Gruziński ocean niedorzeczności
Najwyższy sowiet gruzińskiej socjalistycznej republiki sowieckiej powziął w czerwcu 1990 roku uchwałę delegalizującą sam siebie. Uczynił tak bezwiednie. Uchwała głosiła, że wszystkie akty prawne powstałe po obaleniu w 1921 roku Demokratycznej Republiki Gruzji, a więc także te konstytuujące gruziński sowiet, są bezprawne. Zgromadzeni, co im trzeba oddać, wspięli się na szczyt historycznej refleksji, dochodząc do trafnego wniosku o pozaprawnym charakterze sowieckiej rzeczywistości. W zrozumiałym zapamiętaniu przeoczyli jednakowoż, że sami są tej rzeczywistości częścią. Darować sobie powinni uchwalanie czegokolwiek i po cichu rozejść się do domów.
Uchwała nie spowodowała żadnych skutków. Sowiet jak działał wcześniej tak działał dalej. Skrajna bezmyślność, absolutny brak refleksji? I owszem. Ale jak przekonuje Andrzej Dajewski w kolejnej części swojego kolosalnego przedsięwzięcia Jesień Demoludów, sowiecka Gruzja, tego rodzaju poczynania wpisują się w pierestrojkową normę, bo „’upadek komunizmu’ wszędzie odbywał się w oceanie niedorzeczności”. Do tej słusznej konstatacji autora można by jedynie dodać, że nonsens, o którym tu mowa, był rysem szczególnym nie tylko tamtego czasu. Równie skutecznie spowija swymi oparami kolejne dekady historii.
Po trzydziestu z górą latach od jakoby upadku komunizmu kulisy tego gigantycznego widowiska wciąż pozostają przed nami zakryte. Nic w tym dziwnego. Koncepcja pierestrojki, wbrew obiegowym przekonaniom, nie jest zgraną kartą czy reliktem nie tak dawnej przeszłości. Pierestrojka wciąż kształtuje scenę polityczną świata, popycha do działania w sobie jedynie znanym kierunku, dostosowuje własne środki do zmiennych realiów. Wszystko to skrzętnie skrywa przed gawiedzią. Nie daje się przyłapać na gorącym uczynku. Upadku komunizmu nie można było przeprowadzić bez nominalnej drugiej strony. Potrzebny był antagonista, wróg, na którego barkach miała spocząć pokomunistyczna scheda. Niezbędna była masowa agentura: tysiące ludzi gotowych podjąć trud tej schizofrenicznej działalności. Z wyjątkiem pojedynczych przypadków, mimo upływu kilku dekad, możemy jedynie domyślać się, kto w tej agenturalnej robocie brał i wciąż bierze udział.
Podczas lektury obszernego, podzielonego na sześć części, artykułu doznałem czegoś w rodzaju szoku poznawczego. Zdawało mi się do tej pory, że słynące temperamentem, zapalczywością ludy górskiego południa nie są skore do uległości wobec władzy, komunistycznego nierządu nie wyłączając. Liczby podważają to przekonanie. Okazuje się, według danych z 1982 roku, że na tysiąc „obywateli” sowieckiej Gruzji osiemset dwudziestu sześciu należało do kompartii. Gruzja była liderem upartyjnienia, dystansując w tej ponurej konkurencji Rosję i Białoruś.
Można chyba śmiało stwierdzić, że kompartia była zjednoczona z narodem gruzińskim, a naród gruziński był zjednoczony z kompartią…
Niezwyczajna jest witalność sowietyzacji, moszczącej sobie gniazdo pod każdą, nawet góralską, strzechą. 30 lat temu Gruzja była bez reszty komunistyczna. Choć 83 procent to nie 100. Bierzmy jednak pod uwagę, że i sama partia nie wszystkich chętnie przygarniała pod swoje skrzydła. Do takich wyjątków należała rzesza przestępców i kryminalistów. Kultywując podszyte ideologią bezprawie, komuniści nie cierpią konkurencji. Rzecz ciekawa, Gruzja jest nie tylko liderem upartyjnienia, przewodzi także w dziedzinie przestępczości, poważnej, zorganizowanej. Dajewski nie szczędzi szokujących danych liczbowych. U progu lat 90., pomimo że ludność Gruzji stanowiła niecałe 2% ludności zsrs, jej kryminalna elita stanowiła 1/3 wszystkich worów w zakonie raju krat. Jeżeli dodamy do tego jeszcze fanatyczny, podszyty atawizmem nacjonalizmu, kult Stalina, gruziński ideowy krajobraz przedstawi nam się w beznadziejnych barwach. Czy z takich ludzkich osobliwości wykluć się mógł rzetelny, wsparty milionami stronników, antykomunizm à la Gamsachurdia? Dajewski oskrobuje rzeczywistość z lukru.
***
Październikowy przewrót nie od razu pogrążył Gruzję w sowieckiej beznadziei. Oddziały brytyjskie opuściły Batumi dopiero w lipcu 1920, jak przekonuje autor Jesieni, nie bez udziału w podjęciu tej rejterady antybolszewika Churchilla. Bolszewicy nie czekali. Zerwali układ z gruzińską demokracją i już w lutym kolejnego roku wtargnęli do Gruzji, mordując wrogów. Przeprowadzono masowe deportacje. Pacyfikację ułatwiły: klęska głodu i epidemia cholery. Cerkiew gruzińska doznała prześladowań już za poprzedniej, mienszewickiej władzy (zakazano nauczania religii, zamknięto seminaria), dlatego bolszewicy jedynie kontynuowali rozpoczęte dzieło: zniszczono 1500 cerkwi, wymordowano kilkadziesiąt tysięcy duchownych oraz wiernych. Alarmujące memorandum patriarchy Gruzji Ambrożego (Wissariona Chelaja) dotarło do uczestników konferencji w Genui, zostało odczytane, ale nie wzbudziło zainteresowania. Raczono pozostawić Gruzję samą sobie.
Pierwsze protesty ludności były efektem akcji „zniszczenia kułaków jako klasy”. Wybuchały rebelie. W jednej z nich zginęło 150 żołnierzy. Wyjątkowo liczny udział w zamieszkach wzięły kobiety, protestujące przeciw aresztowaniu ich mężów. Generalnie jednak – jak zaznacza Dajewski – Gruzini okazali znacznie mniejszy opór w porównaniu do Ukrainy, Kazachstanu, europejskiej części Rosji; znacznie mniej dotkliwe były konsekwencje – liczbę ofiar szacuje się na zaledwie kilka tysięcy. Dla porównania, ofiary głodu w Kazachstanie stanowiły 40% populacji.
Atak Hitlera na sowiety nie wywołał nadmiernego entuzjazmu wśród gruzińskiej ludności. Gruzini przejawili znikomą antykomunistyczną aktywność (pojawiły się ulotki o antysowieckiej treści, ale jedynie w Tbilisi), za to armia czerwona zmobilizowała 700 tysięcy Gruzinów (20% ludności). Zrzucane przez Niemców grupy spadochroniarzy, złożone z gruzińskich emigrantów, zostały szybko zlikwidowane, głównie za sprawą tubylców. Nie bez znaczenia był fakt, że wodzem postępowej ludzkości był bolszewik gruzińskiej narodowości.
Gdy po śmierci tego bohatera narodowego (oraz zgonie bohatera numer dwa, Berii) nastała odwilż, kulminująca w okolicach wystąpienia Chruszczowa na xx zjeździe kpzs, w Gruzji wybuchły pro-stalinowskie zamieszki. Wiadomo dość powszechnie, że wiele zadano sobie trudu, aby tajny referat, został możliwie jak najszerzej rozpowszechniony, nie sądziłem jednak, że proliferacja postępowała z taką dynamiką. Tyrada Nikity, podczas której zrugał pośmiertnie pryncypała, miała miejsce 25 lutego. Demonstracja w Tbilisi, w obronie czci nieboszczyka, odbyła się po zaledwie 8 dniach:
Pro-stalinowska rebelia rozpoczęła się 4 marca na noszącym jeszcze imię „zdemaskowanego” wodza uniwersytecie, którego studenci, mając zgodę lokalnych władz, zamanifestowali swoje przywiązanie do Stalina pod jego pomnikiem w centrum stolicy, wznosząc okrzyki na jego cześć, a także na cześć Lenina, Mao oraz chrl-owskiego marszałka Czu Te (Zhū Dé), który właśnie przebywał w SSSR (chińscy komuniści werbalnie skrytykowali „destalinizację”), dodając do tego hasło „niech żyje Gruzja, gniazdo orłów!” – najwyraźniej Lenin, Stalin i czołowi chińscy komuniści kojarzyli się im z wolną Gruzją.
W kolejnych dniach młodzież manifestowała pod krzepiącymi ducha hasłami: „niech żyje wielki Stalin!”, „Lenin-Stalin!”, „precz z Chruszczowem!” Co niezwykle ciekawe, pojawiły się też postulaty z innej szuflady: wystąpienia sowieckiej Gruzji z zsrs oraz zniesienia cenzury. Kolejne manifestacje, z udziałem licznych partyjnych towarzyszy, nieustająco rosły w siłę. Doszło do prób zajęcia stacji nadawczej radia i biura telegrafu. Nastąpiła krwawa pacyfikacja, z użyciem czołgów.
Różnobarwny, wielostronny jest świat gruzińskich idei, ale również mały. Bo jak dowiadujemy się od Dajewskiego, istnieje personalna nić, wiążąca te dość dawne, dramatyczne wydarzenia z ustrojową pierestrojką przełomu 89/90, w osobach Zwiada Gamsachurdii i Meraba Kostawy. Pierwszy stał się symbolem antykomunistycznej Gruzji, drugi zginął w wypadku, w mocno niejasnych okolicznościach późną jesienią 1989. Zwiad pochodził z bardzo szczególnej rodziny: ojciec, prominentny pisarz sowieckiej Gruzji, blisko przyjaźnił się z Berią, który ochraniał go przed licznymi atakami politycznymi. Konstantine Gamsachurdia odwdzięczał się pisaniem powieści chwalących ustrój.
Gamsachurdia i Kostawa działali odważnie: w grudniu 1956 rozpowszechniali ulotki wyrażające „solidarność z bohaterskim narodem węgierskim”. Zostali aresztowani w kwietniu kolejnego roku, ale czteroletni wyrok dostali w zawieszeniu. W następnym roku spotkał ich kolejny wyrok, także odwieszony na kołku sprawiedliwości. Zwiad na krótko trafił do psychuszki. Wszystko to nie przeszkodziło obu w podjęciu studiów oraz kontynuowaniu dysydenckiej działalności. (Łagodne traktowanie przez władze jest znakiem firmowym całej kariery Gamsachurdii, nie licząc tragicznego finału.) Jedna z tych zdumiewających szarad, które nie przestawały frapować Józefa Mackiewicza.
Pierwsze nieśmiałe przebłyski antysowietyzmu pojawiły się w Gruzji w początkach lat 60. Nie były otwarcie artykułowane. Objawiały się spontanicznie, co w dobie powszechnej dysydenckiej agentury i agentury wpływu nadaje im szczególną rangę. W 1963, podczas seansu włoskiej komedii Marsz na Rzym, miało miejsce wymowne zdarzenie: gdy na ekranie faszyści rozbijali siedzibę komunistów i palili obraz Lenina, spora część widzów klaskała. – Ech, zmarnowane 40 lat utrwalania władzy ludu.
Ten sam lud zwracał się w stronę prawosławnej wiary. Cerkiew była co prawda wzbogacona kultem Stalina (w soborze św. Trójcy, najważniejszej świątyni Gruzji, wisiała ikona przedstawiająca scenę błogosławienia Stalina przez św. Matronę Moskiewską), ale, jak pamiętamy, kultywowanie pamięci tego akurat oprawcy Gruzinom nie przeszkadzało. Nie bez znaczenia był także narodowy, gruziński, charakter cerkwi uwolnionej spod kurateli Moskwy (choć nie moskiewskiego kgb). Gamsachiurdia począł z początkiem lat 70. piąć się gwałtownie po szczeblach dysydenckiej, nie tylko gruzińskiej, ale i ogólnosowieckiej kariery. Potrafił nawet interweniować w jakiejś sprawie bezpośrednio u ministra spraw wewnętrznych Gruzji, którym był młody Szewardnadze, przyszły sternik niezatapialnej pierestrojki.
Gruziński odłam sowieckiej dysydencji miał wyraźny rys nacjonalny. Przy takich predylekcjach nie powinno dziwić, że już w 1987 roku dotychczasowe slogany wiernej socjalizmowi opozycji zastąpione zostały hasłami samostanowienia, a dysydenci gładko przekształcili się w „opozycję narodową”. W tym gronie znalazł się także Gamsachurdia, którego osobisty autorytet został akurat co nieco nadwątlony jawną spolegliwością wobec sowieckiej władzy. Obronił go przyjaciel – Merab Kostawa. W kolejnych miesiącach dysydencka idea narodowa zdobywała coraz większą popularność, a tropem tej tendencji szły inne narodowości Gruzji. Podkręcano tempo działań i nastroje. Nie bez udziału Moskwy w osobie Szewardnadze, który występował w gruzińskiej tv jako mediator. Przy okazji przyczynił się do wzrostu popularności Gamsachurdii. Z początkiem 1989 coraz gwałtowniej uzewnętrzniał się konflikt pomiędzy Gruzinami i Abchazami, głoszącymi hasła separatystyczne. W odwecie żądano cofnięcia abchaskiej autonomii… i, zdaje się dopiero na drugim miejscu (niech mnie Andrzej Dajewski wyprowadzi z błędu, jeśli się mylę) żądano niepodległości Gruzji. Hasła ewoluowały interesująco: „Precz z reżimem komunistycznym!”, „Precz z rosyjskim imperializmem!”, „ZSRS – więzienie narodów!” oraz „Precz z władzą sowiecką!”, a liczba manifestantów wzrastała. 8 kwietnia 1989 nastąpiła reakcja władzy, „noc saperek”, której przebieg i krwawe konsekwencje stały się przedmiotem zainteresowania światowych mediów. To był przełomowy moment, nie tylko gruzińskiej pierestrojki. Klamka zapadła, a wyrażana od tego momentu skłonność do opuszczenia sowieckiej macierzy okazała się powszechna. Zaczęły powstawać pierwsze grupy paramilitarne. Broni nie brakowało. W czerwcu odbył się w Tbilisi kongres założycielski „frontu ludowego”, tworzonego wedle jednej dysydenckiej sztampy równolegle, w poszczególnych republikach, z klarowną intencją zapanowania nad chwiejną sytuacją. Co charakterystyczne dla przebiegu pierestrojki w Gruzji, także ów „ludowy” front miał swoją paramilitarną organizację. Najsłynniejszą organizacją tego typu byli jednak Mchedrioni, spadkobiercy dawnych rycerzy-partyzantów, współcześnie rekrutujący się głównie z kryminalistów pod wodzą watażki (także wykładowcy uniwersyteckiego) Joselianiego. Mchedrioni działali skutecznie, z rozmachem, pod podwójnymi auspicjami: kgb i worów w zakonie. Jak zgrabnie ujął to Dajewski, Mchedrioni (Jeźdźcy) Joselianiego „przedstawiali sobą to co gruzińskie w formie i sowieckie w treści”.
W marcu 1990 odbył się kongres nowo sformowanej koalicji, Forum Narodowego. Przewodniczył Gamsachurdia. Wezwano do samolikwidacji kompartii oraz bojkotu wyborów do najwyższego sowietu gruzińskiej republiki, ciała którego nie uznawano. W tym samym marcu plenum gruzińskiej kompartii zaakceptowało „system wielopartyjny”, w ten nierewolucyjny sposób godząc się na oddanie władzy. Tymczasem wewnątrz Forum Narodowego nastąpił rozłam. Inicjatywa wyszła od Gamsachurdii. Nowy, powołany przez siebie twór, nazwał „Okrągły Stół – Wolna Gruzja”. Wygłaszał żarliwe mowy, nie stroniąc od wątków religijnych.
My, bracia, stoimy wobec szatana, smoka. Albo go pokonamy mocą Świętego Jerzego, albo on odbierze nam nasz historyczny los i odda go temu kosmicznemu smokowi – antychrystowi, który ukaże się nam i powie: oto ruch narodowy; a w masce i osłonie ruchu narodowego przybywa antychryst, przybywa Barabasz i przybywa demon. Niech zwycięży droga prawości! Niech żyje droga Meraba Kostawy!
Konkurencyjna frakcja narodowa, z Czanturią na czele, sugerowała, że lider gruzińskiego okrągłego stołu, Gamsachurdia, jest narzędziem Moskwy.
W październiku 1990 odbyły się wybory do najwyższego sowietu sssr. Głęboka opozycja frakcji narodowej z Czanturią na czele, wobec konsekwentnie przestrzeganego bojkotu wyborów do nieuznawanego przez siebie ciała, przestała się chwilowo liczyć. Wygrał okrągły stół Gamsachurdii i on też przejął republikańską władzę nad gruzińskim sowietem (a może sowiecką władzę nad republikańską Gruzją? – jeden pies). Triumfował pod złowrogim hasłem „Gruzja dla Gruzinów!”, a autonomie Abchazji, Adżarii i Osetii Południowej uznano za „nielegalne” i „niesprawiedliwe”. Odmawiano też prawa powrotu do swoich domów Turkom meschetyńskim. A jednak nie ogłoszono niepodległości. Proces przywracania tejże miał być przeprowadzony tak, aby:
nie kolidował ze światowymi, globalnymi procesami politycznymi, dialogiem między Zachodem a Wschodem…
Okres przejściowy miał trwać minimum dwa lata. Gamsachurdia odmówił zawarcia proponowanego mu przez Gorbaczowa porozumienia i przyłączenia się do odnowionego zsrs. Nie przekonało to jednak przeciwników z Frontu Narodowego o jego dobrych intencjach. Rozpoczął się otwarty konflikt, także z udziałem Mchedrioni Joselianiego, którzy protestowali wobec zapowiedzi rozwiązania organizacji paramilitarnych. W lutym 1991 zarówno Czanturia, reprezentujący Kongres Narodowy, jak i Joseliani, zarzucili Gamsachurdii i jego stronnikom współpracę z centralą sowiecką. Tego samego wieczora rozpoczęło się rozbrajanie oddziałów Mchedrioni. Akcja została przeprowadzona sprawnie, niemal bez wystrzału, co sugeruje profesjonalne działanie. Następnego dnia wystąpił Czanturia: „podkreślił zdradziecką, antydemokratyczną politykę rady najwyższej i jej przewodniczącego w porozumieniu z Kremlem”. Zarzucił Gamsachurdii współpracę z gruzińskim kgb.
W marcu 1991 przeprowadzono referendum. 99% uczestników odpowiedziało twierdząco na pytanie: czy jesteś za przywróceniem niepodległości Gruzji? W kilka dni później ogłoszono przywrócenie niepodległego państwa. Kongres Narodowy z Czanturią opublikował oświadczenie, w którym powtórzono stanowisko: deklaracja niepodległości wzorowana na drodze litewskiej jest niewłaściwa dla ruchu narodowowyzwoleńczego.
Nieustannie trwały manifestacje. Domagano się uwolnienia aresztowanych Mchedrioni z Joselianim na czele. Opublikowano pisany w więzieniu list tego ostatniego, w którym nazywał Gamsachurdię faszystą, agentem KGB, a jego rządy dyktaturą. Niezrażeni tą krytyką zwolennicy Gamsachurdii wprowadzili do konstytucji sowieckiej republiki gruzińskiej stanowisko prezydenta, dzięki czemu sam Gamsachurdia został formalnie tymczasowym prezydentem. Po przeprowadzonych wkrótce wyborach został ogłoszony prezydentem.
W Moskwie trwały przygotowania do puczu. To wiekopomne wydarzenie miało wyglądać na totalną amatorkę, tym bardziej było trudne w przygotowaniu. Jak wiemy, obowiązywała ścisła tajemnica, co także zadania nie ułatwiało. Szewardnadze, wedle wzoru Jelcyna, rzucił partyjną legitymację, ogłaszając jakąś kolejną demokratyczną inicjatywę. On wiedział, co się święci w związku sowieckim. Tego samego nie można powiedzieć o gruzińskim agencie pierestrojki. Gamsachurdia nie miał pojęcia. (Sowieci nie mają zwyczaju wtajemniczać w swoje sprawy dysydenckiego drobiazgu.) Nie zajął stanowiska. Wezwał do zachowania spokoju. Wobec żądania puczystów, rozwiązania organizacji paramilitarnych, wyraził zgodę. Podjął w ten sposób dialog z puczystami, uznając ich legalność. Jako sprawny polityk, ukrył konsekwencje tej decyzji, wydając tego samego dnia dekret „o reorganizacji wojsk wewnętrznych – gwardii narodowej”. Ale na niewiele to się zdało. Gdy sytuacja w Moskwie wyklarowała się nieco na korzyść Jelcyna i jego „sił demokratycznych” (są frazy niechybnie wywołujące wesołość), Gamsachurdia w mig przestawił swoją ideową zwrotnicę na antypuczystowskie tory. Wezwał kraje zachodu do uznania niepodległości Gruzji, a także do nawiązania stosunków dyplomatycznych. Ciekawa rzecz: rychło takiego uznania doczekały Litwa, Łotwa i Estonia. Gruzja musiała poczekać aż do rozpadu związku.
Opozycja nie przespała moskiewskiego puczu, a chwiejna postawa świeżo upieczonego prezydenta nie przeszła niezauważona. Wkrótce poczęto domagać się jego ustąpienia z urzędu/nieurzędu (opozycja, tradycyjnie, nie uznawała instytucji, o których perorowała). Do żądania przyłączyli się licznie byli komuniści. Rozpoczęto głodówki protestacyjne (głodówki były od wielu lat ulubionym orężem gruzińskiej dysydencji). Demonstrowano, stawiano barykady. Szewardnadze, przemawiając z Moskwy, stwierdził, że prezydent utracił kontrolę. Gamsachurdia nie cieszył się nadmiarem uznania. Nie zaproszono go na grudniową stypę po sowieckim związku. Nie zaskarbił sobie uznania Amerykanów. Baker, sekretarz stanu, twierdził, że Zachód poprze Rosję, Ukrainę, Kazachstan, Armenię i Kirgizję, które „wykazały swoje skłonności do ideałów demokratycznych”, ale Gruzja i Azerbejdżan nie powinny na to liczyć. Deklaracja amerykańskiego pożytecznego idioty nie stawia Gamsachurdii w złym świetle. Przeciwnie. Niewiele faktów przemawia na rzecz dobrych intencji Gamsachurdii; wypowiedź Bakera do nich należy.
Pod koniec grudnia w stolicy sowieckiego Kazachstanu odbyło się spotkanie 11 bolszewików, reprezentujących świeżo ukonstytuowane niepodległe państwa. Gruzja miała status obserwatora. W przerwie obrad Jelcyn, wziął owych obserwatorów na stronę, wyciągnął napoczętą butelkę gruzińskiego koniaku, zaproponował wspólną konsumpcję, po czym oświadczył, że następnego dnia o 7 rano oczekuje telefonu Gamsachurdii z deklaracją zgody na przyłączenie Gruzji do konstytuującej się akurat nowej bolszewickiej wspólnoty. W razie odmowy Gamsachurdia będzie miał problemy, ze swoją władzą.
Nazajutrz o 8 rano doszło do pierwszego zbrojnego starcia zbuntowanych oddziałów gwardii pod dowództwem Kitowaniego z oddziałami rządowymi. Gamsachurdia zmuszony został do ukrycia się w schronie. Obrona była zaciekła, oddziały wierne Gamsachurdii nie ustępowały. Walki wybuchły także w innych częściach miasta. Siły bezpieczeństwa republiki odmówiły zaangażowania w konflikt. Po obu stronach walczyło zaledwie po kilkaset osób. Uwolniono Joselianiego i Czanturię, który obwieścił, że los dyktatury jest przesądzony. Istotnie, szala zwycięstwa przechylała się na rzecz zamachowców.
Gamsachurdia opuścił schron i z silnym konwojem udał się do Azerbejdżanu. Ponieważ odmówiono mu tam gościny, podążył do Armenii, gdzie 7 stycznia ogłosił utworzenie rządu tymczasowego. Także w Armenii nie gościł długo – centrala w Moskwie nie próżnowała. Udał się do Czeczenii Dudajewa.
7 marca 1992 na lotnisku w Tbilisi wylądował samolot z Szewardnadze na pokładzie. Przywitany został przez parę Joseliani i Kitowani oraz dwutysięczną masę tbiliskiej inteligencji, wyposażonej w czerwone goździki. Udał się do katedry Sioni po błogosławieństwo Ilii II. Został ochrzczony, przyjmując imię Jerzego, choć zapewne nie po to, aby zwalczać antychrysta. Stanął na czele tymczasowej rady państwa.
***
Gamsachurdia został pozbawiony władzy za sprawą działań czekistów. Zdanie m Dajewskiego należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że doszedł do niej także w wyniku ich wsparcia. Nigdy nie był legalnym prezydentem Gruzji. Dajewski krytykuje stanowisko zmarłego przed czternastoma laty znawcy spraw sowieckich Christophera Story, który upatrywał w działaniach Gamsachurdii szczerej intencji walki z komunizmem. Nie można – przekonuje Dajewski – twierdzić jednocześnie, że pierestrojka była prowokacją oraz, że jeden z jej wykonawców był „legalnym prezydentem Gruzji”.
Jest w tym, co pisze Dajewski, wiele racji. Trudno utrzymać punkt widzenia, że przygotowywana pieczołowicie przez dziesięciolecia wielka prowokacja, dopuszczała do gry ludzi, których lojalności nie była pewna. Ale ludzie są ludźmi. Niekiedy zmieniają zapatrywania, drogę życia. Gamsachurdia był przez dziesięciolecia aktywności przewidywalny, spolegliwy wobec mocodawców. Gdyby było inaczej zostałby w porę odsunięty lub zamordowany. Ale w którymś momencie swojej bujnej kariery postanowił wymknąć się spod kontroli. Owszem, był agentem pierestrojki, ale niewiernym. Czy nie o tym świadczą rzekome przestrogi Jelcyna skierowane pod jego adresem 21 grudnia 1991? Groźby zmaterializowane po upływie zaledwie kilku godzin.