Strategia wymuszonego upadku
Andrzej Dajewski, autor witryny Jesień Demoludów, od kilku lat zajmuje się analizą pierestrojkowej prowokacji w krajach tzw. „demokracji ludowej” oraz w poszczególnych republikach związku sowieckiego. W tym roku opublikował dwa istotne artykuły, w których zajął się odpowiednio: sowiecką Ukrainą oraz sowiecką Białorusią. O znaczeniu obu obszarów dla bieżącej polityki światowej nie trzeba nikogo przekonywać, dlatego z tym większą uwagą warto prześledzić drogi, jakie „ustrojowa transformacja” obrała w tych republikach.
W Kijowie i w Mińsku, identycznie jak w Moskwie, nie chciano niespodzianek. W tych trzech stolicach żywiołowość upadku komunizmu poddana została ścisłej reglamentacji. W Polsce, w Czechosłowacji, na Litwie, czy w Gruzji, do głosu dochodziły sfery, pozostające pod ścisłą kontrolą planistów, ale dopuszczono jednocześnie sporą dozę spontaniczności. W Rumunii podjęto ryzyko kontrolowanego wybuchu, urządzając widowisko w wielkim, iście eisensteinowskim stylu, z tysiącami trupów wywlekanych na ulice z prosektoriów, ostentacyjnym, bez najmniejszych pozorów praworządności, mordowaniem idoli rewolucji, małżeństwa Ceausescu, ze strzelaniem do manifestujących tłumów z dachów domów. W Czechosłowacji posunięto się do sfingowanej śmierci ubeka w anturażu lidera zrewoltowanej młodzieży, a do roli nowego przywódcy oddelegowano światowej sławy intelektualistę (któremu w każdej sekundzie strzelić mogło do głowy, że rządzi suwerennie). W peerelu władzę, nieformalną, złożono brawurowo w ręce ideowego komunisty, Michnika wraz z towarzyszami, którzy jednakowoż okazali się pilnymi uczniami Lenina. Litwie zaordynowano mieszankę wybuchową nacjonalizmu, zawsze widowiskową, a nawet groźną w pierwszych epileptycznych odruchach. W istocie nie było w tym posunięciu niepewności. W stuletniej ponad historii, nigdy dotąd, nacjonalizm nie zaskoczył bolszewizmu negatywnie. To podpowiada, dlaczego na Bałkanach zdecydowano się rozpętać piekło etnicznej wrogości.
Zawsze kończy się tak samo? Niekoniecznie. Przykładem nieprzewidywalności, a nawet strategicznego chojractwa, zdawała mi się zawsze Gruzja z watażką Gamsachurdią, który – tak się zdaje – całkiem na poważnie planował zerwać okowy pierestrojkowych strategów. Był komunistycznym prowokatorem, ale niewiernym. Zmagał się z przeciwnikami i swoją własną ambicją przez kilka lat. Otruty i z kulą w głowie trafił do płytkiego grobu, gdzieś na Kaukazie. Cóż to było ze strony planistów? Wypadek przy pracy? Chęć uatrakcyjnienia, uwiarygodnienia epokowych zdarzeń? Niepotrzebna. Świat wcale tego nie chciał, traktując Gamsachurdię i jego antykomunizm jako coś wielce podejrzanego, zalatującego reakcją. Heroiczny Jelcyn na tanku najzupełniej wystarczył, aby przekonać internacjonalną gawiedź o upadku komunizmu. Nie byłoby to możliwe, gdyby wciąż istniał na świecie antykomunizm. Ale z tym rozprawiono się skutecznie dwie, trzy dekady wcześniej.
***
Niech mnie autor „triumfu ześlizgu” poprawi, jeśli tkwię w błędzie, ale Ukraina i Białoruś, zdały mi się, na podstawie jego obszernego, przepełnionego szczegółami (nierzadko rewelacyjnymi), opracowania dwoma modelowymi przykładami statecznie upadającego komunizmu; upadku bez nadmiaru niepotrzebnych nikomu wzruszeń. Ani w Mińsku, ani w Kijowie nie było miejsca na (kontr)rewolucyjny romantyzm. Przyczyna zdaje się być oczywista – obie „republiki” (cieszące się statusem odrębnych podmiotów w łonie onz) z pierestrojkowego punktu widzenia były (i pozostają) niemal równie istotnymi ułomkami upadłej całości, jak sama Rosyjska Federacja.
Nie działano pochopnie, ale metodycznie i z rozwagą. Głównym aktorom historycznej dekonstrukcji komunizmu dano wiele czasu na oswojenie się z przypisaną rolą. Klasycznym przykładem może być kariera pierwszego prezydenta suwerennej Ukrainy, Leonida Krawczuka, na długo nim zasiadł w zaszczytnym fotelu prezydenta. Odegrał on rolę naczelnego animatora upadku. Jako główny ideolog lokalnej odnogi komunistycznej partii, zamęczał (na równi, zwolenników i przeciwników) tasiemcowatymi przemowami; był równocześnie przeciw i za pierestrojkowym aktywistom; ganił ich, potępiał i wspierał. Wierny uczeń Lenina, nie zamierzał podążać wspak „nieuchronnym procesom dziejowym”, dlatego koło zamachowe pierestrojkowego postępu w postaci „Ukraińskiego Ruchu Ludowego” kręciło się z jego pełnym błogosławieństwem. Co warte odnotowania, miast odbierać cięgi od partyjnych, „konserwatywnych” towarzyszy, awansował, nie tylko na członka ukraińskiego politbiura, ale także przewodniczącego prezydium najwyższego sowietu. Andrzej Dajewski konstatuje: „była to konfiguracja docelowa. Ster ukraińskiej 'liberalizacji’ przejęła odpowiednia osoba”. Podobnie jak Jelcyn w Moskwie, został namaszczony na przyszłego demokratę zawczasu. Tego rodzaju plenipotencje dawały mu konieczną pewność ruchów. W styczniu 1991 roku śmiało poparł, wbrew woli organizacji partyjnej, w której kierownictwie wciąż zasiadał, „linię demokratyczną”; potępił interwencje w Wilnie i w Rydze. Mógł sobie na to wszystko pozwolić: „władza” spoczywała w jego rękach.
Jego pozycja nieustannie rosła, aktywa partii malały. W lipcu 1991 roku szeregi partii stopniały do zaledwie 2,5 miliona członków (co oznaczało ubytek jakichś 40%). Krawczuk począł jawnie odwoływać się do „narodowej niepodległości”. Oświadczył publicznie, że to trzecia próba uzyskania niepodległości (po Chmielnickim oraz ukraińskich dążeniach niepodległościowych z lat 1917-21). I tu następuje być może największa niespodzianka: niepewność Krawczuka wobec puczu. Warto się przy tym epizodzie na chwilę zatrzymać.
Nieważny Krawczuk i wszystkie jego bolszewickie pchły. Istotna jest możliwość wglądu w sowieckie modus operandi. Okazuje się, że człowiek, wyznaczony na lidera nie byle czego, bo „niepodległej” Ukrainy, nie został wtajemniczony w tajniki sowieckiej prowokacji; nie miał bladego wyobrażenia, czy pucz jest szyty czy autentyczny; czy to kres czy początek; czy ugościć puczystów grzecznie, wódką i kawiorem, czy nabić na pal (bolszewicki savoir-vivre nie toleruje omyłek). Dowiadujemy się od Dajewskiego, że Krawczuk plątał się w późniejszych relacjach, budował (z udziałem Jelcyna) „legendę” „mającą go 'rozgrzeszyć’ z dwuznacznej postawy”. 8 grudnia tego samego roku, wraz z Jelcynem i białoruską przeciekawą marionetką, Szuszkiewiczem, ogłosił upadek związku sowieckiego. Czy podążając na to spotkanie, zdawał sobie sprawę, jak znaczące, historyczne wydarzenie przyjdzie mu obwieszczać? Tego nie wiemy.
Zaskoczenie Krawczuka puczem zdaje się przekonywać o hermetyczności bolszewickiej centrali. Nic co strategicznie ważne nie wychodzi poza sferę ścisłego kierownictwa. Można by to uznać za organizacyjny banał, gdyby nie dotyczyło wydarzeń o tak ogromnym zasięgu jak moskiewski pucz. Wydarzenia w Moskwie, kluczowe, znajdywały się zapewne pod ścisłą kontrolą, rozgrywane były wedle skrupulatnie przestrzeganego scenariusza, ale bezkresną sowiecką otchłań, od Lwowa do Władywostoku pozostawiono samopas. Nie przysłano towarzyszom instrukcji, jak mają się zachować. To żaden bardak. Coś wprost przeciwnego: genialny usus zarządzania kierowniczymi zasobami, gwarantujący niemal stuprocentową skuteczność. System, w którym nawet mizerny sekretarz podstawowej organizacji partyjnej musi wdziewać niekiedy buty genseka. Nieomylność i niezawodność stoją wysoko w niepisanym kodeksie bolszewizmu. Wymagają bystrości szarych komórek. Przypomina to stosunki mafijne, gdzie z nikłym prawdopodobieństwem omyłki, wiadomo kto zabił, obrabował, zdradził. Bezbłędna wiedza nie wynika z minimalistycznych informacji, ale z życiowej mądrości, pozyskiwanej w ciągu lat służby. Istnieje, rzecz jasna, niebezpieczeństwo poczynienia fałszywego kroku. Niekiedy szary bolszewik staje w sytuacji: na dwoje babka wróżyła. Dokładnie to spotkało Krawczuka. Świetnie sobie poradził, przekonując starszych towarzyszy, że godzien jest pełnić przewidzianą funkcję: wykonawcy prowokacji na odcinku ukraińskim.
„Suwerenna” Ukraina konstytuowała się sprawnie, jak po sznurku, z zabawnym odniesieniem do „tysiącletniej tradycji państwowości Ukrainy”. Podczas nadzwyczajnej sesji sowieckiego ciała ustawodawczego ogłoszono „odpolitycznienie” kgb, „ministerstwa spraw wewnętrznych”, prokuratury, radia i telewizji oraz zakładów pracy – „według uznania kolektywów pracowniczych”. Ponadto utworzono „ministerstwo obrony” oraz ogłoszono „przejęcie kontroli” nad wojskami sowieckimi. Z tej radosnej, sowieckiej twórczości ustawodawczej wykluła się nowa epoka.
Oprócz Krawczuka, niekwestionowanego ojca suwerennej Ukrainy, zwraca uwagę jeszcze jedno nazwisko, Jewgienija Marczuka, nowego szefa „odpolitycznionej” służby bezpieczeństwa, od połowy lat 70. XX wieku sprawującego kontrolę nad lokalną opozycją. Jak przekonuje Dajewski, Marczuk był następnie przez długie lata (aż do śmierci w 2021) jedną z najważniejszych figur „postsowieckiej” Ukrainy. Dwukrotnie sprawował funkcję premiera, był ministrem obrony, doradcą prezydenta Juszczenki, a w grudniu 2014 roku, a więc w kilka miesięcy po wybuchu konfliktu z Rosyjską Federacją, został koordynatorem ds. współpracy Ukrainy z NATO oraz z Unią Europejską w dziedzinie bezpieczeństwa. Godna uwagi umiejętność wyzyskiwania ludzkich zasobów. Zasłużony dla strategii towarzysz aż po kres swoich dni pełnił odpowiedzialną rolę na sowieckiej Ukrainie, co w oczywisty sposób nie nastręczało zmartwień zachodnim partnerom. Zaskakujące? W najmniejszym stopniu. Bo jak w nieco innym kontekście przekonuje Andrzej Dajewski, Zachód charakteryzuje jedna specyficzna cecha: słabość do komunizmu.
***
Na liczącej 5,5 mln sowieckiej Białorusi wymordowano w latach 30. XX wieku 600 000 osób. Liczba nie obejmuje masowych wysiedleń, ani ludzi skazanych na więzienie i obozy koncentracyjne. Nie byłoby tych zbrodni, gdyby nie traktat ryski, świstek papieru podyktowany bezrozumnym polskim szowinizmem. Przelana przez bolszewików krew spoczywa na rękach ludzi, którzy dokonali tamtego wyboru. W imię patriotyzmu. Nie spodziewali się, że nowa podsowiecka rzeczywistość okaże się w tym stopniu krwawa i śmiercionośna?
Wbrew pozorom, nie jest to pytanie klasycznie retoryczne. Zahacza o istotę bolszewizmu, którego pp. Dąbski, Wasilewski, Grabski, Piłsudski zapewne nie rozumieli. Siedzący po przeciwnej stronie pokonany najeźdźca był dla nich wzorcem krwawego rewolucjonisty z nożem w zębach, ale nie pojmowali na czym polega bolszewizm. Znali historię i nieodłączną od niej zbrodnię. Pojęcie ludobójstwa dokonywanego na obywatelach w czasach pokoju nie mieściło się w kanonie wiedzy historycznej. Nie znali masowego mordu jako metody budowania szczęśliwszego świata. Czy zabrakło im imaginacji, inteligencji, dobrej woli, wydaje się sprawą pośledniego znaczenia. Może była to ta sama „słabość do komunizmu”, o której pisał Andrzej Dajewski, charakteryzując preferencje Zachodu.
Ktoś wyciągnął z kieszeni Szygalewa zeszyt i postanowił urzeczywistnić spisane tam szaleństwa. W radosnej rzeczywistości budowy lepszego świata poczęto strzał po strzale, łopata po łopacie, mordować i zakopywać ofiary w masowych grobach. Kwitnie przekonanie, że mordowano w myśl ideologii, klasowego motywu, wrogów ludu. Nieprawda. Mordowano na chybił trafił, a dowolność mordu maskowano pod stosownie dobranym propagandowym wykrętem. Mordowano ludzi, masowo ale indywidualnie, każdego z osobna. Jeśli wiązać te krwawe czyny z wrogimi intencjami, to wrogiem była (i pozostaje) istota ludzka. Człowiek stworzony na obraz i Boże podobieństwo. To spotkało mieszkańców Białorusi, spadkobierców wspólnej ojczyzny, Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Gdy rozpoczynałem czytać bogatą w szczegóły opowieść Andrzeja Dajewskiego o – zazwyczaj rachitycznym – oporze wobec komunizmu i jego przejawach na sowieckiej Białorusi, zastanowił mnie pewien fenomen – ludzka umiejętność przystosowywania się do warunków. W czasach, gdy w biały dzień znikali bez śladu ludzie, gdy strach było nawet myśleć, że kiedyś znało się ich imiona, wówczas sowiecka władza mogła spać spokojnie. Nikomu do głowy nie przychodziło wyrażać sprzeciw, powziąć postanowienie oporu, głośniej westchnąć. Gdy w skutek triumfalnego pochodu czerwonej niezwyciężonej przyszło do rozliczenia wojennej antykomunistycznej reakcji, strach paraliżował, a jedyną troską było zachowanie życia. Choć trzeba przyznać, że antykomunistyczny opór stosunkowo licznych grup zbrojnych przyczynił wojskom nkwd niemało kłopotu. Walka antykomunistycznego podziemia trwała na tych ziemiach do początku lat 50.
Wraz z chruszczowowską odwilżą, podobnie jak w innych sowieckich republikach, poczęły się pojawiać pierwsze próby wyrażania niezadowolenia. Andrzej Dajewski opisuje wiele przykładów tego rodzaju aktywności, choć jak sam zaznacza, działania białoruskiej „dysydencji” charakteryzowały się większą niż gdzie indziej dozą nieśmiałości. Ale lista organizacji, grup i grupek, indywidualnych osób zaangażowanych w tak czy inaczej pojętą krecią robotę robi wrażenie. Kilka czy kilkanaście lat wcześniej za podobne czyny nagradzano śmiercią. Czy ludzie, wykazujący się aktywnością w latach 60., 70., aż po wielki finał pierestrojki, mogli mieć pewność, że nie spotka ich ten sam los? Czy przekraczali Rubikon dysydencji motywowani własną odwagą czy za sprawą cichej inspiracji władzy…, do której, podobnie jak Zachód wobec komunizmu, czuli słabość?
Na tle innych, opisanych wcześniej przez Dajewskiego przypadków, długa historia białoruskiej pierestrojki zdumiewa. Zaskakuje nonszalancją podejścia do jakże wymagającego zagadnienia przemiany realnego socjalizmu w demokrację. Jeżeli gdziekolwiek mniej dbano o pozory, to chyba w odległym Kazachstanie lub równie egzotycznym Uzbekistanie. Z najgłębszą obojętnością potraktowano aktywną, liczną, hałaśliwą dysydencję i opozycję: „frontowców” i „nieformalnych”, „narodowców-pierestrojkowców”, „komunistów-demokratów” i wszelkie inne licho. Przyczyna była jedna – totalne zsowietyzowanie społeczeństwa, które nie wykazywało najmniejszej ochoty na zmianę panujących stosunków ustrojowych.
To istotny punkt. Andrzej Dajewski trafnie zauważa, że polityczna „liberalizacja” nie musiała się skończyć upadkiem komunizmu. Nie licząc krzykliwych grup opozycyjnych, takiego upadku nie życzyli sobie ani obywatele sowieckiego związku ani, tym bardziej, świat Zachodu. Komunizm (jego ideologiczny sztafaż) upadał po to, aby odrodzić się z siłą nierównie większej atrakcyjności na Zachodzie. Przykład białoruski jest o tyle przekonujący, że pokazuje czarno na białym wyjątkową słabość tendencji przeciwnych. Oto jak wypadło stosowne „referendum”:
W „referendum związkowym” wzięło udział 83,3% „uprawnionych” mieszkańców sowieckiej Białorusi. Obwieszczony rezultat – 82,7% z ponad siedmiu milionów osób chciało, aby „raj krat” dalej trwał – jak się wydaje wynik dobrze odzwierciedlał stopień ich lojalności wobec sowieckiego imperium. Nie był to tak wysoki odsetek jak w sowieckich tworach środkowoazjatyckich (od 95% do ponad 98%), ale dla „konserwatywnych” zarządców БССР był wystarczający, aby poczuli się pewnie na swoich dotychczasowych pozycjach. Ponad 16%, które opowiedziało się za postulowaną przez БНФ „prawdziwą niepodległością” poza ZSRS (w przeddzień „referendum”, na placu Lenina odbył się niezbyt liczny wiec „frontu ludowego”), pokazywało aktualne możliwości „opozycji”, która pomimo ciągłych wysiłków nie była w stanie zagrozić pomyślnej realizacji planów komunistycznych „konserwatystów” białoruskich.
Wyniku przeprowadzonego w sowietach referendum nie sposób traktować z powagą. Trudno jednak w tym konkretnym przypadku oprzeć się wrażeniu, że animatorom pierestrojki zależało raczej na wyniku przeciwnym, sugerującym pilną konieczność pogrzebania komunizmu.
Na uwagę zasługuje zachowanie Stanisława Szuszkiewicza, jednego z trzech (obok Jelcyna i Krawczuka) grabarzy sowieckiego związku w grudniu 1991 roku. Jako działacz komunistyczny o pewnym wyrobieniu politycznym (w partii od 1967) zachował się niestandardowo, rzucając partyjną legitymacją. W początkach lat 60. był jednym z bliskich znajomych samego Lee Harveya Oswalda, w czasie jego pobytu w Mińsku. Ponieważ trudno sobie wyobrazić, aby dopuszczano do Amerykanina osoby postronne, był zapewne wówczas Szuszkiewicz współpracownikiem kgb. Dziwne i trudne do pojęcia, aby człowieka powiązanego mniej lub bardziej z zamachem na amerykańskiego prezydenta, wyznaczono 30 lat później do roli pierwszego przywódcy „niepodległej” Białorusi. Czyżby cierpiano w Mińsku na aż tak duże braki kadrowe?
Wiele na to wskazuje. A przynajmniej sposób, w jaki rozprawiono się z komunizmem na Białorusi. Jeżeliby uznać, że w Moskwie, podczas sierpniowego puczu, było teatralnie, to w Mińsku, kilka dni później… operetkowo. Dysponujący ogromną przewagą głosów w mińskim sowiecie komuniści dali się zahukać niczym polityczne pensjonarki. Otoczony przez „opozycję” panujący gensek został zmuszony do zejścia z mównicy, na której niebawem pojawił się… Łukaszenko. Nie miał jeszcze dość ugruntowanej pozycji, aby objąć władzę bezpośrednio, ale zdołał (wraz z towarzyszami) przekonać „przewodniczącego najwyższego sowietu” do dobrowolnego ustąpienia. Jego fotel zajął wspomniany wyżej Szuszkiewicz. I wówczas rozpoczęło się właściwe przedstawienie:
Z placu Lenina do siedziby centralkomitetu КПБ wyruszył „kondukt żałobny” z trumną przybraną suknem, ze stosowną grafiką i napisem „КПБ” (po jego jednej stronie był sierp i młot, a po drugiej czerwona gwiazda) oraz wieńcem z szarfą (napisy na szarfie brzmiały „socjalistyczny wybór” oraz „umysł, honor i sumienie naszej epoki”; napis na „tabliczce” trumiennej brzmiał „chwała KPZS. 1917-1991”, a dwie ostatnie litery pisane były jak hitlerowskie „SS”). Niesiono także „poplamiony krwią” portret Marksa z przepaską na jednym oku, „udekorowany” swastyką i skrzyżowanymi piszczelami oraz inne tego rodzaju rekwizyty. Nie ulega wątpliwości, że ten happening był zawczasu przygotowany. W ten sposób na sowieckiej Białorusi „upadł komunizm”.
Ciekawe jak skomentowałby ten urzędowy kicz białoruski poeta, dramaturg, aktor, przyjaciel Józefa Mackiewicza, antykomunista Franciszek Olechnowicz.