Zamknij
Michał Bąkowski

<i>De revolutionibus rerum humanarum</i>

19 marca 2024 |Benito Cereno, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/03/19/de-revolutionibus-rerum-humanarum/

W toku dyskusji nad artykułem pt. „Benito Cereno i dylemat suwerena” wyłoniły się problemy, które domagają się bardziej zdyscyplinowanej analizy.  Są to pytania o istotę władzy i istotę państwa, o naturę rewolucji i kontrrewolucji oraz o życie pod wrogim, rewolucyjnym reżymem.  Pozwolę sobie rozpocząć rozważania niejako od środka, tj. od rewolucji, wydaje mi się bowiem, że przemyślenie tego fenomenu ułatwić może zrozumienie problemu władzy, a w najgorszym razie, rzuci światło na ciernistą kwestię państwa, co z kolei może doprowadzić nas do niespodziewanych konkluzji w sprawie kontrrewolucji.

Słowo „rewolucja” wywodzi się z łacińskiego re-volvere, toczyć w koło, obracać, jak np. w kopernikańskim De revolutionibus orbium coelestium czyli „O obrotach sfer niebieskich”.  Rzymianie używali innych określeń dla oddania tego, co nazywamy dziś rewolucją: seditio, civilis perturbatio czyli rokosz, akcja wywrotowa.  Rewolucja w świecie polityki oznaczała zatem pierwotnie powolny obrót spraw społecznych i politycznych; obrót, który prowadzić miał nieuchronnie do punktu wyjścia.  Wobec takiej koncepcji rewolucji, nie mogło być mowy o sensownej kontrrewolucji.  Nie dość przecie, że nie można powstrzymać naturalnego obrotu rzeczy, ale wręcz nie należy tego czynić, skoro wszystko i tak powrócić ma naturalnym kołem do stanu pierwotnego.  Kontrrewolucja byłaby więc działaniem przeciwnym zamierzeniom, byłaby niemądrą próbą powstrzymania powrotu spraw do ich naturalnego biegu.  Paradoksalnie, takie procesy i zmiany, które nazywamy dziś ewolucyjnymi – ewolucja nie w sensie darwinowskim, ale w sensie powolnej reformy i poprawy instytucji państwowych i urządzeń społecznych – zawierały się oryginalnie w pojęciu koła rewolucji.  Niestety, sens słowa uległ radykalnej, by nie powiedzieć rewolucyjnej, przemianie.

„Rewolucja” denotuje teraz jednoznacznie: obalenie istniejącego ładu i zastąpienie go odwróconym porządkiem, niejako postawienie spraw na głowie.  Zauważmy na marginesie, że z lingwistycznego punktu widzenia, zmiana polega na przejściu z aspektu niedokonanego do dokonanego, od obracać do obrócić, co jest bardziej znaczące, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.  Kopernikańskie sfery niebieskie obracały się w kółko, a rewolucjoniści pragną obrócić sprawy ludzkie raz – i tak je już zostawić.  Po rewolucji wszystko ma stać na głowie, a ludzie mają do tego najzwyczajniej przywyknąć.  (Widzę w tym praktyczną wskazówkę dla kontrrewolucji, ale o tem potem.)  Istotę rewolucyjnych przemian dobrze oddaje polskie słowo „przewrót”, trafnie wskazujące na odwrócenie rzeczy.  Niestety w praktyce językowej, przyjęło się nazywać przewrotem gwałtowną zmianę ekipy rządzącej – w tym samym sensie, co putsch lub coup d’état – a w przeciwieństwie do „oddolnej rewolucji”.  W takim znaczeniu, obalenie caratu w lutym 1917 było rewolucją, a bolszewicki przewrót nie był.  Mamy tu zatem wszystkie składniki semantycznej konfuzji.  (Nawiasem dodam, że samo określenie „oddolnej rewolucji” powoduje we mnie odruch wymiotny.  Od dołu, to znaczy od czego?  Od szumowin i męt, ze ścieków i z rowów przydrożnych?  Z rynsztoku?  Z dna?  Pan nasz, Jezus Chrystus, wybrał na swych Apostołów ludzi prostych, bez wykształcenia i bez przywilejów, ale tylko zmarksizowany Kościół nazwałby ich ludźmi z dołów, a wczesne chrześcijaństwo „ruchem oddolnym”, ponieważ był to ruch wynikły z Bożego Objawienia, więc jak najbardziej – z góry.)

Przyjrzyjmy się kilku przykładom historycznym.  Rewolucyjny charakter miała nie tylko klasyczna rewolta w Korkirze na ponad 420 lat przed Chrystusem, tak zdumiewająco opisana przez Tukidydesa, czy zatłuczenie pałkami na śmierć 1500 wrogów ludu w Argos, ale także działalność Grakchów i ustanowienie trybunów ludowych w Rzymie; nie tylko bunty Messeńczyków przeciw Sparcie, ale też – a może zwłaszcza! – powstanie Spartakusa.  Ten ostatni przykład jest wart zastanowienia, gdyż był najbardziej radykalnym aktem wymierzonym w same fundamenty rzymskiej cywilizacji.  Niewolnicy byli w starożytnym świecie czymś poniżej godności ludzkiej, ale cała gospodarka opierała się na pracy niewolniczej.  Kultura, filozofia, rozkwit jurysprudencji, nie byłyby możliwe, gdyby harówka niewolniczych zastępów nie uwolniła Greków i Rzymian od trudu i znoju do radości twórczego myślenia – bez władzy rozporządzania niewolnikami, nie istniałyby ani Ateny, ani Rzym.  Powstanie Spartakusa uderzało więc w samo serce Rzymu, niezależnie od intencji powstańców, którzy z pewnością nie zamierzali obalić istniejącego porządku, a walczyli wyłącznie o swoją własną, osobistą wolność – walczyli o wyzwolenie z nieznośnej opresji, jaką była pozycja gladiatora, w której odzierani byli z ostatnich szczątków ludzkiej godności dla wulgarnej uciechy rzymskiego proletariatu.  Co rzekłszy, ich bunt zagrażał żywotnym interesom państwa, a nie właścicieli szkół gladiatorskich lub właścicieli niewolników w ogóle, jak to się zazwyczaj przedstawia.  Wobec tak zasadniczego niebezpieczeństwa, reakcja mogła być tylko jedna: brutalne zgniecenie rewolty – kontrrewolucja mogła tu polegać tylko na przywróceniu uprzedniego porządku czyli każdemu tylu niewolników, na ilu sobie zasłużył.  (Zanim żachniemy się w oburzeniu na podłych Rzymian, pamiętajmy, że były to inne czasy.  W 1850 lat później, spośród 56 sygnatariuszy amerykańskiej Deklaracji Niepodległości, 41 posiadało niewolników.  Nie powinniśmy się łączyć w infantylnej drażliwości z młodocianymi nieukami, a trzeźwo patrzeć na fakty.)

Do istoty kontrrewolucji powrócę osobno, ale na razie chcę się skupić na naturze buntu, który stanowić może rewolucję.  Czy dla przykładu, Robin Hood albo Janosik, mogą być uznani za rewolucjonistów?  Nb. większość narodów ma w swej narodowej mitologii podobne postacie, częściej fikcyjne, ale niekiedy autentyczne.  Ich historiom przydaje się następnie znaczenie podyktowane ideologią; stają się więc bojownikami o wolność i demokrację lub bohaterami narodowymi, napadają na panów albo na obcych, zależnie od propagandowych potrzeb chwili; na ich czapkach widnieje sierp i młot lub swastyka.  W rzeczywistości, byli to na ogół przypadkowi banici, walczący o swoje własne prawa.

Przykładem niech posłuży Hans Kohlhase, kupiec berliński.  W 1532 roku został obrabowany na drodze przez sługi saksońskiego barona, Güntera von Zaschwitz.  Stracił konie i stracił interesy na targu w Lipsku, tymczasem Zaschwitz, typowy baron-zbój, domagał się drobnego okupu za skradzione konie.  Kohlhase próbował dojść swych praw w sądzie, domagając się rekompensaty, ale sędziowie byli w kieszeni barona.  Rozwścieczony kupiec zaczął napadać na ludzi Zaschwitza.  Poniewczasie próbowano doprowadzić do ugody, ale Kohlhase zebrał wokół siebie bandę rzezimieszków i innych pokrzywdzonych, z którą skutecznie terroryzował Saksonię przez osiem lat.  Napadał na podróżnych, palił wioski, napadał nawet na warowne miasta.  Skończył oczywiście łamany kołem na szafocie.  Czy jednak można jego buntowi nadać charakter polityczny?  Bez wątpienia tak właśnie postąpiono z nim w enerdowie i nie inaczej w francuskim filmie sprzed kilku lat.  Prawdziwy Kohlhase był z pewnością pokrzywdzony i, szukając zemsty, dał swym poplecznikom chwilowe poczucie sprawiedliwości, ale czym różnił się w końcu od barona-rozbójnika, który go okradł?  Z podobnych korzeni zrodziła się sycylijska Cosa Nostra, więc doprawdy zostawmy tego rodzaju bajki twórcom mitów z holiłódź.

Czy zachodzi zasadnicza różnica między buntem Spartakusa i setkami buntów chłopskich w całej Europie, a dochodzeniem własnych krzywd przez historycznego Hansa Kohlhase?  Wydaje się, że nie ma żadnej w intencjach, gdyż w każdym wypadku zaczynem rebelii były autentyczne żale i ujmy, jednak skala nadawała wielu buntom politycznego charakteru.  Pokrzywdzenie przestawało być indywidualną krzywdą, a zaczynało być postrzegane jako wynik wady systemu.  Rebelianci domagali się zmian.  Najlepszym przykładem może być wielka rewolta chłopska z 1381 roku w Anglii, znana w polskim piśmiennictwie jako powstanie Wata Tylera.

Wbrew powszechnemu mniemaniu, nie był to wcale bunt zabiedzonych i głodnych chłopów pańszczyźnianych, ale rewolta zamożnych chłopów i kupców, zwrócona przede wszystkim przeciw obcokrajowcom i ich opiekunom wśród magnatów.  Prawa rządzące pańszczyzną były inne w Anglii niż we wschodniej Europie.  Ziemia należała do chłopa (w pewnej mierze, poprzez skomplikowany system wynajmu), ale nie mógł jej sprzedać bez pozwolenia pana, co gorsza, musiał służyć na dworze co najmniej raz na trzy tygodnie.  Te zwyczajowe i zmienne prawa łatwiej było ominąć po Czarnej Śmierci, gdy liczba ludności spadła tak znacznie, że trudno było o ręce do pracy.  Nagle, chłopi stali się zamożni, mieli aspiracje, kupowali ziemię, pięli się w górę.  W narastającej atmosferze buntu, ze szczególną furią atakowano archiwa i biblioteki, niszcząc wszelkie zapisy, które mogły być użyte jako podstawa do przywiązania chłopów do ziemi.  (Z tego to powodu, starożytny uniwersytet w Cambridge nie posiada najstarszych dokumentów.)

Wat Tyler podkreślał swą wierność wobec 14-letniego króla Ryszarda II, bohatera niedocenianej sztuki Szekspira.  Buntownicy spalili dużą część Londynu, wymordowali niderlandzkich kupców, zrównali z ziemią piękny Pałac Sabaudzki nad Tamizą, ale nie szabrowali, a nawet karali śmiercią rabunek.  Poza Londynem napadli na jedno z najpiękniejszych i najbogatszych opactw na świecie, w Bury St Edmund’s, którego zdumiewające ruiny można oglądać do dziś.  Żądania rebeliantów były radykalne, ale nie miały nic wspólnego z „średniowiecznym socjalizmem”, jak się to fałszywie przedstawia.  Domagali się zniesienia pańszczyzny i prawa do wolnej pracy za ugodzoną płacę, prawa do zakupu ziemi i sprzedawania swych produktów na wolnym rynku.  Współczesny historyk nazywa to „thatcherowską rewolucją”.  Osobnym aspektem zamieszek była ksenofobia.  W Londynie dokonano rzezi flamandzkich i włoskich kupców i rzemieślników (Żydów wydalono królewskim edyktem 100 lat wcześniej).  I wreszcie buntownicy wołali o parcelację dóbr kościelnych i zniesienie duchowieństwa, w czym pobrzmiewa zapowiedź przyszłych konwulsji Reformacji.

Niezależnie od zbrodni, masakr i anarchii, charakter rebelii z 1381 był inny, niż utrzymuje do dziś lewicowa propaganda; był w moim przekonaniu mniej rewolucyjny, niż mogłoby się wydawać.  Zwolennicy Tylera nie zamierzali postawić świata na głowie i, co najważniejsze, dostrzegali sakralny charakter Bożego Pomazańca pod postacią pięknego chłopca, jakim był Ryszard.  W 150 lat później, podczas wojen religijnych w Niemczech, Tomasz Müntzer, pisał do hrabiego Albrechta: „Mów, nieszczęsny worku robaków, kto uczynił cię księciem nad ludem odkupionym przez Boga jego własną krwią?”  To już czysto rewolucyjna postawa, nawet zbyt rewolucyjna dla samego Lutra…

Z czasem rewolucjoniści nabrali werwy i podsycani religijnym ferworem, gotowi byli do frontalnego ataku na tradycyjne państwo.  Pierwszym takim wywrotowcem był Oliver Cromwell.  Na pozór człowiek wierzący, ale tak zamknięty w swym purytańskim sercu, że pozwalał swym żołdakom bezcześcić i niszczyć kościoły.  Należy wszak podkreślić, że drogę do ekscesów rewolucji utorowali straszni, bezbożni despoci z dynastii Tudorów.  Tyrania i skrajne okrucieństwo tych walijskich pastuchów, znalazły swe apogeum w podniesieniu ręki na królową Szkotów, wdowę po królu Francji, matkę króla Jamesa, prawnuczkę króla Anglii – Marię Stuart.  Oficjalne, otwarte zabójstwo Pomazańca – nie skrytobójczy mord, ale jawne ścięcie koronowanej głowy – stało się zaczątkiem zła rewolucji, królobójstwa, Cromwella, Robespierre’a i bolszewików.  (Oczywiście były wcześniej podobne przypadki, np. egzekucja młodziutkiego Konradina w Neapolu – śliczny Corradino był prawowitym monarchą – ale nie miało to takich samych konsekwencji, jak ześlizg Anglii w chaos.)

Któż bowiem podniósłby rękę na Pomazańca Pańskiego, a nie poniósł kary?

Tak rzekł Dawid, gdy namawiano go do skorzystania z okazji zamordowania śpiącego Saula.  Potworności tyranii Henryka VIII – pseudo-prawny przewód zastosowany dla usunięcia przeciwników politycznych i niechcianych żon, dla krewnych, którzy mogli mieć zakusy na jego tron, i dla potomków Plantagenetów, którzy mieli znacznie silniejsze i prawnie uzasadnione pretensje do korony Anglii niż walijscy pastuszkowie z rodu Tudorów – przerażające prześladowania protestantów przez Marię i katolików przez Elżbietę, wszystko to zwiastowało nadejście kary w postaci Cromwella.  Nie inaczej było we Francji, gdzie absolutyzm Burbonów i niewiarygodna buta arystokratów, tworząc nieprzebytą przepaść między francuską szlachtą i całą resztą narodu, przygotowały grunt dla jakobinów.

Jeżeli więc rewolucja jest uzasadniona zbrodniami ancien regime’u, to dlaczego się jej sprzeciwiać?  Jeżeli kontrrewolucja może być tylko przywróceniem status quo ante – a tak się wydaje, choć zajmę się tym osobno – to czy należy w istocie walczyć o „cofnięcie zegara historii”, gdy w przeszłości były okropieństwa niewolnictwa lub pańszczyzny, rozmaite przywileje urodzenia i zasobów, niesprawiedliwości i niegodziwości – jaki sens ma wobec tego kontrrewolucja?

Musimy także odnieść się do dziwacznego problemu, jakim jest niezrozumiała „popularność” rewolucji.  Każda rewolta przeciw ustalonemu porządkowi – w postaci instytucji, praw lub choćby tylko utartych konwencji – zdobywa łatwo sympatię gawiedzi.  Popularne szlagiery bezwstydnie domagają się rewolucji.  Ich autorzy najpewniej zawiśliby na przydrożnych latarniach podczas autentycznej rebelii, ale czego się nie robi dla popularności.  Dzieje się tak z dwóch powodów.  Po pierwsze, rewolucjoniści otoczeni są nimbem romantyzmu.  Rozwichrzone czupryny, fantastyczne stroje, poświęcenie dla sprawy, podniosłe pieśni, chwytające za serce, wzniosłe hasła dla niedorozwiniętych, wszystko to w niepojęty sposób przesłania realia każdej rewolucji: śmierć, głód, nędzę i powszechne cierpienia milionów.  Postawna dziewoja z obnażoną piersią, prowadząca bojowników o wolność, równość i braterstwo na sławnym obrazie Delacroix, jest na pewno bardziej atrakcyjna niż Mao, który nie mył zębów przez 27 lat, ale przecież Mao jest do dziś czczony jako „wielki teoretyk i strateg rewolucji” i nikogo nie obchodzą dziesiątki milionów zagłodzonych i zamęczonych na śmierć.  Drugą przyczynę upatruję w przeklętym pojęciu postępu.

Zgaduj-zgadula, która uchodzi w naszym wieku za „naukę”, tworzy zasadnicze tło dla racjonalistycznej, scjentystycznej i technologicznej cywilizacji.  Skoro nowe auto jest lepsze od starego, a nowy telefon wyprawia magiczne sztuczki, których poprzedni model nie mógł zmóc, to pojęcie postępu uznaje się za udowodnione, a następnie przekłada je na wszelkie wymiary ludzkiego życia.  Następna żona musi być lepsza od poprzedniej, nowy dom lepszy od starego.  Tak jak można wyrzucić wszystko z kuchni i zbudować nową, w której wszystko będzie lśniło (do czasu aż się znudzi), podobnie można wyrzucić przez okno instytucje państwowe i założyć nowe, zgodne z racjonalnym i naukowym poglądem na świat.  Kuchenna rewolucja ma niewielkie skutki, małżeńska rewolucja pociąga za sobą ofiary w ludziach (zazwyczaj małoletnich), a rewolucja państwowa także wśród dorosłych.  Odrzucenie istniejącego porządku i zastąpienie go innym, domaga się przyjęcia rozbieżnych założeń, od niemożliwości poprawy i wiary w racjonalność historii, do prostackiego przekonania, że nowe jest zawsze lepsze od starego, więc nie wolno opierać się nieuniknionemu postępowi.

Bezbożna wiara w racjonalny rozwój historii, to tak zwany historycyzm, wywodzący się z Hegla, ale przemieniony w narzędzie polityczne przez marksizm.  Historycyzm głosi, że wszystko jest względne, określone przez konkretne warunki historyczne.  Każde zjawisko kulturowe i cywilizacyjne jest wynikiem uprzedniej historii i ogniwem w dalszym nieubłaganym rozwoju.  Dla adekwatnego zrozumienia każdego fenomenu ludzkiego wystarczy rozważyć jego miejsce i rolę odegraną w procesie historycznego rozwoju.  Racjonalne jest to, co zgodne z kierunkiem tego rozwoju, z czego wywiedziono komiczny pogląd, jakoby historia – czy raczej „Historia” przez wielkie „H” – mogła wydawać wyroki: potępiać, co się jej opiera i wychwalać kurki na dachu, obracające się wraz z każdym jej podmuchem, pogardzać ideami i ludźmi ze „śmietnika historii”, szydzić z „czarnej reakcji” i jej czczego oporu wobec zwycięskich sił postępu.  Oczywistą konsekwencją złączenia idej postępu i kierunku historii, jest wyniesienie rewolucji na piedestał, gdyż rewolucja jest gwałtownym przyspieszeniem w pożądanej progresji.

Nieodżałowany Roger Scruton nazywał to „błędem wędrującego ducha”, wziętym wprost z Zeitgeist Hegla.  W rękach demagogów, duch czasów stał się narzędziem do odrzucenia przeszłości i uzasadnienia wygodnych nowości.  Nadanie duchowi czasu determinującej mocy, odrzuca wolność, unieważnia przeszłość i narzuca pojęcia postępu wzięte z techniki na całość ludzkich relacji.  Duch czasu „nakazuje”, co mamy myśleć i tworzyć dziś, postrzegając przypadkowe zmiany jako konieczność.  Zwykłe uleganie modzie i konformizm przebiera się w fatałaszki „kroczenia z duchem czasu”.  Mamy mówić i myśleć, jak nakazuje duch czasów, i biada temu, kto się wychyli.  W rzeczywistości, duch czasu ani nie kroczy, ani niczego się nie domaga – to tylko aroganckie indywidua stawiają nam wymagania w imię ducha czasu, który nie jest bardziej realny niż eter.

Błąd „wędrownego ducha” wzmaga się przez mit postępu.  Nie istnieje postęp moralny, ani duchowy; wątpliwy jest postęp artystyczny poza kryteriami narzuconych okresów i podziałów.  Akumulacja wiedzy nie jest liniowa, a odwrotnie: każdy z nas zaczyna swą prywatną akumulację od zera.  Pojęcie postępu w polityce jest autentyczną trucizną.  Emancypacja i coraz bardziej powszechny krzyk o „prawa”, mają być nieodwracalne i niezbywalne.  W rzeczywistości, nic takiego nie ma miejsca, ale utylitaryści, pozytywiści, socjaliści, uznali, że duch czasu nieustępliwie prze naprzód, więc trzymanie się dawnych wartości jest reakcyjne.  Słusznie mówi Scruton, że wobec wzrastającej wiedzy i potęgi nauki, jedynym zabobonem pozostała dziś wiara w postęp ducha czasów: globalizm, utopie, transhumanizm, zieloność, to wersje tego samego błędu.

Paradoks jest tu podwójny.  Po pierwsze, retrospektywne spojrzenie na coś, co jeszcze nie zaszło (ale zajść musi, bo tak każe duch czasów); a po drugie, twierdzenie, że siły historii nas wyzwalają, poprzez prawa historii, które nas wiążą.  Proponenci wędrownego ducha odrzucają i niszczą wszystko, co stoi im w drodze.  Tradycję i moralność, zasady i prawa, obojętne, w sztuce czy w polityce.

Współczesne nam media i polityczne elity, są tak przywiązane do pojęć postępu i rewolucji oraz nierozerwalnego związku między nimi, że wikłają się w sprzeczności.  Interesującego materiału dostarczają w tym względzie bieżące wydarzenia w Haiti.  Uzbrojone po zęby gangi rzezimieszków zaatakowały więzienia, uwolniły i uzbroiły skazańców i opanowały większość stolicy Port-au-Prince.  Przywódcą bandytów jest były oficer policji, Jimmy Chérizier, znany także pod uroczym pseudonimem „Babekyou”.  Chérizier miał być blisko związany z prezydentem Moïse, ale domagał się jego ustąpienia na krótko przed zabójstwem prezydenta.  W ostatnich dniach, gangster zmusił premiera rządu do ustąpienia.  Organizacja Chériziera nazywa się „rewolucyjnymi siłami familii G9”, a on sam deklaruje pragnienie „uwolnienia Haiti od rządu, opozycji i burżuazji”.  „Rząd” Haiti jest od wielu dziesiątek lat – co najmniej od czasów Papa Doc Duvaliera – wcieleniem najgorszej tyranii.  Duvalier był rasistą od wczesnej młodości.  Uważał, że czarni ludzie mają charakter zdeterminowany rasowo i jedyną ich religią powinno być voodoo, diaboliczna mieszanka czarnej magii z elementami katolicyzmu (choć na mnie robi to wrażenie satanizmu).  Haiti miało długą historię brutalnego czarnego despotyzmu, ale Papa Doc posunął się dalej.  Amerykanie wiedzieli o potwornościach jego władzy, ale podtrzymywali go ze względu na bliskość Kuby.  Haitańczycy wiali przed Tonton Macoute – groteskową w swym bestialstwie policją polityczną – jak tylko mogli: do Dominikany, nawet na komunistyczną Kubę.  Może więc uwolnienie Haiti od prawie stulecia nierządu nie jest aż tak złym pomysłem; może Haitańczycy zasługują na kontrrewolucję?  Jimmy Chérizier woli pozować na rewolucjonistę, nawet nosi beret na wzór Che Guevary i z chęcią udziela wywiadów.

Czy jest jakakolwiek różnica między krwawym bolszewickim puczem w Piotrogradzie i wydarzeniami w Port-au-Prince?  Ja nie widzę żadnej.  Dlaczego w takim razie, Chérizier nie jest otoczony sympatią zachodnich mediów?  Nie ma dla haitańskiej bandyckiej rewolucji ani śladu poparcia, jakim obdarzono o wiele bardziej krwawego watażkę imieniem Mao Tse-tung.

Nieodłączny od rewolucji chaos, jest przyczyną tych paradoksów.  Dlaczego Tupamaros lub Sendero Luminoso uważani są do dziś za godnych rewolucjonistów, a Familia G9 – nie?  Dlaczego nie nazywamy rewolucją zielonej ideologii?  Nie ma w tym żadnej logiki, bo przecież „po owocach poznacie ich”.  To fakt, że Jimmy Chérizier i Greta Thunberg mało przypominają Lenina, ale metodami nie różnią się od bolszewików i oboje dążą do zniszczenia istniejącego porządku.

Odrzućmy więc wszystkie te sprzeczności i przetnijmy węzeł gordyjski rewolucji jednym pytaniem: czy o rewolucyjnym charakterze ruchu nie stanowi natura państwa, do którego obalenia dąży rewolucyjna działalność?  Prawdziwe rewolucje atakują tradycyjne państwo, pragną obrócić w niwecz jego instytucje, przez wewnętrzny rozkład i zewnętrzną presję.

Rzeczy ludzkie obracają się innym kołem niż sfery niebieskie, w kakofonii sporów i niesnasek; w rezultacie, nie każda rebelia zasługuje na miano rewolucji i nie każda rewolucja domaga się naszego potępienia.  Będziemy musieli udać się na śmietnik historii, by tam zgłębić problem państwa.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/03/19/de-revolutionibus-rerum-humanarum/
Kategorie: Benito Cereno, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2024/03/19/de-revolutionibus-rerum-humanarum/