Trump, Reagan i inni
Im większy jakiś demokratyczny kraj, tym gorsi muszą być rządzący: wybierani są przez większą ilość ludzi.
Nicolás Gómez Dávila
Donald Trump zdruzgotał Kamalę Harris i partię demokratyczną w niedawnych wyborach, z tej prostej przyczyny, że pseudo-prawna kampania, prowadzona przeciwko niemu w amerykańskich sądach, była w oczywisty sposób – i jawnie – politycznie motywowana, niesprawiedliwa i krzywdząca. Ale nie bez znaczenia był także fakt, że Harris jest kompletnym zerem. Nieudane zamachy i groteskowa nieudaczność agentów Secret Service, którzy odmówili wejścia na dach z lęku o swoje zdrowie i bezpieczeństwo, wzmocniły tylko jego popularność, jednak jej fundamentem pozostało powszechne przekonanie, że Trump jest ofiarą waszyngtońskiej klasy panującej.
Na takiej bazie dopiero, jego zdroworozsądkowe stanowisko zdobyło posłuch. Oficjalna liczba nielegalnych emigrantów w Stanach wynosi 11 milionów, choć z definicji, musi ona być wyższa, gdyż są to często kryminaliści, mają dostęp do fałszywych papierów itp., więc ich liczbę szacuje się na 14 do 18 milionów. Tylko Trump chce coś zrobić w związku z tym. Od prawie 80 lat Ameryka subsydiuje europejski dobrobyt, dostarczając Europie militarnego parasola i nie oczekując niczego w zamian. Tylko Trump mówi na ten temat. Zielony nonsens jest równoznaczny z jednostronnym rozbrojeniem w obliczu chrlu, i tylko Trump to widzi. Czy uda mu się cokolwiek osiągnąć? Masowa emigracja jest globalnym problemem, Nato jest fikcją, a zieloni wyrzuceni przez okno, wrócą przez paradne odrzwia.
Próby przewidywania, co zrobi prezydent Trump podczas drugiej kadencji, wydają mi się opierać na zasadniczym niezrozumieniu natury 47 prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jego myślenie pozbawione jest śladowej choćby perspektywy strategicznej, co nie znaczy, że nie ma długoterminowych planów. Jego polityka zagraniczna jest wewnętrznie sprzeczna, co nie mąci mu spokoju ducha. Trump twierdzi, że można prowadzić politykę zagraniczną na zasadzie transakcyjnej, tak jak można robić interesy, nie mając żadnej strategii. To przekonanie bierze się z wiary w jego nadprzyrodzone, niemal magiczne, zdolności jako deal maker. Angielskie słowo deal ma tak szeroki zakres znaczeniowy, że nie daje się oddać słownikową transakcją, sprzedażą, umową, sprawą. Oznacza bowiem także wielką ilość i uporządkowanie, rozdzielenie i handel, rozdanie i układanie się, zajęcie się czymś i załatwienie sprawy. Tytuł jednej z książek Trumpa brzmi The Art of the Deal – słowa te zawierają w sobie o wiele więcej niż „sztukę robienia interesów”. Deal maker to pod pewnymi względami tyle, co negocjator, ale i tu znaczenie jest o wiele szersze. Owszem, negocjator, ale nie w sensie tego, który prowadzi szczegółowe dyskusje na temat drobiazgowych kwestii; chodzi raczej o tego, kto potrafi wznieść się ponad podziały i przypieczętować umowę czyli seal the deal.
Postawa Trumpa ma wiele zalet, zwłaszcza w polityce zagranicznej. Jednym z najważniejszych jej aspektów jest nieprzewidywalność. Ponieważ Trump sam nie ma pojęcia, co zrobi w danej sytuacji, strona przeciwna musi być przygotowana na wszystkie możliwości. Tylko że dokładnie to samo dotyczy sojuszników Ameryki: i oni także muszą być gotowi na wszystko, gdyż nie ma żadnej nadrzędnej doktryny polityki zagranicznej, nie ma żadnych wskazówek, jak postąpi Trump. Tego rodzaju mentalna otwartość jest rzadko spotykana i, w praktyce, ma bardzo poważne konsekwencje, choć wcale nie jednoznacznie złe. Przykładem posłuży mi polityka amerykańska wobec Iranu.
Trump gromko rozgłasza swą opozycję wobec angażowania amerykańskich sił w konfliktach zbrojnych na świecie. Ale doszedłszy do władzy po tym, jak Obama oddał Syrię Moskwie i Teheranowi, Trump (podczas swej pierwszej kadencji) aktywnie przeciwstawiał się dominacji sowieciarzy i Iranu w tym rejonie. Skandaliczne niedbalstwo administracji Obamy, dopuściło do rozbudowy sowieckich baz wojennych – morskich, powietrznych i lądowych – nad Morzem Śródziemnym. A jednocześnie, opieszałość i zaniedbanie Obamy zezwoliły na umocnienie się Isis na pograniczu Syrii i Iraku, oraz na ugruntowanie sił Hezbollah w Libanie, Hamas w Gazie i Huthi w Jemenie – wszystkie trzy grupy terrorystyczne nigdy nie ukrywały swych związków z reżymem ajatollachów, a Teheran uważa je do dziś za swoich regionalnych pełnomocników i kluczowe elementy tzw. szyickiego półksiężyca (mimo że Hamas jest sunnicką organizacją). Najważniejszym aktem Trumpa było zamrożenie irańskich pieniędzy na Zachodzie, co uniemożliwiło dalszą rozbudowę arsenałów terrorystycznych na Bliskim Wschodzie. Następnym krokiem było w miarę prędkie zniszczenie Isis, choć niemal całkowite zwycięstwo nad sunnickimi ekstremistami stworzyło próżnię, którą próbował następnie wypełnić Teheran. I wreszcie jednym z ostatnich aktów prezydentury Trumpa było zabójstwo Qasema Soleimani, 3 stycznia 2020. Soleimani był charyzmatycznym dowódcą tzw. sił Quds, elitarnych jednostek specjalnych rewolucyjnej gwardii islamskiej w Iranie. Niestety Biden z miejsca odmroził irańskie fundusze, dzięki czemu Teheran na nowo począł zbroić terrorystów. Tysiące rakiet w podziemnych arsenałach Gazy, Libanu i Jemenu, zostały opłacone przez Bidena.
A zatem wbrew swej retoryce o nieinterwencji, Trump nie wahał się w przeszłości użyć sił amerykańskich na Bliskim Wschodzie, jednocześnie pozbawiając funduszy najbardziej agresywną siłę w regionie. Jego „sztuka układu” przejawiła się najlepiej w tzw. Porozumieniach Abrahama, serii umów izraelsko-arabskich, dążących do normalizacji stosunków. Rozmowy te rozpoczęły się podczas pierwszej kadencji Trumpa. Nie można wykluczyć, że data morderczego ataku na Izrael, 7 października 2023, była podyktowana dążeniem Teheranu do zablokowania postępów tej normalizacji.
Słyszy się po wielekroć, że Donald Trump to nie jest nowy Ronald Reagan. Byłbym skłonny się z tym zgodzić, głównie dlatego, że nie mogę Trumpa znieść na zupełnie osobistym poziomie (pisaliśmy tu o nim wielokrotnie https://staging.wydawnictwopodziemne.com/category/debaty/trump-i-scaramouche/ i nie będę się powtarzał). Warto jednak pamiętać, że Reagan był ośmieszany i wręcz nienawidzony, zupełnie tak samo jak dziś Trump, a może nawet bardziej. On również miał przeciw sobie lewicowe media i lewackich krzykaczy na uniwersytetach i w Hollywood. Podobnie jak Trump, Reagan nie miał głowy do detali, nie zajmował się drobiazgami i, jak Trump, był czarującym gawędziarzem. Tylko że Reagan był także dżentelmenem i konserwatystą, czego niestety nie da się powiedzieć o Trumpie. Reagan był wspaniałomyślny i wielkoduszny, a Trump jest pamiętliwy i mściwy. Sądzę, że jego druga kadencja będzie dowodem słuszności aforyzmu Gómeza, że „podczas demokratycznych wyborów decyduje się, kogo można legalnie prześladować”.
Należy z całym naciskiem podkreślić, że mowa tu o demokratycznym konserwatyzmie – o postawie politycznej, która w demokratycznym spektrum jest po prawej stronie, we względnej i zmiennej konstelacji politycznej demokratycznego świata – a nie o konserwatyzmie Akwinaty, Burke’a lub Gómeza, który słuszniej byłoby nazwać konserwatywnym reakcjonizmem. „Intelektualna wulgarność przyciąga wyborców jak muchy”, mówił Gómez, czego ostatnie amerykańskie wybory są tylko kolejnym przykładem.
Otóż z tak rozumianego, demo-konserwatywnego punktu widzenia, stawia się Trumpowi dwa zarzuty. Po pierwsze, że jest zaciętym przeciwnikiem wolnego handlu międzynarodowego. A po drugie, że jest zbyt blisko Kremla.
W moim przekonaniu, Trump używa ceł i groźby nałożenia taryf handlowych, w ramach swej nieodpartej wiary w swoją własną moc jako negocjatora. Zważywszy atoli, w jak skrajny sposób chrlowscy komuniści nadużywają od dziesięcioleci wolności handlu dla swych potrzeb, o czym pisałem tu przed laty, https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/12/22/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xi/ , podjąłbym się przeprowadzenia dowodu, że nałożenie karnych taryf na chrlowski przemysł jest niczym innym, jak obroną wolności handlu. Mało tego, wystarczy jedno spojrzenie na sklerotyczną niunię europejską, by zrozumieć, że jest to protekcjonistyczna mafia, a zatem obłożenie cłem całej produkcji tej zaskorupiałej kliki, byłoby zaledwie działaniem poprawczym i mogłoby się okazać zbawiennym dla Europy. Nie da się wykluczyć, że protekcjonizm Trumpa, może doprowadzić do globalnej recesji, hiperinflacji, finansowego kryzysu i zwiększenia (i tak już gargantuicznego w swych rozmiarach) zadłużenia. Sądzę jednak, że „sztuka robienia interesów” powstrzyma go przed tak skrajnym krokiem.
Bliskość, a być może nawet zależność, prezydenta Stanów Zjednoczonych od Kremla (o czym także była już mowa, np. tu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/01/27/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xxi/ ), jest, rzecz jasna, o wiele większym problemem. Większość obserwatorów sprowadza tę zależność do wojny ukraińskiej i strasznych konsekwencji, jakie rzekomo ponieść będą musieli Ukraińcy, w rezultacie zwycięstwa Trumpa. Takie potencjalne uzależnienie może mieć wiele niepokojących wymiarów, ale zatrzymajmy się przy Ukrainie.
Podczas kampanii wyborczej, Trump powiedział, że rozwiązałby problem w ciągu 24 godzin, grożąc Putinowi, że podwoi pomoc dla Ukrainy, a Zełenskiemu, że ją powstrzyma. Pamiętam, jak przez ułamek sekundy, przeszło mi przez myśl, że może to jest genialne…, ale nanosekunda wystarczyła, by mi uświadomić, że są to groźby wykluczające się wzajemnie. Wystarczy zatem, by obie strony wyśmiały gromko trumpowy bluff i wracamy do punktu wyjścia. Jest oczywiście możliwe, że Trump zdawał sobie z tego sprawę, a mówił tylko, co mu ślina na język przyniosła, planując w rzeczywistości dokonać tych dwóch posunięć konsekutywnie: w pierwszej fazie podwoić pomoc dla Ukrainy, po czym zredukować ją do zera. Jeżeli tak, byłaby to dokładnie ta sama taktyka, jakiej użył Nixon w Wietnamie, dążąc do wycofania się – zwiększył natężenie ataków. Nie inaczej postąpili Amerykanie w Iraku i w Afganistanie, gdzie dokonali tzw. surge, czyli zwiększyli ilość żołnierzy i podnieśli intensywność akcji po to tylko, by uwiarygodnić nadchodzącą rejteradę. W wypadku Obamy, nawet zapowiedziano to z góry, co już jest zupełnie niewybaczalne.
Nie zamierzam spekulować, czy Trump jest „człowiekiem Kremla”. Jeżeli w ogóle coś takiego może wyjść na jaw, to raczej tylko po długim czasie, a nawet wówczas, tylko jeżeli będzie to komuś na rękę.
Gdybym miał spekulować na temat dalszego rozwoju wydarzeń na Ukrainie, to powiedziałbym, że Trump pragnie powrotu do Jałty (nie inaczej zresztą, niż poprzednie amerykańskie administracje, które nie miały jednak kontroli nad obiema izbami Kongresu). Amerykanie od dawien dawna uważali Europę Wschodnią za strefę wpływu Moskwy i Trump najprawdopodobniej nie będzie się wahać przed prowadzeniem bezpośrednich negocjacji z Putinem ponad głową Zełenskiego, i przy pierwszej sposobności umyje ręce i pozbędzie się kłopotu. A kiedy następnie utraci władzę i uda się w promieniach zachodzącego słońca do Mar-a-Lago, to może nawet wygłosi wielką mowę na temat nowej Żelaznej Kurtyny…
Załóżmy przez chwilę, że Trump jest nowym Reaganem, że wydatnie zmniejszy wydatki rządowe, skończy z zielonym nonsensem, wygra wojnę celną z chrlem i z niunią, zmusi kraje Nato do zwiększenia swych wydatków na obronę, zagoni Putina z podkulonym ogonem do stołu rozmów, i co dalej? Po wielkich sukcesach Reagana nastąpiła prowokacja pod tytułem „upadek komunizmu”.
Osobiście, pozostaję niezmiennie pesymistą. Podobnie jak Gómez:
Żywić nadzieję, że rosnąca kruchość i wrażliwość coraz bardziej zintegrowanego przez technikę świata nie będzie wymagała totalnego despotyzmu, jest zwykłą głupotą.