Sesja mackiewiczowska w Londynie
Wiek niesie ze sobą przywileje. Kuśtykając powolutku w stronę brutalistycznej architektury londyńskiego Posku, i zachwycając się jednocześnie pierwszym słonecznym dniem od dawien dawna, rozmyślałem, co też byłby Józef Mackiewicz miał do powiedzenia na temat tych wszystkich akademii na cześć? Jedna odbyła się w jego urodziny w Warszawie, a teraz druga w Londynie, a on nie lubił ani Londynu, ani Warszawy, ani laurek. Zajęty radosnym ćwierkaniem ptaszków w parku, spóźniłem się na otwarcie sesji, co uchroniło mię przed okolicznościowymi przemówieniami. Jakby na to nie patrzeć, okazuje się namacalnie, że jednym z przywilejów podeszłego wieku jest kaprys bezkarnego spóźniania się na akademie. Zasiadłem cichutko na krzesełku z tyłu, dopiero wówczas, gdy niezrównana pani Dobrosława Platt, dyrekorka Biblioteki Polskiej, zapraszała pierwszych uczestników sesji do zajęcia miejsc na wywyższeniu. Wyniesieni na piedestał zostali pp. Bolecki, Chojnacki i Bąkowski.
Profesor Bolecki miał mówić o „miejscu Mackiewicza”. Nie jestem skory do prób umiejscowienia pisarza, który świadomie unikał klasyfikacji i nie dał się nigdy przyszpilić nikomu, ale Bolecki zmienił temat i, zamiast wciskać do szufladek i gablotek, mówił ciekawie o małych formach w twórczości autora form tak wielkich jak epopeja Nie trzeba głośno mówić. Przed wojną pisał Mackiewicz artykuły i felietony, opowiadania i recenzje, reportaże, wspomnienia i nowele. A po wojnie robił dalej to samo, tylko lepiej. Pisywał do gazet i pisał często; pisał niekiedy na kolanie, ale zawsze interesująco. Bolecki słusznie zwrócił uwagę na obecność elementu autobiograficznego we wszystkich formach jego pisarstwa, nawet w politycznej publicystyce. Mackiewicz rozsadzał akademickie definicje form literackich, pisał reportaże jak felietony, a wspomnienia jak reportaże. Recenzja teatralna mogła być w jego wykonaniu reportażem z przedstawienia, a nowela zachować mogła bezpośredniość punktu widzenia reportera. Bolecki trafnie zauważył, że angielskie słowo narrative lepiej oddaje sens giętkiej formy używanej przez Mackiewicza, niż jakiekolwiek polskie określenie (może z wyjątkiem „eseju”, ale tego słowa nie lubił sam autor). Nie zrozumiałem tylko, jakie były konkluzje referatu. Czy dadzą się zastosować do Mackiewicza rygory formalnych definicji, czy też należy je odrzucić i stworzyć nowe?
Z góry cieszyłem się na referat doktora Chojnackiego o starciu Józefa Mackiewicza z Zygmuntem Nowakowskim w „Okopach Świętej Trójcy”. Reprezentowali oni inne opcje, odmienne wizje, i bardzo często nie zgadzali się zasadniczo, mimo że obu nadano niezgrabne miano tzw. Niezłomnych i wrzucono do tego samego worka. Obaj odrzucali ludową Polskę – nie uznawali bolszewickiego tworu za państwowość, a tym bardziej za państwowość polską – zatem różnice między nimi mogłyby okazać się fascynujące. Byłyby to różnice politycznej wizji, fundamentalnej strategii i rudymentarnego obrazu świata. Niestety p. Chojnacki ograniczył się do wyliczenia punktów stycznych – nie w sensie momentów ideowej bliskości, ale dosłownie: punktów zetknięcia się obu pisarzy, wspólnych tematów, w których obaj zabierali głos – po czym, jak mi się zdało, niewygodnie zasiadł okrakiem na barykadzie, którą oczami wyobraźni dostrzegałem wewnątrz Trynitarnych Okopów. Szkoda, bo konfrontacja między dwoma tytanami emigracji byłaby ideowo owocna w naszych czasach; w czasach, kiedy okopanie się w Okopach Św. Trójcy w obliczu bolszewickich harcowników, wydaje mi się przedsięwzięciem tyleż zbożnym, co najmilej widzianym.
Po nim zabrał głos p. Bąkowski. Przemilczenie jego referatu byłoby najbardziej wielkodusznym aktem z mojej strony, ale nie ulegnę pokusie wspaniałomyślności. Bąknął coś mętnie o Sokratesie i Heglu, choć próżno dociekać związku z przedmiotem referatu. Cytował Krasińskiego, ale nie przypiął go do tematu; przytaczał Stendhala, ale zgubił zwierciadło i ugrzązł wśród błota na gościńcu. W końcu uratowała go litościwie pani Dyrektor Biblioteki Polskiej, zaniepokojona, że prelegent pośle słuchaczy w objęcia snu. Tylko jedną rzecz z sensem zdołał wydukać p. Bąkowski, a mianowicie, że nie należy przemieniać wina wielkiej literatury w wodę drętwej mowy. Gdybyż tylko zechciał zastosować swą zasadę bliżej domu.
Podczas przerwy, w kuluarach poczęstowano nas pysznymi ptysiami, kawą spod ciemnej gwiazdy i harmidrem na taką skalę, że nie zdołałem zamienić z nikim słowa, po czym wróciliśmy do Sali Malinowej, gdzie wyniesiono na piedestał trzech panów i jedną damę – proporcje iście mefistofeliczne.
Profesor Cenckiewicz rzucił w nas garścią refleksji na temat antykomunizmu. Nie gustuję w powszechnie panującej modzie, która przydaje wagi wszelkim „zapiskom na marginesie” czy każdemu ciskaniu garściami grochu o ścianę. Jednak Cenckiewicz mile zaskoczył mnie spokojną powagą swych rozważań. Nazwał postawę Mackiewicza antykomunizmem prewencji. Skoro komunizm jest zarazą, to należy unikać zetknięcia z nim – wynika stąd potrzeba totalnej negacji. W walce z komunizmem, należy dążyć do wyeliminowania chorej tkanki z zaatakowanego organizmu, z czego wynikać musi nadrzędny imperatyw walki z komunistami własnego narodu, a nie wymachiwania pięściami w kierunku zewnętrznych zagrożeń. Prelegent przeformułował (zapewne dla uniknięcia wulgaryzmu) sławne słowa Mackiewicza o dwóch okupantach: Niemcy wydobyli w Polakach wolę niepodległości, a sowieci – niewoli. Wskazał na zbieżność mackiewiczowskiego myślenia z Golicynem i Angletonem oraz z konserwatywnym katolickim tradycjonalizmem. W polskiej tradycji, antykomunizm nie był nigdy normą postępowania, nie nabrał cech postawy, był zaledwie narzędziem przeciw zewnętrznemu wrogowi. Dodałbym od siebie, że jako instrument wystarczy w Polsce tylko antykomunistyczna retoryka, nie trzeba się wynosić ponad demagogiczny, antykomunistyczny sztafaż. I dlatego, zdaniem Cenckiewicza, antykomunizm Mackiewicza był i pozostał wśród Polaków – sierotą.
Referat profesora Łukomskiego zaczął się interesująco. Mackiewicz był, zdaniem prelegenta, intelektualistą stygmatyzowanym za jasność myśli. Dobrze powiedziane: z taką klarownością wytykał błędy polityki polskiej, że nie sposób było go lekceważyć, trzeba było zwołać przeciw niemu pospolite ruszenie lub pójść na pisarza z obławą. Niestety dalsze enuncjacje Łukomskiego wzbudziły we mnie wiele wątpliwości. W jego mniemaniu, Mackiewicz nie był historykiem, ale „miał wyczucie dla historii”. Snując refleksje nad tą myślą, rozważałem, jakie kwalifikacje należy posiadać, by zasłużyć na miano „historyka”? Postawiłbym „wyczucie dla historii” wysoko na liście. Znam profesorów historii, których nie nazwałbym historykami. Co gorsza, przykłady „wyczucia historii” podawane przez Łukomskiego zdają się wskazywać, że mówca braknie tegoż wyczucia. Dowiedzieliśmy się na przykład, że Jan Nowak miał być kontrowersyjny, gdyż był złym szefem (sądzę, że Nowak miał więcej na sumieniu, niż tylko gnębienie podwładnych). Iwan Groźny natomiast, okazał się Azjatą, a lud rosyjski ma niewolnictwo wypisane na czole. I to wszystko wypowiedziane zostało w referacie na temat Józefa Mackiewicza.
I wreszcie pojaśniało w pociemniałej Sali Posku, gdy głos zabrała pani doktor Katarzyna Bałżewska. Czy w dzisiejszej Polsce można uzyskać doktorat od razu po maturze? Pani Bałżewska jest bardzo młoda i urocza (co jest zaletą nie tylko w oczach starych lubieżników). Jej uroda i młodość opromieniły referat, który i bez nich był wyśmienity. Obraz wojny był jej tematem, a wojna, okupacja, przemoc i zbrodnie, odgrywały ważką rolę w mackiewiczowskiej wizji świata. Poprzez metaforykę wojny opisywał fakty, przyrodę i ludzi czyli życie i cały świat wokół. Wojna była dla niego oknem na świat innych, wyższych mocy (dodałbym w tym miejscu, skoro czytałem ostatnio ponownie Miasojedowa, że odgrywała rolę ikony, „okna, poprzez które człowiek prawosławny widzi Boga”, gdyby nie to, że „wojna ponad wszystko śmierdzi”…). Ekstremizm sytuacji wojennych, otwiera ludzkość na poświęcenie, zbrodnie, heroizm, tchórzostwo. Autor Lewej wolnej zrywał z romantycznymi wzorcami, odrzucał patos i dotykał rzeczy w ich istocie; próbował przedstawić wojnę taką, jaką była w rzeczywistości. A wistość tych rzeczy jest nie z świata tego, dodałem od siebie w myślach, rozmarzony wystąpieniem pani Bałżewskiej.
Trudne zadanie stało przed p. Tomaszem Kornasiem, który musiał zabrać głos po tak znakomitej prelegentce, a mimo to, wywiązał się z niego bez trudności. (Pochłonęła mnie w tym miejscu kwestia: czy można wywiązać się z zadania? Ale prędko okazało się, że można, bo właśnie tak uczynił p. Kornaś.) Oto zajął się mało znanym przyczynkiem do trwającej pół wieku obławy na wielkiego prozaika: próbą przypisania mu autorstwa dwóch antysemickich powieści wydanych przez hitlerowców w Polsce podczas okupacji, pod grafomańskimi tytułami Niedole Anny i Burza nad lasem. Wspomniał między innymi obmierzłą postać niejakiego Żebryka, który ubliżał pisarzowi jeszcze w wiele lat po śmierci Mackiewicza i nawet zdołał z perfidią wyrazić żal, że wielki polski powieściopisarz uniknął był szubienicy. Żebryk twierdził w latach 90., że Burzę nad lasem napisał Mackiewicz w roku 1944. Jednak p. Kornaś ustalił, że książka wyszła w roku 1942 w Warszawie. Niedole Anny przypisano mu jeszcze później, bo dopiero w 2002 roku w Wilnie. Uczynił to niejaki Choroszewski, ponoć bliski znajomy córki Józefa Mackiewicza, Idalii. Ach, „piękno i smutek wszystkich tych rzeczy”…
Tym razem ptysie nie zwabiły mnie do kuluarów konferencji i pozostałem z dala od zgiełku, przykuty do czerwonego krzesełka, ze starczym rozrzewnieniem pogrążając się w rozmyślaniach nad tym pięknem i nad tym smutkiem. Jakież bogactwo treści i formy zawiera się w dziełach tego niezwykłego pisarza. Mówcy rozprawiali o polityce i literaturze, o wielkiej historii i o małych ludziach, o głośnych obławach z nagonką i o cichych podchodach, by zdławić wolną myśl, by zmusić pisarza do milczenia, a nie zadrasnęli nawet głębi myśli zawartej w 35 tomach Dzieł wydawanych z pietyzmem przez Ninę Karsov. Jedynym godnym uczczeniem tej zadziwiającej twórczości są właśnie rozliczne woluminy londyńskiej Kontry, ukazujące się regularnie, jak bicie wielkiego dzwonu, na pohybel wrogom wolnej myśli. I oto nagle, seria Dzieł Mackiewicza objawiła mi się w postaci majestatycznej karawany, posuwającej się niestrudzenie naprzód wśród kulturowej pustyni, wobec zgiełku ujadającej sfory psów. Ileż takiego rozwścieczonego szczekania ze strony tych wszystkich Eberhardtów, Trznadlów i Michalkiewiczów, musiała znieść Nina Karsov, zanim doszło do sesji naukowej w Londynie? A zresztą, niech sobie skowyczą, sobacze ich nasienie, bo psy zawsze szczekają, a karawana jedzie dalej.
Otrząsnąłem się z tej pustynnej wizji dopiero na głos pani Dyrektor, która zapowiedziała ostatnich mówców. Na piedestał wyniesiony został tym razem profesor Fitas. Przedmiotem jego wykładu był Mackiewicz-portrecista. Wśród mnóstwa wizerunków, które wypełniają karty pism Mackiewicza, większość z nich, to nie portrety ludzi. Już w debiucie pisarza, artykule pt. „Z ostępów Białowieży”, dopatrzył się prelegent portretu – portretu puszczy – a w nim, protoplasty podobnych wizerunków w jego późniejszej twórczości. Portret dworca wileńskiego jest równy obrazowi zmarłego profesora czy oswojonego kruka. Dla oddania ducha miejsca lub ducha postaci, Mackiewicz nie wahał się zaglądać za kulisy, by znaleźć charakterystyczne rysy osobowości. Osobowość przedmiotu jest dominantą portretu, dlatego wiek XIX sprzyjał portrecistom, bo był pełen indywidualizmu i dostrzegał cechy osobowe nawet u wrogów. Tego rodzaju autonomiczny, wyrazisty wizerunek nie był malowany przez Mackiewicza „na neutralnym tle”, ale raczej wtopiony w pejzaż, wyłaniał się z niego przez swe indywidualne rysy, poprzez to wszystko, co szczególne i – nomen omen – osobliwe. Pisarz wystrzegał się mechanicznego opisu w swych portretach, a dokonywał w zamian ewokacji, wyczarowywał postać. Wykład profesora Fitasa wydał mi się odkrywczy.
Po nim przemawiał Dariusz Rohnka. Dowiedziałem się wcześniej, że Rohnka jest właścicielem Wydawnictwa Podziemnego, zatem, wedle panującego fasonu, powinienem zważać na każde słowo, strzec się i drżeć, czy moje sprawozdanie się spodoba, ale w moim wieku, jest mi to zupełnie obojętne (na Sybir mnie nie poślą). Punktem wyjścia referatu było szlachectwo jako „niewątpliwy paradoks w pisarstwie Mackiewicza”. Pod urokiem dawnych monarchii, swobód obywatelskich i wolności życia, autor Kontry rzeczywiście wyrażał zdziwienie ideowym rozpadem ziem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Oto podczas II wojny, ziemie litewskie i ruskie poszły z Niemcami przeciw bolszewikom, a Korona z bolszewią przeciw Niemcom. Zaiste, tak było. Ale co to ma wspólnego ze szlachtą? Czyżby nie było szlachciurów w Wielkim Księstwie Litewskim? A czy Korony nie zamieszkiwała ludność w 90% pochodzenia chłopskiego? P. Rohnka wyraził „zaskoczenie ideowe” Mackiewicza, że Leon Bortkiewicz, szlachcic z dziada-pradziada, donosił; a Dominik Horodyński, utytułowany, a jakże, przekroczył granice upodlenia i niewolniczej uniżoności wobec Stalina. Zaskoczenie Mackiewicza dałoby się wyjaśnić także bliską znajomością z obydwoma, sądzę atoli, że niejeden proletariusz okazał się donosicielem, a kamieniarze i kolejarze także prześcigali się w uniżoności. Na czym więc polegać ma paradoksalna niewątpliwość szlachectwa w obliczu sowietyzacji?
Zakończył sesję Andrzej Mietkowski. Mówił o swoich spotkaniach z Mackiewiczem, choć spotkał go tylko raz. A było tak: wprosili się ponoć (z dwójką przyjaciół) do domu Mackiewiczów w Monachium na wiosnę 1981 roku, kiedy to poczęstowani być mieli trzema plasterkami sera i herbatą. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby wytworna Barbara Toporska, której brakowało szyjek rakowych do pulardy, serwowała taką ucztę – nawet przybyszom z prlu. Ale te wątpliwości zbladły wobec dalszego ciągu relacji p. Mietkowskiego. Jest bowiem zupełnie niemożliwe, żeby Józef Mackiewicz mógł zakomunikować swoim gościom z ludowej Polski, że „Moczulski ma takie same poglądy” jak on sam. Poglądy Leszka Moczulskiego były przeciwstawne antykomunizmowi Mackiewicza. Szef KPNu domagał się „polskiej rewolucji narodowej” bez rozlewu krwi i pokojowego odsunięcia komunistycznej partii od władzy, gdy autor Zwycięstwa prowokacji widział w takich planach drogę donikąd, gdyż nie może być „polskiej drogi do wyzwolenia”, a obalić komunizm można wyłącznie w walce zbrojnej.
Kiedy zebrani opuszczali w gwarze rozmów Malinową Salę, zamyśliłem się znowu nad pięknem i smutkiem wszystkich tych rzeczy – nie wyłączając trzech plasterków sera. „Piękno i współczucie – to najlepsze możliwe przybliżenie definicji sztuki”, powiedział pewien wielki pisarz. Józef Mackiewicz dostrzegał piękno i smutek tam, gdzie inni widzieli tylko krew, brud lub barbarzyństwo propagandy. Miał współczucie dla ofiar, ale także dla wrogów, choć nie przestawał zmierzać do ich pokonania. Miał współczucie dla piękna, bo przemija. Przemijanie potęguje piękno, pogłębia smutek i wzmaga współczucie.
Ale o tym wszystkim nie trzeba mówić głośno.