Zamknij
Michał Bąkowski

Lajkonik w Okopach Świętej Trójcy czyli opowieść o emigracyjnym Rejtanie

10 kwietnia 2020 |Michał Bąkowski, Okopy Świętej Trójcy
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/04/10/lajkonik-w-okopach-swietej-trojcy-czyli-opowiesc-o-emigracyjnym-rejtanie/

Kiedy znalazłem się w Londynie w drugiej połowie lat 80., z głową pełną Józefa Mackiewicza, rzuciłem się do lektury jego artykułów rozproszonych na łamach emigracyjnych pism.  Spędzałem dwa wieczory w tygodniu w czytelni Biblioteki Polskiej, pożerając roczniki Lwowa i Wilna, Wiadomości i innych publikacji.  Interesował mnie głównie Mackiewicz, ale bardzo prędko wciągnął mnie kontekst.  Stałe rubryki, pełne znakomitych artykułów, jak choćby Siva rerum (nie wiedziałem wówczas, że pisał je Mieczysław Grydzewski, redaktor Wiadomości), nazwiska autorów znane tylko ze słyszenia lub zupełnie nieznane.  Wcześnie natknąłem się na artykuł, który zapadł mi w pamięć: Chusta Weroniki, [1] pióra Zygmunta Nowakowskiego.  Autor kontrastował proces norymberski z mordem sądowym dokonanym przez Tito na jednym z bohaterów wojny, generale Mihailoviću.  Draża Mihailović, w przeciwieństwie do AK, odmówił wydania swej ojczyzny w ręce komunistów, więc to jego wydano w ręce Tity. 

Nie zapomnimy o nim, my – Polacy.  Mogą zapomnieć narody, które podczas tej wojny wyspecjalizowały się w handlu innymi narodami.  My – nie.

Lecz, jeśli by na przekór naszej rozpaczliwej wierze, miała naprawdę zginąć ludzkość, rysy jej ostatnie utrwali nie aparat fotograficzny, ale chusta Weroniki, chusta najświętsza, biała i krwawa.  Tragiczny negatyw.  Klisza śmierci.

Piękne słowa.  Tylko że, „my, Polacy” zapomnieliśmy o bohaterze z kretesem.  Przypomniały mi się tamte refleksje sprzed lat, przy lekturze książki Pawła Chojnackiego, pt. Reemigrejtan, [2] o Zygmuncie Nowakowskim.  Chojnacki zastanawia się na wstępie, jak trudno wiedzieć, dla kogo się pisze.

Czy istnieje jakaś zbiorowa opinia ludzi świadomych, wykształconych czy zainteresowanych kulturą?  Czy istnieje pozaspecjalistyczne, ale kompetentne forum dyskusyjne?  A główny aktor tej książki przekracza dyscypliny, czy też ujmując rzecz inaczej, obejmuje ich wiele.  Biegli jednej dyscypliny pogubią się w nim, ale przede wszystkim bać się będą ogarnąć go w całości i wyjść poza swą branżę.

To mnie nie przekonywa.  Wydaje mi się, że pisać, a szerzej, tworzyć, powinno się zawsze dla idealnego odbiorcy, zaspokajając najwyższe wymagania i potrzeby – własne.  Tak tworzył wielki Jan Sebastian Bach, nie inaczej nieznany Pandolfi, którego muzyka leżała zapomniana w archiwach przez ponad 400 lat, by cieszyć moje uszy w XXI wieku.  Tak samo pracowali anonimowi budowniczowie katedr, twórcy witraży, kamieniarze, rzeźbiący wymyślne rzygacze, które na zawsze umieszczone miały być z dala od ludzkich oczu.  Co rzekłszy, życiorys Nowakowskiego jest rzeczywiście urozmaicony i barwny.

Socjalista za młodu, i legionista, wzięty aktor scen krakowskich, reżyser i dyrektor teatru, powieściopisarz, dramaturg, dziennikarz, a nade wszystko – felietonista i piewca Krakowa.  Nowakowski propagował opiekę nad zwierzętami (bo chyba nie współczesny nam absurd „praw zwierząt”), kochał Cracovię, pisał potoczyście i z humorem; nadsyłał żywe reportaże z Niemiec w dniach dojścia Hitlera do władzy, gdzie dostrzegł rewolucyjny charakter wydarzeń i grozę czającą się w zmechanizowanych tłumach: „Byłem w stratosferze pychy.  I w atmosferze chamstwa.”  Zastanawiał się już wtedy, czy brunatna koszula nałożona na niemiecki naród była „kaftanem bezpieczeństwa, czy też koszulą Dejaniry, umaczaną we krwi zabitego centaura”.  Po czym pojechał do sowietów – o, pardon! do Rosji – i zainteresował się ich teatrem.  Był sławnym na całą Polskę autorem powieści „Przylądek dobrej nadziei”, sztuki scenicznej „Gałązka rozmarynu” i regularnych felietonów w „Ikacu”.  Należał do niekłamanej elity Polski Dwudziestolecia, był u szczytu sławy, gdy Rzeczpospolita runęła w gruzy we wrześniu 1939.  I tak przemienił się z Gustawa w Konrada.  Wszystko to opisuje Chojnacki ze swadą, ale przytacza głównie opinie innych autorów, stojąc niejako na uboczu i przyglądając się, co też rozliczni znajomi pisarza oraz późniejsi badacze mają do powiedzenia o Nowakowskim.  Osobiście, bardziej interesuje mnie jego zdanie, które na szczęście wypowiada (choć powściągliwie, i tylko na wstępie i w zakończeniu).  Przytacza w pewnym momencie wypowiedź, jakoby „nie było przesady w powiedzeniu, że w najgorszym okresie stalinizmu cała Polska słuchała jego pogadanek”.  To jest może najlepszy przykład, jak bardzo nie na miejscu jest metoda stania z boku i cytowania cudzych opinii.  Ewidentnie, jest ogromna przesada w tym twierdzeniu, ale przytaczając je bez komentarza – być może z ironicznym uśmiechem, jednak czytelnicy tego uśmiechu nie widzą – autor legitymizuje tę oczywistą niedorzeczność.

Pomijając rozpiętość zainteresowań, życiorys Nowakowskiego nie różni się aż tak zasadniczo od wielu innych pisarzy polskich z owych czasów.  Jednak Chojnacki widzi w nim „szczególnie krzywy uśmiech losu”, że człowiek przywiązany tak silnie do jednego miejsca, Krakowa, musiał „tułać się wśród obcych” przez resztę życia.  Hmm, takich przykładów mamy mnóstwo w historii.  Dante i Machiavelli, sławiący do końca życia Florencję, której nie danem im było ujrzeć ponownie.  Owid tęskniący na wygnaniu za Rzymem czy Tukidyd skazany na banicję z umiłowanych Aten.  A wśród polskich emigrantów, Hemar, ze swą nieprzebraną tęsknotą do Lwowa, Józef Mackiewicz i jego bolesny żal za utraconym na zawsze Wilnem i tylu innych, których ziemia i groby zdeptane zostały butami krasnoarmiejców.

Konrad na wojnie bez końca

Niezwykle ciekawa wydała mi się sprawa niedoszłego „zamachu stanu” z września 1939, nawet jeżeli odniosłem wrażenie, że Nowakowski nieco wyolbrzymił swą rolę w wypadkach (miał chyba w ogóle tendencję do konfabulacji).  Chodziło o przejęcie władzy dyktatorskiej przez generała Sikorskiego, jaka więc szkoda, że autor nie zajął się tym zupełnie nieznanym wydarzeniem szerzej.  Poprzez Lwów i Węgry, nasz bohater znalazł się we Francji, gdzie był uważany za „człowieka Sikorskiego”, z którym był wręcz zaprzyjaźniony; będąc blisko także z Kotem i Kukielem, był persona grata w nowej elicie.  Był członkiem Rady Narodowej, ale prędko utracił wpływy przez nieustanne interwencje w obronie piłsudczyków.  Poróżnił się ze swymi byłymi protektorami także w sprawach politycznych, zwłaszcza z Sikorskim za jego stosunek do sowietów.

„Białe plamy nie plamią”, powiedział, gdy jego artykuły w wojennych Wiadomościach Polskich poddawane były cenzurze.  Nie mógł znieść cenzury angielskiej, zabraniającej mówienia o wschodnich granicach Polski, wzmianek o Lwowie i Wilnie, i wreszcie o Katyniu, ale prawdziwie zaszła mu za skórę cenzura polska, „niekiedy surowsza niż brytyjska”.  W lutym 1944 odebrano Grydzewskiemu przydział papieru, co w wojennych warunkach było równoznaczne z zamknięciem pisma.  W ostatnim swym artykule, Nowakowski argumentował, że Polska, wypowiedziawszy swoje „Nie” wobec Hitlera, „powinna odpowiedzieć słowem ‘Nie!’ także naszym brytyjskim sprzymierzeńcom, którzy nie pozwalają Polakom wymieniać nazw ‘Lwów i Wilno’”.  A po latach komentował:

Pismo zostało zamknięte przez czynniki brytyjskie, dla dogodzenia czynnikom rosyjskim, a nie bez życzliwego udziału czynników polskich.

Te rzekome „czynniki rosyjskie” będą znamiennym elementem jego publicystyki powojennej.  Innym znaczącym wątkiem jest niezachwiana wrogość wobec sowieckich tworów powstałych na gruzach Polski.  „Nie chcę jej oglądać.  Jest mi obca, wstrętna, nienawistna.”  Był bezkompromisowy i uważał odrzucenie Polski ludowej za akt walki:

Odmowa jest aktem woli, aktem pozytywnym.  Odmowa jest aktem miłości, obroną Polski prawdziwej przed wykolejeniem z drogi obranej przed dziesięciu wiekami.

W 1960 roku pisał, że to dla niego już 21 rok wojny.  Jego wojna była walką o to, by Polacy nie zostali rozbrojeni moralnie, by pozostali gotowi do walki:

Abyśmy, gdy przyjdzie chwila, znaleźli kosy wyrwane nam z rąk i ciśnięte w kąt.  Abyśmy, chociaż w znaczeniu moralnym, byli uzbrojeni, abyśmy wytężyli wzrok i słuch.

Na syreni śpiew, dochodzący go z prlu, odpowiadał:

Nęcą nas i wabią, wołając: „Budujcie razem z nami nasz polski, własny, cały dom!”  Nieprawda!  Ten dom nie jest ani polski, ani własny, ani cały.

Nie na darmo nazywany był Rejtanem emigracji i „dzwonem Zygmuntem”, bo przemawiał do Polaków z patosem i z wielką elokwencją, przemawiał soczystą polszczyzną, ale także z humorem i z rzadkim wdziękiem.  W rezultacie był w nieuniknionych zatargach z Kulturą, a Mieroszewski nazywał go reakcjonistą.  Nie sądzę, żeby taka opinia mogła przejmować Nowakowskiego.  Bardziej interesuje mnie, co miał do powiedzenia na jego temat, inny niezłomny emigrant – Józef Mackiewicz.  Chojnacki przytacza jedno zdanie z listu do Giedroycia:

Grydzewski pod wodzą swego „rejtana” – Nowakowskiego, zaczął się wycofywać w okopy Św. Trójcy.

Okopy Świętej Trójcy?  Symboliczny bastion reakcji?  Ostatni szaniec kontrrewolucji?  Proszę mnie natychmiast zapisać do tych okopów!  Ale dlaczego Józef Mackiewicz – antykomunista i kontrrewolucjonista z przekonania – miał mieć coś przeciwko okopywaniu się przeciw zalewowi bolszewickiego chamstwa?

Okopy Świętej Trójcy

W istocie, drogi tych dwóch pisarzy przecinały się często.  Na krótko przed wojną obaj pisali o dziwnej historii „stotalizowanego pustelnika” w Pieninach (por. Nudis verbis), obaj byli członkami „Akademii Grydzewskiego” na emigracji od jej zarania i najwyraźniej nie lubili się wzajemnie.  W 1961 roku Nowakowski wystąpił z wnioskiem, by zakazać publikacji sprawozdań z obrad „Akademii” (oprócz oficjalnych stenogramów w Wiadomościach).  O ile wiem, jedynie Mackiewicz pisał takowe relacje, które zresztą są nie tylko próbką jego felietonistycznego talentu, ale także ciekawym dokumentem historycznym.  Czyżby zatem Mackiewiczem powodowała osobista animozja, gdy wyśmiewał Emigrejtana?  Pisał o Nowakowskim wielokrotnie, z mieszaniną sympatii i pobłażania.

Zygmunt Nowakowski mówił więc długo i przyjemnie o rzeczach takich jak Académie Goncourt, Académie française, błyskał erudycją starych dowcipów, starych pisarzy francuskich, przeplatał snobizm z kawałkami przedwojennych kawiarń literackich; trochę wspominki, trochę cytaty: wszystko jak powinno być w takich okazjach, by zostało po staremu. Bo zresztą po co inaczej, prawda? A w końcu nasza Akademia to żadna trybuna, ani areopag literacki, to tylko jury, wytypowanie najlepszej książki roku ubiegłego na emigracji.

A więc mówić o rzeczach wzniosłych i błahych, byle tylko nie dotykać spraw zasadniczych?  Gawędy Nowakowskiego zbyt często krążyły wokół „czasów byłych, bezpowrotnych”, a to nie był styl Mackiewicza, ale wiemy przecież, że Nowakowski także nie stronił od kwestii zasadniczych.  Kiedy dowiedział się o układzie Sikorski-Majski, „naurągał publicznie” Sikorskiemu, „a Kota traktował jak psa”, wedle Cata.  Według innych obecnych, „walił pięścią w stół”, „w porywie gniewu chwycił za krzesło”.  Nie jest to postępowanie człowieka, który nie rozumie wagi spraw zasadniczych.  Zdaniem Pragiera, Nowakowski miał rzadką zdolność „trafiania ludziom do serca” i tu już mogę sobie wyobrazić podstawę istotnych różnic: Mackiewiczowi zależało na trafianiu do głowy.  Paweł Chojnacki odkrywa przed nami jaskrawy przykład tej różnicy: oto nigdzie nie natrafił na przykłady, wskazujące, że Nowakowski odróżniał Rosję od sowietów.  „Przeczuł Teheran i Jałtę”, ale też jego reakcja była głównie emocjonalna, co zresztą podkreślali jego wielbiciele, bo uważali to za wielką zaletę jego pisarstwa.  Uważał za obowiązek „wprzęgnięcie twórcy w historyczną potrzebę chwili”.  W pierwszym numerze Wiadomości, w roku 1946, pisał o Polsce jako „łyku tęgiego wina, które wzmacnia i jednocześnie zamracza”; o Polsce z dystansu, która jest „znakiem, hasłem”, „stanem uczuciowym, jest bezinteresowną a straszliwie bolesną igraszką naszej myśli”.

Według trzeźwej rachuby, polskość, to przede wszystkim zespół obowiązków, które przewyższają znacznie zespół przywilejów i korzyści.

Zadaniem emigracji było „zachowanie treści polskości i nienaruszoną treść Polski”.  Nic dziwnego, że Barbara Toporska pisała z ironią, iż czytając felietony Nowakowskiego, „widzi się obraz emigracji polskiej, jak pomnik wykuty z marmurowego monolitu.  Serce rośnie, zwłaszcza gdy p. Nowakowski wywyższa nas nad inne emigracje.”  Stefania Kossowska nazwała Nowakowskiego „syntetycznym Polakiem”, który myśli i czuje jak większość Polaków.  I tu jest chyba pies pogrzebany.

W 1948 roku Mackiewicz pisał w znakomitym artykule, pt. „Jak się zachować?”, który znalazł się w Nudis verbis:

Zaszczepianie fikcyjnego optymizmu o położeniu i nastrojach kraju, o rzekomej nieskuteczności propagandy bolszewickiej, o nieugiętości narodowego charakteru polskiego itd., itp., tzw. „podnoszenie na duchu” drogą zniekształcania obrazu (nawet Zygmunt Nowakowski pisze wciąż o Rosjanach przebranych za Polaków; rozumiem oszukiwać obcych, ale siebie?!) i bagatelizowanie największego niebezpieczeństwa, jakie nam grozi od strony bolszewizacji narodu – jest powtórzeniem taktyki z lat 1939 –1945.

Jego artykuł „Nie Rosja, ale Sowiety” z roku 1947 (także w Nudis verbis), w którym po raz pierwszy rozwija swą sławną tezę, że „Niemcy przeistaczają nas w bohaterów, bolszewicy w – gnój”, jest otwartą polemiką z Nowakowskim.  To właśnie „myślenie i czucie jak wszyscy Polacy” zamykało Nowakowskiemu oczy na niebezpieczeństwo bolszewizacji.  Widząc w sowietach tylko odwiecznego wroga, „Rosję”, rozbrajał swych czytelników.  Wbrew intencjom zakucia Polaków w zbroję tradycji, rozbrajał ich moralnie.  Innymi słowy, to jego niekłamany patriotyzm polski okazywał się słabością wobec sowieckiego zagrożenia.

Mackiewicz nazywał ten typ patriotyzmu „rozdzieraniem szat” i poświęcił mu kolejny artykuł z lat 40., który znaleźć można w Drogiej Pani.  Był to patriotyzm „starych uprzedzeń, niechęci i tradycyjnych nienawiści”.  Te pojęcia pragnął odesłać do lamusa, bo „mniejszym wrogiem wydaje się antyhitlerowiec Hans Muller i antybolszewik Iwan Iwanow, niż bolszewik Stanisław Kowalski”.

Spekulowanie na to, że Polak-bolszewik przestanie być bolszewikiem po upadku Sowietów, nie ma dużego sensu, bo taki Polak, który pod Sowietami staje się bolszewikiem, a po ich obaleniu przestaje być bolszewikiem, nie jest ani Polakiem, ani bolszewikiem, tylko – szmatą.

Miał wkrótce spotkać się ze skrajnym przykładem rozdzierania szat ze strony Nowakowskiego.  Oto Władysław Studnicki zgłosił się na świadka obrony w procesie przeciw generałowi von Mansteinowi, a Nowakowski napadł na niego bez pardonu.  W artykule pt. „Hobby p. Studnickiego” nawyzywał mu od „nieletnich osiemdziesięciolatków”: „To człowiek osobiście uczciwy, nieuczciwy narodowo.  Najgorsza pod słońcem kombinacja.”  Mackiewicz replikował listem do Wiadomości (także w tomie Nudis verbis).  Znalazł u Nowakowskiego chęć „podeptania człowieka jako takiego”.

Za to, że prof. Studnicki ośmielił się uczynić gest rycerski w stosunku do powalonego wroga. W chwili gdy dwa miliony „przyjaciół polsko-radzieckich” płaszczy się „ze względów taktycznych”, gdy najwięksi współcześni poeci polscy, Julian Tuwim i K. I. Gałczyński, liżą buty Stalina z takim smakiem, z jakim lizał ostatni tylko hitlerowiec buty bądź co bądź swego Führera, gdy dziesiątki i setki innych literatów, uczonych, artystów polskich „dla zachowania substancji biologicznej narodu” pławi się w najwiernopoddańszych ukłonach i gestach w stosunku do wroga, który zwyciężył nas bez wojny, na gest prawdziwie rycerski w stosunku do wroga zwyciężonego i zmiażdżonego zdobywa się jedyny prof. Studnicki. Niestety, odprawa, której się za to doczekał, służyć może za miarę tego poziomu, do którego spadła dziś nasza wielka legenda rycerska.

Mackiewicz podziwiał odwagę Studnickiego.  Nie bać się ani dyktatorów, ani gawiedzi, to jest dużo.

Nie bać się, to znaczy spojrzeć z dumą z najdłuższej, chociażby osiemdziesięciotrzyletniej perspektywy życia, że się nigdy i przed nikim nie pełzało na brzuchu.

Kiedy więc Mackiewicz mówił o „rejtanie w okopach Św. Trójcy”, to nie występował przeciw, miłej zapewne i jego sercu, niezłomności Nowakowskiego.  Odrzucał w zamian jego polrealizm.  W znakomitym liście do redakcji Dziennika Polskiego pt. „Ani polrealizm, ani socrealizm”, odrzucał rolę pisarza jako „instytucji narodowej”, gdyż nie różni się ona zasadniczo od roli pisarza pod komunizmem.  Pisarz powinien być wolny od narodowej dyscypliny, w imię prawdy i w imię piękna.  Powinien móc mówić swemu narodowi prawdy niechciane.  Pisarz służyć powinien kulturze, a nie narodowi.  W rzeczy samej, pisarz najlepiej służy swemu narodowi, gdy służy kulturze i prawdzie.

Mazowsze, Kisiel i arrasy

„Nie jest winą Nowakowskiego, że nie jest Mickiewiczem.  Ale, oczywiście, ma go więcej w sobie, niż cała Kultura”, pisał, nie bez racji, Lechoń.  A jednak patriotyzm Nowakowskiego był tak skrajny, że doprowadził go do posunięć, które trudno przyjąć, choć niestety łatwo wyjaśnić w świetle wewnętrznej logiki polrealizmu.  Rozwinął np. akcję „upiększenia rynku krakowskiego”, nawoływał do hojności i zbierał pieniądze, które w końcu przesłano do Krakowa.  „Swoją drogą ciekawe, co się stało z tym kapitałem?”, zapytuje Chojnacki.  Poszedł zapewne do partyjnego skarbca, ale tym się już Nowakowski nie interesował.  Opowiadał się następnie za oddaniem arrasów wawelskich w ręce polskich komunistów.  Kiedy w 1957 roku zaproszono Miłosza do Sali Sztandarowej Instytutu Sikorskiego, Nowakowski grzmiał, że „należało salę po Miłoszu wykadzić”.  Ale nie przeszkadzało mu, że w pierwszej części tego samego wieczoru, wystąpił poseł na sejm prlu, Stefan Kisielewski.  Miłosza nazwał „narzędziem propagandowym Warszawy”, ale nie Kisiela.  Czyżby był aż tak zaślepiony na działalność reżymowych katolików na emigracji?  Tak być musiało, skoro w tymże 57 roku pisał:

Byłem dwa razy pod rząd na „Mazowszu”, skutkiem czego mam zarówno prawicę jak i lewicę obrzękłą od klaskania.

W kilka lat później tancereczki zespołu „Śląsk” zaprosiły go na scenę, by podziękować za poparcie.  Czyżby nie widział, jaką rolę propagandową odgrywały śliczne, młode panienki z tych zespołów?  Mackiewicz nigdy nie pozwolił się uwieść polrealizmowi:

I wszystko, co z tej „Polski” rzucane jest na rynek światowy, czy to w postaci tuczonych gęsi, czy wywodów panów Hrabyków, czy śmigających ze sceny majteczek tancerek „Mazowsza” – w mniejszym lub większym stopniu – służy komunizmowi.

I wreszcie być może najtrudniejsza do zrozumienia sprawa, kompromis o wiele poważniejszy niż zachwyt starszego pana na widok prlowskich majtek.  W 1961 roku Nowakowski pisał do przyjaciółki w Krakowie, że udzielił zgody na druk swych powieści w prlu.  Chojnacki przytacza fragmenty listów za wtórnym źródłem, po czym wyraża wątpliwości, co do ich autentyczności.  Być może ma rację, bo to trudne do pojęcia, że ten zacięty wróg prlu dał się wciągnąć w tego rodzaju korespondencję (i rozmowy) z szefem Wydawnictwa Literackiego w Krakowie.

Niecałych pięć lat po jego śmierci, w 1968 roku, kiedy wystawiono w Londynie Gałązkę rozmarynu, Leopold Kielanowski szczycił się w programie, że „na scenach w Kraju nie ma obecnie miejsca na udramatyzowaną opowieść o zwycięskim zrywie Legionów pod wodzą Józefa Piłsudskiego”, ale wówczas prochy Nowakowskiego spoczywały już w Krakowie.

Fundament III RP?

Paweł Chojnacki jest zdania, że Nowakowski powinien był stać się „fundamentem kultury III RP”.  Z mojego punktu widzenia, nie ma, i nigdy nie było, żadnej iiirp, jest tylko prl bis, ale Nowakowski nie pasuje nawet do niego, pomimo dominującego w dzisiejszej Polsce głośnego patriotyzmu na pokaz.  Nowakowski opierał się zarówno „kulturze jaskiniowej, kulturze grobów katyńskich”, jak i „standardowej, zmechanizowanej, odpychająco trywialnej” kulturze, którą nazywał amerykańską.  Dzisiejsza Polska pozostała obojętna na prawdziwą kulturę, zatem alternatywa pozostaje niezmieniona.  Może więc, nie jest wcale dziwne, że o Nowakowskim głucho w prlu bis.

Są jednak chyba jeszcze inne powody, z których nasz bohater sam zdawał sobie sprawę.

Na trochę ponad rok przed śmiercią, zorganizowano dla niego zbiórkę pieniędzy od czytelników.  Napisał wówczas do przyjaciółki:

Mam teraz tyle pieniędzy, że mógłbym, nie zarabiając wcale, żyć spokojnie i względnie dostatnio przez półtora roku, może więc lepiej byłoby wykorzystać tę sytuację, odłożyć na bok całą pracę zarobkową, a wziąć się do pisania rzeczy na serio i coś po sobie zostawić.

Nowakowski był zapewne najlepiej płatnym pisarzem na emigracji.  Miał stałą rubrykę w londyńskim Dzienniku Polskim, pisał dużo do Wiadomości, choć nie tyle ile by chciał, i do Dziennika Polskiego w Detroit, ale najważniejsze, że dostawał dolary od Nowaka, z Wolnej Europy, za stałe pogadanki, których nagrał chyba tysiące.  Mimo to – a może właśnie dlatego – miał świadomość, że „rozdrobnił się” w okolicznościowych mowach i felietonach.  Jego najsłynniejsze rzeczy należą do literatury popularnej, a być może miał talent na coś ważniejszego.  Dostrzegał „przerost felietonu w Polsce”, ale nie potrafił oprzeć się sławie, i roztrwonił talent na felietonowe drobiazgi, rozmienił się na drobne.  Oceniając na podstawie nielicznych znanych mi próbek, jestem przekonany, że był znakomitym stylistą.

Nie potrafię ocenić, jaką pozycję powinien zająć w panteonie polskiej emigracji.  Był jej wyrazicielem, przez co stał się rzecznikiem jej fundamentalnej słabości.

Powiedział o mnie jakiś niewinny pochlebca, że patrzę na życie jak człowiek teatru.  Widzę w nim akcję, intrygę, role, dekoracje, światło.  Podobno jednak przede wszystkim widzę… publiczność.

Dlaczegoś nasuwa mi się w odpowiedzi Stachura:

Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam.
Życie to nie tylko kolorowa maskarada.
Życie tym straszniejsze i piękniejsze jest,
Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć!

Paweł Chojnacki walczył przez lata o „powrót Zygmunta Nowakowskiego do Krakowa” – bezskutecznie.  Teraz sam wyraża wątpliwości, czy Rejtan emigracji chciałby mieć cokolwiek wspólnego z dzisiejszą Polską i stąd tytuł jego książki, bo może Pan Zygmunt rozdarłby szaty i powrócił na emigrację.

Pomimo obfitości przytoczeń i setek odsyłaczy, książkę czyta się znakomicie, narracja toczy się wartko od budki suflera na krakowskiej scenie, przez pole karne Cracovii i Arkadię olśniewającego dworu w Trzęsówce, przez tułaczkę, aż do małego mieszkanka na poddaszu domu na pięknej ulicy w londyńskim Hampstead.  Czy Zygmunt Nowakowski powinien wrócić, czy chciałby wrócić, czy też jest zawsze duchem obecny w Krakowie, niezależnie od tego czy słyszeli o nim Ziutek i Stefa?  To jest otwarte do dyskusji.

_______

  1. Wiadomości, nr 18, 4 sierpnia 1946
  2. Paweł Chojnacki, Reemigrejtan. Kiedy Zygmunt Nowakowski wróci wreszcie do Krakowa?!, Kraków 2019
Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/04/10/lajkonik-w-okopach-swietej-trojcy-czyli-opowiesc-o-emigracyjnym-rejtanie/
Kategorie: Michał Bąkowski, Okopy Świętej Trójcy
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2020/04/10/lajkonik-w-okopach-swietej-trojcy-czyli-opowiesc-o-emigracyjnym-rejtanie/