Borys dał im łupnia, ale co z tego?
Bogu niech będą dzięki! Boris Johnson spuścił wyborcze lanie bolszewii, dał im łupnia wśród ulewy. Dyndanie na ulicznej latarni zostało tymczasowo odłożone na później. Niestety nie sądzę, żeby ten wynik wskazywał na znaczące „przesunięcie na prawo”, jak jest to (dość powszechnie) interpretowane. W żadnym wypadku nie jest to oznaka jakiegoś „antykomunizmu”. Cokolwiek ja sam miałbym do powiedzenia o komunistycznym manifeście Corbyna, jego propozycje nacjonalizacji przemysłu, ogromnego wzrostu interwencji państwa we wszelkie przejawy życia obywateli, zatrudnienia całej armii urzędników państwowych, zwiększenia podatków i tak dalej w tym samym guście bolszewickiego „grab zagrablionnyje” – wszystkie te propozycje nie były wcale niepopularne wśród elektoratu. Jego obraz świata jest wprawdzie klasycznie leninowski – krwiożerczy kapitaliści pragną gnębić człowieka pracy, a międzynarodowi imperialiści spijają krew biednego ludu pracującego w krajach socjalistycznych, jak Wenezuela, Iran, Irak, Libia czy chrl… – ale to nie czyni go wcale mniej popularnym. A na dodatek, Corbyn i spółka uważają, że kapitalizm i imperializm są żydowskim spiskiem, co znowu z łatwością znajduje posłuch wśród niemytych nieuków przekonanych do dziś, że to Żydzi ich do matury nie dopuścili. Jakim więc cudem Johnson wygrał te wybory aż tak zdecydowanie?
Tak zwana klasa robotnicza – „tak zwana”, ponieważ najprawdopodobniej nie istnieje, a w najlepszym razie, jest o wiele trudniejsza do zdefiniowania w dzisiejszych czasach niż 100 lat temu, albo nawet w latach 80., do czego powrócę za chwilę – która tradycyjnie głosuje w Zjednoczonym Królestwie na lejburzystów, w ogromnej większości głosowała trzy lata temu za odejściem z niuni. Głosowali tak, w moim głębokim przekonaniu, ze względów nacjonalistycznych, oburzeni głównie napływem ogromnej ilości emigrantów z Europy Wschodniej, a zwłaszcza z Polski. Trzy lata przeciągających się matactw parlamentarnych, skandalicznego cynizmu ludzi pokroju Junckera, Barnier i Tuska (słuszniej byłoby go nazwać Tfuskiem) w negocjacjach z Wielką Brytanią, i wreszcie niesłychana stronniczość mediów – doprowadziły elektorat do stanu apatii. Nie ukrywajmy: taki właśnie był cel tych wszystkich obraźliwych prztyczków ze strony na ogół bardziej dyplomatycznie nastawionych polityków europejskich, ale także uprzedzonych i często fałszywych raportów na temat konsekwencji odejścia, ze strony brytyjskich elit, które w przeważającej większości przeciwne były – i pozostają nadal przeciwne – odejściu od niuni.
Ogromna większość komentatorów twierdzi, że jedynym powodem jego zwycięstwa był Corbyn. Czyżby fakt, że Corbyn jest komunistą? Nie. Komunizm umarł i nikt nie wierzy w jego zmartwychwstanie. A może jego antysemityzm? Hmm, chyba nie. Lejburzystowscy posłowie żydowskiego pochodzenia, którzy odeszli z partii, zdegustowani antysemicką retoryką korbynistów, także popularni nie byli i sami przegrali w wyborach. Może więc jego skrajny anty-amerykanizm? Niestety większość brytyjskiej publiki jest antyamerykańska. Cóż zatem? Niezdecydowanie w sprawie odejścia z niuni? Tu chyba jesteśmy bliżej źródła druzgocącego zwycięstwa Torysów. Corbyn był oryginalnie przeciwnikiem Wspólnego Rynku, jako „imperialistycznego projektu dla zwiększenia zysku krwiopijców”, ale z czasem dostrzegł socjalistyczny charakter ich planów. Pozostał jednak euro-sceptykiem na czele pro-europejskiej partii, zaczem przedstawiał siebie, jako „neutralnego lidera, który wprowadzi w życie wolę ludu”. Jego kalkulacja polityczna była inna: w przeciwieństwie do swych pro-niuniowych towarzyszy, Corbyn rozumiał, że lejburzyści polegać muszą na tradycyjnym poparciu ludzi, którzy wygrali referendum w 2016 roku. Zajął więc postawę wyczekującą i obiecywał kolejne referendum. Jest to oczywiście stanowisko antydemokratyczne, gdyż demokracja opiera się na założeniu, że przegrana strona akceptuje wynik w każdym głosowaniu, ale antydemokratyzm leninisty nie powinien nikogo dziwić. Pomimo to jednak sądzę, że nie dlatego Corbyn przegrał z kretesem. Nawet nie dlatego, że jest nudny, jak każdy partyjny aparatczyk. Przegrał, ponieważ nacjonalistyczna część elektoratu uznała, że towarzysz Corbyn nie jest patriotą. Uznała zresztą słusznie, zważywszy jego wieloletnią przyjaźń i poparcie dla terrorystów i wszelkich wrogów Wielkiej Brytanii.
Kto zatem poparł Johnsona w wyborach? Torysi wygrali w okręgach wyborczych, które od dziesiątków lat głosowały na czerwonych – tak zwany „czerwony mur” runął pod niebieską nawałą – a jednocześnie nie utracili tradycyjnego poparcia. Sukces Johnsona jest jednak innej natury niż podobne zwycięstwa Margaret Thatcher. Thatcheryści kładli nacisk na dobrobyt, na wolność konkurencji, na praworządność, na posiadanie, na powstrzymanie chaosu lewicowego politykierstwa, które doprowadziło Zjednoczone Królestwo na skraj upadku w latach 70. Boris Johnson przeciwnie: obiecuje zwiększone wydatki państwowe, a jego wyborczy triumf przypisać należy wyłącznie emfazie na nacjonalistyczne przesłanie sprowadzone do jednego prostego sloganu: GET BREXIT DONE.
Klasa robotnicza w sensie marksistowskim, nie istnieje w Wielkiej Brytanii, ponieważ nie ma tu już prawie w ogóle wielkiego przemysłu. Baza produkcji wyniosła się do ciepłych krajów (a ściślej: do tanich krajów). Ale brak klasy robotniczej nie oznacza przecież, że nie ma tu ludzi, którzy ciężko pracują. Harują od rana do nocy, prowadząc swoje własne firmy, spłacają pożyczki na dom, i nie chcą, żeby rząd odebrał im większość ich zarobków. Corbyn traktuje takich ludzi jako wrogów klasowych i krwiopijców, i zupełnie otwarcie zapowiadał, że będą musieli płacić więcej podatków. Pomimo to, kampania wyborcza Torysów pominęła milczeniem ten aspekt, a koncentrowała się wyłącznie na nacjonalistycznym wymiarze wyborów: Boris Johnson zdoła doprowadzić do odejścia z niuni.
Pozostaję przy swoim przekonaniu, które wyrażałem tu kilkakrotnie, że to „odejście” będzie głównie na papierze. A jednak z całą pewnością lepiej będzie dla poddanych Jej Królewskiej Mości, gdy będą choćby formalnie odłączeni od struktur niuni, która wydaje mi się w schyłkowej fazie swego istnienia.
Wielka Brytania opuści najprawdopodobniej niektóre z tych struktur oraz ogólne ramy europejskiej wspólnoty, choć pozostanie zapewne uzgodniona, uregulowana, zrównana i ustawiona w szeregu z innymi członkami niuni. Warto jednak pamiętać, że niezadowolenie podobne do tego, które spowodowało obecną sytuację w Anglii, gotuje się pod powierzchnią także w innych krajach unii. W każdym wypadku, jest to proces uwarunkowany zwiększającymi się wciąż nastrojami nacjonalistycznymi w Europie. W moim przekonaniu, winę za ten stan reczy ponosi polityka Brukseli, choć tak bardzo jest antynacjonalistyczna w tonie. Bezustanne dążenie do uniformizacji, do „coraz ściślejszego związku”, do koordynacji i jednolitej zwartości, wzbudza naturalną tęsknotę do wielobarwności, do różnorodności, do swobody, do wielości; tęsknotę, która znajduje swój upust – co za paradoks – w szarości nacjonalizmu. Co najmniej od końca XIX wieku, nacjonalizm nie jest nigdy daleko od powierzchni wydarzeń politycznych w Europie. Jednym z wyraźnie określonych celów założycieli europejskiej unii, było zapobieżenie przyszłym wojnom poprzez stłumienie tego wrzenia. Obawiam się, że stworzyli w rzeczywistości warunki, w których takie konflikty rozkwitną, bo nacjonalizm jest odpowiedzią na uniformizację. A kiedy rosnące siły odśrodkowe związku, przeważą chęć współpracy, to tylko jedna siła będzie w stanie zaoferować Europie pokój i nawet coś w rodzaju względnego dobrobytu. Jak napisał ostatnio pewien prawicowy felietonista (z niejaką ironią):
Staraja Russa. Nie ma tu żadnych infantylnych fanaberii na temat płci, wierzcie mi. Nie ma padania na kolana przed maniakalną „polityką tożsamości”. Nie ma dżihadystów. […]
Podatek dochodowy? Pytacie o podatki? No, to zgadnijcie. Najwyższy podatek, 13%. Nawet jako nie-rezydent, płacisz tylko 30%. *
Jeżeli dla inteligentnego człowieka i wnikliwego obserwatora, jakim jest Rod Liddle, Putin zaczyna wyglądać atrakcyjnie, pomimo „młotka trzymanego w aksamitnej rękawiczce i fiolki z polonium-210” (a jeśli nawet nie jest to prawdziwa atrakcja, to w każdym razie wygląda lepiej niż codzienna tyrania niedorozwiniętych nastoletnich półgłówków, dyktujących, co wolno, a czego nie wolno dyskutować), to jest z nami coraz gorzej.
W rzeczy samej, jest bardzo źle.
_______
* Rod Liddle, „I’ve found a lovely new home – in Russia”, The Spectator, 14 December 2019 https://www.spectator.co.uk/2019/12/ill-take-russian-democracy-over-ours/ (artykuł ma inny tytuł w magazynie, a inny w wersji elektronicznej)