Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część VI
Po preludium przychodzi fuga
Dowiedzieliśmy się, że prokuratura jest absolutnie niezależną organizacją – Putin powtórzył to wielokrotnie.
Tak wspominał rozmowę z Putinem Wiktor Szenderowicz, jeden z dziennikarzy stacji telewizyjnej Gusinskiego. Putin nie mógł interweniować w obronie aresztowanego Gusinskiego, ponieważ oznaczałoby to „powrót do prawa telefonu”, gdy politbiuro dyktowało wyroki. Ściślej byłoby powiedzieć, że Putin powrócił do czasów Stalina, który także zastrzegał się zawsze, że nie może wpływać na działanie wymiaru sprawiedliwości. Kiedy proszono go o interwencje w obronie aresztowanych, rozkładał bezradnie ręce, mówiąc: moja rodzina też ucierpiała…
Zanim doszło do ostatecznej rozprawy z sowieckim kapitalizmem, Putin i jego kagiebiści włożyli dużo wysiłku w przekonanie wykształconych elit, uformowanych w ciągu lat 90., że ich Rosja jest praworządnym państwem. Catherine Belton konkluduje trafnie, że Putin stosował klasyczną taktykę kgb, metodę zwierciadła: mówić każdemu to, co chce usłyszeć. Trzymał się tej fikcji tak długo, jak musiał się jeszcze liczyć z dziennikarzami. Po jakimś czasie, telewizja Gusinskiego sprzedana została państwowej firmie Gazprom, obstawa zastąpiona przez kagiebistów, a z niezależności redakcyjnej pozostały nici.
Ale wszystkie te zabiegi – taktyczne uśmiechy i wysadzanie bloków mieszkalnych, bombardowanie Czeczenii i wdzięczenie się do dziennikarzy – to było tylko preludium. A po preludium przychodzi fuga, w której wiele głosów podejmuje i przekształca rozmaite motywy i wątki; głosy przeplatają się ze sobą w strukturze kontrapunktu, by doprowadzić wreszcie do ekspozycji tematycznej i rekapitulacji. Być może jedynym nowym wkładem czekistów w historię rozwoju struktur muzycznych, jest zastąpienie ostatniej kody – ostateczną kapitulacją przeciwnika.
Wywiad kgb miał od zawsze kontrolę nad lukratywnym handlem ropą. Jak pokazywałem w poprzednich częściach, sowiecki system spieceksporterow, poprzez mroczną sieć mglistych powiązań z „przyjaznymi firmami” na Zachodzie, pozwalał kagiebistom na sprzedaż ropy nabytej po niskich cenach rynku wewnętrznego, na światowych rynkach za twardą walutę i w cenie niejednokrotnie od sześciu do dwudziestu razy wyższej. Pieniądze te obracane były następnie na fundowanie kampanii destabilizacji Zachodu, od finansowania terroryzmu, do opłacania partii opozycyjnych, ale także na tzw. aktywnyje mieropriatia. Od końca lat 80., wielu, z Timczenką na czele, próbowało zachować ten czekistowski przywilej; walka o kontrolę nad leningradzkim portem była częścią tego samego preludium. Ale prywatyzacja wielkich firm naftowych w latach 90, odebrała im niespodziewanie dostęp do największych złóż – do basenu syberyjskiego. Chodorkowski, Abramowicz i Bierezowski zakładali swoje własne firmy maklerskie i nie zamierzali handlować ropą poprzez kgb. Stali się prędko autentycznymi miliarderami, wcale nie tylko na papierze, ponieważ mieli dostęp do przepływu żywej gotówki oraz prawie niewyczerpalnych kredytów zachodnich. Sam Chodorkowski był w 2002 roku wart więcej niż 10% rocznego budżetu całego raju krat. Energicznie modernizował Jukos, rozwijał kontakty z zachodnimi firmami naftowymi i miał bardzo dobre stosunki z finansjerą, co razem wzięte, musiało działać na ludzi Putina, jak czerwona płachta na byka. W pyszałkowatym zrywie „otwartości”, ogłosił listę swych aktywów i udziałów, co w owych czasach było czymś niespotykanym wśród skrytych bogaczy sowieckich, którzy robili wszystko, by ukryć swe udziały.
Najprostszym rozwiązaniem dla Putina byłaby nacjonalizacja. Wbrew Belton, nie przejmowałby się zbytnio reakcją Zachodu na takie posunięcie. Trudność była innej natury, nazwijmy to tak, ideologicznej. Rzecz chyba w owej „etyce kapitalistycznej”, którą kagiebiści promowali od dawna. Od czasów Andropowa, kgb było na czele wszystkich reform, sam Putin wykładał wagę rynku i „kapitalistycznej gospodarki” dla siły państwa. To przecież oni sami zainicjowali reformy, to oni stworzyli komsomolców-oligarchów, ich ludzie – Timoczenko i Awien, dla przykładu – byli „kapitalistami”, nie mogło więc być mowy o nawrocie do komunistycznej nacjonalizacji, bo przecież komunizm upadł. Należało stworzyć ramy, w których każdy kapitalista mógł być w jakiś sposób pod kontrolą: albo jako „swój człowiek”, albo przy pomocy kija i marchewki. Paradoksalnym przykładem podejścia nowej ekipy do tej kwestii jest sprawa Gazpromu, największego na świecie producenta gazu.
Gazprom należał niezmiennie do państwa, ale jelcynowscy dyrektorzy obrócili firmę w ich własną domenę, tak dalece, że zdołali nawet ukryć przekazanie kilku pól gazowych w prywatne – ich własne – ręce (a w każdym razie o to ich oskarżono, bo jak naprawdę było, tego nie sposób dociec). Przejęcie Gazpromu podobne było do operacji wyrzucenia Charczenki z portu w Leningradzie. Po oskarżeniu starej dyrekcji, Putin obsadził firmę swoimi ludźmi wyszkolonymi w walce o port i używał odtąd jej ogromnych dochodów do wykupywania udziałów nieposłusznych oligarchów. W ten sposób, już po kilku latach Gazprom przerodził się w gigantyczny konglomerat, do którego należały sowchozy i fabryki, floty handlowe i banki, hotele i przedszkola, oraz 24 gazety i 14 stacji telewizyjnych; zatrudniał setki tysięcy ludzi, z czego zaledwie trzecia część miała coś wspólnego z gazem. Jeżeli prywatna gazeta zostanie wykupiona przez państwowy monopol gazowy, to czy została znacjonalizowana? Nie w putinowskiej Rosji.
Gazprom był wzorem dla sektoru naftowego – minus nacjonalizacja. Należało przejąć władzę nad produkcją i dystrybucją ropy, niezależnie od struktur własności.
Dziki Zachód
Michaił Chodorkowski lubił powtarzać w latach 90., że robienie interesów w Rosji, było podobne do Dzikiego Zachodu. On sam stał się symbolem „złodziejskiego kapitalizmu”, uosobieniem rozboju jelcynowskich prywatyzacji i bezwzględnego darwinizmu tamtych lat. Nie obchodzili go pracownicy, prawa zachodnich akcjonariuszy były dla niego niczym, liczył się tylko zysk. Ale już na początku tego wieku stał się adwokatem korporacyjnego ładu, propagatorem zachodniej otwartości i prawowitości. Porównanie do Dzikiego Zachodu jest płodne, choć może w inny sposób, niż to Chodorkowski zamierzał.
To, co nazywamy dziś Dzikim Zachodem, było w istocie repliką Dzikich Pól u kraju Polski, ziem ukrainnych, w dużej mierze poza zasięgiem karzącej ręki Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, ale także z dala od chanów krymskich i sułtańskich janczarów. Nic dziwnego, że tradycje hajdamaków nie różniły się zasadniczo od zwyczajów bandytów z dzikich pól Texasu, Meksyku i Arizony, gdzie przez wieki kontrola hiszpańskiej metropolii rozciągała się tylko w teorii – żadnych zasad, żadnego prawa oprócz prawa pięści – a z czasem, nowo powstałe państewka wokół Dzikiego Zachodu (głównie plejada efemerycznych, byłych kolonii meksykańskich, pod rządami w miarę niezależnych kacyków, ale także Waszyngton) użyły bezprawia dla własnych celów, a mianowicie dla systematycznej eksterminacji tubylców. Meksykańscy despoci płacili po sto dolarów (a często więcej) za indiański skalp, sumę ogromną na owe czasy. Komancze i Apacze (tak bezmyślnie zmitologizowani przez Karla Maya) byli w rzeczywistości niezwykle brutalnymi i sadystycznymi łupieżcami, podczas gdy ogromna większość tubylców, głównie czerwonoskórych, prowadziła życie osiadłe i nie zagrażała nikomu, a bardzo często padała ofiarą krwiożerczych Komanczów. Mimo to, tę samą sumę wypłacano za skalp osiadłego Indianina, jak za dumnego wojownika. Kiedy Dziki Zachód został spacyfikowany, to niedawni poławiacze skalpów, prędko zagarnęli dla siebie połacie ziemi niczyjej, a odkąd stali się posiadaczami ziemskimi, to zapragnęli prawa i porządku, dla ochrony swych zdobyczy. I tak po kilku dziesiątkach lat, poczęli wynajmować Garrettów do ścigania Kidów. Rzadko tylko się zdarza, by rządy prawa zapanować mogły, gdy bandyci stają się policjantami.
Analogia z Chodorkowskim jest prawie zupełna. W latach 90. postępował jak korporacyjny pirat, jak rozbójnik, i zrobił na tym majątek, a kiedy już posiadał miliardy, to piracka anarchia przestała mu się podobać i zapragnął porządku. Dziki Zachód miał się przemienić nagle w zachodni raj prawa i ładu, by chronić jego zdobycze. Teraz już Billy the Kid nie był dla niego wzorem, ani nawet Pat Garrett, ale raczej John Chisum. Problem w tym, że ludzie znacznie gorsi niż Garrett zostali policjantami, i że mieli osobiście na pieńku z Chodorkowskim.
Operacja Energia
Głównymi aktorami w operacji byli, znani nam już z Leningradu, Sieczin i Timczenko. W pierwszej fazie rozgrywki, po drugiej stronie stali przede wszystkim Abramowicz i Chodorkowski, a szło o prywatyzację ostatniej wielkiej syberyjskiej firmy, Rosnieft. Abramowicz pragnął gładkiego połączenia z Sibnieft, które posiadał na spółkę z Bierezowskim. Pugaczow opowiadał Belton mało prawdopodobne bajeczki, że Abramowicz próbował przekupić Putina przy pomocy kilku garniturów Giorgio Armani, a on, Pugaczow, przekonywać musiał Wołodię, że po sprzedaży Rosnieftu Rosja będzie biedniejsza. [1] Sieczin chciał mieć Rosnieft dla siebie, a Chodorkowski marzył o wielkiej fuzji Jukos, Rosnieft i którejś z gigantycznych globalnych firm naftowych (na ogół mówiło się o ExxonMobil albo Chevron).
Osobistą zadrą między kagiebistami i Chodorkowskim była historia WNK. Stosunkowo mniejsza od innych firm naftowych, WNK była obszczakiem kagiebistów. W kolejnej fali prywatyzacji, w roku 1997, Czubajs chciał pokazać światu, że tym razem nie będzie pokątnych machinacji, ale uczciwa sprzedaż w procesie otwartej licytacji. Państwowa WNK, sprzedawała dotąd ropę poprzez firmę Imag, Andrieja Akimowa. Akimow, to kolejny sowiecki arystokrata, syn pułkownika kgb, pracował w sowieckim banku zagranicznym, Wniesztorgbank (WTB, o którym jeszcze usłyszymy), od połowy lat 70., od 85 rezydował w Zurychu, a od 91 prowadził austriacką firmę Imag. Akimow był częścią „niewidzialnej gospodarki”, a jego Imag założony został z aprobatą politbiura. Pozostawał w bliskim kontakcie ze Schlaffem (agentem stasi, o którym była mowa w części I) i razem finansowali nowe operacje kagiebowskie, np. Timczenki. W późniejszych latach, Akimow finansował Łuczańskiego, Mogilewicza i Firtasza – wszyscy związani z zorganizowaną przestępczością. (Autor jedynej nieautoryzowanej biografii Akimowa, Władymir Pribyłowski, został znaleziony martwy w swym mieszkaniu w Moskwie.) Akimow organizował ofertę kupna WNK z ramienia kagiebistów, i był tak pewien sukcesu, że rozdawał z góry posady w swej nowej firmie. Pomimo obietnic Czubajsa, aukcja stała się kolejnym skandalem. Pierwsza faza odbyła się za zamkniętymi drzwiami, a drugą skasowano, bo pozostał na placu tylko jeden oferent, Chodorkowski – i kagiebiści znowu obudzili się z ręką w nocniku.
Amerykański bankier, Charlie Ryan, który pomagał w finansowaniu oferty Akimowa, twierdził później, że Chodorkowski „zastraszył konkurentów i przekupił kagiebistów”, co wydaje się bardzo mało prawdopodobne. Równie nieprzekonujące są zarzekania Chodorkowskiego, jakoby nie wiedział, z kim walczył (nie miał pojęcia o istnieniu obszczaka). Taka naiwność u bezwzględnego i trzeźwo myślącego komsomolca jest nie do pomyślenia, czego może najlepiej dowodzi dalszy przebieg wypadków. Oto Akimow zagwarantował swemu znajomemu, Rybinowi, kontrakty na sprzedaż produkcji WNK na 20 lat. Chodorkowski nie miał zamiaru honorować tej umowy i w ciągu następnych kilku miesięcy, miały miejsce dwa zamachy na życie Rybina. A zatem, albo Chodorkowski nie jest tak niewinny, jakim się przedstawia, albo musiał wiedzieć, kogo miał przeciw sobie, a najpewniej i jedno, i drugie. Rybin, Akimow, a dalej ich potężni przyjaciele, Timczenko i Putin, mieli wystarczająco wiele osobistych powodów, by zwalczać Chodorkowskiego. Ale nie oszukujmy się, najważniejszą była przyczyna strategiczna – kontrola.
O dziwo, Putin nie był ponoć chętny do walki z Jukos, miał rzekomo nadzieję, że Chodorkowski ustąpi jak inni oligarchowie, obawiał się reakcji Zachodu etc. Według Belton, przekonał go dopiero nie kto inny, jak Jegor Ligaczow, dawny przyjaciel Gorbaczowa, który odegrał później rolę wroga pierestrojki. Sądzę jednak, że Putin potrzebował rozprawy z Chodorkowskim dla swych własnych celów, niezależnie od interwencji Ligaczowa, a postawa Chodorkowskiego czyniła starcie nieuniknionym, a więc łatwiejszym. Czy była to „walka o kształt przyszłej Rosji”, jak twierdzi Belton? Nie sądzę. Była to walka o kontrolę.
Chodorkowski utrzymuje dziś, że jego celem było stworzenie wolnej gospodarki, która „kwitnąć może wyłącznie w warunkach demokracji”. Jednak jego ówczesne zachowanie nasuwa przypuszczenie, że próbował sobie zapewnić nietykalność poprzez obecność w mediach, zarówno w Rosji jak i na Zachodzie. Podczas publicznego spotkania z Putinem, postanowił zaatakować korupcję, niszczącą wszelkie perspektywy w kraju, na co Putin odparł złowieszczo, że Jukos zdobył swe rezerwy przy pomocy skorumpowanych metod i że będzie to przedmiotem dochodzenia. [2]
Wkrótce Chdorkowski i Abramowicz ogłosili z wielkimi fanfarami połączenie Jukos z Sibnieftem (niektórzy twierdzą dziś, że był to plan Abramowicza, by przejąć Jukos na własność, w podobny sposób, jak wcześniej wykiwał Bierezowskiego), a w dalszych planach miała leżeć wymiana aktywów (pól naftowych) z amerykańskimi firmami. Ale największym błędem Chodorkowskiego była zapowiedź, że pragnął zrezygnować z prowadzenia Jukos w roku 2007, tj. na rok przed wyborami prezydenckimi. Było to równoznaczne z obwieszczeniem ambicji politycznych. Jednocześnie Chodorkowski zwiększył ilość pieniędzy przekazywanych dla opozycyjnych partii politycznych – ten obrońca kapitalizmu i demokracji finansował komunistów Zjuganowa przy pomocy milionów dolarów darowizny. Putin miał go otwarcie poprosić, by przestał finansować komunistów, ale Chodorkowski odmówił. Wszystko to razem, czyniło go niebezpiecznym dla kagiebistów i było jawnym wyzwaniem, skoro Putin obiecał nie zwracać uwagi na przekręty prywatyzacji tylko tak długo, jak oligarchowie będą trzymać się z dala od polityki.
W czerwcu 2003, kiedy Putin był fetowany w Buckingham Palace przez królową angielską, aresztowano szefa bezpieczeństwa w Jukos, a następnie Lebiediewa, prawą rękę Chodorkowskiego. Nie będę wnikał w istotę zarzutów, bo z jednym wyjątkiem wydają się sfingowane. Wyjątkiem jest morderstwo burmistrza syberyjskiego miasta, Nieftiejugańska, Władymira Pietuchowa, w 1998 roku. Pietuchow oskarżył Chodorkowskiego, że zagłodził miasto, z którego wywodziło się jego bogactwo, przez odmowę płacenia lokalnych podatków (w Nieftiejugańsku mieściła się dawna centrala Jukos). Burmistrz prowadził głodówkę protestacyjną, a w kilka dni po jej zakończeniu został zastrzelony na ulicy – w dzień urodzin Chodorkowskiego. Czy był to prezent od przyjaciół? Czy raczej cyniczna awantura kagiebistów, by rzucić podejrzenie na niebezpiecznego wroga? Nie sposób tego rozstrzygnąć.
Dalsza historia jest dobrze znana. Chodorkowski odmówił ucieczki na Zachód, stanął przed sowieckim sądem, otrzymał sowiecki wyrok i spędził wiele lat w więzieniu na Syberii. Wypuszczono go dopiero wskutek ułaskawienia pod koniec 2013 roku, kiedy Putin przygotowywał grunt pod olimpiadę w Soczi.
Na Zachodzie nadano Chodorkowskiemu status męczennika za kapitalizm, choć on sam przyznał, iż spodziewał się ostrzejszych wystąpień w swojej obronie. Oczekiwał, że Zachód odmówi robienia interesów z bandziorami, którzy uwięzili niewinnego pioniera wolnego rynku. Oczywiście kapitaliści nigdy nikogo bronić nie zamierzają, jeżeli nie mają w tym jakiegoś interesu. Ale mniejsza o nich. Dlaczego nikt nie zwrócił uwagi, że komsomolska wersja kapitalizmu państwowego w wydaniu Chodorkowskiego, Bierezowskiego i Abramowicza za czasów Jelcyna, nie różniła się zasadniczo od czekistowskiej wersji w wykonaniu Putina? Najlepszy dowód, że interesy Abramowicza, Fridmana, Awiena, Pugaczowa i tylu innych, kwitły pod obu reżymami. Obracali państwowymi funduszami w swoich „bankach”, które nie różniły się od mafijnych frontów do prania pieniędzy, po czym użyli tych państwowych pieniędzy, by kupić firmy naftowe od tegoż państwa – za grosze. Chodorkowski był w tym o niebo lepszy niż inni oligarchowie Jelcyna i znacznie skuteczniejszy niż kagiebiści, którzy próbowali z nim konkurować, ale nie dali rady. Putin po kilku latach „obrócił stół” i sam zagrał bankiera wobec niego. Chodorkowski wiele wycierpiał i trzeba mu przyznać, że zachował się z podziwu godnym stoicyzmem, ale dlaczego robić z niego obrońcę wolnego rynku, gdy on tylko bronił tego, co nakradł, jak każdy gangster? I jak tylu gangsterów przed nim, jak Michael Corleone w Ojcu chrzestnym, próbował się oderwać od swoich korzeni, wyrwać się z tego bandyckiego bagna, z którego wyszedł, ale wciągnęło go z powrotem.
Żeby zrozumieć dynamikę konfliktu między putinowskim aparatem, a ludźmi pokroju Chodorkowskiego, nie trzeba odwoływać się do pojęć „demokracji” i „kapitalizmu”. Kapitalizm nie jest „systemem” wydumanym przez akademików, ani utopią stworzoną przez ideologów jako ideał do osiągnięcia w nieokreślonej przyszłości. Nie jest także „formacją cywilizacyjną” czy jakkolwiek się to nazywa w marksistowskim żargonie. Kapitalizm to jest codzienna rzeczywistość, komercjalny wymiar stosunków między ludźmi, naturalny, zmienny układ produkcji i wymiany, zestaw pojedynczych aktów, które składają się na działalność gospodarczą. Starożytny chłop na śródziemnomorskim wybrzeżu, produkował ziarno i sprzedawał je fenickiemu handlarzowi, który ładował je na statek i sprzedawał tam, gdzie mógł dostać lepszą cenę. Nie inaczej robił polski pan na Ukrainie, tylko że sprzedawał swe zboże, wódkę, miód, hanzeatyckiemu handlarzowi. To był kapitalizm. Kapitalizm działał w każdych warunkach, nawet w sowietach za Stalina, nawet w łagrach, nawet w hitlerowskich obozach koncentracyjnych, ale najlepiej działa w warunkach praworządności i poszanowania dla prawa własności, a kwitnie – w wolnej konkurencji. Ten ostatni punkt jest tak ważny, że byłbym skłonny zawęzić rozumienie fenomenu – rozumienie, bo nie definicję – do wolnej konkurencji. W tym sensie, nie ma naprawdę kapitalizmu w sowietach, ani w chrlu, ale jest go także coraz mniej na tzw. Zachodzie, gdzie gigantycznym, globalnym korporacjom, konkurencja jest potrzebna jak dziura w głowie. Wystarczy wyobrazić sobie, jak zakończyłaby się próba podjęcia konkurencji z Amazon czy z Facebook. Ale mniejsza o Zachód. Chodorkowski nie był nigdy „obrońcą kapitalizmu”. Bronił po prostu swych zdobyczy. Niewątpliwie, odebrano mu jego bogactwa nieuczciwie, ale w pierwszym rzędzie, nie zdobył ich uczciwie. O legalności nie będę się w ogóle wypowiadał, bo w sowietach nie ma takiego pojęcia, co zarzekanie się Putina wobec nieufnych dziennikarzy tylko paradoksalnie potwierdza. Jeden z anonimowych rozmówców Belton mówi, że jeżeli nabyło się ogromną firmę za kilka milionów zdeponowanych w banku przez państwo, to trudno potem upierać się przy prawach własności. Prawdę mówiąc, ma rację.
A zatem dynamika starcia o Jukos była z natury swej identyczna ze sporem między złodziejami. Chodorkowski wydaje się sympatycznym człowiekiem, a jego godna postawa wobec prześladowań i niesprawiedliwości napawa mnie tylko podziwem. Jednak kolizja z aparatczykami Putina mogła się skończyć tylko w jeden sposób. Można wskazać na los Charczenki w leningradzkim porcie, albo na mieszkańców wioski nad karelskim jeziorem, ale pierwowzór dla rozprawy z Chodorkowskim widziałbym w walce Trockiego ze Stalinem. Wielki Soso przez pewien czas liczył się z Trockim, a nawet obawiał się go, ale mógł był wykończyć go znacznie wcześniej, gdyby nie to, że potrzebny mu był trockizm na Zachodzie. Chodorkowski nie jest chyba człowiekiem na miarę Trockiego, a jednak na mniejszą skalę i na miarę swoich możliwości, proponuje pewną alternatywę dla przyszłości „Rosji”. Taka alternatywa, przedstawiana z kulturą wobec zachodnich słuchaczy przez bogatego człowieka, nie może na razie w niczym szkodzić ludziom Putina. A jeżeli im zaszkodzi w przyszłości, to znają na to odpowiednie środki przeczyszczające.
Putin czuł się na tyle silny, że odtąd przeszedł do fazy: kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam.
______
- Pomijam tu celowo inne elementy operacji: przy pomocy mieszanki gróźb i zachęt, kagiebiści wzięli pod kontrolę pozostałe firmy naftowe, m.in. Łukoil i Surgutnieftiegaz, w których byli zainteresowani od dawna, ale zdołali zdobyć tylko mniejszość akcji w roku 1995. Jeden z dyrektorów Łukoil został „porwany przez ludzi w mundurach policyjnych, wstrzyknięto mu heroinę i zniknął na dwa tygodnie, po czym nie pamiętał, co mu się przydarzyło”. Śledztwo umorzono po kilku miesiącach.
- Wiele mówiącą wymianę między Putinem i Chodorkowskim można znaleźć tu: https://www.youtube.com/watch?time_continue=20&v=u6NKb79VN8U