prl czy coś gorszego? <br>VI Ankieta Wydawnictwa Podziemnego
VI Ankieta Wydawnictwa Podziemnego składa się z podejrzanych pytań, dla przypadkowego czytelnika z pewnością irytujących, czy nawet obrazoburczych. Od razu można tu wyczuć prowokację, więc profilaktycznie należy wzmóc czujność. Bo przecież przytłaczająca większość obserwatorów bieżących spektakli politycznych, tych zapasów w kisielu, czy też może precyzyjnie reżyserowanych przedstawień, jest zaangażowana emocjonalnie po którejś ze stron pląsających na polityczno-medialnym wybiegu.
Ale przyjrzyjmy się bliżej pytaniom ankiety. Czy rzeczywiście są aż tak obrazoburcze, a przede wszystkim, czy są te pytania, a może raczej sugestie, jakie ze sobą niosą, jakoś specjalnie unikalne w tzw „debacie publicznej”. No dobrze, nie mam na myśli telewizji, czy gazet. Ale czy w drugim obiegu, w internecie nie pojawiają się głosy, które wtórują autorom ankiety WP?
A jakie to pytania? Zacznijmy od początku:
Jaka jest natura współczesnego państwa polskiego? Czy jest to państwo suwerenne? Czy jest to niepodległa Polska?
Zanim sam odpowiem, wspomnę tylko, że są w polskojęzycznym internecie postacie, które od lat głoszą poglądy, które mogłyby posłużyć jako odpowiedzi na powyższe pytania. Stanisław Michalkiewicz, Witold Gadowski, Jerzy Targalski, Sławomir Cenckiewicz, Aleksander Ścios i wielu innych w swoich wypowiedziach definiując otaczającą nas rzeczywistość polityczną ocierają się o stwierdzenie, że państwo, w którym żyjemy nie jest suwerenną, niepodległą Polską, że to wciąż atrapa. Nie mam na myśli jakichś konkretnych cytatów, jest to raczej moja interpretacja wypowiedzi powyższych osób. Kiedy mówią czy piszą o jakimś fragmencie życia politycznego, czy gospodarczego, zauważają patologię, która uniemożliwia osiągnięcie jakiegoś pożądanego przez obywateli efektu. A jednak nikt z nich nie zrobi konsekwentnie jednego kroku dalej i nie wyciągnie wniosku, że zasięg tego zjawiska dotyczy całości, istoty tego tworu. I mimo tego zdają się nie mieć wątpliwości, co do konieczności udziału w instytucjach tego organizmu, w którym przyszło nam żyć. Jest w ich poglądach jakaś wewnętrzna sprzeczność.
Czy zatem, będąc świadomym obserwatorem, można w ogóle uznać dzieło towarzyszy Jaruzelskiego i Kiszczaka, na rozkaz z KGB, za wolną Polskę? Czy jest to państwo stworzone przez obywateli, dla obywateli?
Nie jest.
Idźmy dalej:
Czy po upływie 30 lat, jest to nadal państwowo-prawna kontynuacja polskiej rzeczpospolitej ludowej czy raczej definitywne zerwanie z prlem?
Jeżeli kontynuacja, to czy w istotnych elementach dałoby się zauważyć zalążek przyszłej państwowości polskiej? Jeżeli zerwanie, to na czym ono polegało?
Właśnie, czy jest to kontynuacja peerelu? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba by zdefiniować, czym właściwie był peerel. Według mnie był on, podobnie, jak pozostałe demoludy rezerwuarem mięsa armatniego i zapleczem przemysłowym dla sowieckiej militarnej inwazji na wolny świat. A jeśli tak, to ta konstrukcja polityczna wyczerpała swój resurs gdzieś około przełomu lat 60-70—tych XX wieku. Kiedy stało się jasne, że eksportu komunizmu na Zachód nie da się zrealizować na drodze konfliktu zbrojnego, nastąpiła zmiana strategii. Od tego momentu takie twory, jak peerel straciły rację bytu. Ostateczne zwinięcie całej konstrukcji politycznej nastąpiło w wyniku gorbaczowowskiego NEP-u, w końcu lat 80-tych. Ale co, wobec tego pojawiło się w zamian? Czym są te wszystkie „demokratyczne” państwa Europy Środkowej? Być może w zamyśle Kremla było podrzucenie Zachodowi, a przede wszystkim Amerykanom swego rodzaju konia trojańskiego. Wypchnięcie w struktury NATO sowieckiej agentury mogło dać Moskwie znaczną przewagę taktyczną przy planowaniu kolejnych operacji dezinformacyjnych i w zdobywaniu nowych technologii militarnych. Przypadek Hermanna Simma, dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Ministerstwa Obrony Estonii, pracującego dla wywiadu sowieckiego jest tu dobrym przykładem. Z całą pewnością operacja NEP-u lat 80-tych przyniosła bolszewikom wiele korzyści. Ale czy takie okoliczności decydują o przedłużeniu statusu, kontynuacji peerelu? To już chyba pozostaje kwestią czysto semantyczną, jak można nazwać to, co komuniści stworzyli po 1989 roku. Można chyba jednak zaryzykować stwierdzenie, że biorąc pod uwagę inną funkcję tego tworu, jedyny aspekt kontynuacji polega na całkowitym braku podmiotowości i stuprocentowym uzależnieniu od sił zewnętrznych, w chwili obecnej już chyba nie tylko sowieckich.
Czy w tym czymś (może na potrzeby tej wypowiedzi będę używał dalej określenia peerel bis, bo ono już jakoś tu, na łamach WP wcześniej zaistniało i tak będzie chyba przejrzyściej) można doszukiwać się przyszłej, prawdziwej państwowości polskiej? Mam wrażenie, że to pytanie jest nieco anachroniczne. Biorąc pod uwagę, że peerel bis jest częścią eurokołchozu i nie ma żadnej siły politycznej, która by potrafiła zdiagnozować zagrożenie wynikające z rozlewającego się marksizmu, a nacjonalizmy zostały zaprzęgnięte w tryby nowej machiny, mówienie o powrocie polskiej państwowości jest chyba dyskusją poza tematem. Chyba, że powrót do prawdziwych państw narodowych mógłby powstrzymać pochód komunistów, ale na tym etapie nie wydaje mi się to realne. Może na to pytanie powinien odpowiedzieć ktoś bardziej kompetentny, na przykład jakiś narodowiec?
Czy uporczywe obstawanie przy terminie „prl” w sytuacji, w której 99% społeczeństwa uważa, że żyje w Wolnej Polsce, nie powoduje nieuchronnej konfuzji semantycznej?
Ależ oczywiście, że powoduje! Takie zamieszanie było pewnie jednym z celów budowniczych peerelu bis. O ile przed rokiem 1989 zdarzały się środowiska opozycyjne, które domagały się obalenia pierwszego peerelu i odrodzenia prawdziwego państwa polskiego, to po kulminacji NEP-u już nikt takich postulatów nie podnosił, bo to przecież „państwo polskie”.
Na jaką ocenę zasługuje to coś, w czym żyjemy współcześnie?
Jest lepiej?
Nie da się zaobserwować istotnych zmian?
Jest zdecydowanie gorzej?
Określenia „lepiej”, „gorzej” są względne. Dla kogo lepiej, dla kogo gorzej? Jak to porównać?
Dla zwykłego, zawodowego oficera LWP, który do 1989 roku chodził w glorii chwały i cieszył się (przynajmniej na łamach „Żołnierza Wolności”) szacunkiem, teraz chyba jest gorzej. Nikt oficjalnie go nie pochwali, że na przykład szkolił dzielnych bojowników o wolność i demokrację w Wietnamie, czy Angoli. A i z emeryturą też zdaje się ostatnio coś nie tęgo. Z kolei dla nietykalnych zawodowców z II Zarządu Głównego, ich tajnych współpracowników i ich rodzin pewnie jest zdecydowanie lepiej. Skokowo podwyższyli swoją stopę życiową, więc domyślam się, że chwalą sobie obecną sytuację. Dla zwykłego, przeciętnego obywatela, który z jednej strony ma możliwość zamiatania podłóg w jakiejś zachodniej korporacji i dostaje za to stosunkowo niezłe pieniądze, a z drugiej strony będąc przygniatanym przez niespłacalny kredyt są to pewnie tak zwane mieszane uczucia. Dla kogoś, kto patrzy trochę szerzej na otaczającą go coraz bardziej rzeczywistość, kiedy widzi nadciągające z eurokołchozu marksistowskie wyziewy, rosnących w siłę chińskich komunistów i sowieciarzy czekających cierpliwie na rozwój wypadków, zdaje sobie sprawę, że jest to dopiero preludium do zagrożenia, które jeszcze nie pokazało się w całej swojej przerażającej okazałości.
Czy istnieje możliwość, że współczesna nam forma państwowości polskiej jest groźniejsza nawet niż prl?
Jest tak groźna, jak zjawisko masowej dezinformacji. Wprowadzanie w błąd w skali jakiejś większej społeczności zawsze jest dla niej groźne, bo prowokuje do podejmowania działań, które są efektem braku rzetelnej wiedzy o własnej sytuacji. Dziś ta dezinformacja doprowadziła do tego, że najgorzej poinformowaną jednostką w peerelowskiej „demokracji” jest wyborca przy urnie. Oczywiście tak musi być, bo system, nie może sobie pozwolić na udostępnienie obywatelowi (poddanemu?) wiedzy o statusie tworu, w którym żyje. Nie ma formalnej cenzury, ale molochy medialne filtrują wszelkie nieprawomyślne treści, kształtując fałszywy obraz rzeczywistości. Internet odgrywa oczywiście rolę platformy wymiany wolnych myśli, ale ci którzy tam zaglądają stanowią nikły procent społeczeństwa. Przygniatająca większość jest uzależniona od współczesnego dziennika telewizyjnego.
Czy jest groźniejsza, niż pierwszy peerel? Nie mam doświadczenia tych, do których strzelano w „Wujku”, rodzin Przemyka, Popiełuszki, Niedzielaka, Suchowolca i wielu innych, więc uchylę się od odpowiedzi.
Czy można rozważać naturę tego tworu w oderwaniu od międzynarodowego kontekstu? Jeżeli nie, jak podjąć debatę na temat szerszych implikacji politycznych w Europie i na świecie?
Rozpatrywanie istoty peerelu bis, bez uwzględnienia, że on jest częścią eurokołchozu nie ma sensu. Większość byłych demoludów została przyłączona (można by powiedzieć siłą i podstępem) do tego marksistowskiego molocha, żeby umożliwić realizację starego planu komunistów, polegającego na budowie jednego, wielkiego, totalitarnego superpaństwa, w którym nieliczna kasta będzie miała władzę absolutną. Ten plan jest realizowany na naszych oczach. Czy proces zostanie doprowadzony do końca, to chyba jeszcze nie jest przesądzone. Zbyt wiele zmiennych wchodzi tu w grę. Europejscy marksiści tworzą co prawda narzędzia terroru, cenzurę, ograniczenia gospodarcze, itp, ale póki co cały ten ich terror jest, jakby to powiedzieć, taki pluszowy. Taktyka, jaką wybrali, czyli metoda wprowadzania zmian stopniowych, ewolucyjnych uniemożliwia im rozwinięcie na masową skalę metod bolszewickich, więc wciąż jeszcze pozostaje pole do stawienia oporu. Na czym by ten opór mógł polegać? Czy odwoływanie się do wzmacniania państw narodowych, które marksiści chcą zniszczyć jest jakąś możliwą linią obrony? Nie jestem w stanie odpowiedzieć kategorycznie na to pytanie. Pozornie wydawać by się mogło, że w tym punkcie dążenia narodowców mogłyby pokrzyżować szyki komunistom, ale zamykanie się w narodowych gettach raczej nie daje większych możliwości stawiania oporu rewolucji. Według mnie tylko ponadnarodowy ruch składający się ze świadomych zagrożenia wolnych ludzi mógłby powstrzymać nadciągające zmiany. Narodowcy nie mają chyba takiej optyki i widzą jedynie polski (niemiecki, włoski, ukraiński) interes narodowy, więc łatwo nimi manipulować.
A zatem, jak podjąć debatę na temat zagrożenia wciąż mutującym komunizmem? Trzeba o tym mówić i pisać, dopóki jeszcze się da z takimi tematami trafić do potencjalnych zainteresowanych. Im więcej treści się przekaże, zanim system się domknie, tym więcej szans na realizację jakiejś strategii obrony.