Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”. Część I
Jak do tego doszło? – oto jest pytanie. Legło ono u podstaw wielkiej literatury: jak to się stało, że dumny zwycięzca Troi stał się żebrakiem w swym własnym domu? Ale może być także źródłem dociekań historycznych, np. w jaki sposób potężne cesarstwo rzymskie padło pod ciosami barbarzyńców? A niekiedy staje się zaczątkiem politycznych rozważań: co doprowadziło nas do stanu, w którym jesteśmy? W tej ostatniej kategorii znajduje się na ogół najlepsza publicystyka polityczna. Czytałem ostatnio kilka książek, których autorzy próbują prześledzić wydarzenia ostatnich trzydziestu lat z hakiem, by zrozumieć, jak doszliśmy do zdumiewającej współczesności. W jednej z nich znalazłem następującą wypowiedź:
Nawet wówczas, gdy dziesiątki tysięcy rzekomo zdemoralizowanych oficerów zrezygnowało ze służby, by robić interesy, część systemu po prostu zeszła do podziemia. Jak Putin przy Sobczaku, „pozostali w cieniu”, powiedział pewien pośrednik z kgb, który zgodził się udzielić wywiadu pod warunkiem, że pozostanie anonimowy. „Nie pozbyli się w rzeczywistości niczego. Zmienili fasadę i zmienili nazwę, ale nic się nie zmieniło naprawdę.”
Są to słowa jednego z wielu anonimowych informatorów Catherine Belton, autorki nowej książki o „ludziach Putina”. [1] Rzecz jest napisana przez dziennikarkę Financial Times i Reutera, ale ma raczej formę kryminału, w którym trup ściele się gęsto i, choć od początku wiadomo, kto jest winien, to trudno dociec, w jaki sposób zdołał to wszystko osiągnąć i dlaczego cały świat z taką łatwością dał się nabrać. Autorka do pewnego stopnia skupia się na finansach, choć nie ogranicza się do nich; śledzi tropy finansowych transakcji, szuka źródeł rzeki pieniędzy i próbuje znaleźć jej ujścia, wedle zasady follow the money; wskazuje na jednostki, które poruszają i potrząsają, ale próbuje także rzucić snop światła na tych, którzy pozostali w cieniu; słusznie cofa się w czasie, żeby spojrzeć z innej perspektywy na dzisiejszą Moskwę, by zrozumieć zjawisko, które nazywa szumnie „Rosją”. Idzie wstecz, do lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, do lat stagnacji, aby wykazać, że w machinacjach Andropowa i politbiura jest źródło współczesności. – Dlaczego nie do poprzednika Andropowa, Aleksandra Szelepina? – zapyta ktoś. – Ponieważ nie czytała Golicyna – odpowiem. Ale właściwie, dlaczego nie do lat dwudziestych i leninowskiego nepu? Dlaczego nie do roku 1917, kiedy rosyjska gospodarka upadła, by już nigdy się nie podnieść? To Lenin wprowadził „kapitalizm państwowy”, który tak owocnie zapłodnił wyobraźnię Deng Xiao-pinga po siedmiu dekadach. Wedle Belton, sowieciarze zaczęli kombinować w latach 70., jak wykorzystać przyjazne zachodnie firmy dla swoich celów, ale czy było w tym coś nowego? Lenin, kapitaliści i sznur – czy można coś do tego dodać? Belton uważa, że można. A zatem pójdźmy tropem jej rozważań, a może dowiemy się czegoś na temat źródeł wydarzenia, które niektórzy do dziś nazywają „upadkiem komunizmu” – i jego konsekwencji.
Partia miała własne finanse, niezależne od państwa – nu! zdawałoby się, wiadomo. Równoległość aparatu państwowego i partyjnego była jedną z naczelnych charakterystyk sowieckiego systemu. Dziś wszakże, okazuje się rewelacją, że partia kupowała ropę po ustalonych z góry (i bardzo niskich) cenach, a sprzedawała ją zagranicą, niekiedy z dziesięciokrotnym zyskiem w twardej walucie. Czyżby, dla zrównoważenia, handel ziarnem (na dokładnie takich samych zasadach) był domeną sowieckiego pseudo-państwa? O tym Belton nie mówi, wiadomo jednak, że tak właśnie postępowano nawet w czasach najgorszego głodu w latach 30., kiedy sowiety pozostawały niezmiennie poważnym eksporterem zbóż, a dochody z handlu żywnością rozdzielano między partię, państwo i komintern. Tylko że sprzedaż milionów ton zboża to jedno, a handelek stosunkowo małymi transportami ropy o rzadkiej specyfikacji, to co innego. By przeprowadzić takie operacje bez zwracania uwagi, potrzeba było „przyjaznych ludzi na Zachodzie”, a kontakty z nimi umożliwiało kgb; ściślej, wywiad kgb, czyli to, co do dziś nazywa się z czułością, „wspólnotą agentów wywiadu” wewnątrz kgb. W rezultacie kagiebiści nadzorowali przepływ partyjnej gotówki między „przyjaznymi firmami” i podwójnie zamkniętymi kontami bankowymi w równie przyjaznej Szwajcarii (nawet bank nie wiedział w owych czasach, kto jest właścicielem podwójnie zamkniętego konta), a terrorystami i komunistami na Zachodzie. „Komuniści na Zachodzie”, to była etykietka równie wygodna i pojemna, co „przyjazne firmy”. Był to w istocie ogromny wór pojęciowy, który obejmował partie komunistyczne, działające otwarcie, oraz, pozornie im wrogie, nie-komunistyczne ugrupowania lewicowe; mieścili się w nim agenci wpływu pośród ludzi literatury, sztuki i mediów wraz z nieskończoną ilością pożytecznych idiotów; wór zawierał terrorystów i ekstremistów wszelkiej maści, ale także najtajniejszą z tajnych, sieć nielegałów, tj. głęboko zakonspirowanych agentów. Krótko mówiąc, poprzez kgb kompartia kontrolowała „czarną forsę”, pieniądze, których pochodzenia nie można było z łatwością dociec, i które mogły być użyte na wiele celów, od finansowania terroru, przez legalne wydawnictwa, aż do moszczenia własnego gniazdka przez poszczególnych agentów włącznie. Jest to system stosowany od dziesiątków lat przez bandytów, międzynarodowe gangi, mafię, tzw. zorganizowaną przestępczość. Wśród sowieckich bandziorów czarna forsa znana jest jako obszczak. Warto zapamiętać to słowo, bo powróci jeszcze w opowieści Belton.
Operacja Łucz
Wołodia Putin wielokrotnie podkreślał, jaki wpływ wywarło na niego „milczenie Moskwy”, gdy żądał pomocy dla czekistów oblężonych w drezdeńskiej willi pod koniec 1989 roku. [2] Był gotów przyjąć, że sowiety utraciły swą pozycję, „intelektualnie rozumiał”, że „pozycja oparta na murach” nie może trwać, ale należało stworzyć nową pozycję, a nie rzucić wszystko w diabły i wyjechać do Kisłowodzka, jak rzekomo postąpiła „Moskwa” w roku 1989. Milczenie Moskwy stało się dla niego symbolem paraliżu władzy, do którego nie zamierzał więcej dopuścić. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Putin próbował tu dyktować narrację. Nie inaczej było z wyrzekaniem na marksizm i pochwałami pod adresem rynkowej gospodarki. Catherine Belton wie o wiele więcej niż autorzy wcześniejszych książek o Putinie, ale i tak daje się nabrać. Ma jednak rację, gdy kładzie nacisk na rozwianie legend wokół służby młodego Wołodii w kgb. Według jego własnych wspomnień, miał się tam nudzić śmiertelnie, bo prowincjonalne Drezno było martwe, gdy prawdziwa rozgrywka wywiadów toczyła się w Berlinie. Miał wówczas pić tak dużo piwa, że przybrał 12 kilo na wadze (choć fotografie tego nie potwierdzają). Wedle Gessen (podobnie jak wg oficjalnej biografii), placówka w Dreznie, z dala od mieniącego się możliwościami Berlina, była szpiegowską mielizną – tak nie było.
Znalazł się w Dreznie w 1985 roku, prosto ze szkoły szpiegowskiej. Pod pokrywką prowincjonalnego, nudnego miasteczka, Drezno było centrum przemytu zachodniej technologii do wschodniego bloku. Markus „Misza” Wolff, sławny szpieg stasi, zakładał przez lata wiele frontowych firm w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i Lichtensteinie, a także rekrutował pracowników wielkich firm zachodnich, tworząc w ten sposób sieć nie dla stasi, ale dla kgb. Wiemy, że Putin zajmował się w Dreznie rekrutacją studentów wraz z agentem stasi, imieniem Matthias Warnig. Nazwisko to warto zapamiętać. Warnig był wschodzącą gwiazdą stasi, mistrzem rekrutacji i skutecznym szefem departamentu zajmującego się nabywaniem technologii. Putin tymczasem, był sekretarzem komórki partyjnej w Dreznie i jego pozycja była na tyle wysoka, że w 1989 roku osobiście nadzorował niszczenie enerdowskich akt. W pierwszym rzędzie niszczył akta kgb, ale okazuje się, że stasi byli również zobowiązani oddać swe dokumenty w jego ręce. Dwanaście ciężarówek akt wywiezione zostało do Moskwy. Zarówno Misza Wolf, jak i Władymir Kriuczkow, twierdzili, że nigdy nie spotkali Władymira Putina, i że nie brał udziału w ściśle tajnej operacji Łucz, ale zachodnioniemiecki wywiad był – i jest – innego zdania.
Wyjazd Putina z Drezna został przygotowany przez generała Jurija Drozdowa, legendarnego szefa sekcji nielegałów, który spotkał się z młodym oficerem w lutym 1990 w Berlinie. Tyle wiadomo na pewno – o ile cokolwiek w takich sprawach można wiedzieć z pewnością – więc co naprawdę robił młodzieniec w cichym Dreznie pod koniec lat 80.? W rzeczywistości, Putin był odpowiedzialny za sieć nielegałów (nie wiadomo w jakich krajach) oraz bezpośrednio prowadził bandę Baader-Meinhoff, tzw. Rote Armee Fraktion, której niedobitki mieszkały w Dreznie. Fakt ten ma daleko idące konsekwencje, ponieważ bandyci z frakcji armii czerwonej dokonali swego najsłynniejszego zamachu – w trzy tygodnie po „upadku muru berlińskiego”! – gdy zamordowali prezesa Deutsche Bank, Alfreda Herrhausena, bliskiego doradcę kanclerza Kohla. Atak dokonany został z najwyższą precyzją, a bomba była tak niezwykle technicznie zaawansowana, że zamach pozostał zagadką przez lata, do czasu aż ustalono, że stasi pracowali nad taką właśnie bombą. [3] Belton jest zdania, na podstawie rozmów z byłym członkiem gangu, że zamach był dziełem Putina, choć dowody na to są tylko pośrednie. Najważniejszą częścią tajemniczej operacji Łucz było bowiem zapewnienie finansowej strony utrzymywania śpiącej sieci na Zachodzie. W czasie likwidacji ogromnej organizacji stasi, zniknęły miliardy marek, które po latach wytropiono w firmach w Szwajcarii, Lichtensteinie i Singapurze, założonych przez Martina Schlaffa, austriackiego biznesmena, najpewniej na zlecenie Wolffa. (W wiele lat później dochodzenia w Niemczech ustaliły rolę Schlaffa, który został oskarżony o defraudację, ale szwajcarskie sądy odrzuciły pozew.) Przygotowując się do nadchodzącego „upadku komunizmu”, kagiebiści pragnęli kontrolować jego skutki. W roku 1989 wydawać się mogło, że Deutsche Bank był najlepiej sytuowany, by finansować przyszłą prywatyzację enerdowskich firm, głównie dzięki dynamicznej osobowości Herrhausena. Tymczasem Putin miał doprowadzić do sytuacji, w której konkurencyjny Dresdner Bank mógłby czerpać zyski z prywatyzacji, gdyż miał swego człowieka w tym banku, niejakiego Matthiasa Warniga, tegoż samego oficera stasi. Czy pod wodzą Herrhausena, Deutsche odegrałoby taką rolę w dalszym ciągu tej historii, jak zobaczymy w następnych odcinkach opowieści? Prawdę mówiąc, chciwość kapitalistów nie zna granic.
Belton opisuje to wszystko uczciwie, ale pomimo to, co chwila powraca do utartej narracji, jak to demokracja zwyciężyła we wschodniej Europie.
Część KGB planowała bardziej stopniowe przejście [do gospodarki rynkowej], w którym kagiebiści zachowaliby wpływy i zakulisową kontrolę.
Słyszeliśmy tę historię do znudzenia: sprawy wyrwały się spod kontroli. Jak bardzo się „wyrwały”, opisuje w szczegółach Andrzej Dajewski na stronie Jesień demoludów: tajne policje rozpoczynały przemiany w jednym kraju, a gdy im wszystko umykało spod kontroli, to próbowały w innym, aż wreszcie, gdy już kagiebiści stracili panowanie nad sytuacją w całym bloku, to zapoczątkowali takie same „reformy” w raju krat, w sowieckiej ojczyźnie. Wot, durnaja gołowa, wsio zabyła…
Mimo to, Belton jest gotowa przyznać, że to, co zastąpiło poprzedni reżym, było tylko częściową zmianą warty. Jelcyn rozbił machinę kgb na cztery osobne służby, przez co stworzył Hydrę o wielu głowach – jej słowa, nie moje. Belton utrzymuje, że rozpoczęta w połowie lat 80. operacja Łucz (czyli Promień, czyżby miał to być promień nadziei?) – operacja ta opisywana bywa dzisiaj różnie, np. jako akcja zdobycia zachodniej technologii lub, komicznie, jako próba rekrutacji enerdowskich aparatczyków dla głasnosti – była w rzeczywistości operacją pozostawienia tajnych struktur na Zachodzie, po nadchodzącym „upadku komunizmu”. Oczywiście, cudzysłów (wraz z bezwstydną ironią) pochodzą tu ode mnie, nie od autorki. Belton formułuje opinię, którą słyszeliśmy powtarzaną do znudzenia: postępowe elementy kgb (np. ten słynny postępowiec, Andropow) pracowały już od wczesnych lat 80., nad wprowadzeniem wolnego rynku do sowieckiej gospodarki, przy zachowaniu kontroli nad nią. Markus Wolf, szef enerdowskiego wywiadu, nagle, w 1986, zrezygnował ze swojej sieci agentów w zachodnich Niemczech, stał się poplecznikiem pierestrojki, i opuścił szeregi stasi (ironia w tym wypadku pochodzi od Belton!), pomimo że, jak później udowodniono, pobierał nadal pełną pensję. Patrzymy więc na te same wydarzenia, te same zabiegi i fakty, ale widzimy je całkowicie na odwrót: jej zdaniem upadek był przewidywalny, autentyczny i wręcz nieunikniony, więc inteligentni czekiści przygotowywali się do niego, a moim zdaniem, sprokurowali „upadek” (niekiedy z wielkim trudem), po czym zrobili wszystko, żeby uczynić go wiarygodnym, ale przez cały czas przygotowywali się do jego następstw. Rozwój wydarzeń, wpływ na ich kierunek, konsekwencje posunięć, nadzór, były dla nich wszystkim.
A jednak Belton sama przytacza, że w 1988 roku kgb wysłało do enerdowa Borysa Łaptina z tajną misją stworzenia tajnej sieci agentów, osobnej i równoległej do sieci kgb. Sieć taka mogłaby działać w zjednoczonych Niemczech bez obawy kompromitacji związkami ze stasi lub z kgb, ale w jakich celach, skoro komunizmu już wówczas miało nie być? Wolff i Warnig, Drozdow i Putin, Łaptin i Kriuczkow, byli częścią operacji Łucz, kluczowego elementu prowokacji, którą wielu do dziś nazywa „upadkiem komunizmu”.
Operacja „bezrobotny kagiebista poszukuje zatrudnienia w celach zarobkowych”
Po powrocie z enerde, zamiast zająć ciepłą posadkę w centrali, Putin „otrzymał rozkaz powrotu do rodzinnego Leningradu”, gdzie „włączył się w demokratyczną politykę”. Próbował pracować dla Starowojtowej (sam zwrócił się z propozycją, że będzie jej kierowcą lub gorylem), ale odrzuciła jego ofertę – z pogardą czy z lękiem, nie wiadomo, ale czy można się jej dziwić? Znalazł nisko płatną posadę na uniwersytecie i tam rzekomo „wpadł w oko” Sobczaka, nowej gwiazdy polityki sowieckiej. W rzeczywistości, Putin został prawą ręką burmistrza Leningradu z rozkazu kgb, ale według niemieckiego wywiadu, Sobczak także od dawna pracował dla kgb. Kiedy „wybuchł pucz w Moskwie”, Sobczak mógł bezkarnie okazywać odwagę w obronie demokracji, bo Putin równocześnie prowadził zakulisowe rozmowy z kgb „na zakodowanych liniach komunikacyjnych”.
Nie będziemy się ponownie zajmować żałosnym spektaklem buntowszczyków w pijanym widzie, ani ich dzielnych oponentów, przemawiających z czołgów w zamroczeniu alkoholowym. Niektórzy nawet nazywają tę komedię „ostatecznym upadkiem komunizmu”.
We wczesnych latach 90., po tym, jak komunizm upadł, zczezł i rozwiał się niczym widmo, próbowano rozwikłać finanse widmowej partii. Niestety, odpowiedzialni za nie aparatczycy padli ofiarą upiornej epidemii; być może wskutek interakcji z widmem, wszyscy rzucali się z okien wysokich budynków (do dziś nie znaleziono szczepionki na tę zarazę, w większości wypadków śmiertelną). Wśród nielicznych dokumentów, które przetrwały kradzieże, morderstwa, choroby zakaźne i prozaiczne palenie akt, by w końcu ujrzeć światło dzienne, były dowody, że 5 grudnia 1989 roku 22 miliony dolarów wpłynęło na konto partii dla pomocy lewicowym organizacjom na świecie, kropla w morzu 12 miliardów dolarów, które zniknęły z kont partyjnych w ostatnich latach oficjalnego istnienia sowietów. Kiedy Gorbaczow doszedł do władzy, sowiety posiadały ponoć 1200 ton złota. W 1990 roku po tych rezerwach nie zostało śladu.
Dochodzenia sowieckich prokuratorów ustaliły, że pieniądze były przekazywane przyjaznym firmom na Zachodzie, które działały jako pralnie do pieniędzy. Pośród setek firm nieznanych lub drzemiących i pozbawionych dochodów (oprócz przekazów z Moskwy), były także firmy sławne, jak Olivetti, Siemens, Fiat lub Pergamon Press, Roberta Maxwella. Maxwell zginął w niewyjaśnionych okolicznościach na swym jachcie, na kilka dni przed ogłoszeniem tych rewelacji. Przyjazne firmy wspomagały sowiecki eksport lub dostarczały sowietom technologii, a przepływ funduszy umożliwiał ukrycie prania pieniędzy lub przekazywania ich dalej. W zachodnich oczach, najdziwniejsze wydawało się, że nawet zupełnie oficjalny eksport sowiecki był także używany dla wysysania pieniędzy z sowietów, w czasach gdy, zdawałoby się, tak bardzo potrzebne im były obce waluty. W późnych latach 80. wysysanie gwałtownie się wzmogło: góry aluminium, miedzi i tytanium szły na Zachód, ale pieniądze też pozostały na Zachodzie. Obok przyjaznych firm były także fundacje, organizacje charytatywne, fundusze, firmy maklerskie i, ulubione przez wszystkich gangsterów na świecie, firmy eksportowo-importowe, a każda z nich była także frontem, była przykrywką dla przyszłych operacji.
Wśród ocalałych dokumentów znalazł się jeden, który sugeruje, że celem „niewidzialnych funduszów partyjnych” miało być założenie „niewidzialnej gospodarki” i zapewnienie przetrwania partii:
Powinno być możliwe stworzenie systemu tajnego członkostwa Partii, które zapewni przetrwanie Partii w każdych warunkach w tych niezwykłych czasach.
Dokument ten został opublikowany w Moskowskich Nowostiach 18 września 2001 roku. Czyżby zamierzeniem widmowych planistów miało być tajne stowarzyszenie na wzór masonerii? Z tajnym uściskiem dłoni między wtajemniczonymi, który otwierać by miał drzwi do niesłychanych bogactw? Nie mogło przecież chodzić o kompartię Zjuganowa, bo ta była zupełnie jawna i celowo operetkowa. Członkowie politbiura, pytani po latach o plany niewidzialnej partii, odpierali z rozbrajającym uśmiechem: „upadek nastąpił tak prędko, że nic z tego nie wyszło…”
Ależ wyszło, wyszło. Jak raportuje Belton, setki przyjaznych firm na Zachodzie operowały, obracały pieniędzmi, jak gdyby nigdy nic, a „upadek” stworzył tylko lepszy klimat dla ich operacji. Jedną z tych firm była Seabeco, o której w następnej części.
Kto, zdaniem Belton, rozpoczął pracę nad przygotowaniami do „transformacji ustrojowej”? Jurij Andropow. Zakładał instytuty do badań rynku, szykował kadry dla przyszłych „kapitalistycznych sowietów” i przeznaczył elitę wywiadu kgb do kierowniczej roli. Wysyłał młodych kagiebistów na studia na Zachód, by uczyli się od wroga; a weteranów walki z Zachodem ustanowił szefami instytutów badawczych; warto tu zapamiętać nazwiska Michaiła Milsztajna, byłego szefa dezinformacji gru, Raira Simoniana, Jegora Gajdara i Piotra Awiena. Studiowali czarny rynek i metody jego kontroli.
Co się zaczęło jako korupcja systemu, stało się z czasem probówką, w której KGB hodowało przyszłą gospodarkę rynkową.
Jak zwykle, Belton zapomina, że czarny rynek istniał w sowietach zawsze, od samego początku, bo inaczej raj krat nie potrafił się wyżywić, i że zawsze był ściśle nadzorowany przez czekistów. Trzeba jednak oddać hołd jej obiektywizmowi, skoro to ona sama opowiada o projekcie Andropowa. Drugim etapem eksperymentu było poszukiwanie zdolnych, młodych komunistów, którzy mogliby stać się przyszłymi kapitalistami. Kazano im tworzyć „młodzieżowe centra naukowo-techniczne” (nttm) i dano im dostęp do kont „beznalicznych rubli”, które stały się zaczątkiem przyszłych bogactw. To wśród komsomolców kagiebiści znaleźli Chodorkowskiego, Fridmana i innych przyszłych oligarchów. A kto wydawał rozkazy i czuwał nad kontynuacją pracy nad planem, po śmierci Andropowa? Władymir Kriuczkow, szef kgb, który był takim betonem, tak bardzo był twardogłowy, że dzisiejsze siłowiki to przy nim słowiki. To on przecież miał stać za sierpniowym puczem przeciw Gorbaczowowi… A ot, przygotowywał grunt pod przyszłe cieplarnie, w których sowieckaja włast’ odrodzić się miała i rozkwitnąć na nowo, jak robotnicza pięść zaciśnięta radośnie na gardle burżuja.
Niektórzy nazywają to „upadkiem komunizmu”.
______
- Putin’s People. How the KGB Took Back Russia and then Took on the West [„Ludzie Putina. Jak KGB przejęło władzę w Rosji i rzuciło wyzwanie Zachodowi”], London 2020
- Por. książkę Gessen o Putinie, The Man Without Face, Londyn 2012, omawianą przeze mnie przed laty: Wołodia Putin – aparatczyk z gutaperki http://wydawnictwopodziemne.com/2012/09/06/wolodia-putin-aparatczyk-z-gutaperki-i/
- Sam zamach jest niezwykle ciekawy i godny uwagi, przerasta jednak ramy niniejszego artykułu. Zainteresowanych odsyłam do dłuższego tekstu na ten temat: https://www.wired.com/2008/07/the-assassinati/. Bomba wykorzystała tzw. efekt Misznaya-Schardina, ale w sposób wyjątkowo precyzyjny, więc nie bez powodu, nazwano technikę użytą w zamachu – „superbombą”. Pocisk wysłany przez zdalnie kierowaną eksplozję, przekłuł opancerzone auto, jadące z dużą prędkością w konwoju, dokładnie tam, gdzie siedział pasażer.