Zamknij
Michał Bąkowski

Kontrrewolucja czyli ucho igielne

11 maja 2024 |Benito Cereno, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/05/11/kontrrewolucja-czyli-ucho-igielne/

Oczekiwaliśmy światła, a oto ciemność,
jasnych promieni, a kroczymy w mrokach.
Jak niewidomi macamy ścianę
i jakby bez oczu idziemy po omacku.
Potykamy się w samo południe jak w nocy,
w pełni sił jesteśmy jakby umarli.

Prorok Izajasz

Zaduma nad sensem rewolucji doprowadziła mnie do rozważań nad istotą państwa, a wszystko po to, by zastanowić się nad kontrrewolucją, nad możliwością odwrócenia rewolucyjnego stanu rzeczy, który zapanował na świecie.  Rewolucyjne zmiany nie muszą wcale być gwałtowne, wystarczy, że są wywrotowe.  Skąpane we krwi przewroty idą w parze z powolnym stawianiem życia ludzkiego na głowie, burzeniem, obalaniem, przewracaniem.  Długotrwały marsz przez instytucje jest równie wywrotowy, co wieszanie biełoruczkich na przydrożnych drzewach albo Madame La Guillotine; „kwestionowanie definicji kobiety” czy małżeństwa, równie burzycielskie, jak zburzenie Bastylii lub zajęcie Pałacu Zimowego.  Kiedy rozpoczął się proces podminowania?  Darek Rohnka i Jacek Szczyrba nie zgadzają się ze mną, ale pozostaję przy swoim, że zaczątkiem złego było wrzenie Renesansu, wstrząsy i burze, które zaowocowały wspaniałością dzieł sztuki, przepychem i świetnością dworów, i obdarzyły ludzkość trwałymi dobrami, stały się także początkiem uwiądu.

Moi polemiści roztrząsali również koncepcję kontrrewolucji.  W bardzo interesującej dyskusji na niniejszej stronie, między 7 i 12 kwietnia, pod artykułem „Ich czworo czyli tragedia ludzi głupich”, rozważali przykłady nieudanych kontrrewolucji.  W toku wymiany zdań, p. Jacek postawił pytanie: do którego etapu w historii cywilizacji wracać, walcząc z obecną odsłoną komunizmu?  Powrócę do treści samego pytania, bo wydaje mi się kluczowe, ale na razie chcę się zatrzymać nad odpowiedzią Darka.  Jego zdaniem, samo już stawianie tego pytania jest niebezpieczne.

[Problem status quo ante] przynajmniej już raz stał się odpowiedzialny za przetrwanie/zwycięstwo bolszewików.  Działo się to w czasach wojny czerwonych z białymi, gdy Judenicz, Denikin, Kołczak, wszyscy razem nie potrafili wyzbyć się idei jednej i niepodzielnej Rosji.  Zniweczyli szansę starcia bolszewizmu z powierzchni ziemi, zniechęcaj[ąc] do siebie na przykład kraje bałtyckie.

To jest co najmniej dyskusyjne, ale nie rozpraszajmy się.  Załóżmy przez chwilę, że generał Wrangel miał prawo – imperium? auctoritas? potestas? – odrzucić zasadę jedimoj niedielimoj dla doraźnych zysków politycznych.  Czy wszakże, dokonując takiego wyboru, nie stanąłby tym samym po stronie rewolucji?  Czym ma być kontrrewolucja, jeśli nie jest przywróceniem status quo ante?  Kontra musi być, z definicji, restauracją przedrewolucyjnego stanu rzeczy.  Benito Cereno musiał otrzymać w posiadanie swój statek i swoich niewolników, których rewolucja Babo mu odebrała – choć następnie mógł oczywiście, dobrowolnie się ich wyzbyć.  Jednak bez podstawowego aktu restytucji, rewolucyjny chaos zostałby zachowany.  Nie widzę innego wyjścia.

Józef Mackiewicz

Największy i najważniejszy polski antykomunista był jednoznaczny w tej kwestii: kontrrewolucja oznaczała dla niego obalenie sowdepii przemocą.  Sowiecki związek był, w jego oczach, zaczynem i źródłem wszelkiego zła, więc należy go obalić przy pomocy siły.

Świadomość tego, że obalić ustrój sowiecki można tylko przemocą, nie oznacza naturalnie, że dokonamy tego z dziś na jutro, rzucając się co tchu w kontrrewolucję; bez wyczekania na powstanie odpowiednich warunków w realnej sytuacji, i możliwości ku temu.  Ale oznacza podstawowe stanowisko, z którego nie wolno się cofnąć ani na krok, aby nie pominąć tych właśnie możliwości, które w zmienności politycznych i światowych konfiguracji zawsze się mogą wyłonić, zaistnieć, otwierając drogę do skutecznego przewrotu.  I jednocześnie oznacza niewzruszoną ideę przewodnią, narzucającą obowiązek przekonania opinii Wolnego Świata, że inne wyjście nie istnieje, nie było go i nie będzie w przyszłości. I że dalszy upór w oczekiwaniu na „pokojową ewolucję” stanowi podtrzymywanie Bloku Komunistycznego w czasie, a tym samym stabilizację dalszego i nieustannego zagrożenia kuli ziemskiej.

To w polemice z Sołżenicynem i jego pacyfistycznym antykomunizmem.  Mackiewicz był kontrrewolucjonistą par excellence.  Gdzież indziej szukać zrozumienia koncepcji kontrrewolucji?  Jeden z bohaterów Nie trzeba głośno mówić, wypowiada znamienne słowa:

Dałoj!  Won, to co jest!  Punkt.  Żadnych innych paragrafów.

Taki jest w istocie program mackiewiczowskiej kontrrewolucji.  Zniszczyć bolszewię, a potem rozprawiać o jedimoj i niedielimoj, usunąć chorobę, a potem zastanawiać się, co dalej.  W jednym z najważniejszych swoich tekstów, który można traktować jako deklarację ideową, artykule pt. Miejmy nadzieję (dołączanym niezmiennie do Zwycięstwa prowokacji od czasów II wydania z 1983 roku) wyraził nadzieję, że manipulowana przez komunistów opozycja solidarnościowa „może się nagle przeistoczyć w …

wielki zbiorowy okrzyk: Dałoj sowietskuju włast’!  Precz z sowiecką władzą!  Dość tego bratania się z komunistami, tej zabawy we wzajemne porozumienia i partykularne solidarności narodowe w imię interesu „państwowego”!  Okrzyk, który zerwie się jak wicher, przeskoczy granice, obejmie wszystkich, nie dla „pojednania narodowego”, „pojednania społecznego”, ale dla wyrzucenia ze społeczeństwa zarazy komunistycznej.  Okrzyk, który przywróci rozsądek i uciemiężonym i wolnym jeszcze ludziom na świecie.

W rzeczywistości skończyło się to gargantuiczną prowokacją „upadku komunizmu”, ale przedmiotem mych rozważań jest tym razem sama koncepcja kontrrewolucji, a nie ten zdumiewający fakt, że niektórzy do dziś uważają, jakoby komunizm upadł.  W oczach Mackiewicza, kontrrewolucja wydaje się w zasadzie pozbawiona treści, jest wyłącznie negatywna.  Jej celem jest przywrócenie zdrowego rozsądku czyli powrót do stanu przedrewolucyjnego, do status quo ante.  Pisał:

Międzynarodowy komunizm w jego dzisiejszej postaci jest rodzajem psychologicznej ZARAZY niezależnie od narodowych czy ekonomicznych pobudek.  Wolność, wolność prawdziwą, może dać tylko obalenie komunizmu, zniszczenie tego ustroju, niezależnie od języka jakim się posługuje.  Zniszczenie to nie jest przepisem załatwienia jakichkolwiek spraw i problemów granicznych, narodowościowych, ekonomicznych czy innych w krajach opanowanych przez komunizm.  Jest to wyłącznie przepis na: przywrócenie wolności.

Zważywszy wszechświatowy sukces tzw. upadku komunizmu, negatywny plan Mackiewicza wydaje się nie mieć już dzisiaj racji bytu.  Nie wdając się w szczegóły, widzę dwie przyczyny tego stanu rzeczy.  Po pierwsze i najważniejsze, można policzyć na palcach dwóch rąk ilość ludzi, którzy nie przyjmują, że komunizm upadł, jakże więc nawoływać do obalenia czegoś, co w mniemaniu tzw. wszystkich – nie istnieje?  A po drugie, nie widać żadnej siły, która mogłaby wypełnić pustkę stworzoną przez teoretycznie czystą, negatywną kontrrewolucję – w sensie: „won, to co jest, kropka. żadnych innych planów” – głównie ze względu na ogromną przestrzeń w czasie od momentu rewolucji.  Innymi słowy, gdyby za dotknięciem magicznej różdżki zniknął nagle rewolucyjny chaos dzisiejszego świata, ludzie wytworzyliby zapewne coś bardzo podobnego, bez najmniejszego przymusu, w sposób wolny.

Żeby uporać się z tą drugą trudnością, przyjrzyjmy się innemu kontrrewolucjoniście.

Julius Evola

Włoski reakcjonista poświęcił wiele myśli naturze kontrrewolucji.  Jego zdaniem, wszelkie próby oporu wobec chaosu naszych czasów są skazane na niepowodzenie, gdyż nie identyfikują korzeni choroby: wywrotowego wpływu rewolucyj 1789 i 1848 na Europę.  Należy odrzucić ideologie, ruchy i partie, które wywodzą się z tych idej, od liberalizmu i demokracji począwszy, a na marksizmie i komunizmie skończywszy.

Ściśle rzecz biorąc, hasłem powinna być kontrrewolucja, ale rewolucja, przeciw której się buntujemy, jest tak odległa, odwrócenie (postawienie na głowie) na tyle zakorzenione, że sytuacja wydaje się wszystkim normalna; innymi słowy, stojąc na głowie, ludzie nie zdają już sobie z tego sprawy.  W takim razie, lepszym hasłem jest reakcja.  Nazwać siebie samego reakcjonistą jest oznaką odwagi.  Jest naturalne, że lewica używa tego terminu jako połajanki, ale nienaturalny jest wstyd i lęk, wywołany takim oskarżeniem wśród tych, którzy jeszcze sami nazywają się prawicą.  Jakże bardzo obawiają się etykietki reakcjonisty!  A przecież, czy nie szkoda, że nie było reakcji na zbrodnie rewolucji?  Należało zareagować i wypalić gniazda zarazy, oszczędzono by światu wielu cierpień.  Reakcja ma jednak negatywne konotacje, reagujemy na napaść, na coś, co się już stało.  Tymczasem kontrrewolucja nie może polegać na parowaniu ciosów.  W kontekście myśli Evoli, kontrrewolucja nie jest obaleniem istniejącego porządku, ale raczej akcją wymierzoną w istniejący nieporządek i próbą przywrócenia normalności, powrotem do źródeł.  Być może ludzie zaczną odrzucać instytucje, które ich zwiodły i szukać nowych idej.  Płynięcie pod prąd, ku źródłom, i rozpoczęcie budowy od nowa, wydaje się wówczas rozsądną opcją.  Przywrócenie normalności nie jest rewolucją, jest odpowiednikiem podniesienia się z podłogi.

Wydaje mi się to postawą klasycznie konserwatywną.  Niebezpieczeństwo, zdaniem Evoli, tkwi w przyjęciu rewolucyjnego stanowiska, w optyce marszu historii, w takim bowiem razie, konserwatywny kontrrewolucjonista akceptuje błąd lewicy, przyjmuje tezę postępu: oto nasza nowa idea jest lepsza niż poprzednia.  Tylko trzymanie się niezmiennych zasad i obiektywnych wartości, pozwoli ludzkości uniknąć rewolucyjnego błędu.  Postrewolucyjny porządek nie jest nigdy porządny, jest zaledwie znośnym, w wielu wypadkach sympatycznym, nieporządkiem.  Jeśli naszą ambicją jest zniszczenie, to może się okazać, że należymy do oddziału historycznych burzycieli – do rewolucjonistów, od których się odżegnujemy.

Pojęcie konserwatyzmu zostało także obarczone przez lewicę lawiną fałszu.  Konserwatyzm ma rzekomo bronić interesów i klas, przywilejów i struktur, które uniemożliwiają postęp.  Liberałowie i komuniści są zgodni w tej kwestii.  Evola słusznie beszta konserwatystów za potulną obronę swych pozycji, w miejsce śmiałej obrony wyższego porządku, godności i bezosobowego dziedzictwa wartości, idej i zasad.  Nie wolno wiązać reakcjonizmu z konkretną kastą, a już w żadnym wypadku nie z burżuazją, która zastąpiła upadłą arystokrację.  Należy w zamian bronić poglądu na życie i państwo, opartego na wartościach i interesach, wyższych niż ekonomiczne.  Edmund Burke mógł trzymać się instytucji i opierać na nich swą zachowawczość.  Dzisiejszy konserwatyzm musi być wierny wartościom, a nie instytucjom; zasadom, z których wyszły dawne instytucje, a nie im samym, bo są bez reszty skompromitowane.  Kontynuacja dotyczyć musi wyższego planu i domaga się bezkompromisowego odrzucenia tego, co jest zbędne, zamiast usztywniać nas w panicznym poszukiwaniu nowych idej.  To jest istota ducha konserwatyzmu, zatem jest on jednorodny z duchem tradycji.

Tradycja

Tradycja nie jest ani służalczym konformizmem z przeszłością, ani niemrawym trzymaniem się utartych form.  Jest czymś ponad-historycznym i dynamicznym: jest nadrzędną siłą ładu w służbie zasad i wartości, które pełniły rolę krzyżma najwyższej legitymizacji.  Evola nazywa je zasadami nadanymi z góry.  Tradycja działa przez pokolenia jako inspiracja, poprzez prawa i instytucje, zwyczaje i związki, ale nie wolno utożsamiać tradycji z jej przejawami.

W takim ujęciu, tradycja nie może być anachronizmem lub regresją, gdyż to, co nie jest absolutne, nie powinno być nigdy absolutyzowane; kukły nie powinny być przemieniane w idole – tak postępuje lewica, podstawiając truchła pod wartości.  Substancja jest wewnątrz (zjawisk, instytucji itp.), a to co jest wieczne jest także zawsze aktualne (stąd wywodzi się polskie określenie „ponadczasowe”).

Jest aksjomatem mentalności rewolucyjnego konserwatysty i reakcjonisty, że najwyższe wartości i podstawowe zasady każdej zdrowej instytucji, są niezmienne i nie „stają się”.  Państwo, imperium, auctoritas, hierarchia, sprawiedliwość, wyższość elementu politycznego nad społecznym i gospodarczym.  W domenie tych wartości nie ma historii, jest więc niedorzecznością myśleć o nich w kategoriach historycznych.  Mają one istotowo normatywny charakter.

Są imperatywne, domagają się więc od nas uznania.

Rewolucyjna mentalność jest odwrotnością takiego podejścia.  Prawda jest względna i zmienna, stawanie się rządzi światem duchowym, wszystko jest uwarunkowane i ukształtowane przez czasy i okoliczności.  Nie ma stałych zasad ani obiektywnych wartości.  Evola stawia zasadnicze pytanie o wybór tradycji.

W jego opisie, Włochy bardzo przypominają Polskę.  Italia nie posiada jednej spuścizny ideowej.  Może odwołać się do wielkich tradycji Rzymu, ale próbował tak czynić Mussolini i wyszło to raczej groteskowo; do barbarzyńskich państw germańskich i niezwykle płodnej idei Świętego Cesarstwa Rzymskiego; do dziedzictwa państwa papieskiego i mozaiki skłóconych miast-państw; do dostojnych i głębokich intelektualnie (mimo nieprzystojnego handryczenia się) tradycji Gwelfów i Gibelinów.  Tymczasem Włochy zbudowane są na tradycji karbonariuszy, jakże więc zdołałyby się oprzeć ideom rewolucji francuskiej?  Ta sama destrukcyjna, rewolucyjna ideologia doprowadziła do zjednoczenia Włoch, podobnie jak do odrodzenia Polski.  Czy kontrrewolucja w Polsce odwoływać się ma do Konfederacji Barskiej?  Czy raczej do szlacheckiej wolności?  Do Batorego i Sobieskiego?  Czy może do wielkich Jagiellonów?  Do Kazimierza Wielkiego czy do Chrobrego?

Mam wątpliwości do takiego podejścia.  Ideologicznie zdeterminowany wybór tradycji zbytnio przypomina mi komunistyczne metody pociągania czerwoną farbą wybranych elementów z historii.  Stalin przyjmował Św. Aleksandra Newskiego jako propagandową figurę walki z germańskim najeźdźcą.  Kościuszko był na wszystkich prlowskich sztandarach, a z Mickiewicza zrobiono zetempowca (zresztą nie bez uzasadnienia).  Jednak Evola argumentuje przekonująco, że odrzucić należy historyczne formy, które doprowadziły do stanu dzisiejszego, choć wolno je przyjąć jako podstawy integracji.  Można by z tego wyciągnąć wniosek, że należy przywoływać ducha dawnej Polski, a nie jej instytucje, ideę wielkości Najjaśniejszej Rzeczpospolitej, a nie formy, jakie przyjęła.  Nie wolno sztucznie utrwalać form związanych z przeszłością, gdyż ich witalność została wyczerpana.

Jak więc ma wyglądać ta idealna kontrrewolucja?  Czy mamy zwrócić się do elektoratów o poparcie w demokratycznym głosowaniu?  Rozpocząć od kampanii propagandowej dla wykazania korzyści i pożytków kontrrewolucji?  A potem plebiscyt?  Kto za kontrrewolucją?  Ręka w górę!  A kto przeciw?  Co z tymi będzie?  Czy należy przemienić szkoły w obozy koncentracyjne dla inakomysliaszczych?  (Nawiasem mówiąc, tak właśnie czyniono w niejednym kraju Ameryki Łacińskiej dla obrony przed komunistyczną infiltracją.  Wszystkie te obmierzłe południowoamerykańskie junty były krytykowane w dokładnie taki sam sposób ze Stanów co z Kuby, z Watykanu jak z Moskwy, ale czy mają przez to otrzymać kontrrewolucyjne placet?  Jedno wydaje mi się pewne: zasługują na wnikliwe studium z punktu widzenia kontrrewolucji.)  Czy może lepiej rzucić w diabły przekonywanie, a niechętnych posłać do Berezy?  Albo pod stienku?  Jak wyrzucić komunistyczną zarazę, kiedy bez przymusu opanowuje coraz to nowe umysły?  Bez udziału pałek i kazamatów czeki, amerykańscy studenci dobrowolnie się sowietyzują na elitarnych uniwersytetach.  Jak przepędzić tę gębę – won!?  Zakazać?  Zabronić wszystkiego, co się nam nie podoba?  Już Św. Augustyn widział, że „zakaz tylko wzmaga pragnienie grzechu, gdy Ducha braknie” – a ducha w narodzie nie masz ni kuku.

Ile było udanych kontrrewolucji w historii współczesnej?  (Restaurację Stuartów i Burbonów odrzucam z oczywistych powodów.)  Trzy?  Fehér Terror na Węgrzech, a potem Franco i Pinochet.  Osobiście, broniłbym wszystkich trzech, ale brać z nich wzór?  Wszystkie trzy nastąpiły natychmiast po rewolucji, były skuteczną reakcją, ale w każdym wypadku, niezależnie od oceny metod i osiągnięć zbudowanych tak reżymów, okazały się czymś mniej niż maleńkim pryszczem pod walcem rewolucyjnego postępu.  Określenie „udane kontrrewolucje” należy wziąć w cudzysłów.  Jak więc przeprowadzić wielbłąda państwa godnego, państwa zasługującego na to miano, przez ucho igielne kontrrewolucji?

Muszę z naciskiem podkreślić, że powyższa lista pytań nie jest ćwiczeniem w retoryce, to nie są kwestie postawione wyłącznie dla ich dramatycznego efektu.  Nie zadałem ich, by twierdzić w formie pytania, ale dlatego, że nie wiem, jaka jest na nie odpowiedź.  Obawiam się tylko, że przeprowadzenie wielbłąda przez sławetnie wąską bramę w murach Jerozolimy – było pestką w porównaniu (że nie wspomnę o drodze bogacza do Zbawienia).

Nasuwa się refleksja, że jeżeli to, co nazywamy dziś „Zachodem”, stworzone zostało przez sataniczny Renesans, mroki Oświecenia (z ukłonem pod adresem Darka R) i potworności rewolucji, od Lutra i Cromwella przez Robespierre’a i Garibaldiego, do Lenina i Mao, a teraz zmierza ku zagładzie, to dlaczego właściwie mielibyśmy płakać nad jego upadkiem?  Rzecz chyba w tym, że Zachód gnije, ale ten rozkład powoduje rozchodzenie się cudownej woni – a rewolucja głównie przeciw temu aromatowi jest skierowana.  Każda rewolucja, także ta kontr-, w praktyce usuwa przede wszystkim każdy, najmniejszy przejaw piękna życia.  Każda rewolucja jest procesem niszczenia – nie może być inaczej.

Potykamy się w samo południe jak w nocy, w pełni sił jesteśmy jakby umarli.  Stojąc pośród ruin, konserwatysta trzyma się tradycji i zachowuje zimną krew, by uratować to, co jest prawdziwie istotne.  Celem powinno być zachowanie niematerialnej ciągłości, a nie awanturnicze akcje.

Zdumiewająco zbieżne z poglądami Evoli były wymagania Józefa Mackiewicza.  Pisał w polemice z Kołakowskim:

Czy to prawda, że akurat w tej chwili nie istnieją warunki dla walki z komunistami?  W takim razie nie wykluczam nadziei, że mogą pojawić się jutro.  Dlatego najważniejszym zadaniem na dzień dzisiejszy wydaje mi się akumulowanie chcenia walki z komunizmem.  Nie w celu nadania mu „ludzkiej twarzy”, lecz w celu przepędzenia tej gęby – won!

Zachowanie duchowej ciągłości jest bliskie zachowania ducha oporu, pokrewne akumulowaniu chcenia walki z komunizmem, które pragnął kultywować Mackiewicz.  Doszliśmy w ten sposób do ostatniej kwestii postawionej z taką jasnością w powieści Melville’a: jak żyć wobec zalewu rewolucyjnego chamstwa?

Kamień, który odrzucili budowniczowie, ten stał się kamieniem węgielnym.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/05/11/kontrrewolucja-czyli-ucho-igielne/
Kategorie: Benito Cereno, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/05/11/kontrrewolucja-czyli-ucho-igielne/