Tarkwiniusz Pyszny a sprawa prlu bis
Jakiś czas temu, rozpisaliśmy ankietę na temat statusu dzisiejszej Polski. Pomimo że nadal (teoretycznie) oczekujemy na kilka obiecanych odpowiedzi, pozwolę sobie zająć się bliżej jednym aspektem tego statusu; aspektem, wokół którego obracało się kilka pytań naszej VI Ankiety. Chodzi mi o pytanie o kontynuację państwowo-prawną prlu w przełomowym roku 1989. Poglądy naszych respondentów w tej kwestii, wypełniły spektrum od pełnego zerwania ciągłości między prlem a dzisiejszą Polską, aż do pełnej kontynuacji. Nie będę ukrywał, że w moim przekonaniu trzeba mówić o nieprzerwanej ciągłości, ale to nie zmienia faktu, że uprawnione pozostaje pytanie: w jaki sposób mogły powstać tak diametralne różnice między prlem, jaki znaliśmy w latach 80., i Polską XXI wieku, bez uprzedniego zerwania ciągłości państwowej?
Zamiast ponownie wałkować szczegóły wydarzeń sprzed 30 lat, chciałbym poszukać historycznej paraleli dla tego, co się wydarzyło. Jak zwykle w takich wypadkach, historia Rzymu i Aten dostarcza wielu godnych uwagi przykładów. W historii Rzymu są aż trzy momenty, które mogą nas poinstruować w tym względzie. Przede wszystkim gwałtowne przejście od monarchii do republiki (obojętne, że były to wydarzenia na poły mityczne; ważne, w jaki sposób treść państwa została zmieniona i jaki miało to wpływ na potomność). Następnie, w ciągu 100 lat wojen domowych, długi, gwałtowny i bolesny proces upadku republiki i przejścia do cesarstwa. I wreszcie na koniec, upadek zachodniego cesarstwa i założenie germańskich państw na jego gruzach; państw, które z czasem przerodziły się w barbarzyńskie państewka włoskie, francuskie, brytyjskie i niemieckie.
Opowieść o tym, jak nieprzejednany Brutus, zgorszony gwałtem Lukrecji, wezwał lud Rzymu do obalenia tyranii Tarkwiniusza Pysznego, znana jest każdemu uczniowi w szkole (a przynajmniej powinna być znana), ale najprawdopodobniej nie ma wiele wspólnego z historyczną rzeczywistością. Tarkwiniusze – a szerzej, późni królowie Rzymu – byli zapewne „populistami”, tzn. opierali swą władzę na bezpośrednim odwołaniu do ludu, ponad głowami potężnych rodzin, które dopiero za czasów republiki mianowano patrycjatem. Rewolucja Brutusa zerwała radykalnie ciągłość państwową Rzymu przez zmianę konstytucji, oddając władzę w ręce kilkudziesięciu klanów. W sławnym wstępie do Księgi II swej historii, Liwiusz pisze, że wolny lud był odtąd rządzony przez wybranych co roku przedstawicieli, „wolny od kaprysów jednostek, a poddany autorytetowi prawa”, i że w ten sposób Rzym „uniknął burzliwych wód demokratycznej polityki”. Tylko że arystokratyczni rewolucjoniści Brutusa, tzw. „ojcowie republiki”, nie zmienili rzymskiego prawa. Zapewnili ciągłość przez wprowadzenie pozycji rex sacrorum („król ofiar”), zachowując tym samym wiele instytucji religijnych, praw Numy Pompiliusza (a jednocześnie izolując sakralną rolę władcy jako wcielenia państwa). Ich kolegialny system równoległych władz wydaje się nawet dzisiaj dziwaczny, ale był bez wątpienia skutecznym sposobem uniemożliwienia wybitnym jednostkom zdobycia nadmiaru władzy i zapewniania Senatowi władzy najwyższej. Musiało upłynąć wiele setek lat zanim wielcy wodzowie zdołali skupić władzę w swoich rękach, a zrobili to poprzez odwołanie się do ludu, ponad głowami klasy rządzącej.
Upadek republiki jest pod wieloma względami ciekawszy dla naszych potrzeb. Cezar i Oktawian – ale przed nimi także Sulla, Mariusz, Pompejusz, a jednocześnie z nimi Marek Antoniusz – zachowali zewnętrzne formy republiki, zachowali instytucje (zwłaszcza Senat) i ciągłość prawną, ale za tą fasadą kontynuacji zmienili istotę państwowości rzymskiej. Zostawmy szczegóły na boku; zasadniczą zmianą było fundamentalne, niejako strukturalne, bezprawie cesarstwa. Gdy rzymska libertas była poddaniem się prawu („jesteśmy niewolnikami prawa, byśmy mogli być wolni”, pisał Cyceron), to w cesarstwie obywatele byli całkowicie poddani kaprysom jednostki. Najlepiej ilustruje ten punkt elementarne bezprawie, jakim była proskrypcja. Proskrypcja rzymskich obywateli, wprowadzona na szeroką skalę przez Sullę, musiała być szokiem dla republikanów. Skazywano, czy raczej wydawano na śmierć i konfiskatę mienia (bez prawa dziedziczenia, a więc karząc następne pokolenia), bez sądu, bez oskarżenia, bez prawa do obrony lub apelacji, po prostu na drodze administracyjnej. Mariusz nie musiał nawet wydawać rozkazów zabójstwa, wystarczyło, żeby nie odpowiedział na powitanie przechodniowi na Forum, by nieszczęsny obywatel tracił życie. Drugi Triumwirat (Oktawian-Antoniusz-Lepidus) podjął metody Sulli, i na drodze ich proskrypcji zamordowany został między innymi Cycero, tylko dlatego, że Marek Antoniusz go nie lubił. Mimo tak drastycznego i niespotykanego w skali bezprawia, Rzym zdołał zachować ciągłość państwową, czego ironicznym dowodem jest, że te same nadużycia proskrypcji miały miejsce za Sulli i Oktawiana. Tyberiusz, Kaligula czy Neron nie tracili nawet czasu na listy proskrypcyjne, bo wystarczyło ich jedno skinienie, a rzymscy obywatele wydawani byli na tortury i śmierć, mimo że prawa pozostały te same, pomimo że obradował nadal sławny rzymski Senat. Godne uwagi jest tutaj napięcie między fasadą państwowości, a jej istotą. Już za czasów Oktawiana Augusta, ogromna machina państwowa Imperium Rzymskiego, stała się domeną patronatu jednego człowieka, gdy jeszcze tak niedawno, bo w czasach młodości tegoż Oktawiana, spełnianie funkcji państwowych było obowiązkiem obywatelskim. Gibbon pisał o trzech fazach historii Rzymu, że w czasach rzymskich cnót prowincje były poddane zbrojnej potędze, a obywatele prawom republiki, do czasu, gdy niezgoda wśród obywateli podważyła rządy prawa i całe imperium stało się własnością tyrana. Pięćset lat gwałtu, samowoli i kapryśnego despotyzmu doprowadziło do tego, że barbarzyńcy mieli tylko pogardę dla niegdyś potężnego Rzymu.
Upadek zachodniego cesarstwa interesować nas będzie tylko z jednego powodu: nikt, o ile mi wiadomo, nie twierdził, że państewka germańskich barbarzyńców powstałe w Italii, reprezentowały „ciągłość państwową Rzymu”. (Być może jedynym wyjątkiem mógłby być Foxmulder, skoro utrzymywał tutaj, że nawet Turcja Osmańska to kontynuacja rzymskiego imperium. Odwołanie się do Rzymu, owszem, przyświecało wielu władcom od Karola począwszy, ale mówimy tu o ciągłości państwowej, a nie o mitach. Fakt, że Porta Ottomańska odwoływała się do Rzymu, był częścią jej imperialnej ideologii państwowej, podobnie jak nazywanie Moskwy „Trzecim Rzymem” było mitem dynastii Romanowych.) Mamy tu więc do czynienia z jasnym i klarownym przypadkiem gwałtownego zerwania wszelkiej ciągłości. (Gwoli ścisłości, obraz jest jednak bardziej skomplikowany, bo rzymski Senat udzielił poparcia Odoakrowi, pierwszemu barbarzyńskiemu królowi Italii, ale dla klarowności obrazu, zostawiam to na boku.)
Drugim ciekawym modelem są Ateny. A dokładniej jeden epizod z historii Aten: władza Trzydziestu Tyranów i jej skutki. Ponownie, pozostawię na boku szczegóły, choć są one niezwykle pouczające. W kontekście niniejszych rozważań, interesuje mnie tylko powrót do demokracji po pokonaniu tyranii. Pod wodzą Archonta Eukleidesa, Ateny zdołały osiągnąć niemożliwy pozornie cel: pogodzenie zwaśnionych frakcji oraz zabliźnienie krwawiących ran poprzez całkowite zerwanie ciągłości prawnej miasta. Zdawać by się mogło, że wystarczyłoby uznać za niebyłe prawa i instytucje ustanowione podczas władzy Trzydziestu, ale Eukleides postąpił inaczej. Zaproponował utrzymanie umów i wyroków ustanowionych za demokracji, żeby nie groził Atenom chaos unieważnienia długów czy powtarzania prywatnych kontraktów, ale poza tym prawomocne były tylko prawa spisane pod jego egidą jako Archonta, przez co jednoznacznie zerwał ciągłość prawną Aten. Jednocześnie wprowadzono pełną amnestię dla tych, którzy „musieli jakoś przeżyć czasy Trzydziestu” (czyli wszystkich obywateli Aten), a wyłączono z niej tylko 51 obywateli bezpośrednio zaangażowanych w ich władzę; objęto wszakże amnestią członków rady, których było trzy tysiące, a którzy byli bez wątpienia uwikłani w działanie tyranii. W moim przekonaniu, Eukleides postąpił w ten sposób, gdyż tyrania Trzydziestu zbezcześciła w jego oczach uprzedni porządek prawny Aten (choć przyznać muszę, że nie widzę takiej interpretacji w dostępnych mi źródłach). Nie zezwolił na powrót do praw Drakona i Solona, skoro Kritias i jego poplecznicy sami się do tych praw odwoływali i otwarcie je uznawali. Jednakże jeszcze ważniejsze musiało być, że wedle tych praw należałoby skazać wielu obywateli Aten za ich uczynki pod władzą Trzydziestu. A prawa Drakona były zaiste drakońskie. Warto podkreślić, że tyrania Trzydziestu, choć niezwykle brutalna, trwała zaledwie około roku, był to więc rzeczywiście tylko epizod, ale jakże znaczący.
Spójrzmy raz jeszcze na te antyczne przykłady. Dwoma skrajnymi służy Rzym: płynne, prawie niepostrzeżone, choć pełne gwałtów, przejście od republiki do cesarstwa, gdzie trudno wskazać na jeden moment, w którym państwo się zmieniło, choć zmieniło się nie do poznania; oraz upadek cesarstwa – oczywiste, jak nożem uciął, zerwanie ciągłości prawnej i państwowej. Nazwijmy te opcje „modelem Oktawiana” i „modelem Odoakra”. Mogłoby się wydawać, że mamy tu do czynienia z klasycznym rozróżnieniem między ewolucją i rewolucją. Nie jest to słuszne. W obu wypadkach mowa tu o radykalnej zmianie, ale upadek republiki był serią gwałtownych, często brutalnych i niezwykle krwawych wydarzeń, a nie ewolucyjnych, stopniowych przemian. Dwa przykłady bardziej subtelne i zróżnicowane, mieszczą się niejako pomiędzy tymi skrajnościami: rewolucja Brutusa, która dramatycznie zmieniła instytucje i charakter państwa, ale zachowała ciągłość prawną i symboliczną państwowości; oraz rewolucja Eukleidesa, która zerwała ciągłość prawną Aten, ale przywróciła instytucje.
Nowożytna historia także dostarcza przykładów radykalnego zerwania ciągłości państwowej i prawnej: rewolucja francuska i bolszewicki przewrót są tego klasyczną ilustracją. O dziwo, postępowanie sowietów w niektórych krajach Europy wschodniej w latach 40., służyć może za wzór bardziej zróżniczkowanego podejścia. Bierut mianował się początkowo „prezydentem rzeczpospolitej”, mamy tu więc zachowanie fasady („frontu jedności narodu”) przy jednoczesnej usilnej pracy za kulisami, która nie mogła pozostawić nikomu złudzeń, że wszelka ciągłość państwowa Polski została zerwana, nawet jeżeli Bierut brał udział w procesji Bożego Ciała. Podobnie zachowywali się bolszewicy w Czechosłowacji po wojnie.
Bardziej typowym dla ich modus operandi jest brutalne zerwanie z przeszłością. Przykładem służyć może ich postępowanie w państwach bałtyckich w ogóle, a w Wilnie w szczególności, w roku 1940, tak dramatycznie opisane przez Józefa Mackiewicza. Ale, rzecz jasna, najlepszą ilustracją modelu Odoakra pozostają rewolucje francuska i bolszewicka. W obu wypadkach, państwo zostało całkowicie zniszczone, a na jego gruzach barbarzyńcy stworzyli nową jakość.
Z którym modelem mieliśmy do czynienia w roku 1989 w Polsce (i w innych demoludach)? Pozwolę sobie odesłać czytelnika do znakomitej witryny pt. „Tryumf ześlizgu”, która podaje szczegółowe kalendarium wydarzeń z tamtych lat, zamiast przytaczać je tu ponownie. Z pewnością nigdzie nie zastosowano modelu ateńskiego. Nie było żadnej politycznej siły, ani żadnego polityka na miarę Eukleidesa, nie było nikogo, kto z obrzydzeniem odrzuciłby prl z całym jego sztafażem pseudo-legalizmu. Nie można także odwołać się do modelu Brutusa, ponieważ zamiast gwałtownej przemiany i zastąpienia prlowskich instytucji państwowych nowymi, były wybory do „35% sejmu” czyli instytucjonalna ciągłość. Warto jednak zauważyć, że podobnie jak ojcowie rzymskiej republiki celowo zachowali formalną ciągłość i sakralną jedność państwa, ojcowie prlu bis także robili wszystko, by kontynuować poprzednią państwowość. Model Odoakra, model jakobinów i bolszewików, możemy również odrzucić. W żadnym bowiem momencie tzw. rewolucji ‘89, nikt nie próbował odciąć się wyraźnie od prlu, oddzielić nowe państwo od poprzedniego. Wręcz przeciwnie, narysowano uderzająco efektowną czerwoną grubą krechę – której przekroczyć nie było wolno, jak się okazało podczas puczu z czerwca 1992 – w celu ochrony instytucji i osób ancien regime’u.
Pozostaje nam tylko model Oktawiana, ale i on pasuje tylko do pewnego stopnia, tj. co najwyżej, jak rycerskie rzucenie rękawicy w twarz bandycie z majchrem w ręku. Wzdragam się przed porównaniem heroicznych czasów Pompejusza, Lukulla i Sertoriusza z groteskowym koszmarem lat 80. w prlu, a przecież ci wielcy wodzowie doprowadzili do upadku republiki. Czyżby więc figurant tak obleśny, jak Lech Wałęsa, miał być nowym wcieleniem Pompejusza Wielkiego? Mazowiecki – Cezarem? Michnik – Cyceronem? Nie. Model Oktawiana Augusta zupełnie tu nie pasuje, ale zanim zastanowię się, dlaczego tak jest, chciałbym wskazać powody, dla których pozostaje, w moim mniemaniu, najbliższym historycznym wzorem dla politycznej farsy roku 1989.
Symbolicznym końcem republiki rzymskiej był dekret Senatu, nadający Oktawianowi tytuł Augustus, tzn. „wyniesiony”, „czcigodny” (z pewnością nie inaczej myślał o sobie Wałęsa, ale dość już doprawdy o tej kreaturze). Sam Oktawian nie używał tego tytułu, a ograniczył swą rolę do princeps senatus, czyli pierwszego senatora. Jest to istotny punkt dla naszych rozważań. Otóż w moim przekonaniu, Oktawian celowo zachował fasadę republiki, zmieniając jej istotę, ale jednocześnie nie ukrywając wcale tej zmiany. Innymi słowy, fasada nie była wcale używana dla ukrycia zmian zachodzących za kulisami (jak działo się np. w pierwszych latach bolszewickiej okupacji Polski, za Bieruta). Odpowiednikiem tej fasady w Polsce w latach 1989-92 było otwarte trwanie u władzy całej komunistycznej nomenklatury. Dopiero istnienie tej fasady umożliwiło fundamentalne zmiany za kulisami.
Muszę przyznać, że przez wiele lat byłem zdania, że w prlu było na odwrót. Sądziłem, że zaszły fasadowe zmiany – „nasz premier, wasz prezydent”, że pozwolę sobie zacytować Michnika – a za kulisami nic się nie zmieniło. Od jakiegoś czasu wydaje mi się, że było odwrotnie, i to jest główna przyczyna, dla której model Oktawiana wydaje mi się w tym wypadku intelektualnie płodny. Pomimo to jednak, musi być odrzucony, bo w końcu nie oddaje wcale istoty tamtej sytuacji. Ale dlaczego?
Zastanawiam się nad tym od lat, ponieważ wydaje mi się, że stawiana na niniejszej witrynie teza – stawiana m. in. przeze mnie – że „dzisiejsza Polska, to tylko prl”, jest niewystarczająca, pomija coś istotnego w dynamice tego, co się wówczas wydarzyło i co ciągnie się od 30 już lat. Jak próbowałem pokazać powyżej, żaden z czterech antycznych modeli radzenia sobie z problemem „zerwania i ciągłości państwa”, nie wychwytuje tej istotnej innowacji. Gdybym miał znaleźć najlepszy teoretyczny wzór na odrzucenie jednej państwowości i rozpoczęcie innej, to najbardziej odpowiadałby mi model Eukleidesa, jako rozwiązanie tamtych trudności. Należało odrzucić z obrzydzeniem całość prlu, ścigać zbrodniarzy, potępić przeszłość, i szczodrze oferować większości społeczeństwa amnestię, bo wszyscy jakoś byli wplątani. Tak się nie stało, ponieważ stać się nie mogło. Przemiany były bowiem z góry zaplanowane i omówione w przewlekłych rokowaniach z komunistami. Balans między ciągłością a zerwaniem był najważniejszą częścią tych negocjacji; fasadowość pewnych elementów oraz istotność innych, były kluczem do całości.
Innymi słowy, dynamika ciągłości państwowej i jej zerwania była od początku swoistą grą między stronami, a w rezultacie, nowy twór był także tylko elementem tej gry. Dochodzimy tu chyba do rzeczywistej przyczyny, dla której tak trudno wskazać jednoznacznie palcem, co się naprawdę stało.
W moim przekonaniu, żaden z podanych przeze mnie historycznych modeli zachowania bądź zerwania ciągłości państwowej w sytuacji zmiany, nie opisuje adekwatnie sytuacji Polski z roku 1989, ponieważ prl nie był naprawdę państwem. Był zaledwie państwo-podobnym tworem, w którym wegetowaliśmy sobie w nędzy, ale na ogół wesoło, w radosnej nieświadomości, że nie mieszkamy ani w państwie polskim, ani w państwie w ogóle. W każdym z zarysowanych przeze mnie przykładów historycznych, mieliśmy do czynienia z przejściem od jednej państwowości do innej – z zachowaniem prawa lub nie, z ciągłością instytucji bądź ich zastąpieniem, z fasadowymi zmianami albo autentycznymi przeobrażeniami – w żadnym jednak wypadku, nie było nigdy mowy o fałszywej państwowości, z tej prostej przyczyny, że do czasu bolszewickiej rewolucji, nigdy tego rodzaju państwowopodobne twory nie istniały.
A zatem w roku 1989, pod bacznym okiem twórców fałszywej łżeczywistości prlowskiej, dokonano „przeobrażenia”. Zachowano wiele elementów prlu – stąd przekonanie o kontynuacji wśród wielu respondentów naszej VI Ankiety – ale jednocześnie dano ogromny margines swobody (przykładem niech posłuży uwolnienie czarnego rynku, bez którego żadna socjalistyczna gospodarka istnieć nie może), co z kolei zaowocowało stworzeniem jakiegoś zalążku obywatelskiego społeczeństwa – i stąd przekonanie o zerwaniu. Czy taki zalążek może kiedyś przerodzić się w Wolną Polskę? W moim przekonaniu, nie można tego wykluczyć, ponieważ taka jest natura przewidywania przyszłości, ale jak dotąd tak się nie stało. Ogromna wolność, prawie niczym nieograniczony dostęp do informacji – a nawet do, że nazwę to tak wzniośle: Prawdy – nie został wykorzystany w ogóle i Polska nie zdołała zrzucić prlowskiej skóry. Dzieje się tak, ponieważ od samego początku pozostają nadal obecne wszystkie prlowskie składniki tej mikstury zaserwowanej pod okrągłym stołem, które od 30 lat leżą niezmiennie i całkowicie poza kontrolą rodzącego się w bólach polskiego społeczeństwa, a do pewnego stopnia – leżą poza Polską.
Wracając do odpowiedzi na naszą ankietę, nie wydają mi się przekonujące poglądy, wskazujące na zależność Polski od Brukseli, Berlina lub Waszyngtonu. Kwestia względnej słabości gospodarczej, militarnej czy politycznej, przynależności do bloków i paktów, nie determinuje suwerenności (istnieją państwa małe i słabe, a całkowicie suwerenne, ale bywają także duże, choć zależne). Problem tkwi w tym, że Polska pozostaje bez reszty w strefie wpływów Moskwy, i że wszyscy gracze na międzynarodowej scenie przyjmują to za dogmat, nawet jeśli nie zamierzają tego otwarcie przyznać.
W tym sensie, Polska od 30 lat pozostaje prlem bis, prlem nr 2, najlepszym z prlów, bo – jak był powiedział tow. Gierek, „rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej”.