Zamknij
Michał Bąkowski

Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część XIV

17 stycznia 2021 |Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/01/17/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xiv/

O faktach się nie dyskutuje

Żyjemy w czasach wojny informacyjnej, stanowczo stwierdza Pomerantsev, jak gdyby odkrywał nowe lądy.  Ku jego zgorszeniu, neo-naziści używają teraz metod Srdji Popovića i innych bojowników bliskich sercu Pieti (tylko nazywają to infokrieg, jak przystało „faszystom”).  Informacja stała się wyłącznie narzędziem, środkiem do osiągnięcia z góry określonych celów.  Kiedy informacja jest traktowana w taki sposób, to nie ma już mowy o jej wolnym przepływie, o debacie, o dociekaniu, najlepsze na co można liczyć, to niepewny „rozejm informacyjny” osiągnięty przez rozpoznanie wzajemnej „suwerenności informacyjnej”.  Nic dziwnego, że koncepcję tę propagują głównie Moskwa i Pekin.  Przykład zastosowania takiej „suwerenności” w praktyce, widzieliśmy już w działaniach Xinhua wobec agencyj Reutera i Bloomberga (por. część XI).  Jest to po prostu narzucanie własnej wersji rzeczywistości, dyktat cenzury i obrona roli cenzury.  Z drugiej jednak strony, wojna informacyjna jest tylko częścią większej całości, „hybrydowej” wojny, w której informacyjny atak może być preludium do ataku czołgów lub nie, może być uzupełnieniem wojny innymi środkami lub samym jądrem napaści.  Konsekwencją jest zamazanie granicy między stanem wojny i pokoju, co w konsekwencji oznacza permanentny stan wojny: jeżeli nie gorąca to – zimna.

Pomerantsev postrzega okres tzw. zimnej wojny (którą określa nie w sposób klasyczny, tj. do śmierci Stalina, ale wedle popularnych kryteriów czyli do „upadku komunizmu”), jako walkę między komunizmem i demokratycznym kapitalizmem, ale w jednym tylko aspekcie: kto zapewni lepszą przyszłość ludzkości?  Komunizm miał być ostatecznym wcieleniem oświeceniowego ideału, w którym wzrost gospodarczy był oparty na marksistowsko-leninowskich zasadach obiektywnych praw historycznych i racjonalnego planowania.  Nie wiem, co tu wziąć w cudzysłów, ponieważ to jest bełkot od początku do końca.  Wystarczyło kilka lat realnego socjalizmu, by nikt pod sowiecką władzą nie wierzył w ten nonsens (może oprócz politruków, ale z nimi też nie można mieć pewności).  A zatem, jeżeli taka była istota sporu, to można było, zdaniem Pieti, wykazać niesłuszność tezy komunistów, wskazując na oczywiste fakty.  Wywód ten jest mu potrzebny, by móc argumentować o zaniku faktów w politycznym dyskursie w dzisiejszej dobie, a tym samym wyrokować o „upadku klarownych norm dyskursu politycznego, od czasu upadku komunizmu”.  Delikatnie mówiąc, mam wrażenie, że Pomerantsev się myli – traktowanie faktów po macoszemu nie jest fenomenem XXI wieku.  Już Hegel groził, że jeżeli „fakty przeczą jego teorii, to tym gorzej dla faktów”, a zatem obojętność na rzeczywistość i przekładanie ideologicznego lub propagandowego obrazu ponad realia, mogą być uznane za jeden z aspektów „heglowskiego ukąszenia”.

Jednak pierwszy błąd Pieti tkwi nie w zapoznaniu historii marksizmu, ale w jego opisie istoty zimnej wojny, a dalej w rozumieniu natury komunizmu.  Sam przyznaje, że nikt nie wierzył w te rzekomo naukowe podstawy, na jakich miał się opierać marksizm.  Te „odkrycia”, jakie to niby „mechanizmy rządzą historią”… to naukowe podejście do społeczeństwa… to planowanie według „ścisłych zasad”…  Toż nawet i splunąć się nie chce, bo każdy powinien wiedzieć, że nie można zaplanować przyczynowości wolnej, nie odebrawszy uprzednio wolności podmiotom działań.  A wierchuszka?  Czy oni wierzyli w tę lepszą przyszłość ludzkości?  Jeżeli każdy mieszkaniec sowieckiego raju wiedział, że te zasady to lipa, to czy wierzyli w nie Trocki i Lenin, Stalin i Mao?  Przecież, cokolwiek by myśleć o ich moralnym charakterze, to byli inteligentni ludzie, więc czy mogli wierzyć w coś tak skrajnie absurdalnego?  W te teorie ekonomiczne dla gamoni i nieuków?  Czy raczej, jak Marks przed nimi, uznali, że jest to ideologia konieczna, by doprowadzić do zmiany świata?  Wiarę w nią trzeba wprowadzić siłą lub w dowolny inny sposób, by móc kontrolować podbitą ludność i poddać ją re-edukacji.  (Być może jedyną warstwą, od której oczekiwano autentycznej wiary, byli intelektualiści – marksizm był w istocie opium dla intelektualistów.)  Naturą komunizmu jest zdobycie i utrzymanie władzy, a nie tępe zawodzenie na temat centralnego zarządzania gospodarką, które jest idiotyzmem od początku do końca, choć, rzecz jasna, wszyscy potulnie wskazywali na biały sufit i skandowali unisono, pod dyktando, że jest czarny jak smoła – no, bo jeść trzeba.  Ta potulna kolektywna recytacja, mimo całego surrealizmu sytuacji, miała swój realny wymiar i złowrogi skutek, bo wplątywała całą podbitą ludność w szaleństwo komunizmu, czyniło ich – nie żadnych „ich”, nas! – współwinnymi.

Nic dziwnego, że Pomerantsev, nie rozumiejąc komunizmu, nie rozumie zimnej wojny.  Mimo to, ze zdziwieniem czytam, że patrzy wstecz z łezką w oku, jak łatwo było w przeszłości „wskazać na fakty”.  I co?  Wskazywano na fakty, np. że włoski robotnik żyje jak bogacz w porównaniu z sowieckim kacykiem partyjnym, a włoski robotnik i tak głosował na komunistów, pozostawał prosowiecki i antyamerykański.  Wskazywano na fakty w tysiącach audycji nadawanych do sowieckiego bloku, a komuniści śmiali się w kułak.  Pękali ze śmiechu, bo co im mogła zaszkodzić propaganda, która wytacza fakty powszechnie znane?  Rechotali, aż wreszcie zgodzili się przyznać, że „komunizm upadł”, i chichotali dalej, licząc pieniądze w drodze do kapitalizmu.  Upadł nie komunizm, ale fotomontaż, fałszywa kukła, worek do bicia, obraz projektowany po to, by tym łatwiej mógł „upaść”.  Pod ciosami „faktów” Pieti, upadł sztafaż, a komuniści byli gdzie indziej, w luksusowej knajpie, na jachcie, w kasynie w Monte Carlo.  Wśród pięknych kobiet i zbytku, czekiści pili wódkę z gangsterami i dzielili się strefami wpływów.

Zniknął wróg, zniknęła niedorzeczna kukła do bicia w postaci marksistowskiej ortodoksji, i nagle zabrakło „faktów”, nagle nie ma żadnej prawdy, którą można przeciwstawić kłamstwom drugiej strony.  Pomerantsev udziela zastanawiającego wyjaśnienia dla tego fenomenu:

Jeżeli fakty potrzebne są po to tylko, by oprzeć na nich konkretną wizję przyszłości, to kiedy ta wizja znika, do czego mogą się przydać fakty?  Na co potrzeba ci faktów, które mówią, że twoje dzieci będą biedniejsze niż ty?

Skoro dziś nagle, jak świat długi i szeroki, wszystkie wizje przyszłości są nieapetyczne, to jak można ufać sprzedawcom tych wizji?  Politykom, dziennikarzom, akademikom?  Nagle ten, który odrzuca fakty, jest atrakcyjny.  I w ten zgrabny sposób Pomerantsev dochodzi do kawaleryjskiego stosunku do faktów w wykonaniu Putina i Trumpa.  Trump, jego zdaniem, dał ludzkości wielkie odkrycie, że można odrzucić fakty, a w zamian tryskać bzdurą i tarzać się w nonsensie.  Mało tego, zarówno mówca, jak i słuchacze, znajdują wielką przyjemność w bezkarnym chlastaniu niedorzecznościami.  Wokół owacje i przypływ samozadowolenia.  Ale jeżeli alternatywa stojąca przed ludzkością sprowadzać się ma do wyboru między frazesami Trumpa i sloganami marksizmu, to czy ludzkość jest warta złamanej myśli?  Nie pada w wywodzie słowo „prawda”, do czego jeszcze powrócę, ale nieunikniona konkluzja jest taka, że ludzkość nie chce spojrzeć prawdzie w oczy, przekłada optymizm ponad realistyczną ocenę sytuacji.  Trump, zdaniem Pieti, mówi, co chce, by udowodnić, że może powiedzieć cokolwiek, bez związku z rzeczywistością i uwolnić się od tyranii faktów.  Naprawdę?  Nie posądzałbym go o taką głębię.  Trump mówi raczej, co mu wygodnie powiedzieć, co akurat w danym momencie wydaje mu się być na jego korzyść, czyli strzela z biodra, i nie ma wcale zamiaru zastanawiać się później, ani zadawać pytań.  I dlatego w końcu, parafrazując słowa Józefa Mackiewicza z czasów wojny, „optymizm zastąpił jemu i jego poplecznikom – Amerykę”.  Nawet jeżeli nie ma zasadniczej różnicy między hasłem Trumpa, make America great again, i sloganem Putina, by „podnieść Rosję z kolan”, to jest ogromna różnica w ich kontekście.  W wypadku Putina, jest to coś o wiele więcej niż „pokrzepiająca nostalgia” (restorative nostalgia) za minioną świetnością.

Paradoksalnie, czytając młodego Pomerantseva, odniosłem wrażenie, że to on cierpi na chorobę, którą zarzuca zwolennikom Trumpa i całej wschodniej części Europy.  Tęskni do prostoty czarno-białej kliszy, bo tak postrzega zimną wojnę.  Jego ojciec, Igor Pomierancew, był jednym z tych odważnych dysydentów z lat 70.  Wydalony z raju krat za działalność antysowiecką, pracował w BBC World Service, a potem w Radio Liberty, rosyjskim odpowiedniku Wolnej Europy.  I oto w sierpniu roku 1990, ten wróg sowietów, frenetycznie błaga Margaret Thatcher, by udzieliła mu wywiadu podczas „moskiewskiego puczu”.  Thatcher oczywiście odmawia, ale dysydent nie ustępuje i w końcu przekonuje ją, używając argumentu, że „jej osobisty przyjaciel, Michaił, jest w niebezpieczeństwie – czy nie ma mu nic do powiedzenia?”

Tacy to byli „antykomuniści” z tych dysydentów.  I do takiej jasności tęskni Peter Pomerantsev pośród chaosu trumpizmu i putinizmu.

Obiektywizm i bezstronność

Obiektywizm jest mitem, poucza nas marksizm.  Każde stanowisko jest klasowo uwarunkowane i politycznie umotywowane, a zatem każda opinia jest propagandą.  Teoria ta zdominowała myślenie lewicy na całym świecie.  Wśród nie-marksistów przyjęła ona postać „pragmatycznej definicji prawdy”, tj. że prawdą jest to, co służy indywidualnym potrzebom i interesom.  Relatywizm, czyli odrzucenie powszechnych i absolutnych wartości, było dziełem lewicy.  „Obiektywizm, to tylko męska wersja subiektywizmu”, brzmiało hasło feministek.  Prawda jest czym innym dla afro-amerykańskich obywateli Stanów, a czym innym dla białych anglosaskich protestantów (WASPs), twierdzili promotorzy ruchu praw człowieka.  Każdy partykularyzm był im bliższy niż jakakolwiek wersja uniwersalizmu.  A teraz protestują, kiedy trumpizm obrócił tę metodę przeciwko nim.  Ale przecież obojętne jest w końcu, jakiej się używa metody, byle tylko móc zrelatywizować to, co absolutne – czyli odwiązane – i przywiązać człowieka do tu i teraz.  Nic doprawdy dziwnego, że Pomeranstev nie potrafi się połapać w tym mętliku relatywnych pojęć.

To prawda, że zatarła się granica między wojną i pokojem, ale zatarli ją sto lat temu bolszewicy i zrobili to celowo.  Propaganda zawsze była służącą wojny – stąd powiedzenie, że prawda jest pierwszą ofiarą zbrojnego konfliktu – ale bolszewizm odwrócił tę relację i uczynił walkę służebną propagandy.  Nie było nic nowego ani dziwnego w postępowaniu Putina, gdy rozpuszczał wiadomość, że Amerykanie stworzyli wirus Zika i rozsiewali go w Donbasie, by wymordować etnicznych Rosjan w Ukrainie.  Nie inaczej postępowali sowieci w latach 80., utrzymując że wirus HIV został stworzony w amerykańskim laboratorium, by wymordować etnicznie afrykańską ludność.  Pomerantsev wie o tym, bo sam przytacza ten przykład, ale nie wyciąga z niego żadnych wniosków.  W chrlu sformułowano nawet doktrynę „trzech teatrów wojny” – gospodarka, media i sfera prawna – ale w rzeczywistości jest znacznie gorzej.  Wedle klasycznej maksymy Clausevitza, wojna to kontynuacja polityki prowadzona innymi środkami.  Komuniści rozciągnęli to powiedzenie na każdy przejaw ludzkiej aktywności: wszystko jest dla nich narzędziem wojny.  Gospodarka, kultura, rozrywka, seks i płeć, propaganda i informacja, historia i kino, wybitni kompozytorzy i piękne kobiety, pieniądze i głód, zespół „Mazowsze” i ropa naftowa, szachy i Buena Vista Social Club, gwałt i subtelna dyplomacja – wszystko obraca się w ich łapskach w instrumenty walki.

Stawianie znaku równości między Trumpem i Putinem jest być może najlepszym przykładem, że Pietia wziął rozbrat z rzeczywistością, ale miejmy dla niego ciut zrozumienia, przecież badał internet, tę komorę narcystów wsłuchanych w echo własnego głosu wśród odbić w krzywych lustrach, więc może należy mu wybaczyć.  Putin i Trump mieli rzekomo ukraść idee Srdji i Alberta, feministek i Bertranda Russella, i niecnie zastosować je dla swoich podłych celów, gdy w rzeczywistości te same idee krążą po świecie co najmniej od czasów Renesansu i osiągnęły swoje apogeum w bolszewizmie, pomijam już, że nie były wcale uczciwsze albo bardziej atrakcyjne, gdy przy ich pomocy manipulowali tłumem przyjaciele Pomerantseva.

Odkąd skompromitowano obiektywizm jako słabość, a bezstronność w raportowaniu faktów, jako burżuazyjny przeżytek, wielkie lewicowe organizacje lubią kryć się za szyldem „sprawdzania faktów” (fact checkers).  Istnieje nawet kodeks sprawdzaczy faktów. [1] W typowy dla lewicy sposób, stawiają się w pozycji arbitrów, rozdają uświęcone placet, ale nie próbują nawet być bezstronni, bo nie rozumieją, co znaczy obiektywizm.  Algorytmy, leżące u podstaw internetowych wyszukiwarek, zbudowane są w taki sposób, by wzmacniać punkt widzenia szukającego, na zasadzie sprzężenia zwrotnego.  Ale nie trudno o algorytm, który promuje konkretny wynik, sprzedaje odpowiedź, niezależnie od pytania.  Czy nie ma wyjścia z tego błędnego koła?

Współczesny świat zmącił znaczenie najprostszych słów.  Bezstronność była dawniej po prostu kwestią uczciwości, rzetelnego przedstawiania cudzych poglądów i postaw, bez epitetów i protekcjonalnego poklepywania po plecach.  Nikt dziś nie próbuje nawet przedstawić Trumpa bez uprzedzeń.  Teraz znakiem uczciwości jest nieukrywanie swej stronniczości (co akurat jest obiektywnie uczciwe).  Obiektywizm zanikł, ponieważ został w pierwszym rzędzie sprowadzony do trzymania się faktów.  Faktem jest np. kolizja dwóch pojazdów na skrzyżowaniu ruchliwych ulic.  Ale subiektywne zeznania na temat wypadku, zebrane od świadków i uczestników, nie składają się wcale na prawdziwy obraz wydarzenia.  W rezultacie obiektywizm zostaje uwikłany w spór, rozsądzać musi między oczywistym kłamstwem zainteresowanych stron i niepewnością bezinteresownych świadków – i w końcu poddaje się.  Tak właśnie postępuje putinowska stacja RT, mąci wodę tak długo, aż nie sposób dojrzeć końca własnego nosa.  Czy Putin zaatakował Gruzję?  Mmm, wiele przemawia za tym, że to Gruzja zaatakowała Rosję…

Prawdziwy obiektywizm opiera się na innym poglądzie na świat.  Na uznaniu, że rzeczywistość istnieje realnie poza poznającym podmiotem; że świat nie jest tylko zbiorem emotywnych i interesownych opinii na jego temat; że pomimo naszego niedoskonałego poznania, świat jest poznawalny, co oznacza, że możemy przynajmniej zbliżyć się do prawdy, dzięki fundamentalnej adekwatności rzeczy i intelektu; i wreszcie, że wartości istnieją niezależnie od poznającej je świadomości, to znaczy, są absolutne i obiektywne.  W takim świecie, obiektywizm jest wyzwaniem i wezwaniem do ciągłego drążenia (niech mi Pan Andrzej wybaczy!), do zadawania pytań, dzielenia włosa na czworo i rozważania argumentów na wagach rozumu.  A prawda jest w tym świecie idealnym celem wszelkich działań i dążeń ludzkiego rozumu.

Bez tych fundamentów, świat staje się mętlikiem, jaki prezentuje nam Pomerantsev i tylu innych.  Pozbawiony metafizycznych zrębów i epistemologicznych ram, świat wpada w otchłań wątpliwości, w której triumfuje cynizm poznawczy Trumpa i Srdji Popovića, Putina i Xi, Trockiego i Mao.

Goebbels, kgb i Cambridge Analytica

Książka Petera Pomerantseva jest pełna interesujących faktów i anegdot, które nie prowadzą go niestety do żadnych wniosków.  Fascynująca historia Nigela Oakesa jest tego dobrym przykładem.  Oakes próbował wprowadzić naukowy rygor do metod agencji reklamowych.  Po latach stawiania niewygodnych pytań w rodzaju, „skąd wiecie, że wasze kampanie reklamowe odniosły skutek?”, założył Behavioural Dynamics Institute, którego zadaniem miało być zebranie sumy wiedzy na temat perswazji.  Wyniki jego badań były odkrywcze.  Okazało się między innymi, że Goebbels nalegał na powtarzanie energicznego salutu hitlerowskiego, wraz z głośnym okrzykiem Heil Hitler!, podczas wieców partyjnych, gdyż ponawiany w kółko, gwałtowny wydech połączony z wrzaskiem, przy jednoczesnym wyrzucie wyprostowanego ramienia, powodował wśród słuchaczy stan hiperwentylacji i roznamiętnionego wyczerpania podobnego do transu, w którym byli bardziej podatni na perswazję.

W ramach swych badań, Oakes zaproszony został do Moskwy w roku 1990, a tam do wydziału A w kgb.  Dyrektor naukowy oddziału chętnie podzielił się z zachodnim kolegą osiągnięciami wieloletnich badań resortu nad techniką perswazji.  Przez lata prowadzono doświadczenia na całych wioskach i miasteczkach, eksperymentując nad metodami przekonywania i komunikacji…  Możemy chyba łatwo rozszyfrować te terminy: chodziło naprawdę o agitację i propagandę.  Oakes był pod wrażeniem wielkich osiągnięć moskiewskich naukowców w dziedzinie, którą, jak mu się zdawało, sam właśnie ustanowił.  Biura kagiebistów były nieogrzewane, a zupka w stołówce cieniutka.  Dlaczegoś sądzę, że dzisiaj lepiej się powodzi kagiebowskim specom od perswazji.

Oakes założył firmę i, ku jego zdziwieniu, to nie agencje reklamowe stały się jego klientami, ale suwerenne rządy i demokratyczni politycy.  Jeden z jego pracowników, Alexander Nix, po kilku latach uniezależnił się i założył własną firmę pod nazwą Cambridge Analytica.  Nowa firma zastosowała metodologię Oakesa – metodę „replikacji zmian behawioralnych” – w nowym otoczeniu „mediów społecznościowych”.  Nix proponował swym klientom, zazwyczaj kandydatom w wyborach, że dostosuje ich przesłanie do różnych typów elektoratu, poprzez analizę danych z ich zachowania na internecie.  Koncepcja Cambridge Analytica opiera się na przekonaniu, że kliknięcia na ekranie składają się na „osobowość”.  W rzeczywistości, osobowość człowieka zostaje tu rozłożona na ułamkowe dane, które nie układają się w żadną całość, w żadną osobową jedność ludzkiego „ja”.

Ale antropologia nie zajmuje krytyków Nixa.  Cambridge Analytica stało się synonimem manipulacji systemu politycznego, symbolem korozji demokracji.  Sceptyk mógłby wskazać, że Facebook był narzędziem dla czystki etnicznej w Burmie, a Twitter jest idealny dla rozsiewania kłamstw; na dodatek, Twitter jest platformą z wyboru Donalda Trumpa, tego znanego wroga demokracji.  A jednak tylko Cambridge Analytica obwiniane jest za „kłamstwa brytyjskiego referendum” i za „kłamliwą kampanię wyborczą Trumpa” z roku 2016.  W październiku ubiegłego roku, po długotrwałych dochodzeniach, brytyjski Komisarz od Informacji (że też im nie wstyd używać takich tytułów żywcem wziętych z sownarkomu!) ogłosił, że CA nie miała wpływu na wynik referendum.

Czy demokracja jest w stanie przetrwać nadmiar informacji, dezinformacji i misinformacji?  Pomerantsev broni manipulacji dokonywanych przez Srdję Popovića, bo ma to rzekomo oddawać władzę w ręce ludu, ale nie dostrzega oczywistych rezultatów rozmaitych kampanii bliskich jego sercu.  Nie widzi, że „sprowadzanie do najniższego wspólnego mianownika” spłaszcza debaty i redukuje je do przerzucania sloganów; nie chce widzieć, że jego przyjaciele zrównują grunt i prostują ścieżki dla nadchodzących hord Putina i Xi.  Srdja pragnie zaangażowania, RT zamąci i pogmatwa, przez arcyinteligentne i wciągające debaty, wiodące donikąd, a Xi ze sztucznym uśmiechem na ustach zaserwuje już wszystko na tacy w postaci przetrawionej papki.

Gdy piszę te słowa, Twitter i Facebook zamknęły dostęp Trumpa do internetu.  Apple i Google odmówiło używania app firmy Parler, maleńkiego konkurenta Twitter, na którym zbierali się poplecznicy prezydenta Stanów Zjednoczonych, a Amazon zamknęło im dostęp do swoich „chmur”.  W tym samym czasie, gdy prezydent nie ma prawa wyrażać swoich opinii (niezależnie od ich treści, poziomu i jakości języka), Twitter zezwala Chameneiemu pluć na Amerykę i wolny świat, w imię wolności słowa.  Gdy Trumpowi zamknięto usta, Twitter nie ma nic przeciwko istnieniu konta #KillTrump.  Prezydent został wyklęty przez lewaków za to, że odmawia zaakceptowania wyniku ostatnich wyborów.  Zapewne nie ma racji, najprawdopodobniej je przegrał z kretesem, ale Nancy Pelosi jeszcze w maju 2017 roku pisała na Twitter o nielegalnych wyborach z poprzedniego roku i nikomu to wówczas nie przeszkadzało. [2] Pokonana Hillaria Clintonowa przez wiele lat głośno podważała wynik wyborów.

Z czym mamy tu do czynienia?  Z centralnym zarządzaniem informacją?  Z dialektyczną sprzecznością materialnego rozwoju informacji?  Z uświadomioną koniecznością, że wróg ludu musi zostać zniszczony?

A niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”.

________

  1. https://www.ifcncodeofprinciples.poynter.org/
  2. Nancy Pelosi May 16, 2017: Our election was hijacked. There is no question. Congress has a duty to #ProtectOurDemocracy & #FollowTheFacts.
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/01/17/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xiv/
Kategorie: Michał Bąkowski, Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2021/01/17/niektorzy-nazywaja-to-upadkiem-komunizmu-czesc-xiv/