Zamknij
Michał Bąkowski

Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XV

27 stycznia 2021 |Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/01/27/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xv/

Powstanie Pugaczowa

Wielką zaletą książki Catherine Belton o ludziach Putina, jest ilość jej rozmówców.  Znamy dzięki niej np. wyznania hiszpańskiego kagiebisty, Felipe Turovera (por. część II-IV), Władymira Miłowa, byłego ministra i partnera Timczenki, i wielu innych zaangażowanych intymnie w wydarzenia.  Na ogół nie można ufać tym wypowiedziom, ale ciekawe jest zarówno, co Turover (dla przykładu) ma do powiedzenia, jak to, co pomija milczeniem – jaki konkretnie obraz pragnie przedstawić w dowolnym momencie.  Rozmówcy Belton, to niekiedy ludzie zastraszeni, którzy wolą pozostać w cieniu, a w innych wypadkach, aż zbytnio skorzy do wyznań.  Do pewnego stopnia, i jedno, i drugie może podważać wartość ich świadectwa.  Łatwo sobie wyobrazić, jakie jest pole dla manipulacji anonimowych rozmówców (a niektórzy z nich byli także aktywnymi aktorami wydarzeń), w celu przemycenia przesłania niezupełnie zgodnego z prawdą, a za to w całości podsuniętego przez ludzi Putina. 

Jednym z jej naczelnych informatorów jest Sergiej Pugaczow, stosunkowo mało znany sowiecki finansista, jeden z niewielu, którzy zdołali zachować wysoką pozycję zdobytą w czasach panowania Jelcyna i nie postradali wpływów za Putina. (por. części III i IV) Ten z kolei jest winien koloryzowania swoich przeżyć i ma tendencję do przedstawiania siebie samego jako najważniejszej éminence grise na Kremlu.  Pugaczow uważa, że to jemu zawdzięcza Putin wyniesienie na tron (proszę o wybaczenie, ale tak to się mówi wśród czekistów).  W swoim mniemaniu, był jedynym głosem rozsądku na Kremlu, ale nie zdołał powstrzymać napływu „fali tsunami kagiebowskich wpływów”.  Był nadal przydatny dla wykonywania delikatnych poruczeń, np. zorganizowania wyprawy wędkarskiej nad Jenisiejem dla księcia Alberta z Monaco i Putina.  To wtedy właśnie, Putin po raz pierwszy pozował do zdjęć bez koszuli i z wędką w ręku.

Pugaczow posłusznie finansował z własnej kieszeni cokolwiek mu kazano, ale nie różnił się w tym względzie od całej kasty putinowskich nababów.  W 2008 roku, gdy chmury zbierały się nad zachodnim systemem bankowym i coraz trudniej było o żywą gotówkę; gdy oligarchowie zadłużeni byli po uszy w bankach, które raptem domagały się zwrotu kredytów, a już wkrótce miały potrzebować zapomóg od własnych rządów, by zażegnać groźbę bankructwa, Pugaczow został grzecznie poproszony o pół miliarda dolarów w gotówce, jako pożyczkę dla Arkadija Rotenberga, druha Wołodii z dzieciństwa.  Rotenberg był nikim, ale był potrzebny Putinowi, więc Pugaczow usłużnie sfinansował rozwój jego banku, lekką rączką dając mu 500 milionów.  Za te pieniądze, Rotenberg zakupił za bezcen firmy konstrukcyjne od Gazprom, po czym tenże Gazprom, zaoferował mu multi-miliardowy kontrakt na budowę rurociągu gazowego na dnie Bałtyku do Niemiec – osławionego Nord Stream.  Jego firma, Strojgazmontaż, stała się największym wykonawcą inwestycji Gazpromu; dla przykładu, w 2011 roku otrzymała szóstą część $53-miliardowego budżetu inwestycyjnego gazowego giganta.

Nie muszę dodawać, że Pugaczow nie zobaczył ani jednej kopiejki ze swojej pożyczki dla Rotenberga.  Wręcz odwrotnie, zwiększone zadłużenie jego banku zostało wykorzystane dla przejęcia przez państwo jego udziałów w stoczniach i kopalniach.  Stocznie zostały mu odebrane wedle wzorców sprawdzonych na Chodorkowskim i Jukos.  Poddano go represjom.  Nie, nie bito go na Łubiance, ani zesłano do łagru, ale odebrano biedakowi pałac na Placu Czerwonym.  On sam przypisywał swój upadek interesującemu faktowi (do którego powrócę za chwilę), że kgb nagrywała jego nieostrożne i lekceważące wypowiedzi, uchybiające godności wielkiego prezydenta.  I tak, człowiek odpowiedzialny za usadzenie Putina na tronie, musiał zmykać z putinowskiej Rosji, by tułać się na emigracyjnym bruku, a ściślej: do biura w najdroższej dzielnicy Londynu i do willi na Lazurowym Wybrzeżu.  Kreml nie posłał płatnych zabójców do Londynu, ale ścigał go poprzez brytyjskie sądy.

Szczegóły jego egotyzmu są mało interesujące, ale w pewnym momencie, już po ucieczce z Moskwy, pod naciskiem londyńskich prawników, działających na zlecenie Kremla, Pugaczow postanowił zbiec ze Zjednoczonego Królestwa do Francji w zdumionym przekonaniu, że brytyjski system prawny jest przedłużeniem sowieckiego.  I tu Belton zaczyna mówić rzeczy, w które trudno uwierzyć.

Detektywi pracujący na zlecenie prawników Kremla dokonali rewizji w biurze Pugaczowa na Knightsbridge, wykonując nakaz sądu wydany po jego zniknięciu.  Wśród dokumentów znaleziono dyski zewnętrzne (disc drives).  Na jednym z nich były nagrania: rosyjskie służby bezpieczeństwa nagrywały potajemnie wszystkie spotkania w jego moskiewskim biurze od końca lat 90.

Pięknie.  A w jaki sposób te dyski znalazły się w posiadaniu podsłuchiwanego?  Domyślam się, że oskarżony zostanę o doszukiwanie się spisków w najprostszej sytuacji, ale albo Belton się myli, albo jest niesłychanie naiwna i połknęła coś, co jej podsunięto.  Jeżeli kgb nagrywało Pugaczowa od prawie ćwierć wieku, po czym pokornie oddało mu nagrania, to Pugaczow jest bardziej ich człowiekiem, niż chce się przyznać.  Najprawdopodobniej jednak nagrań dokonywał sam Pugaczow, ale stydno stało malczyku wobec jego zachodniej słuchaczki, że nagrywał potajemnie wszystkich swoich znajomych, więc wymyślił bajeczkę, a ona powtarza ją z policzkami pałającymi ekscytacją i bez krztyny krytycyzmu.  Co gorsza, to właśnie owe tajne nagrania miały być przyczyną braku zaufania do Pugaczowa, który rzekomo w swych prywatnych rozmowach „nie wykazywał wystarczająco wiele szacunku dla prezydenta”, w co trudno uwierzyć, jeżeli to on sam dokonywał nagrań.  Może raczej brak zaufania brał się w pierwszym rzędzie stąd, że nagrywał swoje prywatne rozmowy?

Ale wróćmy jeszcze do londyńskiej rewizji.  Jakże to?  Prywatni detektywi dokonywać mieli rewizji w prywatnym biurze z polecenia brytyjskiego sądu?  Jeśli to jest prawda, to rzeczywiście mieszkam w Łondongradzie, ale wydaje mi się to mało prawdopodobne.  Gwoli ścisłości i pełni obrazu dodam, że zadałem Catherine Belton pytania w obu kwestiach, ale nie raczyła odpowiedzieć (czego nie biorę jej za złe).

Pugaczow był „zdegustowany” swymi byłymi przyjaciółmi i ich nawykami sowieckich nuworyszów.  Opowiadał Belton, jak bardzo zaambarasowany jest sąsiedztwem Abramowicza, Deripaski i tylu innych oligarchów na Knightsbridge.  Opisywał tych ludzi – czyli całą wierchuszkę sowiecką ostatnich 30 lat, czasów Jelcyna i Putina – jako „mutantów”:

Są mieszaniną homo sovieticus z dzikimi kapitalistami ostatnich 20 lat.  Nakradli dość, żeby nabić sobie kieszenie.  Ich rodziny mieszkają gdzieś w Londynie.  Ale kiedy mówią, że muszą zniszczyć kogoś w imię patriotyzmu, mówią to szczerze.  Tylko że, jeśli wezmą na cel Londyn, to najpierw wywiozą swoje rodziny.

Ludzie Putina są miliarderami, choć nie przestają „pracować dla państwa”.  Dostali w prezencie ogromne latyfundia, obojętne czy jako właściciele akcji, czy tylko dyrektorzy firm, i za te pieniądze – służą.  Sieczin zarabia ponoć 17,5 miliona dolarów rocznie, jako dyrektor państwowej firmy naftowej, której produkcja spada.  Gienadij Timczenko jest wart 20 miliardów dolarów.  Matthias Warnig, agent „Artur”, stary towarzysz broni ze stasi, jest dyrektorem spółki Nord Stream.  Roman Abramowicz jest wart 19 miliardów, a Martin Schlaff, agent „Landgraf” – 8 miliardów euro.  Arkadij Rotenberg jest płotką w tym towarzystwie, ma tylko trzy miliardy dolarów.

Większość z nich ma czekistowskie korzenie – z tego, między innymi, powodu, Pugaczow w końcu musiał polecieć.  Nigdy mu do końca nie ufano, ale nie dlatego że nagrywał znajomych – po prostu nie był jednym z nich, nigdy nie należał do sitwy.  Książka Belton ma w zamierzeniu autorki opisać, w jaki sposób „głębokie państwo kgb wyszło na wyżyny niekwestionowanej władzy”.  Jej zdaniem, mentalność kagiebisty uformowana została przez zimną wojnę, nic więc dziwnego, że ludzie Putina powracają do znanych sobie, sprawdzonych metod i do utartych dróg cichej wojny z Zachodem.  Przejęli pełną kontrolę nad gospodarką.  W rezultacie, powszechne stosowanie metod rejderstwa wobec każdego zyskownego interesu, uniemożliwia rozwój gospodarki i skazuje Rosję na stagnację, ale po kilkunastu latach u władzy, nie można już chyba było mieć wątpliwości, że ich cele są inne niż dobrobyt mieszkańców.

Na Zachodzie bez zmian

Londyńska City i nowojorska Wall Street były kolektywnie przekonane, że pracują od ćwierć wieku na rzecz „integracji Rosji i Chin w międzynarodowy system handlu, finansów i wzajemnego bezpieczeństwa”.  Widzieliśmy już, jak to wyglądało w praktyce w wypadku chrlu, i Putin także miał ich rozczarować na każdym froncie.  W pierwszym rzędzie, nie dał im dostępu do gospodarki Rosji; po czym, w łańcuchu skomplikowanych manewrów, użył wolności handlu dla zdezawuowania i skompromitowania całości globalnego systemu gospodarczego, a wolnego przepływu kapitału dla tajnego finansowania własnych projektów.  Jedyne do czego City i Wall Street otrzymały wolny dostęp, to piękne diewuszki, co „nie certolą się na marne”, i strumienie szampana.  Celem operacji nie była żadna integracja, celem był atak na Zachód.

Belton jest zdania, że awantury w Gruzji i na Ukrainie były taktyczną koniecznością wobec narastającej stagnacji gospodarczej, gdyż najłatwiej odwrócić uwagę ludności od wewnętrznych kłopotów, wzywając do zjednoczenia pod wielkoruskim sztandarem.  A ja sądzę, że owszem, ich celem było odwrócenie uwagi, ale nie własnej, zsowietyzowanej ludności, tylko uwagi Zachodu od innych działań.  Atakując Ukrainę i anektując Krym, Putin potwierdzał ogólnie przyjętą koncepcję, że nie kontrolował dotąd tych ziem, że Ukraina jest w jakikolwiek sposób „niezależna”, że jest cierniem w jego boku.  W oczach obserwatorów takich jak JR Nyquist, konflikt z Ukrainą był funkcją jej niezależności, gdy w rzeczywistości był konsekwencją innych względów.  Putin nie musi „odzyskiwać Ukrainy”, bo ma ją w garści.  Nie będę się więc zatrzymywał nad wydarzeniami na Majdanie w Kijowie, gdyż wydają mi się oczywistą prowokacją.  Generalnie rzecz biorąc, wysyła się snajperów przeciw tłumom tylko po to, by te tłumy rozsierdzić, mając z góry ukartowany plan na długo przed zajściami w rodzaju ucieczki Janukowicza, oraz mając na miejscu wystarczająco wielu popleczników w szeregach Berkuta, ukraińskich służb specjalnych.

Nie wolno jednak oskarżać Belton, że zamyka oczy na rzeczywistość:

Wydaje się, że Rosja od dawna przygotowywała się na różne możliwości.  Jeżeli rewanż był w jakikolwiek sposób zaplanowany, to podwaliny zostały położone przed laty – w dniach, gdy KGB po cichu układało plany przetrwania poprzez zachowanie sieci przyjaznych firm na Zachodzie i wysysanie pieniędzy w ostatnich latach przez upadkiem Sowietów.  Proces został wzmożony, kiedy Putin objął urząd prezydenta, umożliwiając przez to kagiebistom przejęcie strategicznych źródeł gotówki, poczynając od Jukos i rozciągając kontrolę na resztę gospodarki.

Mógłbym się pod tym podpisać, dlaczego więc niektórzy, a wśród nich Catherine Belton, utrzymują, że komunizm upadł?  „Gospodarka rynkowa w Rosji jest symulacją”, pisze Belton, ale czy wyciąga z tego wnioski?  To był fortel, pułapka, w którą Zachód dał się złapać nie po raz pierwszy i, obawiam się, nie po raz ostatni.

Podczas gdy Jakunin i Kowalczuk, sąsiedzi Putina z dacznej kooperatywy Oziero, liczyli pieniądze w miliardach dolarów, a amerykańskie sankcje, skierowane przeciw nim osobiście, uważali (i uważają nadal) za wielkie wyróżnienie i odznakę honoru, to jednocześnie rząd Camerona w Londynie argumentował, że sankcje nie mogą pójść zbyt daleko, że nie można zamknąć City dla „przepływu rosyjskich pieniędzy”.  Wielkie firmy prawnicze obawiały się utraty kontraktów od sowieckich możnowładców, a rząd Merkel udzielał wiz ludziom pokroju Jakunina, pomimo amerykańskich sankcji.  Czarna forsa korumpuje.  Deprawuje tych, którzy nią operują, ale kazi zepsuciem także tych, którzy tylko biorą udział w jej przepływie.

Wspominałem już o „lustrzanych transakcjach”. (por. część XII, a także artykuł o aferze)  Były na pozór pozbawione ekonomicznego sensu.  Różne „osoby prawne” działały jako sprzedawcy i kupcy akcji, ale w rzeczywistości te same osoby ludzkie stały za różnymi fasadami, jako dyrektorzy, właściciele lub beneficjenci.  Co najmniej tuzin różnych „frontonów” użyto w celu wymiany rubli na dolary, gdy teoretycznie można było je po prostu wymienić na rynkach walutowych i nie zawracać głowy.  Lustrzane transakcje pozwalały jednak na zniknięcie pieniędzy.  Nie wiadomo, ile pieniędzy wywieziono w ten sposób, ale mówimy o dziesiątkach miliardów w dolarach, funtach i euro, które przepłynęły z jednego moskiewskiego oddziału Deutsche do oddziału tego samego banku w Londynie.  Późniejsze dochodzenia znalazły ślad wielu tysięcy transakcji, które całkowicie uszły uwagi sieci nadzorczej systemu bankowego (choć, podkreślam raz jeszcze, nie były nielegalne).

Deutsche miało specjalną pozycję w Moskwie, co nie zmienia faktu, że podobne transakcje zaproponowano instytucji najbardziej sławnej z cynizmu i finansowego immoralizmu, Goldman Sachs, ale ich ludzie odmówili.  Niezwykła pozycja DB jest warta większej uwagi.  Moskiewski oddział banku był przez lata w rękach amerykańskiego bankiera, Charlie Ryana, a później jego przyjaciela, Igora Łojewskiego.  Ryan poznał Putina jeszcze w Leningradzie, a Łojewski miał związki z kgb już w latach 80.  Lustrzane transakcje, przypomnijmy, nie są nielegalne jako takie, ale łamały sowieckie prawo, regulujące wywóz kapitałów.  Nadgorliwy sędzia śledczy w końcu zainteresował się nimi, a wtedy znalazł się kozioł ofiarny, Tim Wiswell, Amerykanin w Moskwie.  A jednak Wiswell nie gnije dziś w więzieniu; pomimo oskarżeń o łapownictwo, nie marznie na Kołymie.  Przeciwnie, uleciał prywatnym samolotem ku ciepłym krajom, do Indonezji, gdzie ponoć mieszka w Bali wraz z żoną i dziećmi.  Widziano go, jak śmigał na nartach w Japonii, na wystawie sztuki we Florencji, na jachcie we Francji. [1]

Na Zachodzie bez zmian.  Wystarczy pomachać im przed nosem plikiem banknotów, a ustawiają się w kolejce do robienia interesów z sowietami, w kolejce po zakup sznura.  A jak jest na Wschodzie Europy?

Pranie z sędziami w Mołdawii

Spośród dziesiątek sowieckich machlojek, znamy zaledwie kilka.  Jedną z tych, która wyszła na jaw, była tzw. mołdawska pralnia.  Zakładano puste skorupy firm (shell companies) w Wielkiej Brytanii, które następnie udzielały sobie wzajemnie kredytów.  Pożyczki były poręczane przez autentyczne przedsiębiorstwa w sowietach, w większości związane z rosyjskimi kolejami państwowymi, których szefem był Jakunin, znany nam członek dacznej kooperatywy.  Następnie jedna z tych fasadowych firm przestawała płacić odsetki od swoich długów, a wówczas któryś z nominalnych właścicieli firmy-kredytodawcy, zazwyczaj obywatel Mołdawii, wnosił skargę do sądu mołdawskiego z żądaniem, by firma gwarantująca uregulowała dług – i stąd nazwa szachrajstwa.  Wystarczał jeden pozew z Kiszyniowa, ażeby praworządna sowiecka korporacja, bez targowania się, bezzwłocznie i bez odwołań do wyższych instancji, potulnie wypłacała miliony funtów do banku w Kiszyniowie, skąd pieniądze były przelewane do Trasta Komercbanka w Rydze, po czym rozpływały się w eterze, a dokładniej w 92 różnych krajach o słabym nadzorze nad bankowością.

Okazuje się, że Ryga ma reputację stolicy prania pieniędzy wewnątrz niuni europejskiej, co z kolei utrudnia Łotyszom znalezienie zachodnich banków do współpracy (wedle międzynarodowych norm dla uniknięcia korupcji, transakcje między bankami rozliczane być muszą przez trzeci bank).  Tylko dwa banki zgodziły się spełnić tę rolę dla Trasta Komercbanka, oba z Niemiec, Commerzbank i Deutsche.  Nie po raz pierwszy w tej historii pojawia się Deutsche Bank i jak zwykle działa na korzyść sowieciarni.  Przy okazji, wyprzedzę wypadki i dodam, że Trasta został zamknięty w 2016 roku, odebrano mu licencję bankową, za nadużycia i pranie pieniędzy na przemysłową skalę, ale pod koniec 2019 roku, majestatycznie ochrzczony Trybunał Sprawiedliwości niuni, odwołał tę decyzję. [2]

Kiedy mołdawskie organy ścigania wykryły aferę, to natknęły się na wrogi mur milczenia z Rosji.  Fsb nie zamierzało poszukiwać państwowych pieniędzy skradzionych poprzez sądy w Kiszyniowie.  Gdy mołdawski sędzia śledczy przyjechał do Moskwy – został aresztowany.

Czy jest możliwe, by w kraju, w którym Kreml i kgb otwarcie i oficjalnie kontrolują każdy przejaw działalności gospodarczej, takie masy pieniędzy były wywożone zagranicę, bez zezwolenia kogoś na górze?  Nie jest możliwe.  Operacje na taką skalę, jak lustrzane transakcje i mołdawska pralnia, musiały być nadzorowane przez kagiebistów.  Te dwie afery wyszły na jaw, ale jest więcej niż możliwe, że podobnych przekrętów było znacznie więcej, tylko nikt ich nigdy nie wykrył.

Jeden nieszczęśnik stanął przed sądem w Moskwie.  Aleksy Kulikow dostał 9 lat, ale wskazał na Iwana Miazina jako twórcę i pomysłodawcę zarówno lustrzanych transakcji jak i mołdawskiej pralni.  Miazin został zidentyfikowany jako doradca Wiaczesława Iwankowa, znanego lepiej pod pseudonimem „Japończyk”.  Iwankow był w latach 90. szefem nowojorskiej gałęzi sowieckiego gangu Sołncewskaja.  FBI uważało go za najgroźniejszego pośród rosyjskich gangsterów.  W więzieniu w Ameryce poznał Żenię Dwoskina, bandytę z Brighton Beach, o którym jeszcze usłyszymy.  Deportowany do sowietów, został zastrzelony w biały dzień na ulicy w Moskwie w 2009 roku.  Dwoskin natomiast, stał się szarą eminencją za czarną forsą kagiebistów, pod protekcją generała Iwana Tkaczowa, szefa dyrektoriatu K w fsb – departamentu odpowiedzialnego za zwalczanie przestępstw gospodarczych.

Belton opisuje jeszcze inne afery, w których pieniądze ulatniały się poprzez Estonię, Danię i Austrię.  Ludzie, próbujący je ujawnić – Kozłow, Piereplicznyj i najbardziej znany, Magnicki – zginęli.  Jeden z anonimowych rozmówców Belton konkludował:

Nie można oglądać tego samego serialu telewizyjnego w kółko.  Jedna kombinacja się skończyła, zastępuje się ją inną.

Na każdy odkryty miliard dolarów wysłanych potajemnie na Zachód, przypada kolejnych kilka miliardów, o których nic nie wiadomo.  Miazin lubi być ostentacyjny i przyciąga uwagę, ale podobne machlojki przygotowali także inni ludzie, którzy wolą operować w cieniu i nie lubią skupiać na sobie uwagi.  Ludzie, którzy planują i organizują swoje operacje z militarną precyzją.

Wspólnym mianownikiem tych kombinacji, które wyszły na jaw, jest używanie niemieckiego banku Deutsche.  Wiemy także, że jakąś rolę w tych przepychankach odegrał Andriej Kostin, były „dyplomata” sowiecki, w ambasadzie w Londynie.  W latach 90. został szefem Wniesztorgbanku (WTB), państwowego banku z jawnymi powiązaniami z kgb.  Pod jego przewodem bank rozrósł się niepomiernie, choć Kostin nie ma pojęcia o bankowości.  Przy pomocy państwowych kredytów, przejął sowieckie banki w Londynie (Narodnyj) i w Paryżu (Eurobank).  W 2007 Charlie Ryan zatrudnił u siebie syna Kostina i nagle zyski moskiewskiego oddziału Deutsche Bank poszły w setki milionów dolarów, przy czym duża część transakcji pochodziła od WTB.  Inne zachodnie banki w Moskwie próbowały konkurować, oferując lepsze warunki niż Deutsche, ale nikt nie mógł dostać kontraktów z WTB.  Syn Nikołaja Patruszewa, byłego zwierzchnika Putina i szefa fsb, Dymitr Patruszew, w rok po ukończeniu akademii fsb, otrzymał posadę w WTB w 2007.  Denis Bortnikow jest synem następcy Patruszewa w fsb, Aleksandra Bortnikowa.  W tymże 2007 roku został wiceprezesem WTB na północno-zachodnią Rosję.

Będziemy musieli prześledzić, co się dalej działo z pieniędzmi z takim trudem wywiezionymi z kwitnącej Rosji.  A to dlatego, że choć Aleksy Nawalny ma rację w szczegółach swojego filmiku o wielkim pałacu na wybrzeżu Morza Czarnego, ma słuszność, gdy mówi o grabieży na masową skalę, to jednak, kładąc nacisk na powszechność korupcji, przesłania prawdziwy cel stworzenia obszczaka.  Putin nie jest Imperatorem Wszechrosji, carowie nie używali gangsterskich metod i nie potrzebowali czarnej forsy.  Reżym putinowski nie jest kleptokracją.  Jest czymś znacznie groźniejszym.

________

  1. Afera lustrzanych transakcji nie przestaje fascynować, gdyż, jak sądzę, tak zupełnie przekracza normalne w takich wypadkach kryteria chciwości i zysku: https://www.newyorker.com/news/news-desk/the-fincen-files-shed-new-light-on-a-scandalous-episode-at-deutsche-bank
  2. Więcej o skandalu i zamknięciu ryskiego banku: https://eng.lsm.lv/article/economy/economy/1m-frozen-over-money-laundering-through-trasta-komercbanka.a310478/ oraz o jego ponownym otwarciu, po interwencji niuniowego Trybunału: https://www.reuters.com/article/eu-court-latvia-banks/update-1-latvian-bank-trasta-wins-closure-review-in-eu-court-ruling-idUSL8N27M1T8
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/01/27/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xv/
Kategorie: Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/01/27/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xv/