Zamknij
Michał Bąkowski

Kiedy Józef Mackiewicz bił na <i>Alarm</i>

28 grudnia 2019 |Meandry mackiewiczologii, Michał Bąkowski, Polemiki i wątki
Źródło: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2019/12/28/kiedy-jozef-mackiewicz-bil-na-alarm/

W roku 2017 ukazało się nowe wydanie wyboru pism Józefa Mackiewicza pt. Nudis verbis.  Pierwsza edycja wyszła w roku 2003 w tzw. „czarnej serii” jako 16 tom Dzieł.  Od samego początku, koncepcja wyboru była taka, żeby oddać konsekwencję myśli politycznej Mackiewicza w czasach przed, podczas i po II wojnie światowej.  Wojna nie była w moim przekonaniu cezurą w twórczości Mackiewicza, choć bez wątpienia wydarzenia owych lat miały na niego ogromny wpływ.  Nudis verbis zawierać miało wybór artykułów pisanych od 1 stycznia 1939 roku do końca roku 1949, w chronologicznym porządku. 

Zaznaczę w tym miejscu, w postaci dłuższej dygresji, że jestem odosobniony w twierdzeniu, iż II wojna światowa nie była cezurą w twórczości Mackiewicza.  W wydanej niedawno książce pt. Tylko prawda jest ciekawa, Adam Fitas wyraża opinię przeciwną.  Jego zdaniem, bolszewizm i przewroty po 1917 roku były wprawdzie przyczyną „przemiany świata”, o której traktują wielkie powieści, Kontra, Lewa wolna i Sprawa pułkownika Miasojedowa – „stopniowe przechodzenie starych XIX-wiecznych porządków w stulecie zniewolenia człowieka”, jak to trafnie formułuje w skrócie Fitas – a pomimo to:

Jednak prawdziwa cezura następuje podczas drugiej wojny światowej i dotyczy zarówno tekstów stricte politycznych, jak i rozmaitej rodzajowo literatury: wspomnieniowej, reportaży, a następnie powieści.  O ile granica z komunizmem biegnie w twórczości przedwojennej Mackiewicza przestrzennie, wzdłuż linii wyznaczonej traktatem ryskim, o tyle w latach 40. przybiera charakter czasowy: wszystko zmienia się z nastaniem okupacji sowieckiej.

Wydaje mi się bezdyskusyjne, że okupacja sowiecka była zasadniczą cezurą w życiu obojga Mackiewiczów.  Wojna w ogóle, a życie pod sowietami w szczególności, były doświadczeniem zasadniczym.  Pozwolę sobie przytoczyć fragment opowiadania, który jest także cytowany przez Adama Fitasa:

Wojna oczywiście zmienia z gruntu wszystkie warunki życia.  Ale w stanie pokoju, dopóki ludzie są po tej stronie chrześcijańskiej, po niebolszewickiej stronie życia, mogą się kochać lub nienawidzić, kłócić czy godzić, ale wieczerza wigilijna pozostaje tym samym, niezmiennym, obowiązującym wszystkich jednako dekretem tradycji.  Tak też było w okresie stuletnich zaborów na wszystkich naszych ziemiach, polskich, litewskich i ruskich, aż do chwili czerwonej kresy przeciągniętej przez bolszewizm.

Zgadzamy się zatem, że był to przełomowy moment w ich życiu, ale moim zdaniem, nie w twórczości Mackiewicza.  Mówił o komunizmie przed wojną po wielekroć, pisał ze zgrozą o postępach bolszewizacji w Wolnej Polsce („Chaty na biało, dusze na czerwono”), pisał o fatalnym stosunku państwa polskiego do komunizmu („Co się wyrabia w odległości 70 km od Mińska”) i do sowdepii („Czy panowie pożyczyli, czy darowali bolszewikom 1 i pół miliarda złotych?”).  I dlatego właśnie, pomimo tej zasadniczej cezury życiowej, tak ważne wydawało mi się, żeby wybór artykułów do Nubis verbis obejmował dramatyczny rok 1939, czasy litewskie z wieloma artykułami poświęconymi bohaterskiej walce Finów z sowieckim najeźdźcą, okupacje sowiecką i niemiecką oraz wczesny okres emigracji.  Jego antykomunizm nie był bowiem „reakcją na groby katyńskie” (jak się czasami słyszy) ani na deportacje, nie był odpowiedzią na codzienny koszmar sowietyzmu, a wynikał z uprzedniej, klarownej, przeżytej i wyartykułowanej, tradycyjnej moralności i konserwatywnego poglądu na świat.

Mamy więc w tym tomie reportaże z obozu w Zbąszyniu, gdzie przetrzymywano wysiedlonych z Niemiec Żydów polskich, i reportaże z zagarniętej przez Niemców Kłajpedy, przeplatane interwencyjnymi artykułami w obronie miejscowej ludności Wileńszczyzny przed nadużyciami ze strony napływowej administracji polskiej.  Mamy także zabawny dowód owej stałości postawy i myśli w artykule pt. „Szabla i pałka gumowa” z kwietnia 39 roku, który warto porównać z esejem pod tym samym tytułem (od niego pochodzi tytuł 23 tomu Dzieł) napisanym w 1962 roku dla Russkoj Mysli.  Z czasem coraz więcej było o Hitlerze, o Stalinie i nadchodzącej wojnie, ale jeszcze w sierpniu 1939 pisał o semibolszewickim etatyzmie polskiej biurokracji („Ponura tajemnica nie stotalizowanego pustelnika…”).  W tomie znalazł się następnie znakomity artykuł napisany w Kownie, pt. „My, Wilnianie…”, za który oskarżano Mackiewicza o zdradę; obszerny wybór z redagowanej przez niego Gazety Codziennej oraz wszystkie artykuły z niemieckiego Gońca Codziennego.  Emigracyjną publicystykę otwierał felieton „Ech, wrócić-by!”, który ukazał się w listopadzie 1945 roku w rzymskim Orle Białym.

Pomiędzy nimi zionęła ogromna dziura.  Wiedzieliśmy bowiem od samych Mackiewiczów, że w Wilnie napisał on książkę pt. „Prawda w oczy nie kole”, a w 1944 roku w Warszawie, Józef i Barbara Mackiewiczowie wydawali pismo Alarm, którego trzy numery ukazały się „wiosną-latem”, jak wspominała Toporska, na krótko przed wybuchem powstania.  Natomiast w październiku tegoż roku, Biuro Studiów hrabiego Ronikiera, wydało w Krakowie broszurę Mackiewicza pt. „Optymizm nie zastąpi nam Polski”.  Mackiewiczowie zdołali przeszmuglować egzemplarze Alarmu i broszury na Zachód (trzy numery Alarmu przewiózł na Zachód Studnicki), ale przepadły, gdy zostały oddane do przechowania znajomym z „obrosłej w domki, od lokatorów ciasne, emigracji” londyńskiej.

Nie można przecenić wagi tych trzech pism, a to ze względu na cenzurę.  Przedwojenne Słowo borykało się z koszmarną cenzurą i było najczęściej konfiskowanym pismem w Polsce.  Litewska cenzura zdołała przebić sanacyjne szykany i w końcu odebrano Mackiewiczowi prawo do wydawania i redagowania pism na Litwie.  Niemiecka gadzinówka Goniec Codzienny, oczywiście podlegała ostrej cenzurze władz okupacyjnych, a po wojnie Mackiewicz natknął się na niespodziewany problem cenzury emigracyjnej (pisałem o każdym z tych aspektów obszernie w nadal nie ukończonym cyklu pt. „Józef Mackiewicz i cenzura” ), a o konkretnych problemach Słowa, także we Wstępie do Bibliografii w II wydaniu Nudis verbis).  A zatem „Prawda w oczy nie kole”, Alarm i „Optymizm nie zastąpi nam Polski” są wyjątkowymi przypadkami, gdyż będąc całkowicie nielegalne wobec każdej panującej władzy, były zupełnie wolne od jakichkolwiek nacisków.

Podczas mozolnej i długotrwałej pracy nad pierwszym wydaniem Nudis verbis, uważałem te trzy wydawnictwa z lat wojny za bezpowrotnie stracone.  Ale wydawca Dzieł Mackiewicza, Pani Nina Karsov, nigdy nie przestała ich poszukiwać.  I tak, jeszcze przed ukazaniem się Nudis verbis, odnalazła w wileńskim archiwum ponad 200-stronicową kopię tekstu „Prawda w oczy nie kole”, którą wydała następnie jako 17 tom Dzieł.  W 2005 ukazał się świeżo znaleziony „Optymizm nie zastąpi nam Polski” jako tom 18.  Niestrudzone poszukiwania doprowadziły Ninę Karsov także do odnalezienia tekstów usuniętych ze Słowa przez cenzurę.  Toteż dodaliśmy do nowego wydania Nudis verbis artykuł z marca 1939, napisany przez Józefa Mackiewicza po wywiezieniu do obozu w Berezie naczelnego redaktora pisma, Stanisława Cata Mackiewicza.

I w takim stanie, z ogromnie rozwiniętą Bibliografią, drugie wydanie zostało oddane do druku, pod koniec 2017 roku.  Ostatnie słowa Wstępu do Bibliografii brzmiały:

Nadal jednak, pomimo wieloletnich poszukiwań, nie udało się znaleźć podziemnego pisma Alarm wydawanego przez Barbarę i Józefa Mackiewiczów w Warszawie w 1944 roku.

Kiedy książka została przesłana do rozpowszechnienia wybuchła bomba.

Pan Janusz Klemens znalazł pierwszy numer Alarmu w Chełmskiej Bibliotece Publicznej. * Zaklasyfikowany został w katalogu jako pismo NSZ, co jest o tyle zrozumiałe, że prlowski mon przypisywał Narodowym Siłom Zbrojnym wydawanie podziemnego pisemka pt. Alarm! (z wykrzyknikiem w tytule).  Prędko orientując się w wadze odkrycia, Pani Nina powstrzymała dystrybucję gotowych książek i błyskawicznie wydała Suplement, zawierający faksymile oryginału i pełną zawartość pisma.  Historia odnalezienia pierwszego numeru Alarmu wydaje mi się fascynująca, ale treść tego pisma jest jeszcze ciekawsza.

Alarm.  Nadpartyjny organ do walki z bolszewizmem

Numer 1 pisma datowany jest 26 czerwca 1944 roku w Warszawie.

Dla lepszego zrozumienia tła powstania podziemnego pisemka, warto zajrzeć do największej powieści Mackiewicza (moim zdaniem, tylko moim zdaniem, największej), do Nie trzeba głośno mówić.  Jeden z głównych bohaterów tej epopei wojennej, Leon, przyjechał do Warszawy z Wilna na wiosnę 1944 roku i miasto zrobiło na nim ogromne wrażenie.

Znał je sprzed wojny dobrze nawet.  Ale lata okupacji sowieckiej, i następnie niemieckiej na ziemiach wschodnich w „Ostlandzie”, i to wszystko co się tam działo, było tak odmienne od tego, co się działo w Warszawie, że miara, do której już przywykł, nie miała żadnego zastosowania.  I jemu rzuciły się w oczy najpierw otwarte sklepy, restauracje, kawiarnie, ruch uliczny, zamożność, obfitość towarów.  Nie było tego dużo w porównaniu do kiedyś, ale w porównaniu do nędzy „wschodniej” tyle, że rugowało dawne porównania!  Życie codzienne oparte było w pełni na „prywatnej inicjatywie”, i czuł się wskutek tego przeniesiony w inny świat.  Druty kolczaste, bunkry niemieckich placówek, „sztrajfy” policyjne, syreny wozów Gestapo, strzały, świadczące o toczącej się jawnie walce, przydawały temu miastu o czystych obrusach i kelnerach z serwetą pod pachą – zupełnie szczególny, po prostu niewyobrażalny dotychczas wygląd, połączenia nowoczesnej wojny z nowoczesnym sybarytyzmem.  Po raz pierwszy zetknął się z fenomenem, gdzie terror nie wykluczał dobrobytu terroryzowanych.

Ledwo zdołał ochłonąć z zachwytów nad obfitością zamrożonej wódeczki, pasztecików „jakich przed wojną nie jadłeś”, kawusi z likierem i pięknych kobiet, Leon rzucił się w wir dyskusji politycznych.  Jego interlokutorami byli przedwojenni znajomi, którzy jeszcze przed kilku laty nazywaliby się konserwatywną elitą, a teraz, wobec nadchodzącej armii czerwonej, rozmyślali, co będzie dalej.  Byli wśród nich także wysoko postawieni przedstawiciele Podziemia.  Sceny te są z pewnością oparte na rozmowach Mackiewicza w Warszawie, a postać pana Aleksandra – na Aleksandrze Bocheńskim.

Ważniejsza wszakże od okoliczności wydania Alarmu, od perypetii zagubienia kopii, odnalezienia egzemplarza i jego wydania, jest treść pisma.  Dla mnie osobiście, jest fascynujące, co Józef Mackiewicz miał do powiedzenia w Warszawie, w czerwcu 1944 roku.

Wychodzi z założenia, że pismo takie powinno było pojawić się o wiele wcześniej.  Rozważa różne punkty zwrotne wojny i konkluduje:

Może powinno było wytrysnąć spod ziemi zaraz na samym początku i wychodzić bez przerwy do dnia dzisiejszego i wołać od razu – od tego straszliwego września 1939 roku, gdy największy z wrogów napadł zdradziecko z tyłu, złamał traktat o nieagresji, a nasze wojska zdezorientowane i udręczone szły do niewoli.

Należało wskazywać, że sowiety są wrogiem najgorszym.  Z Niemcami nie można pertraktować, bo tego nie chcą, trzeba z nimi walczyć.  O niebezpieczeństwie Hitlera dla Polski nie stanowi, że depcze godność Polaków, tylko że „swą tępą polityką pcha nas w ramiona bolszewizmu”.  W rezultacie, jawne wystąpienie przeciw sowietom jest z miejsca zepchnięte do pozycji kolaboracji z Niemcami.  Nie tylko w Polsce – w całej Europie.

Niemcy przegrali wojnę.  Bolszewicy ją wygrywają.  Niemcy odchodzą.  Bolszewicy przychodzą!  I dlatego w tej ostatniej jeszcze chwili, póki nie za późno, wzywamy do mobilizacji przeciwko bolszewikom wszystkie siły i wszystkie warstwy Narodu Polskiego.  Jest to sprawa nadrzędna.  Stojąca ponad rozgrywki dyplomatyczne i rozgrywki partyjne.

Sytuacja była dramatyczna – ogromna ofensywa sowiecka runęła przed kilku dniami na Białoruś i Ukrainę, krasnoarmiejcy zbliżali się do Wilna, a dowództwo AK szykowało Operację Ostra Brama, by ich wspomóc w „wyzwalaniu miłego miasta” (o czym rzecz jasna, wydawca Alarmu nie mógł jeszcze wiedzieć, podobnie zresztą nie wiedział jeszcze o ofensywie, pisząc o „ciszy na froncie wschodnim”), a trzy tygodnie wcześniej Alianci dokonali inwazji w Normandii – i być może z tego powodu Mackiewicz uciekał się w desperacji do rzucania haseł:

W praktyce międzynarodowej nie ceni się przyjaciół całkowicie oddanych.

Wobec zjednoczonych narodów nie jesteśmy petentem, ale kontrahentem.

Zdobywając Cassino wypełniliśmy tylko obowiązek wobec sojuszników, którego Anglia i Francja nie wypełniły we wrześniu 1939 roku. **

Front wschodni zaistniał dla nas nie z dniem 22 czerwca 1941 r., a z dniem 17 września 1939 roku.

W osobnym, krótkim tekście, odważył się wypowiedzieć herezję wobec polskiej ortodoksji owych czasów.  Oto „z miliona ust” dobywało się westchnienie: oby wojna skończyła się jak najprędzej.  Polacy powinni jednak być wyjątkiem wobec tego powszechnego życzenia.

Nie kiedy się ona skończy, ale jak się ona skończy, jest dla nas kwestią najważniejszą.

Porównuje zmienne koło wojennej fortuny do gry w karty.

Nasza karta jest bita na forum międzynarodowym, niestety.  Aleśmy nie przegrali jeszcze, pozostało nam jeszcze tyle kapitału, którym operując w sensownych stawkach, odbić możemy przegraną.  Jeszcze zasiadamy przy stoliku.  Gdybyśmy od niego wstali dzisiaj, wstalibyśmy przegrani.  Ale na szczęście gra trwa dalej.  Na szczęście dla nas.

Jest złym patriotą i złym Polakiem ten, który tęskni do jej przerwania.

Słowa te brzmią szokująco nawet dzisiaj.  Musiały być wstrząsem dla nielicznych czytelników Alarmu w Warszawie w lecie 44 roku.  W przeciwieństwie do przytłaczającej większości polskiego narodu, widział, co się święci, więc rozumiał, że jedyna nadzieja była jeszcze w przeciągnięciu wojny, gdy „polski instynkt narodowy” pokładał nadzieję w niczym nie uzasadnionym optymizmie.  Tę dziecinną ufność opisywał Mackiewicz w postaci „błędów, które należy zwalczać”:

Bolszewicy tu przyjdą inni.

Sowiety i Rosja, to to samo.

Czerwona Polska, to także Polska.

Mord w Katyniu jest dziełem Niemców.

Centralne miejsce w Alarmie zajmuje artykuł pt. „W rozstrzygającej chwili”.  Niemiecki terror, choćby nawet stał się jeszcze okrutniejszy, nie mógł zmienić faktu, że „Niemcy wojnę przegrały i są wrogiem, który prędzej czy później odejdzie, bo odejść będzie zmuszony”.  Natomiast żadna zmiana w polityce sowieckiej, nie mogła „zabić w nas przekonania, że są wrogiem i to wrogiem, który ma zamiar nadejść”.  Logika stanowiska Mackiewicza jest tym bardziej uderzająca, im bardziej sprzeczna z psychicznym nastawieniem całego narodu w tych tragicznych dniach.  A zatem przyszłe stosunki polsko-niemieckie zredukować można do „ponurego rejestru doznanych krzywd, wraz z wystawionym za te krzywdy rachunkiem”.  Natomiast jak obronić Polskę przed nadchodzącymi bolszewikami jest pytaniem zasadniczym.

Odwracając znaną formułę o „sojuszniku naszych sojuszników”, Mackiewicz twierdzi, że trzeba patrzeć na sowiety jako „wroga naszych wrogów”, ponieważ nie wyklucza ona, że wróg naszego wroga jest także naszym wrogiem.  Skoro tak, to wojna między dwoma wrogami, jest nam na rękę.  Polska nie może odegrać roli języczka u wagi w tej wojnie, a zatem

realne i właściwe jest zajęcie przez Polskę stanowiska neutralnego wobec działań wojennych na froncie wschodnim – tzn. tego rodzaju stanowiska, które by doczekało się klęski Niemiec na Zachodzie, zanim jeszcze bolszewicy zaleją nasz kraj i ogłoszą go jako Republikę Czerwoną, w myśl haseł Karty Atlantyckiej o „wyrażaniu woli ludności”, którą to wolę tak po mistrzowsku umieją fałszować.  W ten sposób wojna z Niemcami mogłaby się zakończyć przed początkiem dramatu Polski.

Takie stanowisko zwiększałoby szansę, że „pożoga wojenna oszczędzi nasz kraj”.  Mackiewicz liczył na osłabienie sowietów w wyniku przeciągającej się wojny z Niemcami, co mogłoby potencjalnie dać odrodzonej Polsce szansę na ocalenie przed zalewem bolszewickim.  Nie wykluczał nawet pomocy Aliantów w przyszłej wojnie o Polskę.

Łatwo wydrwiwać tę koncepcję jako nierealistyczną, znając dalszy przebieg wypadków, ale warto może pamiętać, że w niecały rok później połączone sztaby brytyjskich sił zbrojnych rozpatrywały poważnie taki właśnie scenariusz (pisałem o tym obszernie w cyklu pt. „Operation Unthinkable czyli jak Churchill planował bronić świata przed sowiecką zarazą” ).  Tymczasem, Mackiewicz wskazywał:

Zwekslowanie epilogu wojennego na zachodni front wojenny da Polsce przede wszystkim tę wielką korzyść, że pokój, który nastąpi nie będzie podyktowany przez Sowiety.  Po drugie zwiększy szanse uniknięcia przez Niemcy skomunizowania wewnętrznego, co by im niechybnie groziło w wypadku gdyby armie niemieckie rozgromione zostały przez bolszewików.  W ten sposób zażegnane zostanie największe niebezpieczeństwo grożące Europie, całemu światu, a Polsce w rzędzie pierwszym.

Mackiewicz uważał tę koncepcję za bardziej realistyczną niż wszelkie próby współpracy z bolszewią.

Nie ma takich ustępstw, które by nasycić mogły czerwony, bolszewicki, stalinowski imperializm sowiecki.  Nie istnieją żadne przesłanki, że bolszewicy tym razem będą „inni”, że zaniechają swych podstępnych metod podboju Polski, że wyrzekną się fałszowania „woli ludności”, organizacji zdradzieckich „reprezentacji narodowych” i że raz stanąwszy mocną nogą na ziemi polskiej, nie przystąpią do zniszczenia Narodu Polskiego, do masowych deportacyj, aresztowań itd.  Stwierdzamy to z taką stanowczością dlatego, że metody te bynajmniej nie zależą od dobrej czy złej woli rządzących sfer sowieckich, lecz stanowią organiczną, nieodłączną funkcję ustroju sowieckiego, jaką stanowi dla organizmu ludzkiego oddech i pożywienie.

Wobec natury bolszewickiego zagrożenia wysuwał jeden konkretny i bardzo aktualny wniosek:

Współpraca Armii Krajowej z bolszewikami byłaby niczym innym, jak pchaniem młodzieży polskiej na sowiecką gilotynę i to w formie dla bolszewików najbardziej dogodnej, bo umożliwiającej im branie nas i niszczenie gołymi rękami.

Pisał to przed tragicznym błędem „wyzwalania Wilna”, przed podobną operacją AK we Lwowie, przed „procesem 16”, przed aresztowaniami, egzekucjami i wywózkami.

Mackiewicz, w typowy dla siebie sposób, wzywał przede wszystkim do dyskusji.  Bił na alarm, żeby podjąć zbiorowy wysiłek do jakiejkolwiek akcji, zmierzającej „ku uodpornieniu nas wobec zagrażającego niebezpieczeństwa sowieckiego”.  Odrzucał politykierstwo i partyjne spory, a domagał się tworzenia ducha oporu wobec nadchodzącego najeźdźcy – są to tematy dobrze znane z jego powojennej publicystyki.  Otwierał „Wolną Trybunę” i zapraszał do nadsyłania artykułów poprzez kolporterów, zastrzegając sobie tylko prawo repliki.

Już w pierwszym numerze – przypominam, jedynym, jaki udało się odnaleźć – zamieścił taki dyskusyjny artykuł w „Wolnej Trybunie”, pt. „Teoria oporu przeciw najeźdźcom”, sygnowany X.Y.  Wstępna lektura tego tekstu nasunęła mi przypuszczenie, że jego autorem był wspomniany Aleksander Bocheński.  Autor nie ukrywa swej irytacji wobec tonu artykułów w nowym podziemnym pismie:

„Planować w duchu zwątpienia – realizować w duchu wiary”, powiedział Salazar, i żadne bodaj powiedzenie nie daje nam równego dowodu na wielkość tego męża stanu XX wieku.  Obawiam się, że uświadomienie sobie teorii oporu, podważyłoby nieco tezy redakcji, wypowiedziane we wstępnym artykule.  Dlatego to dla uwag niniejszych proszę o miejsce we „Wolnej Trybunie”.

Nie ulega wątpliwości, że obaj autorzy znali się dobrze i dyskutowali swoje, tak skrajnie przeciwstawne, tezy.  Autor „Teorii oporu” powołuje się na Dmowskiego i Wielopolskiego, dla wskazania, że współpraca z okupantem, a nie opór, dają największą szansę na zachowanie spójni społecznej, ponieważ tworzy ją oświata, a nie prześladowania.  Co więcej powołuje się na książkę Koźmiana pt. „Rzecz o roku 1863”, w której Koźmian argumentuje przekonująco przeciw oporowi.  Twierdzi np., że duch oporu, który ma być duchem ofiarności, prowadzi na ogół do skutków odwrotnych niż zamierzone.  Jego zdaniem, nieuniknione prześladowania, które następują po każdym powstaniu, skutecznie łamią ducha oporu, a zatem ich rezultatem nie jest wcale ofiarność, ale triumf egoizmu w czasach klęski.

W książce pt. „Kryzys Polski i kryzys ludzkości”, z roku 1982, Aleksander Bocheński nie tylko wspominał tę samą, mało znaną książkę Koźmiana, ale pisał także:

Oto po każdym klęskowym wzlocie poświęcenia i ofiarności nadchodził zawsze czas marazmu, wyrzeczenia się ideologii i sprowadzenia sensu życia do egoistycznego sobkostwa.

Moja supozycja co do autorstwa tekstu X.Y. została potwierdzona, gdy w prywatnym archiwum Aleksandra Bocheńskiego znalazł się odpis artykułu z Alarmu, z odręczną notką w kwestii autorstwa.

Mackiewicz obiecywał, że odpowie na artykuł X.Y. w jednym z kolejnych numerów Alarmu.  Wielka szkoda, że nie znamy jego riposty, ale sądzę, że znając jego myśl, można pokusić się o odtworzenie kontrargumentacji.  Krótko mówiąc, Bocheński – podobnie jak Dmowski czy Koźmian, Wielopolski i inni konserwatywni politycy polscy przed nim – miał rację!  Miał rację tak długo, jak chodziło o carów i kajzerów, o starych, dobrych cesarzy, o czasy szabli, a nie pałki gumowej.  Jednak argumenty X.Y. nie mogły mieć zastosowania wówczas, gdy Polacy mieli do czynienia z czymś tak diabolicznie odmiennym w treści od carskiego państwa, jak sowiety czy III Rzesza.  Nie-walka z nimi skazuje na zagładę.

Dlatego uważał za konieczność polityczną stworzenie „polskiego frontu wschodniego”, frontu walki z nadchodzącą armią czerwoną.  Kończył swój ostatni artykuł w pierwszym numerze Alarmu:

Nasz polski front wschodni mógłby nie istnieć tylko w jednym wypadku, mianowicie w tym, gdyby pobicie Niemiec było celem samym w sobie.  Ale dla nas pobicie Niemiec nie jest celem, tylko jednym ze środków do celu.  Celem wojny, którą prowadzimy, jest odrodzenie potężnej, niepodległej, suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej. – Temu świętemu celowi, zagraża w tej chwili bardziej niż w latach poprzednich, front wschodni.

Leon, w Nie trzeba głośno mówić, prędko dostosował się do tonu dyskusji w przedpowstaniowej Warszawie; jak to sam sobie tłumaczył, „stotalizował się”.  Szybko doszedł do przekonania, że próba walki z tym powszechnym chceniem bycia oszukanym, jest walką z wiatrakami.

Józef Mackiewicz bił na Alarm.

_______

* Artykuł Janusza Klemensa na temat odkrycia Alarmu, ma się ukazać od dawna w kolejnym numerze Archiwum Emigracji.

** Niektóre z tych haseł są wzięte z pism płk Wacława Lipińskiego, zamordowanego w lochach ubecji w 1949 roku.  Na wieść o jego śmierci, Mackiewicz ogłosił 1 maja, we Lwowie i Wilnie, artykuł pt. „Spotkanie z Lipińskim”, w którym m. in. podawał, że niektóre hasła podane w Alarmie, były pióra Lipińskiego.  I ten artykuł można także znaleźć w Nudis verbis.

Źródło:
Adres artykułu: https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2019/12/28/kiedy-jozef-mackiewicz-bil-na-alarm/
Kategorie: Meandry mackiewiczologii, Michał Bąkowski, Polemiki i wątki
Zamknij
 |  https://staging.wydawnictwopodziemne.com/2019/12/28/kiedy-jozef-mackiewicz-bil-na-alarm/