<i>Czerwoni na szóstej!</i> w Muzeum Lotnictwa
DR: …niestety, z przyczyn technicznych, na wideo udało się utrwalić zaledwie kilkadziesiąt minut rozmowy, przez co pozostała część spotkania nieuchronnie odejdzie w mrok zapomnienia. Aby tę niepowetowaną stratę nieco umniejszyć, postaramy się, wspólnie z bohaterem spotkania, zrelacjonować przebieg dalszej części muzealnej imprezy.
Film urywa się wraz z zakończeniem przeglądu lotniczej beletrystyki, bez wątpienia inspirującej dla autora Czerwonych… Przeszliśmy następnie do wiwisekcji samego dzieła, ze szczególnym uwzględnieniem głównego bohatera i jego niecodziennej ruchliwości po najrozmaitszych wojennych teatrach. Nurtowało mnie pytanie: skąd pomysł na tak rozległą peregrynację, i na ile jest on wiarygodny w zestawieniu z autentycznymi myśliwskimi biografami epoki. Okazało się, że droga bojowa Josepha M., choć nadzwyczaj barwna i bogata, nie jest aż tak niezwykła, jak można by sądzić. Obaj siedzący przy stole nie-dyletanci wymruczali nawet, pomiędzy sobą, jakieś nazwisko, czy nazwiska, które nie doszły dostatecznie wyraźnie moich uszu. Nikogo, kto przeszedłby szlak bojowy od Finlandii po Finlandię, zahaczając po drodze o Anglię, Filipiny, Chiny, Teksas, Alaskę i dalej, hen, po Mukden, żeby po wielu latach flirtować z dziewczętami w Korei, nie było, ale przypadków myśliwskiego włóczęgostwa bywało wiele. Może, Jacku, dopowiesz na ten temat więcej?
JSZ: Wojenne wojaże pilotów bojowych podczas tamtej wojny bywały zadziwiające. Greg Boyington, na przykład, zaczynał swoją karierę walcząc w Chinach i Birmie w szeregach opisywanej w powieści formacji, zwanej Latającymi Tygrysami, a następnie, w wyniku konfliktu z generałem Chennaultem porzucił AVG (American Volunteer Groups), by powrócić do macierzystego lotnictwa Korpusu Piechoty Morskiej i walczyć na Guadalcanal i Bougainville, dowodząc 214 dywizjonem słynnych Black Sheep – Czarnych Owiec, a wreszcie, po zestrzeleniu trafił do japońskiego obozu jenieckiego niedaleko Tokio.
Nasz Urbanowicz, żeby daleko nie szukać, zaczynał swoją karierę bojową zestrzeliwując w 1936 roku, wbrew wszelkim zamiarom przełożonych, sowiecki samolot szpiegowski nad wschodnią Polską, w 1939 roku dostał się do sowieckiej niewoli, z której uciekł, by przez Rumunię i Francję przedostać się na wyspy brytyjskie i wziąć udział w Bitwie o Anglię. Następnie trafił do 14 Armii Powietrznej generała Chennaulta w Chinach. Zaiste imponująca wojenna turystyka.
Ale równie, jeśli nie bardziej zdumiewająco wyglądały mapy pokładowe pilotów tzw. ferry, czyli transportujących maszyny bojowe z fabryk, lub portów do jednostek frontowych. Taką epopeję opisuje Józef Mackiewicz, bazując na wspomnieniach swego przyjaciela, pilota Romana Lutosławskiego w powieści Dno Nieba. Autorzy opisują piekielną trasę z Takoradi na afrykańskim Złotym Wybrzeżu, do ujścia Nilu w Egipcie. Mimo, że loty te nie były traktowane jako operacje bojowe, podczas pokonywania tej trasy wielu pilotów straciło życie ze względu na wyjątkowo trudne warunki pogodowo-terenowe. Napiszę o tej powieści osobny artykuł.
Jeszcze większe przestrzenie przemierzali piloci tzw. Transport Command, wożący zaopatrzenie, sprzęt bojowy i amunicję ze Stanów na poszczególne teatry wojenne. Ludzie ci pilotowali swe maszyny od Atlantyku, przez Grenlandię, Anglię, Afrykę, aż po Himalaje i zachodnie Chiny.
A zatem szlak bojowy mojego bohatera nie jest aż tak niezwykły, jak by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, choć oczywiście może dziwić np. jego udział w Wojnie Zimowej w Finlandii.
DR: Literacka kreacja głównego bohatera, podobnie jak kreacje kilku innych występujących w powieści postaci, uwypuklają to co stanowi jedną z głównych (może najgłówniejszą) powieściowych materii: zderzenie człowieka z historią. Wszyscy uczestnicy powieściowej eskapady stają na drodze dziejowego walca. Rzecz niby normalna dla żołnierza na wojnie, ale jednak wyjątkowa, bo w oderwaniu od reguły służby, munduru, prostego rozkazu. O tym także próbowaliśmy dyskutować, zdając sobie jednocześnie sprawę z wiszącej nad spotkaniem politycznej aury. Michał Mietelski skwitował w którymś momencie około literackie elementy rozmowy stwierdzeniem, że cała, świetna powieść Jacka, z jej licznymi myśliwskimi wątkami, jest pięknym opakowaniem zasadniczego politycznego problemu, o którym opowiada. O daleko idącej współpracy amerykańskiej demokracji z komunizmem.
Potoczyła się dyskusja, której nie sposób zrelacjonować w satysfakcjonującej mierze bez skrupulatnego zerkanie w protokół (który nie został spisany). Mowa była, najogólniej, o demokracji i tejże reakcji na komunizm. Padały słowa o słabościach i niedostatkach tego ustrojowego zjawiska, o niemiłej konieczności trzymania się wyborczych reguł i wynikających z tego stanu rzeczy konsekwencjach. Wspomniano o niezrozumieniu komunizmu, politycznej naiwności, o wyraźnej tendencji niedostrzegania problemu hodowania czerwonej hydry, nie bez dotkliwych, współcześnie, konsekwencji. Dyskusja nie była bardzo zażarta, ale wyraźnie zarysowały się dwa (a nawet trzy) ujęcia problemu: pierwsze z nich mówiło o świadomym współdziałaniu demokracji z komunizmem, a to przez wzgląd na egoistycznie pojmowane dobro ludu oraz chęć zagłaskiwania suwerena; wedle drugiego ujęcia mowa była przede wszystkim o problemie niepojmowania zjawiska komunizmu przez przedstawicieli świata demokracji i wynikających z tej skazy na rozumie konsekwencjach; trzecie ujęcie w najbardziej bezpośredni sposób opowiadało o zdradzie, o bardzo konkretnym odkryciu, które w bezpośredni sposób wpłynęło na losy bohaterów. Gwałtownej dyskusji na proscenium sali kinowej Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie nie było, bo każda z powyżej zarysowanych interpretacji dziejów najnowszych ma swoje niewątpliwe plusy i… minusy.
Najciekawszy z minusów w odniesieniu do trzeciego ujęcia (zdrady) zaprezentował obecny na spotkaniu Jerzy Wojciech Mietelski. Zdaniem pana Jerzego odkryty przez majora Jordana przypadek przekazywania najtajniejszych, strategicznych informacji sowietom, wcale nie musi być tym za co uchodzi – trywialną zdradą. Zwrócił mianowicie uwagę na teherańskie porozumienie stron wojennego aliansu, dotyczące swobodnej wymiany informacji w obszarze technicznych zagadnień zbrojeniowych. W ramach tej kooperacji strona sowiecka otrzymała między innymi dane techniczne którejś z nowych konstrukcji myśliwskich (chodzi o udostępnienie sowietom, już po wojnie, brytyjskiego silnika odrzutowego Rolls-Royce Nene, który został w ZSRS szybko skopiowany i montowany w słynnych MiG-ach-15, o czym wspominam w powieści. – JSz) Wolno na tej podstawie wysnuć wniosek, że porozumienie dotyczyło również tajemnicy, której ujawnienie wykrył major Jordan. Na pytanie, czy można podejrzewać Amerykanów o aż tak dalece posuniętą strategiczną niefrasobliwość, Jerzy Mietelski nie odpowiedział wprost. Wskazał w zamian na pewną szczególną okoliczność, związaną z programem Manhattan: Amerykanie, mimo szczerych (być może) chęci, nie byli w stanie wystarczająco dobrze pilnować kilku tysięcy naukowców (z których część miała prokomunistyczne sympatie) i zabezpieczyć wyjątkowo liczne atomowe tajemnice przed wyciekiem. Być może zdawali sobie sprawę, co konkretnie trafiło w sowieckie ręce, i z tego właśnie powodu zdecydowali się na „oficjalne” przekazanie tych samych, utraconych już, tajemnic. Niejako przy okazji, wywiązując się z umowy zawartej w Teheranie. Supozycja Jerzego Mietelskiego wydała mi się nad wyraz śmiała i oryginalna, dlatego ad hoc zasugerowałem Jackowi potrzebę napisania drugiej części „Czerwonych…”.
Tym perspektywicznym akcentem zakończyliśmy oficjalną część spotkania.
Nie był to jedyny moment sobotniego krakowskiego popołudnia, gdy mowa była o literackiej przyszłości autora Punktu Lagrange’a. Kolejnym prowodyrem okazał się Tomasz Kornaś. Jako wytrawny znawca literatury pięknej, zrugał Kornaś niemiłosiernie Jacka Szczyrbę: „panie Jacku – powiedział – jako admirator Punktu Lagrange’a jestem zdumiony lapidarnością pana ostatniego dzieła! Gdzie wątki poboczne, gdzie intrygi, miłostki… – wykrzykiwał z uśmiechem, nie bez gwałtownej gestykulacji. Obawiałem się nieco o fizyczność Jacka, ale ten, roztropnie, schronił głowę pod biesiadnym stołem. Mam ogromną nadzieję, że pan Tomasz pochwyci w zaciśniętą pięść pióro i swoje doznania z lektury przeleje na papier.
Ochłonąwszy nieco z emocji, których zapewnił nam wyżej wzmiankowany krakowianin, wyśmienity publicysta i znawca twórczości Józefa Mackiewicza, zadumałem się nad fenomenem owocnej imprezy, nie zaszczyconej obecnością nawet tuzina widzów.
JSZ: W rzeczy samej dostało mi się od pana Tomasza Kornasia. W odpowiedzi, starałem się nieskładnie bronić, że właśnie Punkt Lagrange’a wywołał niejakie kontrowersje wśród części czytelników, że, owszem, intryga ciekawa, zarys polityczny interesujący i wszystko byłoby świetne, gdyby nie te cholerne „opisy przyrody”. Po co te fabularne meandry, esy-floresy, te wątki poboczne, romanse i wtręty historyczne? Nie można by tak po prostu, od razu do celu? I ja, prostodusznie, postanowiłem w Czerwonych… podążyć właśnie wprost do sedna, bez wdawania się w zbędne dywagacje, nie pozwalając fabule utykać co i rusz w zawiłościach mych historycznych fascynacji. Ale pan Tomasz na to, że takie uleganie podszeptom nielicznych malkontentów jest, bodajże defetyzmem (lub podobnie), i należy trzymając się głosu serca, dawać upust literackim zapędom. Na takie dictum zamyśliłem się głęboko i w duchu pochyliłem nad nieprzewidywalnością literackich oczekiwań czytelników. Ostatecznie jednak przyznałem panu Tomaszowi rację i obiecałem sobie w następnym literackim projekcie się nie ograniczać. Co mi tam defetystyczne utyskiwania i małoduszne sprowadzanie na ziemię! Tym razem będą i wątki poboczne, i opisy przyrody, i intrygi, i romanse.