Zamknij
Dariusz Rohnka

Gdybym był bolszewikiem…

10 listopada 2022 |Dariusz Rohnka, Świat na haku i pod kluczem
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/11/10/gdybym-byl-bolszewikiem/

Takim, co to po głębokim, przez trzy ostatnie dekady trwającym śnie, ocknął się w niby nowej rzeczywistości. Powróciłbym do swej dziejowej misji poprzez gruntowne przejrzenie aktywów, pasywów, najogólniej – stanu posiadania.

Ulga. Operacja „upadek komunizmu” udała się ponad miarę wyobrażeń. Komunizm to zimny trup uznany za nieboszczyka jak świat długi i szeroki. Fenomenalne. Gdy przed laty po raz pierwszy wystąpiono na forum z tym projektem, towarzysze pukali się w czoła. Zdawał im się ten koncept nierealnym. „Kapitalistom – mawiali – można wcisnąć każdy nonsens, ale na diabła…” – tu dlaczegoś urywali swe wywody w ćwierć frazy, zdetonowani. Tak, tak, nie wszystkim towarzyszom starczało jej, wyobraźni.

Początkowo strach był, nie ma co zaprzeczać. Wsiąknięcie komunizmu to nie byle prestidigitatorska sztuczka. Istotnie, gdyby patrzeć na rzecz z technicznego punktu widzenia – twardy orzech. Ale od czego jest psychologia – potężna broń w rękach bolszewika. Tym groźniejsza, im kapitalista niczego bardziej nie pragnie jak być mamionym. Da wiarę we wszystko.

Nie ma sowieckiego związku, nie ma demoludnych przyjaciół, a ten podstarzały już nieco młodzieniec na Kremlu, jak mu tam… po mistrzowsku udaje nostalgię za zmarłym. Dobry aktor. Zadanie odhaczone, pierwsze.

Czy jednak powiedzie się w pełni i drugi punkt, sam miałem niejakie wątpliwości. Nie sztuka ukryć truchło w szafie, ale smrodu pozbyć się, to nie byle fraszka. Nie ma na świecie dość wody kolońskiej, wydawało się… i bezwład nachodził. Niepotrzebnie. Niuchają fetor niczym powiew wiosennego bzu. Na fali entuzjazmu i zgliszczach starego zapomniano wszelkie ciemne sprawy. Co było, a nie jest, nie pisze się… Towarzysze wszystkich krajów, kopiący pod kapitalizmem, przechrzcili się na ogół ochoczo i sprawnie, wdziewając nową skórę szczerych burżujskich demokratów. Wytrawni towarzysze od bombowych zamachów, porwań oraz robienia w koło zamieszania, urwali się jakoby, bardzo sprawnie, z naszego sowieckiego kagańca. Towarzysze od wywracania słów na nice, robili i robią nadal swoje, na własną fellow travellerską rękę. Gdyby ich zapytać za kim tak podążają? – pochlipując, nie znaleźliby, smętne sieroty, odpowiedzi. Mięknę, bo pomyślałem przez moment, że trzeba ich było przed laty uprzedzić. Ech, przyjdzie dopisać to i owo do samokrytycznego rachunku.

Trzeci punkt naszej wizji świetlanej od początku budził kontrowersje. Długo trwały debaty i techniczne przymiarki. Zabić kapitalizm w kapitaliście. Odrzeć burżuja z cywilnych łachów, wbić w sowiecki uniform. Odindywidualizować, na przekór naukom pewnego zajadłego reakcjonista. Rzecz banalna pod ciężkim butem naszego panowania. Ale czy do pomyślenia, wywołać tę słuszną duchową przemianę samoczynnie? Skłonić burżuja, po dobroci, do zdjęcia wytwornych galotów i założenia w to miejsce podartych dżinsowych porciąt, nie lada to sztuka. Trzeba mu pierwej odebrać rozum i jeszcze tamto, czego tak łaknie nasz przeobleśnie cudowny pryncypał.

Długo trwały deliberacje. Nasi kochani fasadowi biurokraci nie skrywali wątpliwości, szczególnie ci, odpowiedzialni za obsługę socjalistycznych niedoborów. Wciąż martwili się: brakiem tytoniu dla kubańskich przyjaciół, niedostatkiem mleka dla niemowląt, sznurka do snopowiązałek, mięsa dla polskich towarzyszy. Wodzireje siermiężnej rewolucji bez polotu. Mały włos, a zabiliby, w wirze dyskusji, samego geniusza strategii. Szczęśliwie Pion Ideologicznych Fantasmagorii (PIF) przekonał wątpiących, że sytuacja dojrzała. Cywilizacyjne fundamenty wroga drżą w posadach, stopniowo, ale widocznie, udaje się nadwerężyć każdą ich zasadę. Oni sami machną na nie ręką, odwrócą się plecami, zbezczeszczą. Przestaną się dla nich liczyć wszelkie wartości. Cały katalog komunistycznych dezyderatów, spisany z mozołem przez Marksa z Engelsem jest tuż, na wyciągnięcie ręki. To jeszcze musi potrwać, dekadę, dwie, trzy, ale cel, niechybnie, zostanie osiągnięty. Tak przekonywali. Maładcy.

Dziś, gdy przeglądam bieżące zdarzenia, ogarnia mnie zdumienie. Czy możliwe? Czy degrengoladyzacja wroga mogła udać się aż w tym stopniu? A może to podstęp? Wielka burżuazyjna prowokacja, w którą wciągnąć się dali niebacznie młodsi towarzysze?

Chyba nie. Obraz przekonuje. Dziś, widzę, Scholz, ten przeuroczy niegdyś młodzieniec, co okrakiem siadywał na amerykańskich pershingach (siadywał tak w obronie wspólnej naszej socjalistycznej ojczyzny), bryluje ze swadą po globalnych salonach. Wygraża niby pięścią w naszym agresorskim kierunku, jednocześnie oczko mruży przymilnie. Chwat. Ma jeszcze młody, nieopierzony towarzysz niedostatki. Ale całkiem dobrze zgrywa przejętego burżuja. Udał się właśnie z wizytą do towarzysza Xi. Wylądował, dał się posłusznie, jak na grzecznego wasala przystało, wymazać chińskim sanitariuszom-czekistom, wyraził chęć zacieśnienia kolaboracji, w lennym hołdzie oddając port hamburski. Zniesmaczył tym trochę pobratymców… bo to niby, według nich, nazbyt stanowczy system, dla swoich obywateli, te komunistyczne Chiny. Ale nie ma obaw – i oni pojmą nieuchronność bolszewickiego triumfu. Podroczą się, a i tak kluchę uległości ze smakiem przełkną. Za wszelką wszak cenę chcą utrzymać supremację w Europie. Kilka mrugnięć, ukłonów, przyklęknięć i pozbędą się frasunku. Nie raz pod wozem. Liczy się perspektywa. Poza tym, szczęśliwie, i mamiące głosy wyczytać można z ok sieci: Scholz jakoby śmiało wbija klina pomiędzy atomowe mocarstwa, pomiędzy Rosję a Chiny, jak niegdyś Nixon z Kissingerem, pogrywając w ping-ponga. Nieskończenie błądzi ludzka fantazja.

Nieodżałowany nasz Lenin ufał, że droga do podboju Europy wiedzie przez Berlin. I oto miasto to stoi otworem. Nastały inne czasy, Europa już nie ta co dawniej. Nie to nawet, że traci staruszka znaczenie, ale zmieniła się, po bolszewicku wyładniała. Nie myśli kategoriami indywidualnego brzucha, ale gremialnego w nim burczenia. Umartwianie się, odejmowanie od ust kosztem innych to laicka tradycja, godna najwytrawniejszych bolszewików. A i przejmowanie się losem wszystkiego jest, po bolszewicku, piękne.

Nie trzeba już zatem Europy niszczyć, a uwieść, posiąść… niczym mityczny Zeus przemieniony w kremlowskiego niedźwiedzia. Nie bez przyczyny oczko w głowie naszej od lat trenuje niedźwiedzią woltyżerkę. Dobry czekista. Europa, podobnie jak inne połacie globu (z Ameryką na czele), dojrzała do konsumpcji, choć, jak na niewinność przystało, nie jest uświadomiona, w pełni. Aktualnie przedstawia sobą koncepcję umiarkowanego bolszewickiego zamordyzmu, ale bez trupów. Jeszcze. Czy sama raczy przejść nieuchronnie Rubikon, czy w obawie przed macbethańską nieczystością rąk wystąpi o fachową pomoc oprawcy? A może o tylem zaspał w bolszewickich przaśnych betach, że dostrzec nie potrafię nowego na horyzoncie – tego mianowicie, że przelew krwi już niepotrzebny do pełnego spętania i wyplenienia z ciała duszy?

Uśmiecham się i kontempluję ciepło w sercu. Zawsze tak czynię, gdy myślą powracam do ideałów młodości; do bolszewizmu zbroczonego krwią najpaskudniejszych jedynie burżujów. Inżynierować się chciało, przebudowywać, wykuwać nowy typ człowieka. A człowiek, psia jucha, jakim był przed tysiącami lat takim i jest, i pozostanie. Sam lucyfer z belzebubem nie odmienią mu natury. Zgnoić się da, i zwieść na drogę niegodziwości, a wszystko na nic. Dla nas, zaprawionych w terrorze, żadna to nowość. Europejskie pięknoduchy bolszewickie muszą się o tym dopiero przekonać. Czy po to także jest jatka ukrainna? Aby pootwierać oczy?

Europa da się prędzej czy później upokorzyć. Jak każda gospodarka oparta na fantazji jakoby pieniądz rodził się w drukarniach, i brukselska bolszewia ujrzy dno w szkatule. Nijak nie poradzi sobie wobec zziębniętego, głodnego motłochu. Na nic zda się potrącanie o ideały braterstwa, równości i czegoś tam jeszcze, co mi akurat wywietrzało z głowy. Motłoch nie okaże dojrzałej wyrozumiałości, nie przestanie napierać. A wtedy? Czy przypomną sobie młodzi brukselczycy o swych starszych braciach? Sięgną po znane z historii metody? Ukorzą się i pożebrzą o wsparcie?

Rewolucja nie cierpi stagnacji, jej istotą jest gwałt. Tenże sprawia, że człowiek zatraca grunt pod nogami i daje się ponieść najmętniejszym sloganom. Tylko rewolucja zdolna jest wywrócić porządek świata. Nie da się tego osiągnąć poprzez sączenie do głowy zbereźnych farmazonów. Tak można kruszyć zmurszałe fundamenty, ale ostateczny cel osiąga się poprzez krew.

Dla bolszewika wojna nie jest przedłużeniem polityki, a jej istotą, narzędziem. Bolszewicka dyplomacja nie służy do uprawiania międzypaństwowych stosunków, ale do wspierania potencjalnej rewolty. Podpisywane traktaty i umowy są chomątem dla antagonisty, dla bolszewika świstkiem papieru. Nie ma takiej dziedziny stycznej we wzajemnych relacjach, która nie miałaby rewolucji na względzie. Wszystko jest wojną: dyplomacja, handel, energia, tego burżuje przez 100 lat nie zdołali pojąć.

A „operacja” ukrainna? Majstersztyk. Najtęższe umysły zachodzą w głowę w czym rzecz. I niczego pojąć nie mogą. A jaka to niby trudność rozumowania? Po cośmy rozczłonkowywali związek, jeśli nie dla strategii? Po cóż nam te „niepodległości” pobratymcze? Przez słabość czy dla dopełnienia bolszewickiej wizji?

Ech, podrzemałbym sobie jeszcze trochę…

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/11/10/gdybym-byl-bolszewikiem/
Kategorie: Dariusz Rohnka, Świat na haku i pod kluczem
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2022/11/10/gdybym-byl-bolszewikiem/