„Niespodziewany koniec lata” część II Lato w zaścianku
Powróćmy jeszcze do lata. Skąd wzięła się sugestia o słodyczy życia na polskich ziemiach pod zaborami? Czyż nie dość naczytaliśmy się o „ojczyźnie skowanej”, o jękach i mękach pod ruskim knutem i pruskim butem? Conrad opisuje w opowiadaniu Prince Roman, dzieje księcia Romana Sanguszko. Za udział w powstaniu listopadowym zesłany na Syberię i pozbawiony praw, książę służył jako szeregowiec na Kazukazie, ale powrócił do swego majątku po kilkunastu latach i dokonał żywota, jak sądzę, w warunkach względnego luksusu, a na pewno lepszych niż życie tych, którzy sprzeciwili się Stalinowi. Lubimy do dziś wyrzekać na okres rozbiorów, zapominając, że był w miarę krótki w porównaniu np. do niewoli Grecji po władzą Turków, i że był w miarę łagodny w porównaniu np. do bezeceństw angielskich w Irlandii. Niezaprzeczalnie, miały miejsce próby rusyfikacji i germanizacji, ale wiekowe tradycje polskiej kultury i państwowości – Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki, otaczał blaskiem potęgi i chwały – predestynowały Polaków do przetrwania tych prób znacznie lepiej, niż narody takich tradycji pozbawione, jak Litwini, Łotysze czy Rusini, że wspomnę tylko najbliższe nam przykłady, a pominę milczeniem Kurdów, którzy od tysięcy lat nie mają swej państwowości i prześladowani są bezustannie przez możnych świata tego, a i oni zachowali swą tożsamość. Trudno doprawdy się dziwić, że uczestnicy powstań byli traktowani jak buntownicy. Czy mieli być pogłaskani po główkach? A czy Najjaśniejsza Rzeczpospolita głaskała po głowach buntowszczików na zielonej Ukrainie? Nie, publicznie łamano ich kołem przed egzekucją.
Życie w polskich dworach na tzw. Kresach, nie różniło się zasadniczo od życia w dworach rdzennie rosyjskich, położonych dalej na wschód. Rytm jego dyktowany był porami roku – srogą zimą, wybuchem wiosny, upalnym latem i wielobarwną jesienią. Opowiadania Czechowa i Turgieniewa mogłyby się rozgrywać w polskich dworkach. Bohaterowie Białej gwardii Bułhakowa mogli ocierać się na ulicach Kijowa o bohaterów Wróblich nocy Bączkowskiej. Życie Władymira Nabokowa w rodzinnym majątku Wyra, nie różniło się wiele od życia Michała Pawlikowskiego w Pućkowie. Guwernantki były francuskie lub angielskie, piwnice wypełnione były winami węgierskimi i francuskimi, potrawy podobne, a gorzałka taka sama; tradycje byłyby wspólne, gdyby nie jedna zasadnicza różnica: Polacy, oprócz cieszenia się życiem, musieli cierpieć za Polskę. Mimo to, ich ziemie ciążyły ku sobie naturalnie. Kresami dla producentów tkanin w Łodzi były nie Wilno czy Witebsk, ale Saratow, Tyflis i Buchara; milionowe fortuny powstały w Libawie, skąd na cały świat wywożono bogactwa z Ukrainy i Białejrusi, i z zachodniej Rosji. Ruch parostatków na Prypeci, Berezynie i Dnieprze był ogromny, bo i świat był bezkresny pod cesarzami, w tych „więzieniach narodów”, a nie poharatany zasiekami z drutów kolczastych, jak miało stać się niebawem pod władzą ludu. Śnieg łączył te ziemie, bo „wszędzie jest jednaki, wszędzie biały jak sama prawda, a zasypujący i wielkie drogi, i małe dróżki”. Józef Mackiewicz widział wiele wspólnego między polskimi ziemiami wschodnimi i Rosją, czego niektórzy do dziś nie potrafią mu darować.
Zapowiedziałem, że moim przewodnikiem będzie Michał Pawlikowski, ale timeo hominem unius libri, więc nie będę zapominać o innych źródłach. Ciekawie opisuje Pawlikowski zaściankową szlachtę Mińszczyzny, z której wywodził się np. Sergiusz Piasecki (i z którą zetknął się w kilka lat po wojnie, już po niespodziewanym końcu lata, w zupełnie zmienionych warunkach, jako przemytnik). Odizolowani od Polski i kultury, często zaszyci w dziewiczych puszczach, niekiedy w samotnych chutorach, zachowali polski język i zwyczaje z przełomu XVIII i XIX wieku, zachowali język Mickiewicza. (Pawlikowski przytacza rozróżnienie między zaściankiem, zamieszkałym przez szlachtę jednego nazwiska, i „okolicą”, gdzie mieszkało wiele rodów, ale sam używa nazwy „zaścianek” w obu znaczeniach.) Pracowali jak chłopi, ale „szlachcianki były zawsze obute i żęły w rękawiczkach”. Byli katolikami (z nielicznymi wyjątkami) i zachowywali pieczołowicie stare karabele i dokumenty swego szlachectwa, co wymagało pewnego wysiłku i kosztowało poważne sumy w carskiej Rosji. W przeciwieństwie do nich, obywatel, czyli właściciel ziemski, ziemianin, nigdy nie parał się pracą („Takie herezje zdarzały się tylko jakimś panom Ljowinom w głębokiej Rosji.”), miał rozległe kontakty z polską kulturą, a mimo to często ulegał rusyfikacji, przyciągany blichtrem Petersburga. Szlachta zagonowa była bliższa rosyjskim kułakom (nie w sensie nadanym temu słowu przez sowieciarzy, ale wcześniejszym, używanym np. przez Dostojewskiego na określenie bogatych chłopów), a ekonomicznie właściwie identyczna z chłopstwem. Odróżniali się od nich katolicyzmem i tym, że żyli „w dobrych stosunkach, nacechowanych wielką godnością i dumnym poczuciem równości, z tzw. dworem”. O wiele więcej o polskich zaściankach, a zwłaszcza o cudownym zaścianku o nazwie Smolarnia, oddalonym zaledwie o dzień drogi piechotą od Bobrujska, pisze Florian Czarnyszewicz w Nadberezyńcach (z tą różnicą, że Pawlikowski był przyjaznym obserwatorem zagrodowej szlachty z zewnątrz, a Czarnyszewicz był jednym z nich, należał duszą i ciałem). Powieściowa Smolarnia była zapewne wzorowana na rodzinnym zaścianku autora, Przesiece.
Życie w Smolarni, która nie była wcale najbogatszym z zaścianków wokół Bobrujska, było cudowne. (Nb. do dziś widnieje na mapie opuszczona wioska o tej nazwie, o 10-11 godzin piechotą od Bobrujska.) Panowie szlachta, żyli jak chłopi, harowali od świtu do zmierzchu, ale cięzka praca popłacała w owych czasch wyzysku, więc opływali we wszystko. Czarnyszewicz skupia swą narrację – co jest zrozumiałe ze względu na wątki sensacyjne opowieści – na bezustannym konflikcie z okoliczną ludnością, z ruskimi chłopami. Ale i on pokazuje zasobność zaścianków, bogate życie wypełnione wieczorynkami, festami, swatami, weselami i świętami kościelnymi, kiedy się jadło i piło, „popijało samogon, zagryzany baraniną wędzoną (przysmak nigdzie nie spotykany poza zagrodami szlacheckimi nad Berezyną)”.
Wedle jego opisu, otoczeni białoruskim i prawosławnym morzem, szaraczkowi szlachcice rzeczywiście nie różnili się wiele od chłopów, więc tylko tym bardziej podkreślali swą wyższość. Pracowali na roli własnymi rękami, ale zachowywali tradycje katolickie, polskie i szlacheckie, przez co narażali się na potrójną nienawiść ze strony „mużyków”: religijną, narodową i klasową. W czasie szkolnych burd, Rusini wyzywają Polakom od szerszeni, Lachów i szlachtyczów, a Polacy nie pozostają dłużni, znieważając wrogów jako pastuchów, koniokradów, ludorezów, kacapów i, nade wszystko – gadów. Sąsiednie wioski ruskie dokonują formalnego zajazdu na polski chutor i zmuszają rodzinę Bałaszewiczów do przeniesienia się do bezpiecznej Smolarni. Czarnyszewicz bez żenady podkreśla różnice narodowościowe, mówi np. o „dysputach o walory narodowościowe”; jego bohaterowie są jednoznacznie przekonani o swej wyższości nad kacapskimi mużykami. Kultura zaścianków była dziwną mieszaniną ignorancji i wyższości, analfabetyzmu i wykształcenia. Z jednej strony, autor przyznaje, że większość rodziców nie posyłała dzieci do szkół, z drugiej, grupa młodych bohaterów powieści jest wyraźnie „hramotna” i oczytana. Wśród nich, Stach (porte parole autora) uchodzi za intelektualistę – opowiada o Chrobrym i Kmicicu – ale ukończył zaledwie cztery klasy szkoły powszechnej. Albo zatem Czarnyszewicz przydaje im wiedzy, której sam nabrał później, albo były w zaściankach książki (jak twierdzi Pawlikowski, pożyczane zazwyczaj z okolicznych dworów).
Bitwy z ruskimi, charakteryzuje Czarnyszewicz jako konflikt wyższej organizacji i moralnej stanowczości obrońców, wobec atakującej bezmyślnie „czerni”. Autor wpisuje się świadomie w tradycję Ogniem i mieczem, w której ruskie chłopstwo traktowane jest jako masa, pozbawiona cech indywidualnych. W jego narracji, chłopi nienawidzili Polaków jako buntowników i wrogów batiuszki-cara, jedynego opiekuna chłopa, oraz jako zwolenników przywrócenia pańszczyzny. Skołowani abdykacją cara, Rusini utracili wiarę we wszystko i rzucili się na szaber. Rabowali najpierw lasy, pańskie i rządowe, potem dwory i wreszcie ruszyli na zaścianki. Ten sam okres rozboju na Kowieńszczyźnie, opisuje Józef Mackiewicz w „Początkach obrezu” i w Lewej wolnej, ale u niego chłopi sami przywrócili porządek i ukrócili bandytyzm, przy pomocy okrutnych samosądów. U Czarnyszewicza, wrócił porządek, bo nastała Polska: Dowborczycy zajęli Bobrujsk.
Czarnyszewicz opisuje ogromne wrażenie, jakie na miejscowej ludności sprawiły „polskie legiony na ulicach Bobrujska” na początku wojny. Był to najprawdopodobniej Legion Puławski założony przez Witolda Ostoję-Gorczyńskiego pod egidą Romana Dmowskiego (i rozwiązany po kilku miesiącach). Rekrutacja do mitycznych „legionów” daje autorowi sposobność dla pokazania entuzjastycznego patriotyzmu szlacheckich zaścianków. Z narracyjnych względów, utożsamia następnie „legiony” z Korpusem Dowborczyków w tymże Bobrujsku w 18 roku. W polskim Bobrujsku był „polski łopot chorągwi i polski gwizd parowozów”, nawet powietrze im pachniało po polsku.
Pozwolę sobie w tym miejscu na dłuższą dygresję. Profesor Andrzej Nowak zarzucił Józefowi Mackiewiczowi – podczas sesji poświęconej pisarzowi! – jakoby „dosłownie z błotem zmieszał Floriana Czarnyszewicza” za to, że pokazywał perspektywę narodową. Zdaniem profesora, polskie zaścianki za Berezyną miały rzekomo nie pasować do czarno-białej wizji Mackiewicza. Po pierwsze, wizja ta jest raczej dobrze wycieniowana, a Mackiewicz lepiej chyba rozumiał mozaikę narodowościową na tych ziemiach niż Nowak, ale ważniejsze, że wcale Czarnyszewicza z błotem nie zmieszał, a po prostu krytykował polski nacjonalizm i, na przykładzie powieści, wskazał na jego negatywne konsekwencje. Przytaczam poniżej in extenso fragment, w którym, jak sądzę, Nowak dopatrzył się owego mieszania z błotem:
Sukcesorzy po spuściznę całości ziem Wielkiego Księstwa mogli się byli przez dłuższy czas znaleźć wyłącznie w szeregach jego faktycznych właścicieli, to znaczy szlachty, później inteligencji. Tymczasem ci ewentualni sukcesorzy zostali bez reszty spolonizowani nie tylko kulturalnie, ale przede wszystkim politycznie. W ten sposób w dobie rodzących się (wcale nie: „odradzających się”!) ciasnych nacjonalizmów białoruskiego i litewskiego, prawni sukcesorzy nie tylko nie przeciwstawili tym separatystyczno-rozbiorczym programom (w stosunku do własnego państwa, czyli Wielkiego Księstwa) własnego programu szerokiej wspólnoty państwowo-kulturalnej, ale wręcz przeciwnie: wystąpili z programem trzeciego nacjonalizmu – polskiego. Względnie polskiego patriotyzmu państwowego. W rezultacie znaleźli się we własnym kraju w sytuacji drastycznej, rzeczników innego państwa, a stąd do potraktowania ich jako obcych agentów przez absolutnie przytłaczającą większość mieszkańców, był już tylko krok jeden. Powieść Nadberezyńcy Czarnyszewicza może służyć za charakterystyczną ilustrację ówczesnego układu sił. Jeżeli usuniemy z niej łezkę patriotyczną i wyraźną tendencję autora, staniemy w obliczu małej garstki ludzi, zagubionej w masie olbrzymiego kraju o innej mowie i innej religii. I ta garsteczka chce narzucić swój język, swoją religię, swoją administrację, swoją dominację pod każdym względem i swoje państwo. (Czarnyszewicz odbrązowiony mógłby pod pewnym względem służyć za lekturę antypolskiej propagandy białoruskiej.)
Krytyka, wyrażenie innej opinii, niezgoda, równają się mieszaniu z błotem tylko wśród ludzi pozbawionych kultury, a Nowak do takich nie należy. Sądzę, że Mackiewicza raził dydaktyzm Czarnyszewicza, jego hura-patriotyzm, wręcz szowinizm narodowy. Podobnie jak bohater powieści, Stach Bałaszewicz, autor pragnął trafić do młodzieży: „rozwijał jej umysł, rozjaśniał świat, budził jej świadomość narodową, dumę szlachecką, rozpalał zamiłowanie do zawodu rycerskiego i żądzę bohaterstwa”. Mackiewicz wskazywał na fatalne skutki takiej postawy.
Zdaniem Nowaka, Mackiewicz odrzucał prawdę polskich zaścianków, ponieważ nie pasowała mu do obrazu walki z komunizmem jako nadrzędnym złem, gdy bohaterowie Czarnyszewicza mają inne priorytety i walczą z białoruskim morzem, w którym są zanurzeni. Ale Mackiewicz mówił o czym innym. Wskazywał mianowicie, w jaki sposób ciasny nacjonalizm polski w walce z ciasnymi nacjonalizmami innych narodów, utorował drogę do zwycięstwa bolszewii, a jednocześnie pogrzebał na wieki ideał Wielkiego Xięstwa Litewskiego, ideał wielonarodowej wspólnoty. W rzeczywistości, Nowak nie dostrzega chyba, jak dalece Czarnyszewicz był antykomunistą, jak dalece świadom był, że w walce z bolszewią, polska „swojskość” zagonowej szlachty, nie wystarczy jako bariera, i nie uchroni Smolarni przed zarazą. Narrator Nadberezyńców pisze jednoznacznie:
Ludność polska stanowiła mniejszość, a do tego nie była zorganizowana i miejscami przesiąkła komunizmem.
W jego oczach, „zorganizowana” mogła być tylko pod polskim sztandarem, ale w pięknej Smolarni pojawiają się „swoi bolszewicy”, których uosabia tragiczna, choć niemal makiaweliczna, postać Jasia Ładana. Czarnyszewicz widzi więc chyba, że nacjonalizm nie jest obroną, że bolszewizm jest zagrożeniem ponadnarodowym, a pomimo to, nie ma dla niego innej drogi, jak „organizowanie ludności polskiej”. I ten właśnie fenomen politycznej krótkowzroczności opisywał trafnie Mackiewicz.
Krajan i wielbiciel Czarnyszewicza, a także pierwszy recenzent Nadberezyńców, Michał Pawlikowski, podkreślał dokumentarną wartość powieści, ale skłaniał się ku drobnym korektom obrazu. Jego zdaniem, trzy potęgi tych ziem w dorzeczach Berezyny, Ptycza i Dniepru – polski dwór, polski zaścianek i białoruska wieś – żyły raczej w zgodzie, a ich stosunki były co najmniej dobrosąsiedzkie, ale raczej wręcz przyjazne, podczas gdy u Czarnyszewicza wyszło to tak, jak gdyby szlachta zagrodowa żyła tam na wulkanie nienawiści. Spory i sąsiedzkie zajazdy z pewnością miały miejsce, ale nie były tak jednostronne, jak to przedstawia Czarnyszewicz, bo i Polakom zdarzało się zajeżdżać ruskie wioski.
Punia i huńka
Język Czarnyszewicza zasługuje na osobną wzmiankę. Pawlikowski pisał o jego słownictwie:
Dziś te wyrazy ulegają zapomnieniu, jutro będziemy je zapewne odcyfrowywali przy pomocy „objaśnień wydawcy”.
Pisał to 70 lat temu i przewidział bezbłędnie moje trudności, które w niczym nie pomniejszały mego zachwytu. „Akraz by mi wyrznął apleuchę”, tak mi czasami było nieswojo, ale „stabuniwszy się pośrodku izby”, sięgałem po „chłoduczę”. „Rohożane pletnie”, „arszynowe kłódki”, „puha”, „ołatki”, „potaskucha” i „zuzula”, wszystko to razem każe „trzymać się drużnie”, a nie „trelować się na schod”. I jeszcze te cudne zdrobnienia. Staś z Bałaszewiczów zwany jest „Bałaszewiczonkiem”, a Kościk, syn leśnika, to oczywiście „leśniczonek”. Słowa takie jak „huńka” brzmią cudownie miękko, nawet jeśli tylko z kontekstu mogę domyślać się ich znaczenia. Imiona są równie miękkie, pozbawione twardości dzisiejszej, pohańbionej wymowy polskiej, a więc Bronik i Józik, ale także Hańka i Brońka, Kościk i Karusia.
Pawlikowski dostrzegał w języku powieści Czarnyszewicza coś innego, co mnie umyka:
Język ich [tj. Nadberezyńców] odurzył mnie swym zapachem – aromatem malin leśnych i „bahunu”, dymem jesiennych ognisk pastuszych, wonią „krasującego” żyta.
Pamięć węchowa, o której tak ciekawie pisał Józef Mackiewicz, jest mi obca. Z takimi talentami, obaj przyjaciele mogli byli stać się znakomitymi znawcami win…
Ale wróćmy do lata w zaścianku. Najpierw szło ku wiośnie. Po północnych wiatrach brutalnych rekwizycji wojennych, przyszli Dowborczycy, których Smolarnia zaopatrywała dobrowolnie. Po nich nadeszli Niemcy, którzy rekwirowali pod karą śmierci. Dopiero za bolszewika przyszedł głód, „gość niebywały od założenia Smolarni”. Ale na razie zmierzamy nadal ku pełni lata: „Słonko zataczało coraz większy łuk nad puszczą, przygrzewając w południe”.
Świat się budził. Głuche i czasami straszne czarnolesie za ogrodami, rozbrzmiewało rankami śpiewem drobnego ptactwa. W borach tokowały zawzięcie głuszce i cietrzewie. Na gościńce zlatywały się wrony i kruki, z hałasem żerować na kale końskim. Bydło podczas wodopoju porykiwało tęsknie w pole.
Budząca się do życia natura służy Czarnyszewiczowi jako metafora sytuacji zaścianka. Puściły lody, śnieg topniał, ale doświadczeni ludzie wiedzieli, że zima jeszcze powróci i „ukaże swój ogon”. Dziewczęta „szły ku łące dziwić się ogromowi płynących wód, słuchać szumu, dychać wilgotnym, pachnącym, przyniesionym z lasów powietrzem. Przecudna była Smolarnia podczas wiosennych roztopów”. I podobnie jak wiosna, Polska przychodziła i odchodziła, ale zdawało się, że nic nie zdoła powstrzymać jej zwycięskiego pochodu.
Wiosna kroczyła zamaszyście naprzód. Wody ściągały w koryta rzeczułek, gleba stężała, rozparzyła się ciepłem słońca, przesiąkła świeżą deszczową wilgocią – i roślinność wschodziła, rozwijała się, kwitła. Pożółkła i spleśniała ruń żytnia na Klinie, zaczęła szybko zielenić się i krzączyć. Z kęp łegowych wywijała się krzywymi haczykami paproć, rosnąc w oczach i rozkładając się jak palma, między nimi podnosiły się bujnie leżaje, asak, kozielce, gdzieś indziej – w miejscach przepastnego bagna – wschodziła mokrzyca, kopytnik, rozrastały się rohoże i jawór. W moczarach brzozowych wyłaniały się z kożuchów mchu, chwoszcze skrzypiące, bobek i łyżeczki. Czarnolesia zazieleniły się szczawiem zajęczym i stożkami orzeszków ziemnych. Las odziewał się, szeleścił liśćmi, szumiał.
Wszystkie te dziwy w przyrodzie wróżyły zmiany na świecie, ale nikt nie oczekiwał niespodziewanego i nieodwołalnego końca lata. Starzy twierdzili, że tak bujnej wiosny nie było dotąd w Smolarni. Ale nadeszła burza, jakiej także nikt nie widział. Całą noc „chuchał w puszczy gorący wiatr”, ustał, po czym powróciła fala gorąca: „piekło, dusiło, łamało kości, gotowało całą roślinność”. Aż zerwał się wicher szalony, „podejmując ćmę kurzawy”: „Na puszczę strach było patrzeć”.
Czarna tafla nawałnicy posuwała się coraz wyżej… Na dworze ciemność się uczyniła jak o północy. Chmura w świetle samej błyskawicy wydawała się jeszcze groźniejsza. I lunął deszcz. Z razu burzliwymi falami kropel rzadkich, ale dużych jak orzechy laskowe, lodowatych, z ogłuszającym trzaskiem piorunów, z gradem niebywałych rozmiarów i form; później nieco równiejszy, lasem słupów niebotycznych, zakrzywionych u dołu, żaglami wydętymi o kroplach tak gęstych, że oddech człowiekowi zabijało.
I tak wyglądały nadchodzące dnie Smolarzan. W wojennej burzy, pomagali polskim wojskom, wskazywali drogi i tajemne przejścia, zastawiali pułapki na uciekających bolszewików, ale Polacy wracali wciąż za Berezynę, mimo że droga na Dniepr stała dla nich otworem – i pozostawiali zrozpaczonych Nadberezyńców sam na sam z sowdepią. Skończyło się lato, zaczęły się psuć drogi:
Porozbijały się koleiny, potworzyły gęsto kałuże, przybrały brody. Na Wszystkich Świętych wypadł na mokrą ziemię śnieg prawie do kolan. Rozdroże się zrobiło – ani nosa na świat wysunąć. Zwłaszcza poza Smolarnię nie sposób było się wydostać: na kołach – śnieg głęboki; w saniach – brody otwarte.
I nie było gdzie się obrócić Smolarzanom, gdy wyczekiwana Polska odwróciła się od nich. Bohaterskie wyczyny Mieczyka, Kościka i Stacha, tylko sprowadziły na Smolarzan bolszewickie represje, a obrony znikąd. „Tego, com dla Polski zrobił, nikt mi nie odbierze”, mówi z dumą jeden z nich, ale odebrano mu wszystko inne. „Polska, panie, o takich nigdy nie zapomni”, mówi do Mieczyka podchorąży, ale Polska nawet wiedzieć o nich nie chciała.
Dobrowolne wycofanie się wojsk polskich z ich ziemi, wielu zrozumiało jako jej wyrzeczenie.
Epopeja Czarnyszewicza kończy się przed rozprawą z bolszewią w 1920 roku, i przed ostateczną zdradą ryską. Wiemy jednak z wielu źródeł, co się stało z mieszkańcami polskich chutorów i zaścianków pod władzą bolszewicką. Ani piękna Karusia, ani jej ukochany, Kościk, nie opuściliby Smolarni dobrowolnie, bez nadziei powrotu. Nie na darmo „klęli nadberezyńskie ziemiaństwo za ich niebraterskie i pogardliwe traktowanie uboższej ludności”. Gdy Smolarzanie bronili swego dobytku przed bandytami, a potem próbowali nieskutecznie bronić się przed komisarzami, to ziemianie dawno opuścili swoje dwory i wydali je na niełaskę ludu pracującego miast i wsi oraz awangardy proletariatu – bolszewickiej partii.
Pawlikowski, po bratersku i z czcią mówi o Nadberezyńcach. Po ryskiej zdradzie, część młodzieży uciekła do Polski. Resztę wymordowano lub deportowano do Karelii i Kazachstanu.