Zamknij
Michał Bąkowski

„Niespodziewany koniec lata” część I

27 grudnia 2022 |„Niespodziewany koniec lata”, Michał Bąkowski
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/12/27/niespodziewany-koniec-lata-czesc-i/

Historia XX wieku, oglądana z polskiej perspektywy, różni się dość zasadniczo od europejskiego spojrzenia, zwłaszcza w optyce myśli konserwatywnej.  Pierwotne rozszczepienie nastąpiło gdzieś w okolicach zamachu w Sarajewie, a utwierdziło się wraz z wybuchem Wielkiej Wojny.  Konflikt między trzema imperiami, między znienawidzonymi zaborcami, był wielką nadzieją dla Polaków.  Dla reszty Europy, nadchodząca hekatomba ofiar oznaczała koniec świata, koniec La belle époque.  Upadek trzech cesarzy był katastrofą.  Podczas gdy w polskich oczach, czasy po I wojnie skąpane są w błogim świetle Polonia Restituta, to europejscy konserwatyści widzą w nich klęskę, ponurą zapowiedź nadchodzących potworności, wyjście na światową scenę sił, które nie dadzą się łatwo poskromić.  Marian Zdziechowski nazwał to „ingerencją zaświatowych, metafizycznych potęg ciemności do rzeczy tego świata”.  Zastany porządek społeczny – ale też moralny, prawny, estetyczny i każdy inny porządek, jaki tylko można sobie wyobrazić – legł w gruzach, a jednocześnie coś ważniejszego zapadło się w ludziach, przestali krępować się wymaganiami honoru i wreszcie mogli, jak pisał Tomasz Mann, „bez reszty korzystać z nieograniczonych niczym stron dodatnich hańby”. 

Dopiero podczas II wojny, większość Polaków dostrzegła, co się stało ze światem.  Barbara Toporska znakomicie opisuje rozpad społeczeństwa i moralny rozkład w Wilnie pod sowiecką i niemiecką okupacją, dostrzegając ten sam aspekt „końca świata”, opisywany wcześniej przez pisarzy takich jak Broch, Mann czy Roth, Bunin, Márai czy Céline.  Rozmyślałem nad tą osobliwą dychotomią, zaczytując się w książkach, artykułach i korespondencji Michała Kryspina Pawlikowskiego.

Pawlikowski bowiem, podobnie jak wiele polskich rodów ziemiańskich – jak Marian Zdziechowski i Edward Woyniłłowicz czy ogromne rody Wańkowiczów i Czapskich – pochodził z Mińszczyzny.  Dla nich koniec świata nastąpił wraz ze zdradą ryską, tzn. wraz z dobrowolnym oddaniem Mińska i ogromnych połaci Białorusi i Ukrainy w traktacie pokojowym z sowieciarzami.  Przypomnijmy, że wojska polskie wyzwoliły Mińsk od bolszewików, a Joffe, przynaglany przez Lenina, oferował podczas pertraktacji w Rydze granicę o 100 km na wschód od tej, którą zatwierdzono, ale mimo to, panowie Dąbscy i Grabscy woleli oddać setki tysięcy swoich rodaków, wraz z milionami Białorusinów i Ukraińców, w bolszewicką niewolę, nie inaczej niż na Mińszczyźnie było bowiem na Ukrainie.

W niniejszym cyklu spróbuję się przyjrzeć temu szczególnemu fenomenowi, który nazywam „niespodziewanym końcem lata”, za Jeremim Przyborą.  Taki tytuł nosił niezwykły odcinek Kabaretu starszych panów, w którym strumień letników przybywa do tajemniczego pensjonatu.  Nieprzystępny, oziębły portier w liberii, przyjmuje ich jako uchodźców.  Stali się wygnańcami, ponieważ nastąpił nagły i nieoczekiwany koniec lata, a oni nie wiedzą, co ze sobą począć.  Jedni próbują dalej prowadzić interesy, ale nie wychodzi, przez ten przeklęty koniec lata; inni usiłują romansować, jak gdyby nigdy nic, ale to już nie to samo co letnie flirty; ktoś chce zakopać skarb w ogrodzie – walizkę pełną pomidorów…

Jest coś złowróżbnego w samym pensjonacie i jego nieprzyjaznym, wyniosłym portierze.  Klucze nie otwierają żadnych drzwi, a schody prowadzą donikąd, pora dnia jest wyznaczana przez portiera.  Ktoś nieudolnie gra Bacha na organach i woła o pomoc.  Kiedy starsi panowie dopytują się z niepokojem o te krzyki, otrzymują w odpowiedzi przestrogę, że przecież nikt ich o pomoc nie prosił.  Wreszcie na koniec, portier wyjawia starszym panom, że w pensjonacie w ogóle nie ma żadnych pokojów gościnnych, a lato skończyło się na dobre.  Ocieplenie może być tylko chwilowe i na powrót lata nie ma co liczyć.

Żeby rozważyć fenomen nieoczekiwanego końca lata, będziemy musieli przyjrzeć się ludziom, których mógł dotknąć, okolicznościom, w jakich się z nim zetknęli, i wreszcie rozważymy najrozmaitsze reakcje na tak niespodziewany kres.

Dla przykładu, Jeremi Przybora odpowiedział na nieprzewidzianą katastrofę zapisaniem się do polskiej partii robotniczej.  Trudno sobie wyobrazić jego prośbę o przyjęcie do kompartii, wyrażoną piękną polszczyzną, ze wspaniałym „ł przedniojęzykowym”, ubraną w ironiczne dwuznaczności i gry słów.  Jak rozmawiał z bolszewickim chamstwem?  Czy razem z Gustawem Morcinkiem oklaskiwał kongres zjednoczeniowy, na którym stworzono polski związek piłki ręcznej?  Czy op-ł-akiwał śmierć wielkiego Stalina, czy raczej dostosował swój akcent do otoczenia?

Fenomen niespodziewanego końca lata nie jest wyłącznie polski, ponieważ dotyczy każdej rewolucji.  Pan Amalryk przytoczył tu niedawno piękny fragment z nieznanych mi Wyznań, autorstwa Charles-Maurice de Talleyrand-Périgord, powszechnie znanego jako Talleyrand, niesławnej pamięci ministra spraw zagranicznych Napoleona.

Kto nie żył w XVIII wieku przed Rewolucją, nie zna słodyczy życia i nie wyobraża sobie, jakie może być szczęście w życiu.  To wiek, w którym wykuto wszelką zwycięską broń przeciwko temu nieuchwytnemu przeciwnikowi, zwanemu nudą.

A Talleyrand znał przecież doskonale przepych epoki Empire, widział i przeżył wykwint Restauracji Burbonów.  Sądzę, że to samo mogli byli powiedzieć przed nim angielscy kawalerowie, wyzuci z majątków przez Cromwella, walczący z purytańskim radykalizmem (choć w ich wypadku, przynajmniej niektórzy z nich mieli wkrótce odzyskać swe pozycje).

Wielu powie: i cóż stąd?  Byli uprzywilejowani i utracili przywileje – „gdy z bólu wyje ranny łoś, zwierz zdrowy mknie przez knieje, nie śpi ktoś, by spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje”.  Utracili niezasłużone rozkosze i słodycz życia opartą na wyzysku człowieka przez człowieka, a nie wypracowaną w pocie czoła, spracowanymi, robociarskimi dłońmi.  To prawda.  Historia zna tysiące przypadków utraty przywilejów, straconych fortun, indywidualnego upadku z wyżyn powodzenia na dno poniżenia.  Wrogowie rzymskich cesarzy tracili nie tylko latyfundia, na ogół spadały ich głowy.  Angielscy katolicy, opierający się Henrykowi VIII lub Elżbiecie, ginęli w męczarniach, a ich dobra szły w ręce zauszników królewskich i faworytów.  Ale nie ginęła przy tym kultura.  Kultura pozostawała i rozwijała się, bo była osiągnięciem ludzkim, a nie jednostkowym.

Fenomen niespodziewanego końca lata opisuje gwałtowne, całkowite i bezpowrotne zaprzepaszczenie kultury, a nie powolny i stopniowy proces przepoczwarzania się; nie indywidualną klęskę życiową, ale radykalne zniszczenie całości; ruinę, połączoną zazwyczaj z wygnaniem i wykorzenieniem.  Może rację mają komuniści i ich apologeci, że w takim wyzuciu i banicji jest sprawiedliwość dziejowa – dodają przy tym złowrogo, niczym portier w pensjonacie, że był to akt dziejowej sprawiedliwości, i że to samo nastąpi w bliskiej przyszłości!  Spróbuję zatem prześledzić meandry tej osobliwej sprawiedliwości.  Przewodnikiem będzie w pierwszym rzędzie Michał Pawlikowski, ale nie tylko on.  Przyjrzymy się także innym autorom, często odległym od niego i geograficznie, i duchowo, a niekiedy jego bliskich przyjaciół, choć tak od siebie różnych, jak np. dwaj bracia Mackiewiczowie – Stanisław i Józef.

Czy niespodziewany koniec lata dotyczy wyłącznie klasy szlacheckiej?  Arystokracji?  Ziemiaństwa?  Do pewnego stopnia tak, ale nie wyłącznie.  Posiadacze ziemscy mieli czas i środki, by kształcić swe dzieci, mieli czas i chęci, by kultywować, czyli uprawiać, bo kultura jest uprawą – uprawą wartości.  Komunizm, wbrew powszechnemu mniemaniu, nie jest ruchem gospodarczym, bo oczywiście gospodarka nie może działać, gdy jest centralnie sterowana i staje się swym przeciwieństwem; komunizm nie jest także fizycznym terrorem, bo bić i męczyć potrafi każdy osiłek.  Komunizm jest ruchem kulturowym, nastawionym na całkowite zniszczenie tradycyjnej kultury i wytępienie wszelkich śladów, na których mogłaby się odrodzić.  Osiąga to przez krecie podkopywanie, jak od dziesiątek lat na Zachodzie, lub przez rewolucję.  Niespodziewany koniec lata dotyczy tej drugiej możliwości, jest zarówno metaforą, jak i metodą.  Pozbawienie życia jego słodyczy, jest bowiem niezbywalnym celem dla tych, co przekuć pragną człowieka.

Hej, kto szlachta!…

Skąd właściwie wziął się szlachecki stan?  Zazwyczaj wywodzi się szlachectwo z kasty średniowiecznych rycerzy, wojów z drużyny książęcej, którzy w nagrodę za wierną służbę lub dzielność w bitwie, otrzymywali ziemię i herb wymalowany na tarczy.  Warto jednak zwrócić uwagę, że polskie ziemiaństwo z rzadka tylko wywodzi się z kasty rycerskiej i nie inaczej było w innych krajach Europy (służba dworska najczęściej dochrapywała się wpływów i tytułów).  Wielki badacz Renesansu, Jacob Burckhardt, dostrzegał największą różnicę między wiekami średnimi i Odrodzeniem w Italii, w zniesieniu różnicy między klasami.  System feudalny nazywał „kastowym”, i nie widział żadnych oznak osmozy między kastami.  Rycerskość była w Średniowieczu kodem zamkniętej kasty, gdy mieszczanie i chłopi mieli własne, odrębne zwyczaje, a kontakty między kastami były ograniczone do minimum.  Nagle we Włoszech coś się zmieniło około XII wieku, zapewne pod wpływem Krucjat, i zalety urodzenia zastąpiono wykształceniem, władzą i bogactwem.  Nisko urodzony kondotier, jak Sforza, czy kupiec i bankier, jak Medici, mógł zostać dziedzicznym władcą.  Od XII wieku szlachta mieszkała we włoskich miastach – inaczej niż po drugiej stronie Alp i na północy w ogóle, gdzie szlachcic czuł się obco w mieście: pan siedział za murami swego zamku, a miasto było dla mieszczan (nb. ponieważ w Polsce brakło klasy mieszczańskiej, to król Kazimierz sprowadził do kraju Żydów, dla wypełnienia luki i umożliwienia życiodajnego handlu).  Szwajcarska, antyszlachecka, mieszczańska kultura jest tego najlepszym przykładem.  Arystotelesowską zasadę, że szlachectwo opiera się na osobistej doskonałości i odziedziczonych bogactwach, Dante zamienił na: szlachectwo opiera się na doskonałości własnej lub przodków.  Z czasem jednak coraz mniejszą wagę przywiązywano do urodzenia, bo istnieje także inna definicja Arystotelesa: szlachectwo (aristokratia) to jest władza najlepszych, władza ludzi dążących do dobra.  O ile grecka eugeneia oznacza kastę „dobrze urodzonych”, to łacińskie nobilis znaczy „godne uwagi”.

W Anglii szlachta żyła w zamkach, odgrodzona od pospólstwa i znienawidzona, odseparowana językiem i obcością narodową (nawet wielki król Ryszard Lwie Serce nie mówił po angielsku); w Niemczech panowali awanturniczy baronowie, którzy wyprawiali się na zajazdy jak na wojnę, i z tego żyli; Francja i Hiszpania także składały się z masy skłóconych baronii i księstw.  We Włoszech nie mniej było waśni, ale sprawy potoczyły się inaczej.  W Neapolu szlachta obijała się i bawiła w miejskich karczmach, bo praca była poniżej ich godności.  Rzymski szlachcic uprawiał rolę i pogardzał handlem, w czym przypominał późniejszego o wieki polskiego ziemianina.  W Lombardii byli rentierami, żyli z wynajmu swych latyfundiów, zabawiając się w miastach.  W Wenecji, nobili byli kastą rządzącą, nie było ziemi do uprawy, więc zajmowali się handlem i najbogatsi kupcy w mieście dyskretnie, ale żelazną ręką, zarządzali interesami republiki.  W Genui, zarówno szlachcice jak i mieszczanie, zajmowali się handlem i żeglugą, choć ci pierwsi parali się także rozbojem ze swych niedostępnych, liguryjskich zamków, i piractwem, gdyż i oni nie mieli dość ziemi uprawnej.  We Florencji szlachta była najbardziej zróżnicowana i zajmowała się wszystkim, od nauki do handlu, od wojny do sztuki.  Nigdzie jednak samo wysokie urodzenie nie dawało pierwszeństwa ani pozycji.  Wenecja może się wydać wyjątkiem, ale członkowie Seniorii prowadzili skromne życie, podobne do innych obywateli, pomimo swej pozycji.

Nikt nie przykładał tyle uwagi do wyglądu, jak renesansowi Włosi, do mody, ubioru, makijażu, a dalej do dekoracji domów, do tego co nazwalibyśmy dziś architekturą wnętrz, do piękna rzeczy, do piękna wyrażania się, do etykiety, postępowania, zachowania się w określonych sytuacjach, do wiedzy i wykształcenia.  Było tak dlatego, że w Italii istniało społeczeństwo, a w Niemczech czy Francji – tylko odrębne, przegrodzone murem kasty.  Baron, ucztujący na zamku ze swymi wasalami, mógł się zachowywać, jak chciał.  To Włosi stworzyli etykietę zachowania na dworze, tworząc ideał dworskiego życia.  To oni pierwsi uprawiali gimnastykę, uprawiali gry, nie dla przygotowań wojennych, ale dla nich samych.  To oni uczyli córki na równi z synami.  (Podobnie postępował Karol Wielki z dziećmi na dworze 600 lat wcześniej!)  Efektem była równość kobiet w oczach prawa.  Kobiety były cenione, dziedziczyły, pisały, uprawiały muzykę, sprawowały władzę.  Kurtyzany mogły osiągnąć wysoką pozycję społeczną.

Burckhardt tworzy obraz chyba ciut wyidealizowany, ale także zdumiewająco pogański, w istocie swej zbliżony do rzymskiego patrycjatu.  Rzeczywistość chyba jednak potwierdza jego opis.  Szlachectwo można było wywalczyć mieczem lub zdobyć przy pomocy machinacji.  Wenecka szlachta zachowywała się jak mieszczanie, a florenckie mieszczaństwo – jak najbardziej wykwintna arystokracja.  A wszyscy razem, zmierzając do upiększenia życia, dodawali mu słodyczy i przydawali szczęśliwości.  (Nawiasem mówiąc, to dążenie do osobistego szczęścia było zalążkiem przyszłych nieszczęść, bo nie Pan Bóg obiecywał nam raj na ziemi, ale diabeł.  Tym jednak nie będę się teraz zajmował.)  Zamki i pałace, a potem dwory i dworki, zastąpiły średniowieczne klasztory, stając się oazami kultury wśród morza brzydoty, tępoty i okrucieństwa.

Talleyrand tęsknił do tej niewysłowionej słodyczy pośród rewolucyjnego chamstwa i gwałtów, podobnie jak wśród napoleońskich nuworyszów, ale – doprawdy! – żyć można było nadal.  Kiedy książę Salina, bohater Lamparta Lampedusy, postanawia iść na kompromis z nową władzą, to zachowuje wszystkie swoje przywileje.  „Wszystko musi się zmienić, by wszystko pozostało bez zmian.”  Książę cierpi nad utratą uczciwości w stosunkach międzyludzkich, narzeka, że na miejsce „lwów i lampartów przyjdą hieny i szakale”, ale czego się nie robi dla zachowania słodyczy życia?  Zwłaszcza, że szakale nowej władzy też chcą użyć słodyczy życia i przybierają powabne kształty pięknej Angeliki.  Toteż tu nie mamy wcale do czynienia z niespodziewanym końcem lata, ale raczej z lawirowaniem dla utrzymania przywilejów.  Jak zobaczymy, przebiegłe kalkulacje i kompromisy będą ulubioną metodą letników, gdy złowieszczy koniec lata nadejdzie naprawdę.

Włoskie, angielskie i niemieckie klasy wyższe były „otwarte od spodu”, otwarte na nobilitację najlepszych, przez co przetrwały dłużej, niż całkowicie zamknięta w swej odrębności arystokracja francuska.  Angielski historyk, Travelyan, miał się wyrazić, że Anglii nie grozi rewolucja – z powodu krykieta: „gdyby francuscy arystokraci mogli grać w krykieta z chłopami, to ich chateaux nie zostałyby spalone”.  A jak było w Polsce?  W Rosji?  Na Ukrainie i Białorusi?  Na Litwie i w Kurlandii?  W Prusach Wschodnich?  Nie grywano na tych ziemiach w krykieta.

Nie grano także w krykieta w c. k. monarchii austro-węgierskiej.  Niezrównanym kronikarzem tego świata był Joseph Roth.  Bohaterem jego sławnej powieści, Marsz Radetzky’ego, jest młody von Trotta, potomek słoweńskiego chłopa, uszlachconego przez cesarza Franciszka Józefa.  Oczami chłopca, a potem młodego oficera, oglądamy zarówno słodycz życia, jak i skostnienie instytucji.

Prawdziwego dystansu nadaje narracji dopiero wspaniała postać hrabiego Chojnickiego.  Wielki pan miał majątek nad granicą rosyjską, gdzie stacjonowała jednostka von Trotty.  Chojnicki przyjaźnił się z wszystkimi, z Rosjanami po drugiej stronie granicy, i z dragonami, z oficerami i handlarzami, a jednocześnie serdecznie nimi pogardzał.  Był bajkowo bogaty i skoligacony z arystokracją polską i austriacką.  Trzymał dom otwarty w jednym ze swoich pałaców, gdzie lało się dobre wino i 90-procentowa wódka (myślałem przez długi czas, że to starka, ale Michał Pawlikowski wyprowadził mnie z błędu, tłumacząc, czym była prawdziwa starka).  Trotta stał się alkoholikiem przez tę wódkę.  Chojnicki szastał pieniędzmi i bawił się w najlepsze, ale w innym jego pałacu toczyły się także poważniejsze rozmowy.  W monologu, który jest niemal sercem powieści (obok sceny ze starzejącym się cesarzem), hrabia peroruje o imperium Habsburgów i wieszczy, że to państwo musi upaść („jak tylko cesarz zamknie oczy, rozpadnie się na sto części”), musi się rozpaść na śmierdzące, małe państewka („nawet Żydzi w Palestynie obwołają króla”), skoro nawet Wiedeń cuchnie już spoconą demokracją („co tydzień, jakiś węgierski fabrykant klozetów zostaje baronem”).  Ale najlepsze jest jego typowo polskie poczucie wyższości wobec wszystkiego i wszystkich wokół, choć w opozycji do polskiej ortodoksji, pan Chojnicki nie znosił także Węgrów.

Cesarz jest bezmyślnym starcem, rząd – bandą matołów, parlament – zgromadzeniem dobrodusznych i patetycznych idiotów, władze państwowe są przekupne, tchórzliwe i opieszałe; Niemcy austriaccy tańczą świetnie walca i śpiewają przy „heurigerze”, Węgrzy cuchną, Czesi są urodzonymi pucybutami, Rusini – zakapturzonymi zdradzieckimi Rosjanami, Chorwaci i Słoweńcy, których nazywał Krowotami i Szlawinami, fabrykują szczotki i pieką kasztany, a Polacy, którego to narodu był członkiem, są fircykami, fryzjerami i modnisiami.

Roth wykłada ironicznie „arystokratyczne zasady” imperium Habsburgów, wedle których przeciętni obywatele byli ludźmi drugiej klasy, ale niekiedy znajdowali się na dworze.  Żydzi nie mogli się wybić, ale niektórzy bywali uszlachceni.  Kobiety miały być najpierw cnotliwe, a potem wierne, ale najsławniejsze z nich otrzymywały kawaleryjską licencję na miłość.  Co grosza, wszyscy patrzą na świat k.und k. jako przeżytek, który musi odejść w obliczu modernizmu, nacjonalizmu, socjalizmu i wszelkich innych, na ogół o wiele gorszych, izmów.

Lubimy nazywać te zasady hipokryzją, ponieważ jesteśmy o tyle bardziej nieugięci, nieubłagani i śmiertelnie poważni.

Świat, w którym warto było żyć pełną piersią, był skazany na zagładę.  W nadchodzącym świecie, nie było żadnych interesujących mieszkańców, więc musi zapanować w nim nuda, poważna i śmiertelna.  Dawniej ojcowie byli odpowiedzialni za synów, a dziś nawet cesarz nie może być odpowiedzialny za cesarstwo.  Czyżby nawet Pan Bóg odmawiał przyjęcia odpowiedzialności za świat? – zapytuje wreszcie bluźnierczo Roth.

Kiedy w końcu wybuchła wojna, to zgodnie z narodowymi sztampami Chojnickiego, administracja Habsburgów (ale także inne narodowości) traktowała Rusinów jako podejrzanych rusofili.  Nie potrafiąc odróżnić antyrosyjskich i antyprawosławnych unitów ukraińskich od Rosjan, władze austriackie wydały we wrześniu 1914 roku dyrektywę deportacji „wszystkich osób pochodzenia ruteńskiego”.  Tymczasem po drugiej stronie frontu, w zajętym przez Rosjan Lwowie, wydano rozkaz deportacji policjantów, lekarzy, adwokatów ukraińskich, a nade wszystko, księży grecko-katolickich.  Na długo przed rozkwitem totalitaryzmów, po obu stronach linii frontu dokonywano etnicznych czystek pod osłoną zapewnienia bezpieczeństwa w strefie przyfrontowej; robiono czystki, które nie różniły się w istocie od polityki dekapitacji stosowanej ćwierć wieku później na tych samych ziemiach przez Stalina i Hitlera, i z nie mniejszym okrucieństwem.

15 września 1914 w Przemyślu dokonano masakry, której nie powstydziłyby się Einsatzgruppen SS.  Zgodnie z rozkazem, aresztowano prewencyjnie Rusinów zamieszkałych wokół twierdzy Przemyśl i przewieziono ich pociągiem do miasta, gdzie otoczyła ich wrzeszcząca tłuszcza, żądającą linczu.  Nieliczna eskorta z trudem prowadziła aresztantów w stronę siedziby policji, długą ulicą Dworską, próbując powstrzymać tłum.  Na rogu ul. Siemiradzkiego natrafiono na kolumnę żołnierzy węgierskiego Honvédu. [1] Jeden z Węgrów wrzasnął, że rozpoznaje zdrajców odpowiedzialnych za zasadzkę, w której zginęli jego towarzysze.  Maria Ignatiewna Mochnacka, córka greko-katolickiego księdza, padła na kolana, wzywając głośno pomoc Bożą.  Została zastrzelona na miejscu.  Strzał stał się wezwaniem do masakry.  Bezbronni ludzie zostali dosłownie rozerwani na strzępy w półgodzinnej, bezprzytomnej furii zabijania.  Nikt nie został nigdy ukarany za tę zbrodnię.

I tak niespodziewanie skończyło się lato, a zaczął się XX wiek.

________

  1. Podaję opis masakry za: Alexander Watson, The Fortress. The Great Siege of Przemyśl, London 2020. Dla ścisłości należy dodać, że ukraińskie źródła winią Węgrów za masakrę, ale wcześni świadkowie wskazywali na dragonów jako sprawców. Nie było węgierskich dragonów, jest więc możliwe, że rzezi dokonali przypadkowo zebrani w tym miejscu żołnierze z różnych formacji austriackich.
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/12/27/niespodziewany-koniec-lata-czesc-i/
Kategorie: „Niespodziewany koniec lata”, Michał Bąkowski
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/12/27/niespodziewany-koniec-lata-czesc-i/