Nagie słowa o czasach zagłady. Część II
Lipiec 1941 – Czerwiec 1943
Przymusowe milczenie pisarskie trwa rok, koszmarne dwanaście miesięcy pod czerwoną okupacją. Do pisania Mackiewicz powraca po 22 czerwca 1941 roku. Sowieci zostają wypchnięci daleko na wschód, ich miejsce zajmują Niemcy. Propozycję redagowania niemieckiej gazety po polsku, Mackiewicz odrzucił, opublikował natomiast kilka artykułów w Gońcu Codziennym. Tekst pt. Przeżyliśmy upiorną rzeczywistość jest wstrząsającą relacją ze spotkania z więźniem sowieckiego obozu pracy przymusowej w Prowieniszkach, miejscowości sąsiadującej z Kownem. Po ataku niemieckim, sowieci, nie trudząc się ewakuacją obozu, swoim zwyczajem, postanowili przypieczętować los więźniów. Ogniem broni maszynowej zabili zgromadzonych na placu kilkuset nieszczęśników. Jeden z nich, udając trupa, ocalał, dzięki czemu mógł zdać relację, słuchającemu w osłupieniu redaktorowi. W tym tekście, jak i w następujących po nim, czuć początkową rozpacz, strach, ale i podążającą za nimi determinację do przekazania światu świadectwa prawdy o komunistycznej rzeczywistości. Nie będąc ekspertem, nie mam pewności, ale wydaje mi się, że to właśnie ten tekst jest pierwszym tak przejmującym oskarżeniem komunizmu, napisanym przez Mackiewicza.
Warto przytoczyć tu jego słowa:
Opowiadanie o Prowieniszkach jest jednym z wstrząsających faktów, efektownych i straszliwych zarazem, słusznie przeznaczonych na eksport dla tych, którzy wiodąc życie od rannej kawy poprzez spokojny dzień, wymagają, aby im o Sowietach mówić rzeczy przenikające do otępiałej w dobrobycie wyobraźni.
Słowa te powinny być przede wszystkim przekazane Churchillowi i Rooseveltowi. Ale czy odniosłyby jakiś skutek? Czy ci dwaj zrozumieliby sens takiego przesłania?
Gdyby mnie ktoś poprosił o najbardziej esencjonalną definicję ustroju bolszewickiego, powiedziałbym: Państwo, które pojęcie obywatelstwa sprowadziło do pojęcia – niewolnictwa.
Niedługo po tym, jak Mackiewicz napisał te słowa, w USA Harry Hopkins dyskutował z Rooseveltem o planie strategicznej pomocy dla Stalina. Tak, tak, o te samoloty, ciężarówki, jeepy, wtedy właśnie chodziło… I nie tylko.
Tymi jeepami i dżemsami już za chwilę UB będzie woziło akowców na Rakowiecką.
Ciąg dalszy opowieści o sowieckiej rzeczywistości, artykuł Moja dyskusja z NKWD, budzi moje niepokojące skojarzenia. Mackiewicz zatrzymany przez policję polityczną i zawieziony do ich siedziby, poddany został przesłuchaniu, mającym być preludium do 25 lat łagru. Padały standardowe pytania o działalność kontrrewolucyjną:
– O, o, o, właśnie! A więc piszcie o waszej kontrrewolucyjnej działalności przed wojną i waszej kontrrewolucyjnej działalności teraz. Prędko! A jak będzie źle napisane, porwę w strzępy. Będziecie pisać drugi, trzeci, sto razy będziecie pisać! Zrozumiano? […]
– To wszystko?!
– Wszystko.
– Nu i literat! U nas literaci piszą więcej. Tu głupstwa napisane. Głupstwa! Bzdury! […]
– Czemu nie pracujecie w prasie? Przecież jesteście człowiekiem kulturalnym i wykształconym, moglibyście współpracować w budownictwie nowej ojczyzny.
Była to typowa pogadanka w tamtej instytucji z piekła rodem. A ja zastanawiam się, czy podobne rozmowy nie będą aby prowadzone już niebawem, w lokalizacji cokolwiek bardziej na zachód…
– Nu, literat! My o was wszystko wiemy. Wiemy, czym w piecu palicie! Węgiel i drewno wyczuł nasz dron wywiadowczy, ot co! Wam się chyba nasza planeta nie podoba, tak?! Wy, literat, chcecie, żeby nam się ona całkiem zaśmiardła, co?! Ale to nie wszystko, o nie! My tu mamy relację o was z fejsbuka i z kamer miejskich. Widać was, widać, literat. Jedziecie sobie jak panisko, jak barbarzyńca zatruwający klimat, waszym pojazdem spalinowym, ośmiocylindrowym, przez miasto. Jak wam nie wstyd?! To my wam chcemy nieba przychylić, powietrze oczyścić, szczęśliwość wszelką masom pracującym zapewnić, a wy co? Reakcyjnym samochodem się wozicie! Ponadto, towarzysze z sekcji informatycznej donoszą nam, że uprawiacie mowę nienawiści przez telefon. Tak, literat, myślicie, że tego nie słyszymy. Ale my słyszymy wszystko. I jesteśmy wszędzie. Zapłacicie nam za to, przed karą się nie wywiniecie!
Czas płynie, wszystko się zmienia, to i kodeks wykroczeń musi nadążać. Postęp…
Józef Mackiewicz ostatecznie został wypuszczony wolno. Być może uznano go za niegroźnego dla czerwonej władzy, złamanego, pozbawionego woli walki z tą nieludzką ideologią.
O, jak bardzo pomylili się śledczy z NKWD!
Jeden z najważniejszych, a może i najważniejszy tekst w tym zbiorze, to Widziałem na własne oczy. Wywiad dla Gońca Codziennego, którego Mackiewicz udzielił po powrocie z ekshumacji zwłok polskich oficerów w Katyniu, przez swoją precyzję opisu, bezlitosne relacjonowanie najdrobniejszych szczegółów, jest, z jednej strony wstrząsającym świadectwem tragedii, z drugiej rzeczowym oskarżeniem komunizmu, jako takiego. Nawet mając wiedzę ogólną o tamtych wydarzeniach, czytając słowa Mackiewicza, byłem wstrząśnięty skalą i beznamiętną metodologią zbrodni. Właśnie chyba ten, niemal przemysłowy proces eksterminacji jest najsilniejszym dowodem istoty zjawiska, któremu początek dał w połowie XIX stulecia Karol Marks. W relacji Mackiewicza, który stara się pozostać obiektywnym świadkiem, wyczuwa się determinację do tego, by o zarazie, która lada moment ruszy na zachód, ostrzec resztę świata. Przekazanie tego ostrzeżenia, stanie się dla pisarza jego celem nadrzędnym. Słowa naocznego świadka, który opisując tak nieludzkie zjawisko, wysyła ostrzeżenie przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, wydają się być skutecznym sygnałem alarmowym dla przywódców wolnych narodów. Jak wiadomo, choć wiedza o zbrodni i sposobie działania sowieckiego państwa trafiła do Waszyngtonu i Londynu, w ostatecznym rozrachunku politycznym, została ona zlekceważona i zamieciona pod dywan. Po raz kolejny, mimo oczywistych faktów, mimo świadomości nadchodzącego zagrożenia, wolny świat nie odważył się strzelać do sowietów. Od lat zastanawiam się nad przyczynami tej postawy i wciąż nie potrafię ich jednoznacznie nazwać. O ile można, z trudem, zrozumieć niezdecydowanie Zachodu w gaszeniu pożaru przewrotu bolszewickiego w roku 1917, o tyle doświadczenia lat późniejszych powinny wzbudzić niepokój, strach, wystarczający, by z zagrożeniem walczyć. Przecież świadomość nadciągającego śmiertelnego niebezpieczeństwa u normalnego, wolnego człowieka wywołuje mobilizację do przeciwdziałania. Tymczasem, Zachód nie tylko, że nie strzelał do bandytów, ale sam stał się ich wspólnikiem. Mimo świadomości zbrodni katyńskiej, mimo dobrego rozeznania, Londyn dopuścił się wydania Stalinowi na pewną śmierć Kozaków w dolinie rzeki Drawy. W imię czego? Walki ze wspólnym wrogiem? Wtedy już go nie było, Hitler przestał być zagrożeniem. Co powoduje, że ta zaraza wciąż się rozprzestrzenia? Dzięki działaniom takich ludzi, jak Mackiewicz, nie jest to przecież brak wiedzy.
1945 – 1949
Nostalgia, tęsknota… To uczucia wypełniające tekst Ech, wrócić-by!, pisany w Rzymie, w 1945 roku. Los Rzeczypospolitej wtedy już był definitywnie przypieczętowany. Mackiewicz pisząc te słowa zdawał sobie sprawę, że już nigdy nie zobaczy krajobrazów, miast, zieleni, rzek, z którymi był tak bardzo związany. Wszystkie rozterki, związane z tą świadomością, zawarte są w tym krótkim Ech…
Drzewa zamykają wodę tunelem, bokiem tylko ścieżka wydeptana przez łosie, na jeziorkach nenufary, na starych pniach żółwie, cisza parna, letnia, duszna, czasem krzyknie jastrząb i wiosło pluska w rzece.
– No co? Ładnie?
– Ładnie – odpowiada [Karol Zbyszewski – przyp. J.S.]
– Czy nie ciekawiej to zwiedzić, niż jakiś, powiedzmy, Neapol?
– Ja bym wolał Neapol.
Cynik był z niego zawsze, ze Zbyszewskiego. Ale gdy dziś zestawię Neapol z naszymi rzekami, co płyną za „linią Curzona”, z tą Lwą, Horyniem, z jedną i drugą, które nosiły nazwę: Łań, to się sobie dziwię, bo trzeba było go wtedy trzepnąć wiosłem po głowie.
On to też napisał o Polesiu, że to taki kraj, w którym wcale jeszcze niestarzy ludzie, a już mówią: ech!
Teraz tam rządzić będzie władza ludowa. Świadomość, że jego ukochane ziemie ogarnie komunistyczna rzeczywistość, musiała być dla pisarza przygnębiająca. Ale tęsknota nie mogła zatrzeć trzeźwej oceny sytuacji.
– Ech! wrócić-by…
Jak? Dokąd? Do czego? – Więzienia nie da się upiększyć, nie da się umaić nawet gałązkami rodzinnej brzozy. Wolności nie zastąpi nic na świecie, nawet skrawek rodzinnego nieba, bladego nieba, widzianego przez kratę.
Rośnie w Mackiewiczu determinacja do zwalczania czerwonej zarazy. Widać to wyraźnie w kolejnych tekstach. Pozostaje osamotniony, nawet na Zachodzie środowiska emigracyjne, poglądy takie, jak jego, starają się izolować, wypychać poza obszar publicznej debaty. Mackiewicz, ze swoim skrystalizowanym antykomunizmem, stopniowo staje się niewygodny, choć w latach 40-tych, nie jest jeszcze w środowisku emigracyjnym całkiem usunięty poza nawias głównego nurtu.
Powraca do kwestii: Rosja, czy Sowiety. Zamieszanie semantyczne, tak korzystne dla Stalina, wprowadziło zamęt w zachodnim sposobie widzenia państwa bolszewickiego. Jak to było odbierane wtedy, w czasie ostatniej wojny światowej?
Słowo „Rosja”, zamiast słowa „bolszewizm”, jest dziś główną dźwignią wspierającą politykę sowiecką na świecie. Ale od czasu, gdy wymazane zostało po rewolucji październikowej, wymyślił je na nowo nie Stalin. Wymyślił je Hitler.[…]
Dlatego, że zarówno Hitler, jak później Churchill i Roosevelt, każdy z kolei, musieli Związek Sowiecki jako swojego sojusznika przede wszystkim spopularyzować, usprawnić ten sojusz dla własnej i światowej opinii publicznej. Albowiem – i to wyznać sobie musimy po męsku, jakkolwiek taka prawda może się wydać przykra – Rosja nie tylko w Prusach i późniejszym cesarstwie niemieckim, ale także na Zachodzie demokratycznym była raczej popularna. Natomiast bolszewizm budził w świecie raczej odrazę. Mimo wszystkich wpływów swej czerwonej kolumny, raczej – odrazę. [Nie Rosja, ale Sowiety]
Przyjrzyjmy się tym słowom i spróbujmy porównać współczesne postrzeganie państwa putinowskiego na Zachodzie, ale także przecież i w naszym peerelu, do tamtej percepcji. Nikt nie chce widzieć w Putinie bolszewika, każdy widzi cara. W ogóle bolszewicka przeszłość jest raczej zamilczana. Nikt głośno nie mówi o związkach Angeli Merkel z enerdowskim FDJ, wspominanie o komunistycznym manifeście z Ventotene, jako fundamencie Unii Europejskiej, jest w tzw. dobrym towarzystwie kwitowane co najmniej kwaśną miną. Ten ostatni aspekt jest dodatkowo bardzo znamienny dla porównania sytuacji, opisywanej przez Mackiewicza w drugiej połowie lat 40-tych, ubiegłego wieku, z czasami współczesnymi. Wtedy Zachód jeszcze z trudem, ale jednak bronił się przed ekspansją komunizmu, dziś nazwisko komunisty dumnie zdobi budynek parlamentu eurokołchozu. Ze względu na ewolucyjny charakter tych zmian, dopiero porównanie tak odległych czasów, brutalnie pokazuje kierunek przemian. Oczywiście prounijna narracja propagandowa, przeznaczona na potrzeby narodów doświadczonych demokracją ludową, jest pozbawiona informacji dotyczących marksistowskich korzeni europejskiego kołchozu. Stąd też na wschód od Odry-Nysy większość widzi w Unii, EWG, a tylko nieliczni znają nazwisko Spinellego. Historia semantycznej konfuzji, o której pisał Józef Mackiewicz, ma dziś niestety dalszy ciąg.
Niech mi wolno będzie jeszcze raz posłużyć się cytatem i porównać sytuację w nim opisaną ze współczesnością:
Istnieje mnóstwo świadectw, dokumentów, relacji, stwierdzających z absolutną pewnością, że „rosyjskość”, rozwinięta przez Sowiety w okresie wojny (nie będę tu przytaczał jej zewnętrznych objawów), była wyłącznie i tylko manewrem, obliczonym na propagandę zewnętrzną, a nie na żadne zjednanie „opinii wewnętrznej”, ponieważ żadnej opinii w Sowietach nie było i nie ma. Wewnętrzna struktura bolszewicka, zarówno z ducha, jak ciała, nie uległa żadnej zmianie.
Gdyby nawet uległa tej zmianie, nie leżałoby nigdy w naszym interesie kolportowanie słowa „Rosja”, gdyż słowo to usposabia mocarstwa zachodnie do Sowietów raczej przychylnie, uspokaja je i usypia ich nieufność, o co właśnie chodzi Moskwie, podczas gdy termin „bolszewizm” wybudza wzbudza wyraźny niepokój.
Gdyby Putin był na Zachodzie postrzegany jako bolszewik, realizujący niezmienne interesy Związku Sowieckiego, być może Gerard Depardieu miałby jakieś skrupuły, kupując posiadłość w Domodiedowie i deklarując się jako wielbiciel państwa bolszewickiego. Ale w roku 2013, Putin był prezydentem „Rosji”, jeszcze europejskiego, cywilizowanego kraju, z którym warto było robić interesy. Teraz, oczywiście też warto, ale nie trzeba o tym głośno mówić.
Artykuł z 1947 roku, który dał tytuł opisywanemu tomowi, Nudis verbis, jest analizą stosunku państwa podziemnego i rządu londyńskiego, a następnie polskiej emigracji do okupanta niemieckiego i bolszewickiego. Mackiewicz, z właściwą sobie precyzją, porównuje postawy podziemnych i emigracyjnych przywódców wobec działań hitlerowców i wobec nadciągającego zagrożenia bolszewickiego:
Imponujące, jak głaz z monolitu, solidarne stanowisko wobec okupanta niemieckiego, nie jest zasługą kierowników naszej konspiracji, a samych Niemców i ich tępacko-brutalnej polityki w pierwszym rzędzie, w drugim zaś zdrowego instynktu całego narodu. To są fakty. I otóż w ciągu długich pięciu lat ten zdrowy instynkt samoobrony narodowej, w stosunku do drugiego najeźdźcy, najeźdźcy sowieckiego, podkopywany i podważany był systematycznie przez „autorytety” podziemia, w ślepym posłuszeństwie instrukcjom londyńskim.
Wymęczony, torturowany, upodlony, pozbawiany przez niemieckiego okupanta godności, prowokowany dodatkowo i dezinformowany przez londyński rząd, kraj, w przytłaczającej większości oczekiwał bolszewików, jak wyzwolicieli. Ta kalka nie jest tworem Janusza Przymanowskiego, ani twórców serialu o czterech pancernych. To było dzieło propagandy środowisk londyńskich, stręczących narodowi „sojusznika naszych sojuszników”. Jasność myślenia, zdolność do trzeźwej oceny sytuacji zostały zaburzone przez okrucieństwo Niemców z jednej strony i przez podporządkowanie interesów narodowych strategii zachodnich aliantów, z drugiej. W tej sytuacji mówienie prawdy o nadchodzącej okupacji sowieckiej było zwalczane, nie tylko przez czerwoną propagandę, ale również przez polskie władze podziemne. Nic dziwnego, że taki mętlik pojęciowy, taka dezinformacja, doprowadziła do wewnętrznego rozkładu społeczeństwa, jeszcze przed wejściem komunistów na polskie ziemie. Nic dziwnego, że koszmarne słowo „wyzwolenie”, używane do opisania bolszewickiej okupacji po 1944 roku, wzmocnione i utrwalone jazgotem medialnym czterech pancernych i Klossa, pokutuje w masowym przekazie do dziś. Mackiewicz opisuje ten ówczesny, jeszcze pod-okupacyjny jazgot tak:
Są jednak dwa rodzaje najbardziej rozpowszechnionego terroru. Terror siły i terror jazgotu. W polityce mówi się wtedy o demagogii. Ale to, co uprawiały pewne osobistości w kraju w stosunku do swych przeciwników politycznych, bliższe jest miana jazgotu. Podobnie przekupka potrafi obalić najoczywistsze argumenty i najbardziej jasną logikę terkotem powtarzanych słów i pociągnąć za sobą cały rynek, jakkolwiek bezsensowne i nieartykułowane będą wykrzykiwane przez nią dźwięki.
W wydawanym w Warszawie w 1944 roku piśmie Alarm (pierwszy numer tego pisma jest ujęty jako Aneks do tomu Nudis verbis i zasługuje na osobną analizę) Mackiewicz pisze:
Żadnej współpracy z bolszewikami! Zasadą polskiej polityki zagranicznej winno być szukanie przeciwko Niemcom sprzymierzeńców na zachodzie, nigdy na wschodzie. – W praktyce nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych. Wobec Zjednoczonych Narodów jesteśmy nie petentem, a kontrahentem. Odrzucamy kategorycznie koncepcje sowieckie nazywane linią Curzona, stoimy zdecydowanie na gruncie nienaruszalności granic ustalonych Traktatem Ryskim. – Niemcy są naszym wrogiem zewnętrznym, bolszewicy i zewnętrznym i wewnętrznym. Niemcy wojnę przegrali, bolszewicy ją wygrywają, Niemcy odchodzą, bolszewicy przychodzą, itd.
Ale te słowa pozostały bez echa. W każdym razie w kręgach decyzyjnych. Podporządkowanie się sowieckiemu najeźdźcy było wymuszane i chwalone przez władze londyńskie i nic tej sytuacji nie było w stanie zmienić. Ani prawda o Katyniu, ani doniesienia o kolejnych zbrodniach bolszewików. Interes narodowy został poświęcony na ołtarzu posłuszeństwa linii politycznej Waszyngtonu i Londynu. Mackiewicz oczywiście płacił wysoką cenę za swą bezkompromisowość i konsekwencję w piętnowaniu uległości władz polskich wobec tej polityki. Dezorientacja, wywołana chaosem i tempem obracających się kół historii, spowodowała, że jego głos pozostawał najczęściej jednym z bardzo nielicznych na forach polskiej emigracji.
I tak oto, zarówno Polska, jak i pozostałe państwa Europy Wschodniej, przy całkowitej obojętności Zachodu, osuwały się stopniowo w piekło komunistycznej rzeczywistości. Straty poniesione przez te narody są nie do odrobienia. Nie chodzi tylko o straty fizyczne, tych nielicznych, którzy walczyli z czerwonym terrorem z bronią w ręku, poległych w walce, bądź w bolszewickich katowniach. Chodzi również o straty duchowe, trudne do oszacowania. Wykuwanie człowieka sowieckiego, opiewanego przez Włodzimierza Majakowskiego, nabrało nowego tempa i skali. O ile na początku okupacji byli jeszcze ludzie zdeterminowani do walki z komunizmem, jak Inka, Pilecki, czy heroiczny węgierski kardynał Mindszenty, o tyle po kilku dekadach sowietyzacji, walka ustąpiła miejsca poprawianiu, budowaniu lepszego komunizmu, z ludzką twarzą. Inicjatywy sterowane od początku, lub przejmowane w trakcie przez komunistyczne bezpieki, jak KOR, Solidarność, czy Karta 77, nigdy nie miały na celu obalenia komunizmu, a tylko pewne korekty, pudrowanie bolszewickiej mordy. Tymczasem komunizm sam dokonał wolty, przekształcając się w nowy, stary twór, używając, jak zwykle skutecznej dezinformacji zmutował w trudniejszą do zidentyfikowania i nazwania formę. Ideologia, która na Zachodzie tliła się przez dekady drugiej połowy XX stulecia, po „rozpadzie” Związku Sowieckiego, rozkwitła czerwonym płomieniem i dziś płonie wraz z autami na ulicach Paryża i sklepami, i pomnikami podpalanymi rękami bandytów z ruchów w rodzaju BLM w Ameryce. Unia Europejska na naszych oczach, już bez jedwabnych rękawiczek, przekształcana jest w wielkie państwo totalitarne, narody pozbawiane są swej tożsamości, obywatele ogłupiani masową propagandą, okradani z własności i pozbawiani wolności. Tym razem jednak proces nie wywołuje sprzeciwu. Mało tego, zmiany wprowadzane są przy trudnym do zrozumienia entuzjazmie obserwowanym wśród ofiar eksperymentu. W czasach przedmarksistowskich ludzie napadnięci przez bandytów bronili swojego mienia i wolności. Dziś potulne barany idą na rzeź z uśmiechem na ustach, skandując bezmyślnie hasła podsuwane przez sprawnych ideologów. Cieszą się z przynależności do wielkiej europejskiej rodziny. Od czasu do czasu, któryś uniesie brew, gdy każą mu wysiąść z samochodu na rogatkach jego miasta i iść do domu piechotą, lub zabronią w zimie ogrzewać dom, ale co tam!
W imię budowy nowego, wspaniałego świata, warto ponieść pewne wyrzeczenia.
Taki jest efekt procesów obserwowanych i opisywanych przez Józefa Mackiewicza w połowie ubiegłego wieku.
***
Nudis verbis, tom 16 Dzieł Józefa Mackiewicza wydany staraniem Wydawnictwa Kontra, zachwyca precyzją edytorską, a zwłaszcza dbałością o przypisy, które stanowią wartość dodaną tej pracy. Zwracają uwagę detektywistyczne działania Michała Bąkowskiego, który dokonał rzeczy niezwykłej, a mianowicie prześledził i opisał sposoby sygnowania tekstów Józefa Mackiewicza pod poszczególnymi artykułami, na przestrzeni lat. Zaiste benedyktyński wysiłek!