Zamknij
Michał Bąkowski

Niech wie prawica, co robi lewica

22 sierpnia 2021 |Michał Bąkowski, Tylko prawda może nas uratować
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/08/22/niech-wie-prawica-co-robi-lewica/

W pospolitym mniemaniu pokutuje pogląd – tego rodzaju poglądy zazwyczaj odbywają pokutę wśród powszechnie utrzymywanych i na ogół fałszywych opinii – że marksizm, trockizm, maoizm i inne czerwone izmy nie mają racji bytu w Ameryce, w kraju ludzi wolnych, w ziemi obiecanej demokracji i kapitalizmu.  Jeżeli zdarzają się jacyś Rosenbergowie, to tylko jako obcy agenci.  Jeśli nawet można znaleźć rdzennie amerykańskich komunistów, to jest to nadal marginalna obecność.  Książka Trevora Loudona, White House Reds: Communists, Socialists and Security Risks Running for US President, 2020 [“Czerwoni Białego Domu: komuniści i socjaliści ubiegający się o nominację na prezydenta Stanów w roku 2020”], zadaje kłam takim przekonaniom.  Przewodniki komunistycznych wpływów są w Ameryce wszechobecne, szeroko rozprzestrzenione i głęboko zakorzenione.  Co gorsza, sięgają już najwyższych urzędów państwowych, aż do Izby Reprezentantów, Senatu i Białego Domu włącznie.

Loudon koncentruje się na dziesięciu kandydatach w ubiegłorocznej kampanii o nominację prezydencką z ramienia partii Demokratycznej: były senator i wiceprezydent Joe Biden, senator Cory Booker, burmistrz Pete Buttigieg, burmistrz Julian Castro, posłanka Tulsi Gabbard, senator Amy Klobuchar, gubernator Deval Patrick, senator Bernie Sanders, Tom Steyer – multi-milioner, senator Elizabeth Warren.  Loudon celowo pominął Kamalę Harris, Kirsten Gillibrand i Billa de Blasio, którzy odpadli w przedbiegach, zanim ukończył swą książkę.  Wszyscy troje mają zaplecze w ruchu komunistycznym na skalę nie mniejszą niż dziesiątka, która pozostała jeszcze na placu boju.  Rzecz jasna, sylwetka Kamali Harris interesowałaby nas najbardziej, gdyż to ona zastąpi w Białym Domu zidiociałego starego grzyba, kiedy będzie miała dosyć zmieniania mu śliniaków.  Harris jest córką marksistowskiego profesora z uniwersytetu w Stanford, która to uczelnia, jak wynika z narracji Loudona, jest siedliskiem komunistycznej zarazy w Ameryce.

Ale zostawmy Harris i wróćmy do przybrudzonej dziesiątki wybranej przez Loudona.  Najciekawszą jest oczywiście postać 46 Prezydenta Stanów Zjednoczonych.  Początki jego kariery wywodzą się z ruchu przeciw wojnie w Wietnamie.  Loudon przytacza notatkę Wadima Zagładina na temat młodego senatora Bidena po jego wizycie w Moskwie: nie interesowało go rozwiązanie problemu dysydentów, a wyłącznie pokazanie amerykańskim wyborcom, że zajmuje się prawami człowieka…  Niestety miał rację stary bolszewik.  Biden pozostawał następnie w ostrej opozycji wobec wszystkich aspektów polityki Reagana – był przeciwny zarówno reformom wewnętrznym, tzw. Reaganomics, które postawiły Amerykę na nogi po latach socjalizmu, jak i polityce konfrontacji wobec sowietów – co, ściśle rzecz biorąc, nie czyniłoby z niego jeszcze kryptokomunisty.  Jego przywiązanie do linii dyktowanej z Moskwy ma jednak głębsze korzenie.

Council for a Liveable World (CLW)

Nazwa tej bolszewickiej jaczejki brzmi źle po angielsku i jest równie trudna do przekazania po polsku.  „Rada na rzecz świata, w którym dałoby się żyć” mniej więcej oddaje jej treść.  Założona została przez węgierskiego fizyka nuklearnego, Leo Szilarda.  Jako młody student, Szilard popierał bolszewicki rząd Beli Kuna w Budapeszcie, musiał więc uchodzić z Węgier po upadku krwawego reżymu Kuna.  Stał się z czasem pionierem badań nad rozbiciem atomu; był współautorem listu do Roosevelta, którego rezultatem był tzw. Manhattan Project – amerykański program budowy bomby atomowej.  Nie był niestety jedynym sympatykiem komunizmu wśród pracowników ekstra-tajnego programu.  Paweł Sudopłatow twierdzi w swej słynnej książce, że to on zwerbował Oppenheimera, Fermiego, Pontecorvo, Fuchsa i Szilarda.  Wielcy fizycy pomogli sowietom ukraść tajemnice bomby, zbudować ich własną bombę, po czym, z rozkazu Berii, zaangażowali się w ruch pokojowy przeciwko rozwojowi broni nuklearnej na Zachodzie.

W 1960 roku Szilard spotkał się z Chruszczowem, a w 1962 założył CLW, której jedynym celem miało być zbieranie funduszy dla polityków amerykańskich gotowych popierać ograniczenie zbrojeń.  Szilard podszedł do swej kreciej roboty w sposób naukowy.  Postanowił skupić swe wysiłki na Senacie i na najmniejszych stanach, rozumując słusznie, że mniejsze środki finansowe są potrzebne dla pozyskania senatora z małego stanu.  Jeden senator ma zawsze tylko jeden głos spośród stu, a łatwiej wygrać wybory w mało zaludnionych stanach.  Akcja „popierania postępowych polityków” prędko nabrała rozmachu, toteż, wedle danych z 2008 roku, CLW wspomogło 113 kandydatów do Senatu i 151 do Izby Reprezentantów.  Ich kandydaci domagali się jednostronnego rozbrojenia Zachodu i polityki „nie-interwencji” wobec sowieckiej agresji.  Była to – i jest nadal – klasyczna sowiecka „ofensywa pokojowa”.  29-letni radny ze stanu Delaware, Joe Biden, był idealnym kandydatem dla CLW.  Stanął do wyborów przeciwko Republikaninowi, który miał 80% poparcia, ale z pomocą pieniędzy Szilarda – wygrał.  Świat, w którym dałoby się żyć, jest najwyraźniej światem, w którym najłatwiej żyje się komunistom.

CLW przedstawiło młodego polityka Albertowi Gore, który popierał go odtąd finansowo do końca życia.  Strategia CLW i Gore’a polegała na znalezieniu obiecujących kandydatów, którzy mieli małe szanse zwycięstwa i finansowaniu ich kampanii do niespodziewanie wysokiego stopnia, co obarczało zwycięskiego kandydata długiem wdzięczności i dawało CLW większe, głębsze i bardziej długotrwałe wpływy.  Zarówno Biden, jak i ludzie z CLW, otwarcie potwierdzają, że pieniądze na kampanię dawane były w zamian za poparcie dla rozbrojenia.  Ale nie na tym koniec.

Albert Gore, ojciec przyszłego wiceprezydenta Al Gore’a, sam był protegowanym Armanda Hammera, swego czasu najbogatszego człowieka na świecie, który zarobił pierwsze miliony na produkcji ołówków w sowietach Stalina, a później dorabiał na handlu z sowietami.  Hammer był klasycznym agentem wpływu, jednym z najsławniejszych agentów sowieckich w historii.  W 1950 roku, Hammer uczynił Gore’a partnerem w firmie hodowli bydła.  Gore stał się w rezultacie bogatym człowiekiem, senatorem i głośnym propagatorem rozbrojenia, a w zamian otwierał drzwi w Waszyngtonie dla Hammera.  Rolę tę odziedziczył po nim Al Gore Junior.  (Nawiasem dodam, że hollywoodzki aktor, Armie Hammer, jest wnukiem bolszewickiego agenta.  Jak zwykle w merytokratycznych republikach, przywileje są dziedziczne.)

Powiedzmy to wprost: prezydent Stanów Zjednoczonych, Joe Biden, jest instrumentem sowieckiej jaczejki, pod dziwaczną nazwą „Rady na rzecz świata, w którym dałoby się żyć”, która otwarcie domaga się jednostronnego rozbrojenia Ameryki.  W 2012 roku Biden gratulował CLW pięćdziesięciu lat istnienia i nie omieszkał wyznać, że ma dług wdzięczności wobec organizacji:

Moje związki z Radą trwają od lat i są głębokie, idą wstecz do mojej pierwszej kampanii do Senatu.  Nie zapomnę nigdy wiary, jaką mi okazaliście, i pomocy dla młodego człowieka, który nie miał wielkich szans wejść do Senatu w 1972 roku.  Dzięki wam wygraliśmy.  Kontynuowaliście swą pomoc przez całą moją karierę, zwłaszcza gdy byłem przewodniczącym Komisji Senackiej Spraw Zagranicznych, i kontynuujecie ją nadal.

Moje uznanie dla waszych wysiłków rośnie, gdy pracujemy usilnie nad szeroką gamą projektów skierowanych na redukcję zagrożenia nuklearnego.

Wasza wiedza, rada i pomoc, której nie żałujecie ani mnie, ani moim kolegom na Wzgórzu Kapitolińskim i w Białym Domu, pomogła nam wspólnie osiągnąć znaczące punkty zwrotne w historii rozbrojenia, od ratyfikacji Traktatu o siłach jądrowych średniego zasięgu [Intermediate Range Nuclear Forces Treaty] i START [Strategic Arms Reduction Treaty], przez ustanowienie moratorium na próby broni jądrowej, aż do konwencji o broni chemicznej.  I aż do dziś, wasza pomoc i wskazówki w czasie wysiłków do ratyfikacji nowej umowy START.

Każdy traktat rozbrojeniowy nieproporcjonalnie faworyzuje sowieciarzy – obojętne, „rosyjskich” czy „chińskich”.  Czyżby to umknęło uwagi pacyfistów z CLW i Białego Domu?  Wątpię.  Taki był ich cel.

Przed Bidenem, najsławniejszym protegowanym CLW był niejaki Barak Obama.  Bernie Sanders i Elizabeth Warren związani są z CLW od dziesiątek lat.  Sanders zawsze odpłacał się za poparcie finansowe dla swych kampanii hałaśliwą agitacją i propagandą rozbrojenia.

Uniwersytet w Stanford – rozsadnik zarazy

Elitarny amerykański uniwersytet, Stanford, okazuje się być centrum komunistycznej propagandy.  Zaczęło się, jak zwykle, od radykalnych studentów.  „Liga walki rewolucyjnej” (League of Revolutionary Struggle (Marxist-Leninist), w skrócie LRS(ML)) powstała ze zjednoczenia jaczejek studentów azjatyckiego pochodzenia, komunistów murzyńskich oraz tzw. Chicanos, tj. Amerykanów latynoskiego pochodzenia (głównie z Meksyku), którzy domagali się samostanowienia i oderwania południowo-wschodnich stanów od USA.  Liga nie działała otwarcie, jej członkostwo było tajne, i prędko oskarżona została o kampanię oszczerstw i nacisków na niezrzeszonych studentów.  Pomimo swej nazwy, Liga była fundamentalnie maoistowska i skupiała się na agitacji rasowej, podkreślając rzekomy „instytucjonalny rasizm Ameryki”.  Wrócę jeszcze do tego punktu.

Z takiego zaplecza wywodzi się działalność Steve’a Phillipsa, założyciela organizacji o nazwach pochodnych od PowerPAC.  Ich zadaniem jest agitacja, pod mylącą nazwą „mobilizacji wyborczej”.  Phillips zorganizował największą w historii mobilizację na rzecz Obamy.  Senator Cory Booker jest absolwentem Stanford i protegowanym Phillipsa; podobnie jak Kamala Harris.  Żoną Phillipsa jest Susan Sandler, spadkobierczyni ogromnej fortuny bankierskiej rodziny, której bogactwo liczy się w miliardach.  Pieniądze komunistycznej pary zostały użyte dla poparcia kandydatury Bidena, ale dopiero od momentu, gdy wybrał Harris jako swego wiceprezydenta.

Sandler, Phillips i Jim Steyer (brat Toma, także absolwent Stanford) założyli „sojusz demokracji” (Democracy Alliance), nieformalną sieć ultra-bogaczy, działających na rzecz „sprawy postępu”.  Zrozpaczeni porażką Johna Kerry w wyborach 2004, zwołali w kwietniu następnego roku 70 milionerów i miliarderów na spotkanie w Arizonie.  Członkowie sojuszu zgodzili się dawać co najmniej 200 tysięcy dolarów rocznie na poparcie dla socjalizmu.  Są to może najdziwniejsi socjaliści na świecie: agitują z limuzyn i prywatnych odrzutowców przeciw globalnemu ociepleniu i niesprawiedliwości społecznej.  To oni finansują blm.  Najsławniejszym członkiem tej grupy jest George Soros.  DA ma w praktyce nieograniczone możliwości finansowe i składa swe środki w ofierze skrajnej lewicy.  Loudon ma rację, twierdząc, że ich intencje są bez znaczenia, skoro oddają miliony w ręce organizacji jawnie i otwarcie komunistycznych, rewolucyjnych i antyamerykańskich.

Aktywiści kładą nacisk na „tęczową koalicję”, wzorowaną na kampaniach Jesse Jacksona z lat 80., w których Phillips brał udział jako „organizator”.  Strategia polegała na łączeniu sprzecznych ze sobą nurtów.  Ani Indianie, ani Hindusi, feministki czy aktywiści domagający się uznania praw homoseksualistów, nie mieli powodu głosować na Jacksona.  „Organizatorzy” zdołali przekonać ich do stworzenia wspólnego frontu.  Już samo słowo, „organizator” przywodzi na myśl bolszewickich agitatorów, sączących truciznę do uszu biedoty.  W Ameryce, organizatorami są miliarderzy z dyplomami ze Stanford.  Phillips łączy doświadczenie agit-prop z wielkimi pieniędzmi.  Mówi o sobie:

Wyszedłem z lewicy.  Studiowałem Marksa, Mao i Lenina.  Już w szkole, organizowałem solidarnościowe wysiłki z walką o wolność w Południowej Afryce i Nikaragui, przyjaźniłem się z ludźmi, którzy uważali się za komunistów i rewolucjonistów.

Bracia Castro także studiowali w Stanford, gdzieżby indziej.  Przyczynili się do ożywienia agitacji na rzecz wolności Aztlán, mitycznego kraju Azteków, czyli oderwania południowych stanów.  Ruch ten przerodził się z czasem w Battleground Texas („pole bitwy, Texas”), jaczejkę na rzecz zwycięstwa Demokratów w wyborach w Texasie poprzez mobilizację i rejestrację wyborców oraz kampanię o legalizację nielegalnych emigrantów.

Źródła tęczowej koalicji i separatyzmu południowego, tkwią w strategii Stalina z lat 30.  Kompartia USA agitowała wówczas, z rozkazu kominternu, za stworzeniem socjalistycznej republiki murzyńskiej w południowych stanach.  Migracja kolorowej ludności na uprzemysłowioną północ, spowodowała ewolucję tej taktyki w latach 60: wymyślono separatyzm Aztlán i antyrasistowską agitację wśród czarnej ludności.  W latach 80. Jesse Jackson stworzył wspomnianą już tęczową koalicję.  Obama i jego następcy, odżegnywali się oficjalnie od rasowego szowinizmu czarnych, gdyż rozbijał on zwycięską koalicję, ale blm zachwiała tym ekwilibrium.  Loudon o tym nie pisze, ale mam wrażenie, że nowa koalicja łączy elementy tęczy Jacksona ze skrajnym szowinizmem rasowym i narodowym.  Kamala Harris i Deval Patrick reprezentują ten nowy nurt.  Ojciec Patricka, muzyk jazzowy, obawiał się wpływu szkoły na swego syna, gdyż tożsamość amerykańskich Murzynów powinna być, jego zdaniem, zdefiniowana przez „białą opresję”.

Pokolenia

Czy dzieci komunistów muszą być komunistami?  Nie muszą.  I na odwrót: dzieci porządnych ludzi mogą przeistoczyć się w bolszewicką swołocz.  Rodzice Dzierżyńskiego byli przyzwoitymi ludźmi, a taką kanalię wychowali.  A jednak niektórzy z bohaterów książki Loudona są zaiste komunistami z dziada pradziada.  Kamala Harris jest córką marksistowskiego profesora z uniwersytetu Stanford.  Pete Buttigieg jest synem tłumacza i znawcy pism Antonio Gramsciego.  Teorię kulturalnej hegemonii i marszu przez instytucje, młody Pete wyssał niejako z mlekiem matki.  Wielu wysnuwa poprawność polityczną od Gramsciego, choć prawdę mówiąc, mam zawsze wątpliwości co do oryginalności włoskiego komunisty.  W końcu, to samo mówili wcześniej i lepiej Fabianie, np. George Bernard Shaw, ale pozostaje faktem, że Gramsci jest wpływowy w Ameryce.

Młody Pete został aktywistą już w szkole.  Przedmiotem jego szkolnego wypracowania na temat polityki był Bernie Sanders.  Jego praca wygrała ogólnonarodowy konkurs i w nagrodę pojechał do Waszyngtonu, gdzie spotkał się z przedstawicielami „demokratycznych socjalistów” (Democratic Socialists of America, DSA, największej marksistowskiej organizacji w Stanach).

Julian Castro jest synem Red Rosie Castro i Jesse Guzmana, pary komunistycznych agitatorów.  Matka zabierała synów na maoistowskie wiece, gdy nie mieli nawet 10 lat.  Aż dziw, że nie umarli z nudów.  „Czerwona Róża” walczyła o wolność dla Palestyny i wyzwolenie Texasu spod amerykańskiej okupacji, a jednocześnie o światowy pokój w zgodzie z dyrektywami z Moskwy.  Domagała się uwolnienia Angeli Davis, rozdając ulotki drukowane w Hawanie.

Senator Amy Klobuchar także wyszła z lewackiego domu.  Jej matka była aktywistką w związku nauczycielskim, a ojciec lewicującym dziennikarzem, który miał niejasne stosunki z sowietami w latach 70.

Loudon tropi ideowe korzenie nie tylko samych kandydatów, ale także ich doradców, mentorów i przyjaciół.  Śledzi podejrzane organizacje, jak np. maoistowskie Liberation Road, „drogę do wyzwolenia”, FightBack!, czy Minnesota Peace Project – wszystkie aktywnie zaangażowane w agitacji przeciw Izraelowi, za uznaniem Kuby lub w poparciu Iranu.

Tulsi Gabbard została oskarżona przez Hilary Clinton, że pracuje „na rzecz Rosji”.  Zdawałoby się, przyganiał kocioł garnkowi.  Trevor Loudon argumentuje przekonująco, że trudno byłoby udowodnić, że sowieciarze pielęgnują Gabbard w celu wykorzystania jej, gdy osiągnie wysokie stanowisko.  Wystarczy jednak przyjrzeć się jej wypowiedziom, aby dostrzec, dlaczego Gabbard może się podobać w Moskwie i im mniej jest sterowana, tym bardziej użyteczna.  Popiera głośno Assada w Syrii i Maduro w Wenezueli, domaga się rozmów z Kimem w Korei i ugłaskania Iranu.  W rezultacie, prawica ceni Gabbard za jej „niezależność” w polityce zagranicznej, a lewica za jej „postępową retorykę” i walkę o pokój.  Ma ona wszakże tylu przyjaciół wśród jawnych komunistów amerykańskich, że nie można chyba wykluczyć także jej agenturalności.

Gabbard prędko stała się ulubionym politykiem amerykańskim w RT (Russia Today).  Nie może być wątpliwości, że nie osiągnęła jeszcze poziomu Obamy, Sandersa czy Bidena w oczach sowieciarzy, ale w przeciwieństwie do nich, posłanka z Hawajów jest młoda i przystojna.

Nowomowa

Najbardziej przygnębiającym aspektem książki Loudona jest koszmarny, bolszewicki język amerykańskich komunistów.  Być może, jako człowiek narodzony w Polsce ludowej, nie powinienem się dziwić, że tacy ludzie mówią z własnej, nieprzymuszonej woli orwellowską nowomową, która byłaby na miejscu w sprawozdaniach z posiedzeń dowolnego politbiura w dowolnym demoludzie.

Przyjaciele Tulsi Gabbard z kompartii USA złożyli w Kongresie w 2001 roku projekt ustawy o Departamencie Pokoju.  Warto przytoczyć opis projektu w ich własnych słowach:

Ustawa miała zobowiązać rząd federalny do założenia agencji z budżetem 3 miliardów dolarów rocznie i Sekretarzem Pokoju jako członkiem gabinetu prezydenta, wraz z siedmioma asystentami.  Misją departamentu miało być uznanie pokoju jako nadrzędnego pryncypium, rozwijanie polityki, która zapobiega narodowym i międzynarodowym konfliktom, popieranie interwencji bez użycia siły, mediacja między stronami, pokojowe rozwiązywanie sporów i strukturalna mediacja [sic!].

Innymi słowy, będzie taka walka o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie.

Wspomniana już DSA pisała o celach politycznych w Kongresie:

Głównym celem jest… identyfikacja jednoczących wartości, wspólnych postępowcom w tym punkcie historii USA, by zdefiniować podstawowe elementy postępowego programu na przyszłość i złączyć ten program z troskami milionów rozczarowanych, którym odmówiono głosu.

W centrum postępowego programu leży kwestia cierpień, bezsilności i strachu, stworzonego przez potęgę korporacji, bez pomijania milczeniem rasizmu, seksyzmu, ksenofobii, homofobii i innych niesprawiedliwości zaostrzonych przez niepewną sytuację ekonomiczną robotników.

Następnym krokiem w formułowaniu polityki, będzie seria wykładów dla Kongresu na temat sprawiedliwości społecznej (globalna gospodarka, odpowiedzialność korporacji, reforma zasiłków, wśród tematów do poruszenia).

Nic dziwnego, że DSA skutecznie zinfiltrowała partię Demokratyczną.  Bernie Sanders, Elizabeth Warren i ich poplecznicy celują w nowomowie, ale najzabawniejszym jej przykładem służyć mogą wyzwiska rzucane sobie wzajem, gdy część lewaków poparła Warren, a nie Sandersa w 2019 roku.  Klasyczna bolszewicka dintojra, ale właściwie czego innego się od nich spodziewać?

Nudne to wszystko i przewidywalne, ale mimo to, niech wie prawica, co robi lewica.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/08/22/niech-wie-prawica-co-robi-lewica/
Kategorie: Michał Bąkowski, Tylko prawda może nas uratować
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/08/22/niech-wie-prawica-co-robi-lewica/