W bolszewickiej zupie
Jedna z kosmologicznych koncepcji „rzeczywistości”, wykładana przez fizyka, Krzysztofa Meissnera, zakłada, że w swoich początkach kosmos istniał w postaci gęstej, nieprzeniknionej zupy. Z tej substancji wyłaniać się poczęło uniwersum, pędzące, rozrastające się z multigalaktycznym rozmachem. Co było przedtem, przed narodzinami czasu, o tym naukowiec nie mówi. Jako reprezentant nauk przyrodniczych zobowiązany jest budować swoje hipotezy na choćby mikroskopijnej wielkości podstawach. W omawianym przypadku, początków świata, takiego elementu brakuje.
Podejmując próbę opisania bolszewizmu, uwolnionego od instytucjonalnych naleciałości, także doznać możemy wrażenia płynnej nieprzeniknioności, za którą skrywa się nieznane. Przez trzy ostatnie dekady nikomu nie udało się zanurkować w głąb trującego syropu. A jednak… choć błądzimy zaledwie po powierzchni, nie jesteśmy z góry skazani na klęskę. Mętna i cuchnąca, pokryta kłębami maskującego dymu zupa bucha od czasu do czasu gejzerami rewelacji, uwalniając do atmosfery ślady obecności i działania ciemnych mocy. Nie zyskujemy komfortu informacji, jedynie garść poszlak, na podstawie których wolno, ostrożnie, dywagować.
Taką mozolną, a niewdzięczną metodę stosuje Andrzej Dajewski, dając nam co jakiś czas kolejną porcję gruntownie opracowanej źródłowo analizy tego, co działo się u zarania „upadku komunizmu”, niespotykanej wcześniej fali prowokacji, jaka zalała demoludne ziemie na przełomie lat 80. i 90. Gigantyczna praca Dajewskiego zaowocowała do tej pory omówieniem pseudorewolucyjnych „wydarzeń” w: „ludowej” Polsce, na „ludowych” Węgrzech, w „socjalistycznej” Czechosłowacji, Rumunii, Jugosławii, w „demokratycznych” Niemczech, w „ludowo-socjalistycznej” Albanii, w sowieckich republikach bałtyckich. Ostatnio omówienia doczekała się Mołdawia. Ta sama, na którą dziś ostrzy sobie zęby niedobry Putin.
Andrzej Dajewski rozpoczyna opowieść od dramatycznej historii sowieckiej Mołdawii: od następujących po sobie okresów głodu (Mołdawia doświadczyła głodu zarówno w okresie Hołodomoru, jak również po wojnie, w latach 1946-47 – w tym ostatnim okresie śmierć głodową poniosło 120 tysięcy osób, przy populacji liczącej 2 miliony). Antysowiecki opór ludności dławiono przy pomocy deportacji oraz obozów koncentracyjnych. Ogólną liczbę ofiar w okresie powojennym szacuje się na 360 tysięcy.
Sowietyzacja zakończyła się pełnym sukcesem, ale nie na długo, bo już w dobie rządów Chruszczowa odnotowano aż 11 lokalnych wystąpień przeciwko… złym warunkom życia. Pierwsze, nieśmiałe próby uzdrowienia ustrojowych stosunków miały miejsce w połowie lat 60. Stała za nimi sześcioosobowa grupa inteligentów, która domagała się utworzenia partii politycznych. Kilka lat później pojawili się pierwsi prawdziwi „dysydenci”.
Nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, że w wyjątkowo złożonej pod względem narodowościowym Mołdawii (większość mołdawska oraz mniejszości: rosyjska, ukraińska, gagauska) byli nimi narodowcy o silnych predylekcjach rumuńskich, choć zbudowanie jednoznacznego profilu etnicznego przeważającej w całym kraju większości mołdawskiej nie jest łatwe. Nie wiadomo, co decydowało o pro-rumuńskim nastawieniu nacjonalistów: odniesienie do stosunkowo krótkiej, liczącej zaledwie 80 lat wspólnej rumuńskiej historii, czy też przekonanie, że „rumuński” komunizm jest czymś łatwiejszym do strawienia od internacjonalnego komunizmu sowietów.
Problemy z mołdawską tożsamością dotyczą zarówno historii jak i języka. Rumunia jako państwo powstała późno, w drugiej połowie XIX wieku z połączenia dwóch historycznych krain, Wołoszczyzny oraz Mołdawii. Początki obu odrębnych hospodarstw sięgają XIII-XIV wieku. Skomplikowanie kształtuje się kwestia wspólnego języka. W Rumunii język mołdawski uznawany jest za jeden z dialektów języka rumuńskiego. W Mołdawii przyjmuje się (istnieje stosowne rozstrzygnięcie tamtejszego „trybunału konstytucyjnego”), że językiem urzędowym jest język rumuński, a język mołdawski oznacza język rumuński używany na terytorium Mołdawii. Trudno ocenić ile w tym stanowisku treści ideologicznej, politycznej, a ile racji językoznawczych. Obie odmiany języka są bardzo podobne (w rumuńskiej więcej można dostrzec wpływów zachodnich, w mołdawskiej wschodnich, głównie słowiańskich), ale istnieją także istotne rozbieżności, wynikające m.in. z używanego historycznie alfabetu. Na Wołoszczyźnie stosowano alfabet łaciński, w Mołdawii do XX wieku cyrylicę (a do wieku XVII językiem urzędowym był cerkiewno-słowiański). Co ciekawe, część językoznawców uważa, że to język rumuński jest odmianą języka mołdawskiego. Jeden z XVII-wiecznych władców Mołdawii wyraził następujący pogląd: „[Wołosi] we wszystkim podążają śladami Mołdawian pod względem języka i ortografii, a tym samym przyznają, że język mołdawski jest czystszy niż ich język…”. Mołdawianie w swojej długiej historii (sprzed połowy XIX wieku) nigdy nie nazywali siebie Rumunami, a swojego języka rumuńskim.
Powróćmy do historii mniej odległej. Pierwsza duża organizacja mołdawskich nacjonalistów już na początku lat 70. liczyła ponad 100 członków. Pomimo licznych związków tego środowiska ze sferami partyjnymi, rozpoczęły się prześladowania. Nacjonalizm ujawnił swoje wpływy nawet w lokalnej administracji. Jeden z sowieckich urzędników postanowił (w 1984 roku) wystąpić z inicjatywą „manifestu mołdawskiego frontu patriotycznego”. Zdradzony przez osobę przepisującą dokument, został zesłany na roboty przymusowe przy produkcji czołgów na Uralu.
Idea pierestrojki nie miała lekko w żyznej Mołdawii. W ogromnym stopniu zsowietyzowane społeczeństwo „republiki” nie potrafiło wyzwolić się z więzów konwencjonalnego komunizmu. Odczuwalny był wyraźny niedobór „dysydentów” oraz partyjnych „reformatorów”. Ponownie postanowiono zaczerpnąć z głębokich pokładów nacjonalizmu, tym bardziej, że wielu z jego przedstawicieli łączyło nacjonalistyczne predylekcje z zamiłowaniem do komunizmu i przynależnością do lokalnej partii, pcm (partidul comunist al moldovei). W mołdawską odmianę pierestrojki zaangażowali się także nauczyciele z komunistycznego związku nauczycieli. W ten sposób już we wrześniu 1988 (a więc mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Magdalence popijano wesołe toasty) pojawił pierwszy „list otwarty” z podpisami aż 66 aktywistów, którzy niezwłocznie poczęli proces pomnażania własnej liczebności. Zaledwie miesiąc później zdołano zorganizować wielotysięczną manifestację przed siedzibą partii w stolicy, Kiszyniowie. Postulaty nacjonalistyczno-ksenofobiczne mieszały się z leninowskimi. Komunizm po raz kolejny okazywał się wiernym towarzyszem nacjonalizmu. Niestety, partia jakby nie całkiem wykazała tym razem zrozumienie, dość opieszale wsłuchując się w niechybnie słuszny głos ludu.
Głównym motorem przemian był „ruch demokratyczny na rzecz wspierania restrukturyzacji”. Jak opisuje to autor mołdawskiej „jesieni”, wszyscy czołowi działacze „ruchu” należeli do partii komunistycznej, ale także – już jesienią 1988 roku (jeśli wierzyć odkrytym po wielu latach materiałom archiwalnym) – zdecydowana większość z nich (22 spośród 25 czołowych aktywistów) znalazła się na „liście preferencyjnej osób godnych zaufania”, spisanej pod czujnym okiem przybyłego z Moskwy czekisty, majora Szewczuka. Dziewięciu z tego grona należało następnie do władz „frontu ludowego”.
Z tak „godnym” zespołem gwałtowna radykalizacja roszczeń postępowała. Manifestacje odbywały się jedna za drugą. Gdy w Warszawie ospale przystępowano do okrągłostołowych przyjacielskich rozmów, manifestanci w Kiszyniowie żądali: „sprawiedliwości!”, „alfabetu łacińskiego!”, „języka urzędowego”, wołali także: „precz z migracją!” Już w marcu pojawiły się hasła ustąpienia lokalnego genseka, a okrzyki na rzecz Gorbaczowa przeplatały się (signum temporis) z miłym dla ucha (choć zazwyczaj bałamutnym) sloganem: „precz z komunizmem!”. W maju powstał „mołdawski front ludowy”, a jego założyciele zaczęli domagać się „restrukturyzacji” zsrs oraz prawa do wystąpienia z tego „socjalistycznego” „związku” „republik”. Postulowano też przyłączenie do mołdawskiej republiki ziem wcielonych w 1940 roku do sowieckiej republiki ukraińskiej. Józef Mackiewicz dworował sobie kiedyś z martwego jego zdaniem zapisu stalinowskiej „konstytucji”, która przyznawała poszczególnym republikom takie „prawa”. Jak widać i jemu zdarzało się nie doceniać bolszewickiej elastyczności.
„Front ludowy” rósł w siłę, nawiązując kontakty z bliźniaczymi „organizacjami” z republik bałtyckich. W połowie 1989, organizacja liczyła niemal milion członków. Choć nadal wszystko odbywało się „nieformalnie”, z łatwością wyczuć można było, że na miejsce starego komunizmu żwawo wdrapuje się nowe. Dobrotliwa władza zżymała się, ale nie stosowała przemocy. Warto się tu zatrzymać, na moment. Wiemy dobrze jak trudno jest złapać komunistyczną prowokację na gorącym uczynku. Żadna informacja, żaden dowód (w postaci, choćby, listy czekistowskich agentów), nigdy nie zasłużą sobie na pełnię wiarygodności. Nieodmiennie jedynym fundamentem, na którym stawiać możemy chwiejne hipotezy, jest zdrowy rozsądek, wsparty porównaniem.
Gdy piszę te słowa, w połowie 2022 roku, w cywilizowanych jakoby krajach Zachodu, gdzie – jak nam się niegdyś zdawało – panuje porządek, ład, najskrupulatniejsze przestrzeganie praw obywatelskich zaobserwować można: policyjną konnicę z rozmysłem i najbrutalniej tratującą pokojowych, nieuzbrojonych manifestantów; ubranego w mundur chama uderzającego z pełną siłą pięścią w twarz młodą dziewczynę (uderzającego kilkukrotnie); bandę policyjnych zbirów kopiących po wszelkich możliwych częściach ciała, łącznie z głową i genitaliami, leżącego na ziemi, krwawiącego człowieka. W ten sposób władza reaguje na nieśmiałe (jeszcze) przejawy buntu przeciwko wszechobecnym nakazom, związanym z rujnującą życie miliardom ludzi polityką „pandemiczną”. Wszystko w aureoli bezkarności. Bo tylko bezkarność (wzbogacona o wywołujące agresję narkotyki) tłumaczyć może zachowanie niezamaskowanych bandytów w mundurach.
Niezwykłość tych obrazów, eskalacja odpodmiotowywania obywatela, jaką obserwujemy w świecie „Zachodu” (nie tylko w sferze przemocy fizycznej, ale także w rewolucyjnych ramach administracyjnych nakazów), zdaje się dowodzić, że szaleństwo bolszewizacji z każdym miesiącem, tygodniem, dniem wzrasta w mocy. Establishment tamtego (niegdyś Zachodniego) świata bardzo się spieszy. Możliwe, że dostrzega przed sobą następującą alternatywę: albo stłamsi, zdusi obywatelski sprzeciw w zarodku, albo, dyndając wesoło na latarniach, zejdzie do niechlubnej historii.
Gdy patrzy się na to wszystko głębokim wytrzeszczem zdumienia, analogie przychodzą nieproszone. Skoro młody, zachodni, ledwie raczkujący bolszewizm pozwalać sobie może na bandytyzm tej skali, dlaczego zaprawiona w fizycznym terrorze, doświadczona, krwawa po łokcie ręka bolszewickiego Kremla 30 lat temu opadła w bezwładzie?
Gdyby rzecz wystąpiła pojedynczo, w jednej odosobnionej republice, można by wskazać na błąd w sztuce jako na winnego zamieszania. Jak wiemy dobrze, a ogromna praca Andrzeja Dajewskiego, dodatkowo pogłębiła naszą w tym względzie świadomość, sprawy miały się odwrotnie. Republika za republiką, satelita za satelitą, aż po moskiewską centralę, okazywały identyczną, całkiem nie leninowską słabość. „Komunizm upadał” na ogromnych połaciach centralnej i wschodniej Europy, a wystrzelono w jego obronie… może jakieś kilka tysięcy sztuk nabojów. Oto jak miały się sprawy w totalnie zsowietyzowanej Mołdawii:
7 listopada, w dniu corocznych „obchodów” bolszewickiego przewrotu w Rosji, w Kiszyniowie miała się odbyć zarządzona odgórnie parada wojsk sowieckiej armii. […] Gdy oddziały armii sowieckiej przystąpiły do parady, z tłumu manifestantów wystąpiła ok. stuosobowa grupa najbardziej radykalnych narodowców, usiłując zablokować wjazd pojazdów pancernych na plac z pomnikiem Lenina (Piaţa Victoriei). Przygotowany na ten wypadek jeden z oddziałów „desantowców” zaatakował blokujących oraz stojących obok nich manifestantów. Ci jednak stawili aktywny opór, co spowodowało wielki zamęt. W takich okolicznościach, komuniści na trybunie szybko ją opuścili, a parada została odwołana.
Gdyby był to odizolowany przypadek, można by słusznie przekonywać: błąd w sztuce, niezdecydowanie znużonych całonocnymi obradami towarzyszy, odkrywać lub wymyślać powody. Wiadomo jednak dobrze, że tego rodzaju przypadki sowieckiej uległości wobec wzburzonego tłumu obywateli były zjawiskiem powszechnym. Zapomniawszy jak zaciska się pięść, komuniści wypuszczali władzę z dłoni. Już tylko ten jeden casus, przemieniony w regułę – uległości wobec demonstrantów – pozwala na kwestionowanie wiarygodności zdarzeń, nie tylko w peryferyjnej Mołdawii, ale w całym bloku sowieckim.
Andrzej Dajewski pisze, że do radykalizacji nastrojów mocno przyczyniły się dramatyczne (lub raczej – udramatyzowane) wydarzenia w sąsiedniej Rumunii. Kolejny schemat: wydarzenia w jednej sowieckiej zonie rezonowały w pozostałych. Przy czym – co wydaje się istotne z punktu opisu bolszewickiego modus operandi – nie musiały działać fakty (i na ogół nie działały), ale mniej lub bardziej wiarygodne o nich pogłoski. Czy wiele osób na świecie zdawało sobie sprawę, że rzekoma masakra ludności cywilnej w Timisoarze jest wyssana z bolszewickiego palca? Poza animatorami oraz uczestnikami tamtej prowokacji, wydaje się, że nikt.
W Mołdawii radykalizacja nastrojów skutkowała rozkwitem nacjonalizmów. Ten ostatni zawsze jest niezawodnym narzędziem, gdy trzeba skanalizować uwagę tłumu na innym niż antysowiecki kierunku. Stąd potencjalnie antysowieckie odruchy (tylko potencjalnie) rychło znalazły ujście w nacjonalistycznym radykalizmie. Gdy nacjonaliści mołdawscy poczęli wysuwać hasło „zjednoczenia z Rumunią”, wywołali lawinę sprzeciwów: „internacjonaliści” (w ogromnej części Ukraińcy i Rosjanie) z Tyraspola ogłosili go „niezależnym miastem”, nie zgadzali się też z jakimikolwiek inicjatywami, mogącymi sugerować chęć przyłączenia Mołdawii do Rumunii.
Mołdawski „front ludowy” nie zamierzał łatwo rezygnować. Wprowadzono zakaz uczestnictwa we „froncie” dla członków partii (Dajewski o tym nie pisze, ale wolno domyślać się, że zmusiło to wielu ambitnych Mołdawian do podjęcia trudnego kompromisu schowania partyjnej legitymacji w koszu z brudną bielizną [ponad 48% Mołdawian przynależało do partii]). Żądano „zniesienia kultu Lenina”, delegalizacji kompartii, likwidacji kgb, wycofania sowieckiej armii, odłączenia cerkwi mołdawskiej od moskiewskiego patriarchatu; domagano się wystąpienia z zsrs oraz przystąpienia do onz. Ponieważ brzmiało to całkiem już kontrrewolucyjnie (co zdaje się sugerować, że aktorzy prowokacji w dużej mierze skazani byli na improwizację), najwyższy sowiet rssm „uchwalił” wysłanie do Naddniestrza i rejonów gagauskich silnych oddziałów ministerstwa spraw wewnętrznych (10 000) w celu „ochrony ludności”.
Cechą wyróżniającą mołdawską pierestrojkę był nie tylko opór przechodzącej do podziemia bolszewickiej władzy, skrajne niezadowolenie i obawy (związane z wciąż wzrastającym mołdawskim nacjonalizmem – pierwsza połowa 1992 roku obfitowała w liczne zatargi o charakterze militarnym pomiędzy właściwą Mołdawią a Naddniestrzem), ale także daleko posunięty sceptycyzm ludności, która nie odczuwała przemożnej potrzeby opuszczania sowieckiej „ojczyzny”.
Z perspektywy lat można przyjąć, że ani te obawy, ani prosowieckie resentymenty potwornie zabiedzonej ludności kraju nigdy nie wygasły. Gdy w 1994 roku odbyły się w Mołdawii „pierwsze wolne wybory”, przy frekwencji sięgającej 80%, zdecydowanymi zwycięzcami okazali się zakamuflowani pod innym szyldem komuniści (ponad 43%), drugie miejsce zajęli socjaliści – 22%, „front ludowy”, a więc koło zamachowe pierestrojkowej rewolty – 7,5%. Nic dziwnego, że pierwszym krokiem nowego „parlamentu” było anulowanie uchwały delegalizującej partię komunistyczną, która od tamtej pory utrzymuje znaczący wpływ na politykę „postsowieckiej” Mołdawii.
Rysem wyjątkowym wielkiego przedsięwzięcia jakim jest „upadek komunizmu” w demoludnym świecie jest wyraźna, nie-do-zaprzeczenia symultaniczność inicjatyw, działań, operacji w poszczególnych jego częściach. A jednak nie można mówić o całkowitej identyczności procesów. Podobieństwa predominują, ale widoczne są też różnice. Odnoszę wrażenie, że w żadnym innym z opisywanych przez Andrzeja Dajewskiego przypadku „restrukturyzacji”, stopień zobojętnienia ludności wobec nowo narzuconej odsłony „rzeczywistości” nie był tak widoczny jak właśnie w Mołdawii. Gdyby nie burzące krew nacjonalizmy, waśnie narodowe, awersję do komunizmu trzeba by zsowietyzowanej ludności wbijać do głowy przy pomocy milicyjnej pałki.
Po co było pierestrojkowym planistom trudzić się tak bardzo? Odrywać od sowieckiej macierzy obszar, który oderwania wcale nie wymagał. Czy stało się tak dlatego, że – jak przekonuje Andrzej Dajewski – Mołdawia stała się jednym z wiodących okien transferowych „czarnych pieniędzy” z „Rosji” na Zachód? Można by podobną supozycję zbyć stwierdzeniem, że mamona nigdy nie była dla sowietów towarem pierwszej potrzeby. W sytuacjach wielkich kryzysów (jak wojna z nazistami) wystarczył jeden nieśmiały uśmiech towarzysza Stalina, a pieniądze i wojenne sprzęty spływały od sojuszniczych demokracji szerokim spokojnym oceanem. Z drugiej strony, nie wydaje się, żeby można było pieniądz bagatelizować. Przynajmniej taki, który daje wielkie, strategiczne możliwości.
Czy tego rzędu monetę trzymają sowieci w onucy?
***
W świeżo opublikowanym cyklu Andrzeja Dajewskiego., poświęconym ukrainnej „oligarchii”, pada w pewnym miejscu kwota 470 miliardów dolarów – to czarne pieniądze „wyprane” w prywatnym (bardzo dużym) ukraińskim banku w ciągu zaledwie jednej dekady. Liczba zdumiewa swoim ogromem, skłania do zastanowienia.
Rzecz jasna, źródłom sowieckim ufać nie można, kwota może być wyssana z palca, szczodrze zawyżona lub dogłębnie zaniżona. Jeżeli jednak przyjąć ją za dobrze opisującą skalę i rdzeń tamtejszych ciemnych interesów, przemnożyć następnie przez działania licznych towarzyszy po fachu Kołomojskiego i Bogoliubowa (właścicieli banku), którzy – jak wolno sądzić – w sporej części parają się podobnym procederem czyszczenia brudnej monety, uwielokrotnić skalę operacji, uwzględniwszy pozostałe sowieckie „byłe” republiki, w których obowiązuje jeśli nie identyczny, to bardzo podobny modus operandi, zmuszeni będziemy skonstatować co następuje: działający z podziemia moloch „upadłego komunizmu” wykracza swoim rzeczywistym potencjałem daleko ponad czyjekolwiek mniemanie.
O jakiej hipotetycznej kwocie można by mówić? O bilionie, dwóch, pięciu, wypranych w ciągu trzech dekad, dzielących nas od „upadku komunizmu” na żyznej w szemrane interesy Ukrainie? Czy udziesięciokrotnienie sumy przypisywanej dwóm ukrainnym „biznesmenom” nie trąci przesadą? O jakiej liczbie można dywagować w skali całego „upadłego” imperium? 10, 20 a może 50 bilionów? To wyłącznie czysta spekulacja, ale nie zaszkodzi przyjrzeć jej się z uwagą, poprzez proste porównanie z liczbami podawanymi w oficjalnych zestawieniach statystycznych. 50 bilionów dolarów to: 60-letni budżet wojenny USA lub 12-letnie PKB zwasalizowanych (przynajmniej energetycznie) przez sowiety Niemiec.
Kwota 470 mld dolarów pojawia się w raporcie nowego, państwowego zarządu Prywatbanku, przygotowanym dla amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Raport liczy 104 strony, a w kluczowym punkcie czytamy:
From January 2006 through December 2016, the total movement of funds (credits) into the UBOs’ [Ultimate Beneficial Owners, Kolomoisky and Bogolyubov – DR] Laundering Accounts at PrivatBank Cyprus was $470 billion, which amounts to approximately double the Gross Domestic Product of Cyprus during the same period.
Ukraine Business News, ktokolwiek za tym tytułem stoi, przelicza kwotę pół biliona dolarów, bez cienia zawahania, na… 4 roczne budżety Ukrainy. Czy to ze strony pracujących w gazecie „dziennikarzy” banalny przejaw braku refleksji nad omawianą sprawą, czy odwrotnie – znajomość lokalnych stosunków biznesowych? Bo czy przepływ tak gigantycznego strumienia pieniędzy przez jeden bank prywatny nie powinien skłonić do namysłu nad enigmatycznym stanem finansów ukraińskiego „państwa”?
Organizacja zajmująca się monitorowaniem i przeciwdziałaniem procederu prania pieniędzy FATF (The Financial Action Task Force) szacuje proceder prania na poziomie mniej więcej 5% PKB. Raport państwowego zarządu Prywatbanku sugeruje skrajnie odmienne proporcje. Nasuwa się pytanie: skoro jeden bank potrafi „wyprać” kwotę tego rzędu (50% PKB kraju, w którym działa), czy jest możliwe, że – nazwijmy je – jawne życie gospodarcze „upadłego” związku sowieckiego to zaledwie bliżej nieokreślony odsetek czarnorynkowego biznesu?
Czy uzasadniona będzie następująca hipoteza: żenująco niski, rozweselający, PKB kremlowskiej Rosji, a więc 1,5 biliona dolarów, stanowiący obecnie ledwie 1/15 PKB Stanów Zjednoczonych nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Gdy sowiecki zezwłok był jeszcze nie upadł, w połowie lat 80., stosunek potencjałów gospodarczych wynosił 1:2 z nominalną korzyścią USA; z nominalną, bo nie należy zapominać o gigantycznej rozbieżności w poziomie konsumpcji, o nieporównywalnej szczupłości sowieckich budżetów domowych w zestawieniu z amerykańskimi. (W zsrs nigdy nie dbano o poziom życia obywateli, gros środków kierując w stronę przemysłu ciężkiego, w ten sposób zrównując sowiecki strategiczny potencjał z kapitalistycznym wrogiem.) Skoro w połowie lat 80. potencjał obu państw był mniej więcej porównywalny, czy możliwe (biorąc pod uwagę wszelkie inne okoliczności, w tym rozczłonkowanie związku), że 30 lat później dysproporcja sił jest aż tak gigantyczna?
Jeżeli powyżej zarysowana hipoteza godna jest rozpatrzenia, skłania do sformułowania kolejnego wniosku, istotnego z punktu widzenia toczącej się ukrainnej wojny: nie mamy bladego pojęcia, jakim potencjałem wojennym, materialnym, zasobami finansowymi dysponują strony konfliktu.
Jest jeszcze jedna kwestia – dotyczy rzeczywistej pozycji politycznej, wpływów i znaczenia sowieckich „oligarchów”. Majątek Kołomojskiego i majątek Bogoliubowa mogą być szacowane na mniej więcej 5 mld dolarów. To zaledwie 1% „czarnego pieniądza”, który miał (jakoby) przepłynąć przez ich bank w ciągu jednej dekady. Pytanie: kto jest faktycznym dysponentem tych środków? Kołomojski z Bogoliubowem czy inny beneficjent? Czy można wykluczyć, że rzeczywista rola „oligarchów” jest o wiele mniej znacząca, aniżeli się wydaje? To zasobni, ale jednak tylko menedżerowie monstrualnie wielkiej korporacji, działającej pod grobowym szyldem „sczezłego komunizmu”?
W nieprzeniknionej bolszewickiej zupie wszystko wydaje się możliwe.