnacki

„Golono – strzyżono” albo trzy małe trzcinki. Replika Michałowi Bąkowskiemu raz jeszcze

21 stycznia 2026 |Paweł Chojnacki, Pół wieku w „tupiku”
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2026/01/21/golono-strzyzono-albo-trzy-male-trzcinki-replika-michalowi-bakowskiemu-raz-jeszcze/

Szanowny i Drogi Panie Michale,

Gdyby lagę, którą się Pan zamierzył w ramach kontynuowania recenzji moich najświeższych oglądów – podaną tym razem pod tytułem Tupik raz jeszcze – ostrugać z kory retoryki ping-ponga i wycieczek-zaczepek, dzielenia włosa na czworo i „rozkminiania” znaczeń poszczególnych wyrazów, pozostaną z maczugi raptem trzy trzcinki. „Demoniczny sarkazm” Dostojewskiego, Byrona, czy Hawthorne’a, na którym się Pan wzoruje uczyni niewątpliwie i Pana ironiczne polemiki „kapitalną lekturą”, lecz mniej wyziera z nich niestety „treści spoza formy drwin”. Zatem oto wydestylowana trójka Pańskich najkonkretniejszych zarzutów:

  1. Że popełniam grzech nadinterpretacji wykoślawiając przez to poglądy Józefa Mackiewicza.
  2. Że nie został on w rzeczy samej w ogóle zagnany w „tupik”, a fakt, iż do pogubienia wielokrotnie się przyznał zdradza jedynie kokieterię demiurga. Że w istocie wyjaśnił kryjącą się kiedyś w „tumanie” tajemnicę, wskazał motywy oraz sprawców pojawienia się „dysydentów”, Sołżenicyna, „Solidarności” i doczesnej polityki Jana Pawła II. Że nie trzeba do tego modułu nic od półwiecza dodać. Wreszcie:
  3. Że nie znalazł Pan „nikogo, kto by zrozumiał”, co dotąd pisałem o towianizmie w kontekście naszego bohatera.

Zacznijmy od końca.

Mackiewiczowska psychomachia

Przepraszam, ale mitologizuje Pan chyba (zamilkłą w zadumie nad mymi wybrykami) opinię mackiewiczologiczną, oświeconą i opiniorodną. Niepomny zda się, że towianizm jest fenomenem obficiej postrzeganym niż nagana, którą powielali „potwornie dawno” licealni belfrzy lat siedemdziesiątych czy wykładowcy na filologii dekadę wcześniej.  Nie wiem. Tymczasem jednym z ciekawszych procesów zachodzących w zgiełku wzajemnie sprzecznych poszukiwań humanistyki jest rzucenie nowego światła nie tylko na polską filozofię narodową i mesjanizmy XIX wieku, jak i na sukcesorów tego nurtu w ciągu całej pierwszej połowy XX stulecia (vide np. biografia Wincentego Lutosławskiego). Na świadectwa kontinuum natrafimy i pośród Drugiej Emigracji, co jest już przedmiotem także moich badań.

Dokonują się przy tym pasjonujące przewartościowania w widzeniu istoty i miejsca towianizmu. Właśnie do tak nieszablonowego pojmowania najradykalniejszego przejawu romantyzmu próbuję nawiązywać. Jest wypadkiem pomyślnym, że kończy się predominacja czarnej legendy Mistrza Andrzeja. Powiedziałbym nawet, że jednostronnie negatywne rozeznawanie Towiańskiego, którego „rozsądnemu” Polakowi nie wolno traktować „poważnie” a redukować wypada do oskarżeń o „zabijanie Mickiewicza w Kole Bożym”, do sabotażu insurekcyjnej harmonii (choć podnosi Pan jako aksjomat: „Nie mówimy o tym, że obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni, bo to na miano myślenia politycznego nie zasługuje”), a przede wszystkim – do podejrzanej postawy w stosunku do Moskali, że owa czarna legenda to zardzewiała giwera z arsenału nie czego innego, a polrealizmu.

Jakże żywotnego w dobie gwałtownego zwrotu kraju w stronę usankcjonowanej państwowo rusofobii (nie sądziłem, że użyję tego terminu kiedykolwiek w negatywnym kontekście), montowanej jako enty pasaż „psychomachii polsko-rosyjskiej”, ale stojącej obecnie wyłącznie na stopie wrogości. W żaden sposób niesłużącej rozszerzeniu relacji Polski i Rosji w wymiarze historycznym, co leżało Mackiewiczowi na sercu. Czy w nieoczekiwanej epoczce zadekretowanego, taniego rusożerstwa, tradycyjnie mylonego z antysowietyzmem subtelności te nie nikną? Czy też nikt ich nie rozumie… Skądinąd wykrystalizowanie skrajności w odbiorze herolda Powodów, dla których amnestia przyjętą być nie może prowadzi do następnego podobieństwa (tutaj powierzchniowego) z dwubiegunową percepcją stosowaną przy Mackiewiczu (śmiertelni wrogowie, albo wyznawcy).

Biedermeierowska literatura „Polski Ludowej”

Warto uzupełnić, że ożywienie dotykające zjawisk rządzących się rozmachem (mesjanizm i towianizm) rekompensowane jest w rejonach kwerend wymagających tkania drobniejszym ściegiem. Dużą uwagę (w toku poszukiwania mniej spenetrowanych obszarów dociekań) przykłada akademicka nauka do marginesów, do tlącej się w zniewolonym kraju literatury biedermeierowskiej (staroświeckie określenie Marii Żmigrodzkiej), do twórczości salonu warszawskiego i petersburskiego. Trudno oprzeć się impresji, że rysuje się tamta produkcja piśmiennicza – drugiego niewątpliwie rzędu względem dorobku Wielkiej Emigracji – w zbliżonej do niej proporcji, jak winniśmy rejestrować kulturę peerelowską wobec dziedzictwa Wychodźstwa od lat czterdziestych po dziewięćdziesiąte XX wieku.

Daje więc refleksja nad towianizmem „argument do pewnych zestawień” (zwrot Mackiewicza wyłowiony z tomu Wrzaski i bomby, który przy odczytaniu przemienił się w mych oczach w – równie użyteczny – „argument do trzeźwych zestawień”). Nadzieja na rewolucję moralną połączy Andrzeja Towiańskiego z Edwardem Abramowskim, styki myśli Józefa Mackiewicza ze Stanisławem Brzozowskim sygnalizuję raz po raz – nieoczekiwane bywają powinowactwa w sezamie otrzymanego przez nas krwawicy przodków. Jerzy Stempowski oświadczy przewrotnie, że „zarówno ustawowo jak zwyczajowo, tylko bankruci szaleństwa, nie mogący dłużej sprostać wymaganiom życia i bronić przed nimi swej oryginalności, wpadają w ręce psychiatrów”. Tej kategorii szaleństwo pozwala wyraźnie ukazywać człowieka przeciwstawnego światu.

Co do różnic w ujmowaniu zagadki „tupiku” przekonuje Pan, iż samo dostrzeżenie przez Mackiewicza sytuacji poznawczego zagnania w ślepy zaułek pod koniec życia jest już skomplikowanej rzeczywistości wytłumaczeniem. Zakłada Pan, że Mackiewicz „rozumiał, co się dzieje”, ale to za mało. Rad bym bowiem zmierzyć się uzbrojony w ostrą amunicję Nie ma „polskiej drogi” do wyzwolenia, Na drodze Wielkiego Ześlizgu, Na przekór przymusowemu „chceniu” i Miejmy nadzieję… także z „łgarstwem pierestrojki i głasnosti, okrągłych stołów i upadku komunizmu, akceptowanych jeszcze bardziej powszechnie”. Zaktualizowałbym listę o wybuchłą w 2001 roku długą „walkę z islamskim terroryzmem”, pandemię, wojnę rosyjsko-ukraińską, a na gruncie lokalnym o dochodzący ze wszystkich naszych wspólnych lasów szum zapracowanych harwesterów, a spoza niego – rumor wirtualnej wojny domowej.

W 1949 roku Mackiewicz stwierdził: „Jedynym wrogiem, godnym fanatycznej nienawiści, jest bolszewizm, jako idealnie zamykający, nie jednemu narodowi, ale całej ludzkości, wszystkie drogi do poznania prawdy obiektywnej”. To, że jej ciągle nie znamy nie jest w najmniejszym stopniu winą analityka formułującego powyższą regułę. W tym samym co on „tupiku” od pół wieku tkwimy – oto główna intencja serii artykułów, które tak bardzo nie przypadły do Pana utwierdzonego gustu. Jeżeli wzbudzają ślad zniecierpliwienia i nieledwie rozdrażnienia, skoro interpretacje wywołują aż tyle merytorycznych wątpliwości, czyż nie należało poczekać z przyjęciem materiału do publikacji? Niemniej, jak Pan, „innej opinii nie mam, posiadam tylko moje własne zdanie”. Jesteśmy w tej materii w kropce, w naszym małym „tupiku” – z mocą kolejnych argumentacji rodem z bajki Wieszcza Adama.

Szukam pióropusza

W poszukiwaniach kierowały mną i ogólniejsze wskazania Jerzego Stempowskiego. W Przedmowie do szkicu literackiego pt. Pan Jowialski i jego spadkobiercy. Rzecz o perspektywach śmiechu szlacheckiego z 1931 roku znajdziemy dygresję: „W starych książkach jest zawsze coś więcej, niż o tym tradycyjnie wiadomo. Zresztą przeczytać trochę więcej, niż napisał autor, jest stałą funkcją czytelnika, utrzymującą złudzenie wiecznie nowego bogactwa starej literatury”. Rozwinie spostrzeżenie w słowach, że „radość czytania dobrych autorów wynika, częściowo przynajmniej, z przypuszczenia, że książka może zawierać o jedną chociażby myśl więcej, niż to jest w niej wyraźnie powiedziane”. Od pierwszych wyznań Józefa Mackiewicza o zgubieniu w „tupiku” minęło ponad pół wieku, zasadne tedy będzie przyznanie im „bogactwa starej literatury”, a jej twórcy oględnego miana „dobrego autora”.

Na koniec (naprawdę – z mojej strony). Nie „czuję się” bynajmniej przez Pana „dotknięty ironią”, uważam natomiast, że zbytnie nią szafowanie nie buduje podstaw do rzeczowej i pozbawionej zbędnych emocji rozmowy. Przecież deklaruje Pan: „[…] idee, dyskusje, sposoby myślenia, debaty – interesują mnie niepomiernie”, deprymując równocześnie nadreprezentacją kpiny każdego adwersarza, który aż tak silnie nie spełnia się w ich wrzawie. Źle mnie zarazem Pan zrozumiał, jakobym „imputował mętlik w głowie obojgu autorom”, to jest i Toporskiej, i Mackiewiczowi. W cytacie wyraźnie pada, kto jemu ulegał (niepodległościowa prasa i mózgi emigrantów). Jakkolwiek „mętlik” rozsiewał dogodną glebę do rozkwitu „tupiku” (w moim jego pojęciu). Oczywiście też, iż Mackiewicz „miał absolutnie rację w swym oburzeniu na atak ze strony Kultury”.

Znów powstaje wrażenie, jakby cokolwiek przeinaczał Pan moje obserwacje, by dać odpór herezji, ale i sprowokować reakcję, kiedy muszę bez większej satysfakcji wykładać, iż nie jestem wielbłądem. Przyjmijmy, że może zaiste zacząłem pisać nagle bardziej zawile i niedostępnie niż zwykle (również jestem zdolny do autosarkazmu!). Jeśli tak, trudno znaleźć w tonie Pańskich ripost zachętę do cierpliwego „cyzelowania pojęć i polerowania myśli, hartowania idej”, do rozsupływania węzełków niedostatecznego pojmowania, które jest zazwyczaj li tylko – nieporozumieniem. To Pan zdecydował się podnieść tę polemikę i jest za styl jej przebiegu odpowiedzialny. Widzę siebie – powtórzę – prowokowanym do podobnie okraszonego zjadliwością rezonansu przez coraz mocniejsze akordy Pańskich wyzwań do tablicy.

I koniecznie proszę nie czarować już jednym z hymnów lat osiemdziesiątych – przejmującą Zbroją Jacka Kaczmarskiego. Songiem, którego defensywną (czy wręcz defetystyczno-masochistyczną) wymowę uchwyciłem dopiero wsłuchując się weń powtórnie i konstatując jego ogromną popularność u współczesnych harcerek i harcerzy. Temat to na osobną rozprawę, do przedstawienia której „Wydawnictwu Podziemnemu” (że żartobliwie teraz mrugnę) skutecznie mnie Pan zniechęcił. Ograniczę się bodaj do przypomnienia strofy refrenu: „Lecz choć zaginął hełm i miecz” … Szyszaka zdobnego w biały pióropusz sławy i szabli wyciągniętej przede wszystkim do boju, a nie do samej obrony (gdy „za ciosem pada cios”) szukamy – mam nadzieję, że wspólnie – acz bezskutecznie do dziś.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2026/01/21/golono-strzyzono-albo-trzy-male-trzcinki-replika-michalowi-bakowskiemu-raz-jeszcze/
Kategorie: Paweł Chojnacki, Pół wieku w „tupiku”
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2026/01/21/golono-strzyzono-albo-trzy-male-trzcinki-replika-michalowi-bakowskiemu-raz-jeszcze/