Za lub przeciw kontrrewolucji część II
Świat antykomunistyczny jest zupełnie bez „jaj”.
Czas teraźniejszy, czy przyszły?
Socjalistę Adama Pragiera obdarzał Mackiewicz wielkim uznaniem. Może dlatego, że jako jeden z dwojga autorów (obok Stefanii Zahorskiej) Puszki Pandory, stałej rubryki Wiadomości, nie eksponował swoich lewicowych predylekcji. Obdarzony wybornym piórem, uważny obserwator spraw światowych i lokalnych, wyśmienity pamiętnikarz, błyskotliwy publicysta i gawędziarz, umiejący skwitować problem finezyjną uszczypliwością, był jednym z najciekawszych pisarzy politycznych epoki. Nie znaczy to, aby obaj panowie reprezentowali jakoś szczególnie zbliżone do siebie zapatrywania polityczne. Różnili się zawsze i znacząco.
W 1964 roku Mackiewicz zareagował listem do redakcji Wiadomości na artykuł Pragiera Kij w mrowisko. Nie zgadzał się z tezami autora, ale swoją krytykę zawarł w formie przepełnionej kurtuazją:
[Artykuł Pragiera] służyć może za wzór tej kulturalnej powagi i obiektywnego spokoju, jaki cechował ongi najwyższy poziom publicystyki, dziś, niestety, zbyt często zastępowany nieodpowiedzialnym krzykactwem i demagogią, terroryzującą rozsądek. Można z wywodami Pragiera zgadzać się lub nie zgadzać się, niepodobna jednak zaprzeczyć, że o sprawach istotnie ważnych pisać można jedynie w ten sposób, tzn. odważnym gestem strącając ze stołu nagromadzoną latami bibułę i frazeologię narodową.
Pragier pisał o Mackiewiczu z ogromnym uznaniem, ale prywatnie:
Mam wielki podziw dla Pana talentu pisarskiego, a nie mniejszy dla odwagi cywilnej, która każe Panu pisać to co Pan uważa za prawdę, a o czym z góry Pan wie że nie może być popularne…
…byłoby prawdziwym nieszczęściem, gdyby Pan nie miał swobody pisania…
Jak Pan wie, uważam Pana za jedynego wielkiego pisarza naszego okresu i chyba Pan jeden pozostanie na stałe w naszej literaturze.
Pisał o Mackiewiczu także do Wiadomości. Przy okazji omówienia Lewej wolnej relacjonował potępieńcze protesty, które książka wywołała. Nie zgadzał się z powieściowym opisem przebiegu wojny polsko-bolszewickiej, ale jednocześnie przyznawał, że wolno mu „głosić ten swój pogląd niesłuszny”. Krytykował Instytut Piłsudskiego, który wydał na Mackiewicza „wyrok”, ale bez należnego umotywowania. Łagodniej potraktował identyczną inicjatywę Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, które postąpiło w sposób „cywilizowany”, bo uzupełniło werdykt o „wyczerpującą dyskusję”. Nie jestem przekonany czy SPK zasłużyło na pobłażliwość ze strony Pragiera. W przedmowie do wydanej przez Stowarzyszenie broszury „ocena” autora Lewej Wolnej ustalona została z góry:
Nie umiał czy może nie chciał przystąpić do swej pracy pisarskiej z umysłem wolnym od uprzedzeń, animozji lub sympatii, a ponadto zdradził zupełny brak umiaru w sądach i brak niezbędnego przygotowania fachowego.
W taki sposób próbowano zdeprecjonować Mackiewicza, który „obarcza kierownictwo polskie odpowiedzialnością za utrzymanie się bolszewizmu w ogóle”. Autorzy „przedmowy” w pamięci mieli zapewne artykuł „Nudis verbis”, gdzie pisał Mackiewicz o „kompletnym bankructwie” „kierownictwa polskiego”, które swoim działaniem spowodowało „idealne niemal rozbrojenie moralne wobec najeźdźcy sowieckiego”.
Pragier bronił Mackiewicza, oburzony falą ataków. Z rozmysłem przychylnie komentował „bulwersujące” wątki powieści. Zapanowała moda na odżegnywanie Mackiewicza od czci i wiary, a to bardzo się Pandorze nie spodobało. Śmiało występował przeciwko montowaniu antymackiewiczowskiego pospolitego ruszenia. Nie wiem, czy znał „Opinię” na temat Lewej wolnej spisaną przez Komisję Historyczną Koła Harcerek i Harcerzy z lat 1910-45:
…żołnierze-uczniowie i żołnierze-harcerze przedstawieni są jako bandyci, dziwkarze, narkomani, spekulanci i płatni prowokatorzy. Żołnierze dziewczęta, kurierki harcerki to zboczone lezbijki lub dziewczyny niewiele różniące się od prostytutek…
Ale z przekonaniem stawał w obronie obyczajowej warstwy Lewej wolnej:
Teraz Karol spotyka Zosię w mundurze. Jest w P.O.W. Przysiedli na trawie i Zosia uniosła sukienkę. Karol pyta: „Czy możesz wyżej?”. „Mogę” – odpowiada Zosia i unosi sukienkę troszkę powyżej kolan. Tak, jak dzisiaj „mini-jupes” z r. 1966. Ale, że Zosia uczyniła ten nieskromny gest w r. 1919, przeto ma być odpowiedzialny za to Mackiewicz w r. 1967.
Wkrótce po ukazaniu się Zwycięstwa prowokacji Pragier wystąpił z omówieniem jej niektórych tez. Zwraca uwagę określenie użyte w tytule: „dysydent”. Niestety Pragier nie wyjaśnia, w stosunku do jakiej idei lub wiary jest Mackiewicz odszczepieńcem. Czyżby chodziło o to, że autor Kontry stoi zawsze nieco z boku emigracji i jej sposobu postrzegania politycznej rzeczywistości? Pragier nie zgadzał się z pesymistycznym tytułem książki. W jego przekonaniu polityczny obraz wolnego świata nie przedstawiał się aż tak ponuro jak go malował Mackiewicz. Zachód – przekonywał w początkach 1963 roku – lepiej rozumie istotę komunizmu aniżeli w czasach Roosevelta. Niestety, nie wdawał się w szczegóły. Raczej jednak nie rozpatrywał mądrości Zachodu poprzez znaczące wydarzenia polityczne tamtego czasu: blamaż w Zatoce Świń; najbezczelniejszą, w poczuciu bezkarności, budowę muru w Berlinie; rozdmuchany z premedytacją lub jak kto woli – dęty – sowiecki kryzys kubański. Bagatelizował komunistyczne zagrożenie. Prokomunistyczni intelektualiści nie stanowili wedle niego dużego problemu, bo nie oni byli nosicielami woli politycznej. Nie miał racji. Gdyby nie intelektualiści nie byłoby zamachu 1917, powszechnej „postępowej” sympatii dla Rosji sowieckiej, frontów ludowych i demobolszewickiej walki z „faszyzmem”, „wielkiej spółki”, „odprężenia”, aż po wspólne kosmiczne eskapady i przyjaźń z unurzanymi we krwi Chinami. Dostrzegał za to wyraźnie odmienność sowieckiego molocha, który w żadnym razie nie był kontynuacją, ale zaprzeczeniem carskiej Rosji. Tu byli zgodni. Obaj uważali peerel za twór jednoznacznie nie-niepodległy, żywiąc szczere przekonanie, że panujących tam stosunków w żadnej mierze nie należy naprawiać, a obalać. Recenzję kończył charakterystycznym poczuciem humoru: „Jej przeczytanie zmusi do zastanowienia nawet tych, co tego nie lubią”.
Jest w pisarstwie Pragiera coś, co pozwala zapomnieć o radykalnych społecznych inklinacjach autora. Rzadki w dwudziestym wieku (dziś niemal nie istniejący) staromodny rzetelny stosunek do zasad. Warta przypomnienia jest jego decyzja związana z rozpoczęciem parlamentarnej kariery – uznał, że musi zdobyć dodatkowe źródło utrzymania, aby uniezależnić się od poselskiej diety. W ten sposób zyskiwał pewność, że żadne uboczne względy nie wpłyną na podejmowane wybory polityczne. „Nie ma w nim krępującego schlebiania panującej modzie – pisał Mackiewicz – cienia podskakierstwa do obowiązujących na dzień dzisiejszy poglądów. Natomiast jest dużo – mimo socjalizmu autora – dużo cienia tego 'wstecznictwa’ (w cudzysłowie), który pada od wielkich tradycji obiektywizmu z okresu przedrewolucyjnego”.
W 1973 napisał dla Wiadomości obszerny artykuł Odwet na wety (w zbiorze Czas teraźniejszy stosowny rozdział nosi tytuł Polowanie na Mackiewicza), w którym z ironią ośmieszał cyklicznie pojawiające się próby zdyskredytowania Mackiewicza. Pisał, że organizacje i osoby, próbujące atakować Mackiewicza nie mają żadnych ku temu argumentów, a ich wyobrażenie o praworządności i sądownictwie trąci nonsensem. Przekonywał, że jeśli chodzi o zarzut kolaboracji, bez trudu można go przypisać oskarżycielom, którzy zarówno podczas wojny jak i po jej zakończenie zrobili bardzo wiele dla łatwej sowietyzacji Polski. Pisząc o oskarżycielach, wskazywał na panującą wśród nich tendencję do stosowania represji administracyjnych, które przypominają praktyki stosowane w systemach totalitarnych.
Juliusz Sakowski, ściśle związany z Wiadomościami, był zachwycony. Kowalewski, mimo że Pragier w nieprzyjemny sposób pominął jego nazwisko (a powoływał się na jego recenzję z Nie trzeba głośno mówić), dobrze oceniał artykuł, choć nie bez krytycznych uwag (chodziło o przemilczenie przez Pragiera głównego prowodyra ataków na Mackiewicza, Jeziorańskiego). Mackiewicz nie podzielał entuzjazmu. Na długo przed opublikowaniem artykułu pisał w liście do Pawła Jankowskiego z prośbą, aby ten zechciał powstrzymać „prof. Pragiera” przed tą „obroną”. Już po fakcie, w liście do Kowalewskiego, wyjaśniał powagę sytuacji:
…jego artykuł jest raczej uderzeniem nie tyle we mnie, ile w moją pozycję, którą zajmuję. To była typowa „obrona”. Podczas gdy powinna być atakiem na tych gangsterów za ich niesłychaną nagonkę! Ponieważ jest to wielki autorytet, Pragier, więc w gruncie – jak powiadam – jest to pierwsze poważne postawienie mnie w „stan oskarżenia”.
Nie jestem przekonany, czy na pewno miał w tym przypadku rację. Pragier nie ograniczał się do ostrej w tonie „obrony” pisarza. W długim wywodzie wykazywał, że to strona nominalnie „atakująca” współpracowała z okupantem.
… dążymy do wprowadzenia w Polsce „nienormalności” w stosunku do stanu rzeczy, jaki Moskwa Polsce narzuciła.
Taki pogląd podzielali. Stanowisko, które w połowie 1975 roku, kiedy ukazał się Czas teraźniejszy przestawało być normą. Londyn, a wraz z nim polityczna emigracja, poczynał się peerelizować, w trybie błyskawicznym, powodowany gwałtowną chęcią wpisania się w nowe tendencje. Wyśmienitą ilustracją tego fenomenu są dzieje recenzji Mackiewicza z nowej książki Pragiera, którą z początkiem 1976 chciał wydrukować na łamach Wiadomości.
Zaczęło się od Mackiewiczowskich gromów, których redaktor Wiadomości Stefania Kossowska chciała uniknąć i dlatego, zamiast „po prostu opuścić kilka zdań”, postanowiła skonsultować swoją decyzję z Sakowskim. Wiadomości – pisała w liście do Mackiewicza – „NIE MOGĄ drukować ataków na sygnatariuszy listu ’34’ i ’59’”. Nie mogą, ponieważ: „strasznie surowo ich tu sądzimy, siedząc sobie bezpiecznie zagranicą”; w Londynie organizowane są wielkie manifestacje w ich obronie; bierze w nich udział „cały PANA rząd londyński”, młodzież, intelektualiści, „a tu niepodległe polskie pismo ma stawać w poprzek!”. Wytaczała mniejszego kalibru motywy. Argumentowała chaotycznie, przeczuwając złe konsekwencje. Ta próba cenzorskiej ingerencji dobrze opisuje ówczesny stan emigracyjnego myślenia.
O tym sporze będzie jeszcze mowa w jednej z kolejnych części. A teraz zajrzymy do odrzuconej przez Kossowską recenzji z książki Pragiera. To tekst szczególny, przeleżały „w szufladzie” czterdzieści lat. Spróbujmy na jego podstawie podjąć próbę wyekstrahowania podobieństw oraz różnic, charakteryzujących myślenie obu pisarzy.
Obaj mają dar dostrzegania rzeczy niewidocznych dla innych; obaj wykazują bezkompromisowość w dążeniu do prawdy. Stąd wielkie uznanie oraz sympatia, o której wspominałem wcześniej, a którą obdarzali siebie wzajemnie.
Jest wiele znakomitych rozdziałów w książce Pragiera, których, niestety, kto inny by nie napisał. „Niestety” dlatego, bo nie może nas cieszyć, że Pragier jest jeden.
Ogromny walor Pragiera to intelektualna uczciwość, działanie na „rzecz obiektywnego dostrzegania prawdy przez autora, której nie ukrywa, nawet z uszczerbkiem dla własnej tezy”. Mimo dążenia do prawdy, starał się być jednocześnie stronnikiem „politycznego realizmu” jako wyznacznika rozsądku. Mackiewicz był z gruntu odmiennego przekonania: świat nie wyjdzie z kryzysu, dopóki nie zrezygnuje z „realnej polityki” na rzecz realnej rzeczywistości.
Komentując książkę Pragiera zwrócił Mackiewicz uwagę na krytyczny artykuł dotyczący Adama Bromkego, politologa, doradcy rządów USA i Kanady w sprawach Europy Wschodniej. W 1988 – jak informuje Wydawca – przeniósł się do peerelu. Mackiewicz podkreślał celność z jaką Pragier rozprawiał się z Bromke, który „infiltruje emigrację” i przekonuje rządy zachodnie w „duchu komunistycznej Warszawy”. Dezawuował pomysły Bromkego, chcącego widzieć w emigracji rodzaj opozycji w stosunku do rządów Gomułki i Gierka; opozycji wsłuchującej się w głos „kraju”. Powinno być „wręcz na odwrót” – pisał Pragier. Mackiewicz reprezentował identyczny punkt widzenia. Tak postrzegał zadania emigracji i jej rolę nadrzędną wobec społeczeństwa żyjącego pod komunistyczną okupacją: rolę obrońcy suwerennej myśli. Naigrywano się z tego. Wytykano mu, że swoją bezkompromisowość głosi siedząc wygodnie i bezpiecznie w Londynie czy w Monachium. Odpierał te zarzuty. Przekonywał, że w sytuacji, w której ludzie w peerelu nie mogą wypowiadać się swobodnie, obowiązek taki musi przejąć na siebie emigracja.
Pojęcie emigracyjnego bezpieczeństwa nie było wcale tak oczywiste, jak mogło by się zdawać. Emigracyjni pisarze i publicyści bali się, niekoniecznie o siebie i swoje emigracyjne życie, najczęściej o los egzystujących w peerelu rodzin. Jeden z bliskich znajomych Józefa Mackiewicza, którego pisarz wysoko cenił, Kazimierz Okulicz, pisał w 1966 do redaktora Kultury:
Otrzymałem z Polski wiadomości, które mnie zaniepokoiły. Ze względu na bezpieczeństwo mojej rodziny tam zmuszony jestem skreślić kilkanaście zdań z recenzji książki Zabiełły, lub też zmienić podpis na pseudonim (na przykład Jan Oksza). Co by Pan wolał? Przepraszam za kłopot, ale nie mogę ryzykować bezpieczeństwem bliskich mnie osób lub ich żywotnym interesem.
W artykule użył zwrotu: „my Wolni Polacy”. Trafnie, jeśli przyjąć, że autocenzura to także forma wolności. Stanęło na zmianie podpisu, można więc zakładać, że część artykułu, która miała stanowić zagrożenie dla rodziny, nie została wykreślona. Podjąłem próbę ustalenia, o jaki temat „szczególnie dotkliwy dla reżimu” mogło chodzić. Lektura artykułu nie daje w tym punkcie pewności. Może chodzi o niewinny fragment krytycznie odnoszący się do spełniania „charytatywno-politycznej misji w imieniu grupy rządzącej” przez stowarzyszenie „pax”. Znaczyłoby to, że starał się Okulicz chronić „żywotne interesy” rodziny aktywnej w tej agenturalnej organizacji.
Barbara Toporska pisała do Mieczysława Grydzewskiego:
Niedługo cała emigracja przycupnie w bezruchu, bo każdy ma rodzinę w kraju. Ja mam też rodzinę i bardzo mnie te rzeczy drażnią, bo wychodzi na to, że o tę rodzinę niby nie dbam!…
A także:
Pan myśli, że ja się łudzę, że Pana autorzy krajowi wysyłają artykuły do Wiadomości bez komunistycznego „imprimatur”? Niech się Pan spyta którego z nich wprost, zapewne uważają to za tak samo przez-się-zrozumiałe, że mogą nie przeczyć!
„Autorzy krajowi” byli zasłoną, skrywającą istotę problemu: inercję emigracji, porzucenie kursu. Było to w istocie pytanie skierowane do Grydzewskiego: czy wie, czy go obchodzi, że artykuły drukowane w jego gazecie przechodzą przez sito komunistycznej cenzury? Pytała o postawę emigranta, a sam problem umieszczała w szerszym kontekście: sensu walki z komunizmem: „Nie wiedziałam, że Pan tak kategorycznie rezerwuje dla Polaków better red than dead”. Grydzewski odpowiadał:
Niestety, bez względu na to czy diagnoza Pani jest w stu procentach słuszna, nie zgadzam się z teorią najdrobniejszego oporu czynnego, który musiałby doprowadzić do katastrofalnych wyników.
Niewalka była barierą, której redaktor Wiadomości nie myślał przekraczać. Ta sama niewalka wytyczała granice: wolności słowa i politycznych dążeń. Nie było to niestety rozdwojenie jaźni jednego Grydzewskiego, ale smutna prawda o stanie niepodległościowej emigracji.
Artykuł Mackiewicza Nasze zagadkowe czasy, drukowany w 1962 roku w paryskiej Russkoj Mysli jest szczególnym przykładem polskiej emigracyjnej cenzury. Rosyjski periodyk opublikował artykuł w całości. Polskojęzyczna wersja tego samego tekstu została także wydrukowana, w londyńskim Dzienniku, ale do połowy.
Mogę mieć nadzieję na zamieszczenie tej części tylko w prasie rosyjskiej. Dziś bowiem nie ma na świecie ani jednej polskiej gazety, która pozwoliłaby pisnąć słówko, zrobić najmniejszą aluzję do możliwości czynnego sprzeciwu wobec władzy komunistycznej w Polsce. Kościuszko jest, tak jak był, bohaterem narodowym. Kościuszko walczył przeciwko Rosji. Ale „Kościuszkowie” dnia dzisiejszego, którym przyszłoby do głowy walczyć przeciw władzy komunistycznej, to już nie bohaterowie; będą uważani za wariatów albo „prowokatorów”.
I został Mackiewicz uznany za, nieomal, wariata. Nie trafił do psychiatryka, jak Knut Hamsun, nie umieszczono go w otwartej klatce, jak to uczyniono Ezra Poundzie, ale jego kontrrewolucyjny punkt widzenia stał się przedmiotem korespondencji redaktora Wiadomości z autorem Okna na Rosję, stałej rubryki tygodnika, Pawlikowskim. Niestety nie znam listów Grydzewskiego, a jedynie ślad po nich w odpowiedziach Pawlikowskiego. W liście z maja 1962 roku pisał:
Jednak nazywanie Józ. Mack. „maniakiem” uważałbym za przesadę. Sam jestem „wrogiem” wszelkich polskich powstań – od kościuszkowskiego począwszy. Mimo to nieraz przychodziło mi do głowy pytanie, gdzie podziali się bohaterscy rewolucjoniści sprzed 1917 roku? Świat antykomunistyczny jest zupełnie bez „jaj”. Wszystko jest gnuśne, zastraszone. Skąd więc zaraz „maniak”?… Osobiście smucę się na równi z Józ. Mack., że polska prasa emigracyjna wymyśliła różne tematy „tabu” i w rezultacie pozbawiła wolności słowa tych, którzy tego „tabu” nie uznają.
Dyskusja nie zakończyła się na jednorazowej wymianie argumentów. Dotyczyła także streszczenia rosyjskiego artykułu Mackiewicza, cytowanego wyżej. Grydzewski stawiał zdecydowany opór. Pawlikowski podkreślał zbieżność swoich poglądów ze stanowiskiem „maniaka” Mackiewicza: „po prostu dziwię się, że się nie znalazł ktoś jeden (ot, taki Elig[iusz] Niewiadomski á rebours), który by palnął w łeb Gomułce lub innemu draniowi”.1)
Maniak J[ózef] Mack[iewicz] nie wzywał Polaków do zrywu, a po prostu „dziwił się” (mówię o jego artykule z Russkoj Mysli). Pod tym „dziwieniem” sam się podpisuję, więc nie mógłbym dać żadnego kontr-komentarza od siebie.
Grydzewski nie umieścił streszczenia artykułu Mackiewicza.
Trudno jest pisać o walorach profetycznych publicystyki Mackiewicza – sam nie sygnalizował swoich w tym obszarze ambicji. Zwykł pisać o faktach, nie zaś o rojeniach przyszłości. Gdy jednak spojrzy się na tytuł recenzji „Czas teraźniejszy, czy przyszły?”, trudno jest nie zauważyć starań o wybieganie myślami w jeszcze nieznane. Intuicja podpowiadała mu, że dzieje się coś ponad miarę zwykłych zjawisk. Wielokrotnie podejmował próby złapania tego czegoś, zbadania, zdefiniowania. Czas teraźniejszy, zawarte w tym zbiorze rozważania Pragiera na temat współczesności, dawały sposobność do zerknięcia w przyszłość.
Zgodni w wielu punktach, Pragier i Mackiewicz, różnili się w ocenie wagi zarejestrowanych, niepokojących zjawisk. Pragier, analizując wypowiedzi wspomnianego chwilę wcześniej Bromkego, konkludował brutalnym tytułem „Bromke – czyli Nic”. Według Mackiewicza, Bromke rzeczywiście nie miał istotnie nic do zaproponowania, ale nie działał w próżni, reprezentował pewną zbiorowość, typ zachowań, prowadzących „do polskiej kapitulacji”. Chodziło o kontakty z krajem: masowe wyjazdy do peerelu oraz równie liczne przyjazdy z kraju „różnej maści 'opozycjonistów’, podejmowanych w Ognisku Polskim z aplauzem patriotycznym, rezerwowanym dotychczas dla Kościuszków”.
Bromke twierdził, że stawianie celów politycznych bez wskazywania środków umożliwiających ich osiągnięcie nie jest polityką, a moralistyką. Pragier z gruntu negował taki sposób myślenia. Powołał się na przykład polskich organizacji niepodległościowych sprzed pierwszej wojny światowej. Wiadomy był tylko cel, ale nie drogi prowadzące do jego osiągnięcia. Samo wytknięcie celu stanowiło wartość. Takie ujęcie zagadnienia impregnowało na kompromisy z „rzeczywistością”: „Bromke chciałby żeby jego 'diaspora’ była czymś w rodzaju lojalnej opozycji w stosunku do władz komunistycznych w Polsce, uprawianej z zagranicy”. Taki pogląd jest nie do przyjęcia, bo władza rządząca Polską nie jest rodzimą władzą, a jej „wola państwowa” nie mieści się w Warszawie tylko w Moskwie.
„Konsekwentni emigranci polityczni”, czyli polski ruch niepodległościowy na zachodzie, nie jest opozycją w stosunku do rządów Gomułki czy Gierka. Odmawia on prawowitości wszystkim rządom, narzuconym krajowi przez obcych. […]
…wszędzie na świecie ludzie uważają każdy stan rzeczy, który istnieje przez dłuższy czas, za normalny, choć czasem to i owo ganią. Tak było w Polsce przed pierwszą wojną światową, nie tylko w Galicji… Owóż zadaniem ruchu niepodległościowego jest właśnie walka z tym przeświadczeniem o normalności. Wzniecanie zarzewia buntu przeciw niej było zawsze dziełem nielicznej mniejszości.
W ten sposób formułował Pragier cele emigracji. Z racji jego socjalistycznych afiliacji niezręcznie nazywać to stanowisko kontrrewolucyjnym, a jednak takie określenie nie wydaje mi się całkiem pozbawione sensu.
Różnili się w ocenie zagrożenia. Mackiewicz wskazywał na niekonsekwencje w wypowiedziach publicysty. Z jednej strony pisał Pragier celnie o twardym kursie ideologicznym sowieckich komunistów. Przytaczał wypowiedzi Chruszczowa, który głosił, że mowy nie ma o „ideologicznej koegzystencji”; słowa Gierka, przekonującego, że komunizm musi zapanować także na Zachodzie. Z drugiej strony nie upierał się przy tej wykładni: „Sowiety dawno już porzuciły mesjanistyczną doktrynę 'rewolucji światowej’”; „Sowiety nie brały na serio 'międzynarodowego komunizmu’, lecz posługiwały się nim jako narzędziem swojej polityki mocarstwowej…”. Mackiewicz pisał w liście do Sakowskiego: „Jestem, jak zawsze, wielkim jego wielbicielem, ale musiałem się jednak wdać w trochę polemikę, tam gdzie moje stanowisko jest nieustępliwe”. Polemikę podjął istotnie, ale – takie można odnieść wrażenie – nie dopowiedział swoich wniosków do końca. Wskazał na niekonsekwencje, umotywował swój punkt widzenia i jakby zawiesił pióro w pół wywodu.
Mimo ogromnej wiedzy, błyskotliwości, wnikliwości, intelektualnej uczciwości, miał Pragier problem z odrzuceniem klasycznej historiozofii, opartej na mechanice interesów dynastycznych czy narodowych. Nie chciał przyjąć do wiadomości, że modus operandi bolszewików opiera się na odmiennej logice. Nie tylko socjalizm stał w poprzek jego ideowej drogi.
________________________________
1) Pawlikowski nie mógł wiedzieć, że „ten jeden ktoś” już się znalazł. Był nim Stanisław Jaros, który podjął dwie próby zamachu. W 1959 roku na Gomułkę i Chruszczowa. Dwa lata później na Gomułkę. Służby peerelu zdołały objąć oba zamachy ścisłą tajemnicą. Z wyroku „ludowej praworządności” Stanisław Jaros został zamordowany w styczniu 1963 roku. O Stanisławie Jarosie przeczytałem w artykule Pawła Chojnackiego, Nowohuckie barykady. W rocznicę obrony krzyża w Nowej Hucie.