Państwo czyli tragiczny regres
Debaty na temat państwa trwają nieprzerwanie od tysiącleci. Wskazuje się zazwyczaj na Platona jako inicjatora refleksji nad państwem, ale wcześniejsi od niego, helleńscy mędrcy-prawodawcy zajmowali się problemem w praktyce. Nie inaczej zapewne było pośród chaldejskich i egipskich kapłanów, perskich magów, celtyckich druidów i hinduskich braminów. W społeczeństwach prymitywnych, ludzie roztropni i przenikliwi zajmowali najwyższe pozycje, i to wokół nich zrodziły się struktury religijne, sądownicze i przywódcze, które z czasem przerodziły się w to, co dziś nazywamy państwem.
Patrząc z takiego punktu widzenia, można z łatwością dać odpowiedź na klasyczne pytanie: czy państwo jest społecznością naturalną – innymi słowy, czy jest zgodne z ludzką naturą, czy wynika z niej? – czy też jest twardą skorupą narzuconą przy pomocy pięści na swobodnie rozwijającą się ludzkość? Naturalnym bowiem wydaje się zwrócenie do ludzi myślących, o pomoc w rozsądzaniu sporów, do przebiegłych w planowaniu obrony przed napaścią, a do dalekowzrocznych z pytaniami eschatologicznymi. Regres ludzkości od czasów pierwotnych jest zaiste zdumiewający. Dziś, po tysiącach lat rozwoju i tak zwanego postępu, wybiera się tych, którzy najgłośniej krzyczą.
Muszę wszak od razu zaznaczyć, że w moim przekonaniu, państwo nie jest formą społeczną w równym stopniu naturalną, co np. rodzina. Nawet naród, który jako pojęcie, jest bękartem antyfrancuskiej rewolucji, ma bardziej uzasadnione pretensje do „naturalności”, ponieważ spójnia narodowa w najlepszych wypadkach może być – choć nie musi – spójnią duchową i kulturową najwyższej miary, gdy państwo działa na innym poziomie abstrakcji. Kwestie pochodzenia państwa, względnie jego „naturalności”, jakkolwiek zasadniczej wagi, nie będą mnie tu zajmować. Kluczowym dla moich deliberacji jest pytanie o funkcje państwa, z tego bowiem wnioskować będzie można o jego istocie, a w dalszej perspektywie, o sensie rewolucji i kontrrewolucji.
Najważniejszym czynnym elementem we wstępnym namyśle o państwie jest pojęcie władzy: państwo wyraża się i aktualizuje w aktach władzy. Władza ma trzy zasadnicze atrybuty, które najlepiej oddają łacińskie terminy, zaczerpnięte z rzymskiej praktyki: imperium, auctoritas i potestas. (Nawiasem, pytanie o suwerenność, a szczególnie o suwerena, wydaje mi się fałszywym tropem, który wiedzie do błędnego koła, o czym była tu mowa przed laty, w dyskusji z Adamem Dankiem. https://staging.wydawnictwopodziemne.com/category/debaty/oszolomy/ ) Pierwsze z trzech pojęć jest najtrudniejsze do uchwycenia, gdyż zmieniło w ciągu wieków znaczenie. W większości nowożytnych języków, „imperium” denotuje ponadnarodowy zbiór terytoriów zarządzanych z metropolii, na wzór Rzymu. Dla Rzymian wszakże, znaczyło to tyle, co władza wydawania rozkazów. Scypion Africanus pozwolił się tytułować Imperatorem, gdy odrzucił ofiarowaną mu władzę królewską. Dzisiejszym, raczej bladym, odpowiednikiem imperium jest władza prawodawcza.
Samo imperium nie wystarcza, ponieważ nikt nie usłucha rozkazów, a tym bardziej nie będzie posłuszny prawom, za którymi nie stoi odpowiedni autorytet. Ale autorytet także nie wystarczy prawodawcy, jeżeli nie będzie poparty mocą czyli potęgą państwa. Niektórzy myśliciele, np. Carl Schmitt, uważają autorytet za najważniejszy przymiot władzy państwowej, ale osobiście odnoszę wrażenie, że wszystkie trzy właściwości są równoważne. Sama potestas, oderwana moc, tworzy państwo zbójeckie, którego przykładami wybrukowana jest historia ludzkości. Ilustracją czystego autorytetu służyć może Platon i jego próby doradzania tyranowi Syrakuz, ale może lepszym przykładem mogą być dziesiątki charyzmatycznych watażków, którzy pozbawieni siły, nie odegrali żadnej roli w historii. Natomiast przykładu przerostu władzy prawodawczej dopatrywałbym się w europejskiej niuni. Bruksela rzyga codziennym strumieniem dekretów i dyrektyw, które rzadko kto zna i prawie nikt nie zamierza się do nich stosować.
W powyższych trzech atrybutach zawiera się istota władzy państwowej, ale jaki jest jej cel? Jak wskazałem powyżej, państwo, w ostatecznej analizie, zdaje się zaspokajać naturalną ludzką potrzebę porządku i bezpieczeństwa. Autentyczne państwo tworzy warunki dla rozwoju ludzkiej osoby. Zwróćmy uwagę, że nieliczna banda opryszków może opanować odizolowaną społeczność i zapewnić jej „bezpieczeństwo” wobec zewnętrznych wrogów, ale bandyci nie zamierzają wprowadzać porządku wewnętrznego, choć skutecznie zgnębią podbitych. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wiele historycznych państw miało takie właśnie korzenie, toteż krytycznym sprawdzianem musi być dla nas nie geneza, ale natura tak zrodzonego państwa. Podam tu tylko jeden historyczny przykład królestwa podbitego przed 958 laty przez maleńką grupę tysiąca rycerzy; królestwa, które istnieje do dziś – Wielkiej Brytanii. Nieliczna gromada normańskich rzezimieszków musiała coś zrobić dobrze, skoro ich twór przetrwał i rozkwitł.
Widać więc, że zabezpieczenie zewnętrznych granic państwa jest jednym z podstawowych wymogów; z czego z kolei wynika potrzeba mocy. Państwo musi wyposażyć się w środki dla obrony przed najeźdźcą zewnętrznym. Od wewnątrz, państwo musi mieć środki – nie tylko materialne, ale również duchowe, tj. autorytet – by ustanowić porządek prawny, a następnie bronić go, jeżeli zajdzie taka potrzeba, także przy pomocy przymusu. Państwo może przyjąć taką podwójną rolę, ponieważ zawiera w sobie element porządku sakralnego. Jest ziemskim odbiciem nieziemskiego ładu, wyrazem transcendencji, nierzadko, z boską sankcją. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby ktoś zarzucił mi, że proponuję tu chrześcijański – a ściślej katolicki, a może nawet ultramontański – model państwowości. Nic bardziej błędnego. Mam na myśli coś o wiele szerszego, a mianowicie zakorzenienie fenomenu państwa w „świecie wyższych mocy”, jak powiedziałby Roman Ingarden. Taki właśnie, nadprzyrodzony, semi-religijny charakter, ma klasyczny typ państwa, od Sumeru począwszy, przez Egipt, Persję, Grecję i Rzym – nie na darmo, w szeregu mitycznych królów-założycieli Rzymu, obok zwycięskich wodzów, stoi Numa Pompiliusz, który położył podwaliny pod państwową religię – aż do barbarzyńskich państw powstałych na gruzach rzymskiego imperium. Ta sama koncepcja nadprzyrodzonego charakteru władzy występowała w Chinach i w Indiach, wśród krwiożerczych Azteków czy w afrykańskich królestwach Beninu lub Aszanti (choć w tych ostatnich przypadkach trudno, bez dreszczu zgrozy, nazwać to sacrum, ze względu na demonizm tych kultur). Dla wczesnego chrześcijaństwa, pogańskie państwo było anatemą, a Święty Augustyn uważał każde ludzkie państwo za bandyckie przedsięwzięcie, stawiając za nieosiągalny wzór Civitas Dei.
Cywilizacje formowały się i znikały, ale pojęcie nadprzyrodzonego ładu pozostawało. Do dziś nazywa się taki porządek różnie, np. prawem naturalnym lub tradycyjną moralnością, praktycznym rozumem albo Tao. To ostatnie określenie godne jest zastanowienia, oznacza bowiem „drogę”, „sposób”, naturalny i praktyczny bieg rzeczy, naturalny dla całego Wszechświata, zatem uniwersalny. W pojęciach tych zawiera się cały system wartości, które nie są zmienne w czasie ani zależne od sytuacji; są oderwane od konkretu czyli absolutne; niezależne od naszego poznania czyli obiektywne. Wynika z nich system powinności, z pierwszym imperatywem na czele: czyń dobro, unikaj zła. I wreszcie prowadzą one do koncepcji najpełniejszej eudajmonii, do teorii szczęścia, które jest osiągalne wyłącznie w ramach powszechnego Ładu, podczas gdy aksjologiczna pustynia poza tymi ramami, oferuje poszukującemu tylko duchową niedolę.
Ów porządek daje nam duchowy grunt pod nogami, jest intelektualnym punktem odniesienia; daje podstawy do osądzania, jest punktem wyjścia do poszukiwań, do rozumienia hierarchii wartości – od hieros archos „święty władca” lub „władza spraw świętych”. Niestety poszukiwania te zbyt często wychodzą poza ramy ładu lub wyłuskują pojedynczy odprysk hierarchii i budują wokół niego nowy system – ideologię. Ideologie zawierają fragmenty prawdy, ale nie stawiają prawdy w centrum; pragną osiągnąć konkretne rezultaty, więc zastępują prawdę jakimś fragmentarycznym „dobrem”, które poza systemem absolutnych wartości okazuje się być mniej niż dobre. Wysuwają np. dobro narodu na plan pierwszy, zapominając o innych wartościach; albo wynoszą złotego cielca ekologii na ołtarze, poświęcając nowemu bożkowi, bez mrugnięcia okiem, cały świat w pogańskim całopaleniu dla Molocha.
Nasuwa się oczywiste pytanie: jeżeli celem państwa jest stworzenie warunków dla doskonalenia osoby ludzkiej, to jak daleko może się posunąć w eliminowaniu przeszkód dla najlepszego rozwoju? Czy dla przykładu, służba zdrowia, powszechne wykształcenie, zasiłki dla bezrobotnych nie są naturalnym polem do działania państwa? Państwo rzymskie budowało drogi i akwedukty, czy ich odpowiednikiem dzisiaj nie powinna być bezpłatna opieka zdrowotna i powszechny podstawowy dochód? Tego rodzaju „usługi” wprowadził w pole zainteresowania państwa sam Otto von Bismarck, który wiedział co nieco o sakralnej stronie państwowości, może więc stanowią one zupełnie uzasadniony obszar zainteresowania myśli o państwie? Obawiam się jednak, że ściąganie horrendalnych podatków w celu zapewnienia nieadekwatnej opieki, niewystarczających emerytur i poniżającej edukacji, sprowadza państwo w bagno politycznych przepychanek, a tym samym, odbiera mu ostatnie strzępy dostojeństwa, które z trudem tylko osłaniały sromotę.
Kolejnym problemem państwa jest fetyszyzacja „społeczeństwa” i wyniesienie społecznych rozwiązań ponad interesy jednostki, a ściślej osoby. Wielki włoski reakcjonista, Julius Evola, uważał społeczeństwo za materialną rzeczywistość, ale poddaną ludzkiej osobie: społeczeństwo jest tłem, na którym wyróżnia się kontur prawdziwego bytu – człowiek. Evola podkreślał prymat osoby także wobec państwa, gdyż państwo jest bezosobowe, zbyt łatwo się biurokratyzuje i kostnieje. Osoby – nie indywidualne atomy, ale osoby ludzkie – są pierwotnym elementem państwa. Każdy ma inną rolę, pozycję, wolność, ma swoje miejsce w hierarchii, wykonuje i rozkazuje, słucha i mówi, tworzy i konstruuje. Tacy ludzie tworzą organiczne państwo – antyliberalne, antydemokratyczne, prawdziwe państwo, w którym pierwszeństwo ma człowiek; prymat nie w abstrakcji, nie w retoryce, nie jako liczba lub głos, lecz jako wolna osoba. W takim organicznym państwie człowiek może osiągnąć przeznaczoną mu doskonałość.
Największym problemem znanego nam doskonale modelu opiekuńczego państwa jest, rzecz jasna, fałszywa ideologia – egalitaryzm, okraszony karną redystrybucją dóbr – czyli ta sama ideologia, dla zdławienia której Bismarck wprowadził ubezpieczenia społeczne. Co wszakże było drobiazgiem w Prusach, gdy ludzie żyli krótko, stało się kamieniem młyńskim wobec postępów medycyny. W rezultacie, państwo przeobraziło się w księgę skarg i wniosków, grzęźnie w trzęsawisku sprzecznych roszczeń i pretensji, rozdzierane przez lawinę życzeń i zażaleń, przygniecione niemożliwymi do spłacenia długami. Z potwornego Lewiatana (którego ojcem był Bismarck), oplątującego swymi mackami całą ludzkość, przedzierzgnęło się w monstrualnie wzdętą pokrakę, która nie ma czasu ścigać przestępców, bo musi inwigilować praworządnych obywateli; nie potrafi obronić swej własnej ludności przed młodocianymi rzezimieszkami, a co dopiero przed zewnętrzną agresją; jest tak dalece pozbawiona autorytetu, że nie potrafi nakłonić urzędników państwowych do pracy, więc co tu mówić o imperium i potestas.
Ale krytyka XXI-wiecznej karykatury państwa nie jest tu moim przedmiotem. W jaki sposób znaleźliśmy się w takiej sytuacji? – oto jest pytanie. Klasyczne, sakralne państwo istniało tylko do początków epoki Renesansu. To wówczas wdała się gangrena i rozpoczął rozkład, który doprowadził do powolnego upadku. Państwo przepoczwarzyło się z hierarchicznej struktury sakralnej w obraz i wyraz społeczeństwa, a tym samym porządek naturalistyczny (nawet wegetatywny) przeniknął do sfery radykalnie mu obcej, profanum wypierać poczęło sacrum. Interesy, głównie gospodarcze (choć nie tylko), ale zawsze materialne, wyparły sakralny porządek. Despoci, włoscy kondotierzy, Henryk VIII, Piotr Wielki, Burbonowie, zastąpili monarchię „z Bożej Łaski”, tępym utożsamieniem państwa z osobą króla. Odrzuciwszy transcendentną legitymizację, zwrócili się ku bezkształtnej masie poddanych. Następujące po nich rewolucje przeciwstawiły naród i lud wszelkiej władzy. Hasła „woli narodu”, demokracji, socjalizmu itp., są tylko listkami figowymi dla tyranii, ale reprezentują degradację i są w istocie antypaństwowe. Rewolucja antyfrancuska użyła narodu jako demagogicznego hasła, ale odtąd nacjonalizm przybierał tylko na sile i poprzez ruchy rewolucyjne podminował tradycyjne społeczeństwo. Z czasem, czysto naturalistyczne pojęcie narodu, nabrało mistycznego charakteru i wagi najwyższej wartości. Jednostka ma znaczenie tylko jako l’enfant de la patrie. – Ale rewolucje już rozważaliśmy. Żaden przedrewolucyjny monarcha nie miał nigdy władzy tak absolutnej, by nie musieć się liczyć z głosem szlachty i kleru, a nade wszystko, z wymogami nadprzyrodzonego Ładu, który uosabiał. Pomazaniec mógł być winien porzucenia swych obowiązków; Miłościwie Nam Panujący mógł okazać się niegodnym tronu i korony. A któż dziś ośmieliłby się obwiniać „suwerenny lud” za cokolwiek? Komuż mogłyby postać w głowie wątpliwości na temat mocy narodu? Suwerenność ludu jest wytrychem, który otwiera wszystkie drzwi.
Współczesne państwo, po wielowiekowym procesie sekularyzacji, racjonalizacji i materializacji (procesie gwałtownie przyspieszonym w XX wieku), zatraciło wszelkie cechy sakralne. Naczelnym agentem tego procesu okazał się liberalizm.
Zamieszanie jest dziś takie, że liberalizm widziany jest teraz jako „prawicowy” ruch, broniący ludzkiej godności i wolności przeciw marksistom i totalitarystom. Nawet Józef Mackiewicz padł ofiarą tego zamieszania, nazywając Mariana Zdziechowskiego reprezentantem „bogobojnej konstrukcji niewątpliwie sprowadzającej na manowce”:
Aby zniszczyć bolszewizm, trzeba by podciąć korzenie liberalizmu, z którego wyrósł. Sprzeczność oczywista: aby zburzyć niewolę bolszewicką, należy zniszczyć wolność?
Pisząc przed dziesiątkami lat książkę o Mackiewiczu, poświęciłem tej kwestii cały rozdział – problemem, jak zwykle, jest wolność. Wbrew Mackiewiczowi, widziałbym genezę trudności w tak zwanym „odrodzeniu”, w którym nie było ani śladu renesansu, a tylko upadek z wyżyn złotego wieku scholastyki, oraz w tzw. „oświeceniu”, wyzutym z światłości, pogrążonym w ciemnościach, a wiedzionym nie przez kaganek oświaty i wiedzy, a przez kaganiec masowego druku sprośnych pamfletów.
Istotą liberalizmu jest indywidualizm. Zamiast widzieć w człowieku osobę, zdolną do realizacji obiektywnych wartości, dostrzega w indywiduum bezwarunkowe źródło wartości. Wolność staje się wówczas swobodą, oddaniem najniższym instynktom, staje się wartością najwyższą, przez co unieważnia wszystkie autentyczne wartości.
W rzeczywistości ludzkiej, osoba jest zindywidualizowana poprzez swą jakość: swą ludzką twarz, swą własną naturę i atrybuty, które odróżniają nas od innych, czyniąc nas nierównymi. Wolność mierzona być musi przez status osoby – powszechny tylko potencjalnie, a rzadko realizowany – nie przez abstrakcyjny fakt bycia człowiekiem lub obywatelem, ani tym bardziej przez pretensje do rzekomych praw człowieka i obywatela. W demoliberalnym systemie pojęć, jednostka ma być wolna robić, cokolwiek jej się żywnie podoba. Człowiek nie jest osobą, ale czymś nieuformowanym, żyjącym w bezkształtnej wolności. Życie społeczne staje się w takiej sytuacji polem gry dla mechanicznych, utylitarystycznych sił. W rezultacie, państwo, prawo i porządek, postrzegane są wyłącznie jako ograniczenie, nigdy nie stają się wyrazem wolności wewnętrznej, wyrazem kontroli nad sobą samym. Porządek jawi się jako gwałt na jednostce, gdy naprawdę jest tłem, na którym jednostka się formuje, doskonali i wyraża w wolnych aktach. Liberalny indywidualizm legł u podstaw podważania porządku. Jednostka ma prawa, ale nie ma obowiązków, państwo ma obowiązki, ale brak mu autorytetu, a w efekcie jednostka staje się numerem, głosem. Już marksizm rozpoznał rolę liberalizmu na drodze do komunizmu, straszną rolę agenta rozkładu. Ale marksizm w niczym nie był oryginalny. Tacyt ujął to wcześniej: „By obalić władzę, podtrzymują wolność; gdy ją zdobędą, obrócą się przeciw wolności.” Jeszcze wcześniej, Platon powiedział coś podobnego w Państwie:
Nadmierna wolność w nic innego się nie przemienia, tylko w nadmierną niewolę – i dla człowieka prywatnego, i dla państwa. […] Więc to naturalne, że nie z innego ustroju powstaje dyktatura, tylko z demokracji; z wolności bez granic – niewola najzupełniejsza, najdziksza.
(Przekład Witwickiego, jak zwykle, okropny. Platon nie mógł oczywiście mówić o dyktaturze, użył zapewne słowa „tyrania”.)
Zaczątek upadku tkwił w porzuceniu tradycji i wyniesieniu indywidualnej wolności. Odrzucenie autorytetu i hierarchii zredukowało jednostkę do roli atomu w społeczeństwie. Totalitarne formy mogą wyrosnąć tylko na jałowej ziemi, udeptanej przez liberalizm. Ale one same są zaledwie materialistycznymi podróbkami, są demoniczną karykaturą jednoczącej, organicznej koncepcji państwa, są formą najdzikszej niewoli wyrosłej z bezkształtnej wolności. Rewolucyjni podżegacze z łatwością zdzierają liberalne maski i podważają burżuazyjne mity, bo piewcy wolności, twórcy mitu demokracji jako najwyższej wartości, sami zniszczyli uprzednio wszelkie obiektywne wartości, wszelkie podstawy wyższych zasad hierarchii i posiadania.
Degeneracja form państwa osiągnęła takie proporcje, że powrót do źródeł oznaczać musi odrzucenie rewolucyjnych zasad w każdej domenie, i przeciwstawienie im wizji hierarchicznej, bo tylko w tym kontekście pojęcie jednostki jako osoby, jej wolność i wartość, nie są zredukowane do pustosłowia, ani nie stają się bezwolnym instrumentem destrukcji.
Jak to świetnie powiedział CS Lewis:
Dogmatyczna wiara w obiektywność wartości jest konieczna dla istnienia władzy, która nie przeradza się w tyranię, dla posłuszeństwa, które nie jest niewolnictwem.
Czy powrót do takiego stanu rzeczy jest możliwy? Innymi słowy, czy w dzisiejszym chaosie i bezhołowiu możliwa jest autentyczna kontrrewolucja?