O dwóch takich, co ukradli strajk
Większość szanownych czytelników zapewne domyśla się, o czym mowa w tytule, ponieważ jednak nie wszyscy z wypiekami na twarzy śledzą politmedialne peerelowskie przepychanki, pozwolę sobie na krótkie wyjaśnienie. Tytuł dotyczy treści, która miała zawisnąć na pamiątkowej tablicy z okazji, jak się domyślam (także nie najpilniej studiuję te sprawy) trzydziestej rocznicy tzw. strajków w Stoczni Gdańskiej wiosną 1988 roku. Informacja o planach wywieszenia tablicy wywołała lawinę kpin, tysiące żartów. Tablica miała być opatrzona (mniej więcej) następującą treścią: w tej hali (chodzi o jakiś budynek w Stoczni Gdańskiej im. Lenina) podczas strajków w roku 1988 przebywali Lech i Jarosław Kaczyńscy.
Na marginesie wyłania się kilka ciekawych problemów.
Na ich czoło wybija się niewątpliwie farsowość „historycznych‟ wydarzeń z roku 1988. Strajki i demonstracje tego okresu czekają co prawda wciąż na swoich historyków, ludzi, którzy skłonni byliby rzetelnie przeanalizować ówczesne wydarzenia (biorąc pod uwagę aktualny stan nauki historycznej w peerelu wypadnie na te badania zapewne nieco poczekać), coś niecoś można jednak na temat tamtych wypadków powiedzieć już dziś.
Z perspektywy głębszego podziemia, z perspektywy nie tyle aktualnej, ale przede wszystkim ówczesnej, a więc z tego samego 1988 roku, strajki, o których tu mowa nie miały w sobie nic autentycznego. Nie były wyrazem społecznego niezadowolenia czy determinacji robotników. Musiały wybuchnąć, ponieważ uznano je za niezbędne do rozpoczęcia okrągłostołowej procedury; były ważnym elementem komunistycznej prowokacji, ponieważ nawet ona musi mieć na ogół swoją genezę. Czasem wystarczy zwykły „fakt‟ medialny (jak, powiedzmy, napaść maleńkiej Finlandii na zsrs w 1939 roku), niekiedy potrzebne jest widowisko, choćby miało wypaść szczególnie kuriozalnie; tak jak to oglądaliśmy wiosną 1988 roku. Jednym z najaktywniejszych protestujących na ulicach Gdańska był nie kto inny jak długoletni bojownik o lepszy realny socjalizm, Tadeusz Mazowiecki, szturmujący w pierwszym szeregu zadymiarzy pod rękę z Lechem Wałęsą. Kuriozalność innych zdarzeń z tamtego czasu: niespodziewane umasowienie aktywności strajkowej bez widocznej przyczyny; nagłe poderwanie się do działania niektórych organizacji (jak NZS, WiP – ta ostatnia cieszyła się przez lata zadziwiającą sympatią ze strony komunistycznego aparatu) biło po oczach. Widzieli to nie tylko ludzie aktywni w podziemiu, ale także zjadacze szarej rzeczywistości.
I oto, po 30 latach, mamy do czynienia z opisanym wcześniej planem jubileuszu. Do odsłonięcia tablicy nie doszło, ale sama próba przeforsowania takiego przedsięwzięcia zasługuje na zastanowienie.
Nie wiadomo, kto był faktycznym inicjatorem hołdu. Bohaterów może być bez liku. Po internecie krążą najróżniejsze plotki, których tu powtarzać nie myślę. Wskażę tylko na dwie możliwe ewentualności: inicjatywa wyszła od samego Kaczyńskiego (który wystraszył się był poniewczasie własnej pychy), albo też rzecz wykoncypował któryś z licznych pochlebców. Pierwsza możliwość nie wydaje się prawdopodobna – prezes zdaje się być dostatecznie inteligentny, aby w lot pojąć trywialność podobnego kroku. Pozostają pochlebcy, i tu dopiero otwiera się pole do niełatwych rozważań.
Na powierzchnię wypełza kwestia poziomu umysłowego świty, czy szerzej – środowiska. Projektowania spiżowych tablic, ustalania zapisu, programu, tym podobnych spraw, nie przeprowadza się przecież w pojedynkę. Jeden, mówiąc kolokwialnie, może walnąć byka. W szerszym gronie ludzi, jako tako przysposobionych do publicznej działalności, nie powinno się to przydarzyć. A jednak, choć nie zawisła, tablica z napisem: „tu byli Kaczyńscy‟ pozostaje faktem.
Zebrało się grono działaczy i postanowiło uchwalić namiastkę pomniczka. O czym to świadczy? O głębokim serwilizmie, dzikiej rywalizacji, zaawansowanej nerwowości (co by przypadkiem nie wypaść z zaklętego kręgu nierządu)? Co najbardziej zdumiewa, to ten niewyobrażalny poziom śmieszności. Tysiące, może i miliony normalnych ludzi pojęło w lot kuriozum sytuacji, działacze partii akurat przy korycie – nie! Najpewniej, żyjąc w nieustającym stresie zatracili poczucie humoru – rzecz zrozumiała, że chce im się raczej wyć z rozpaczy niż weselić.
Od bardzo wielu lat, praktycznie od początku prowadzenia Wydawnictwa Podziemnego (a bywało tak i znacznie wcześniej) przypisuje nam się poglądy jakoby bardzo szczególne, specyficzne, ekstraordynaryjne. Tymczasem myślę sobie, że nie ma w tym domniemaniu za wiele z prawdy. Przekonanie, że istnieje ciągłość ustrojowa pomiędzy latami przed i po roku 1989, nie jest przecież równoznaczne ze stwierdzeniem płaskości Ziemi. O tej ciągłości świadczy dobitnie nie tylko praktyka polityczna ostatnich trzydziestu lat, ale i stosowne zapisy „prawne‟, w tym i odmieniona nieco „konstytucja‟ (o której ostatnio jakoś głośno), podpisywana uroczyście wiele lat temu przez niejakiego Kwaśniewskiego, komunistę.
Choćby nie wiadomo jak często zmieniano nazwę potworka (zwanego tutaj, na WP, peerelem), dodawano, ujmowano paragrafy, kłócono się i zgadzano w jakichś bardzo „zasadniczych‟ kwestiach, żaden merytoryczny argument nie przysłoni prostej oczywistości, że żyjemy w ramach tych samych, niezmiennie, instytucji, wykoncypowanych i ustalonych jeszcze w trakcie i tuż po ii wojnie światowej. Nagi i powszechnie znany fakt, że po blisko trzydziestu latach od „ustrojowej transformacji‟, trwają zacięte boje o jakieś „trybunały‟ jest najlepszym dowodem tej ciągłości.
Podsumowując, wszyscy (jako tako politycznie ogarnięci) zdają sobie wyśmienicie sprawę, że to co dumnie nazywają „III RP‟ „Wolną Polską‟ (czy też inną, równie atrakcyjnie brzmiącą formułką) jest kontynuacją (a nie żadnym zaprzeczeniem) porządku ustrojowego zapoczątkowanego przez opublikowanie manifestu polskiego komitetu wyzwolenia narodowego z 22 lipca 1944 roku, zatwierdzonego i podpisanego dwa dni wcześniej w Moskwie przez samego Dżugaszwilego. „Wszyscy‟ o tym wiedzą, zdecydowanie niewielu raczy pamiętać, a to z kolei zjawisko (notorycznego wypierania z mózgu prawdy) musi męczyć. Nie wolno się zapomnieć, zająknąć, chlapnąć coś, choćby po pijanemu.
Ale nie dość na tym. Nie zawsze wystarczy tylko bierne uchylanie się od prawdy. W raczej rzadkich przypadkach występuje potrzeba czegoś więcej, mianowicie – czynnego uczestnictwa. Stąd, poniekąd, problemy kadrowe instytucji politycznych tutejszowa. Każdy obdarzony porcją szarych komórek, odrobiną estetycznego smaku, ani myśli babrać się w smutnej i źle pachnącej profesji „polityka iii rp‟. Dlatego w branży, o której tu mowa, uczestniczą zasadniczo zaledwie dwa gatunki ludzi: polityczne matoły oraz szumowiny. (W sposób szczególny podkreślam przymiotnik „polityczny‟, ponieważ z nie do końca jasnego powodu, „matolstwo polityczne‟ nie zawsze kroczy w parze z matolstwem życiowym.)
Jeżeli wierzyć w prawdziwość fatimskiego objawienia z roku 1917, było ono niebiańskim głosem, przestrzegającym ludzi na całym świecie przed wybuchem bolszewickiej zarazy. Zawsze zastanawiałem się, dlaczego jako posłańców tej złej nowiny wybrano kilkoro niepiśmiennych dzieci z zapadłej portugalskiej wioski. Dlaczego objawienia nie doznał, powiedzmy, Kiereński? Dlaczego światło nie spłynęło na arogancki umysł Piłsudskiego, któremu wystarczyłoby co najwyżej uzmysłowić, że nie jest arbitrem przy szachownicy z białymi i czerwonymi pionami, ale że w jego przypadkowych rękach spoczywa los świata? Odpowiedź zdaje się być banalna. Cóż miałaby do roboty ludzka wolna wola, gdyby wszystkie ważniejsze kwestie rozstrzygała za nas Opatrzność?
I tu wypadałoby zacząć niejako od początku, od zdarzenia, które jakże spontanicznie rozweseliło publikę. Jeżeli własnym swoim gustem i rozumem przeciętny „obywatel‟ peerelu w lot rozpoznaje najzabawniejsze nonsensy „państwa teoretycznego‟ (jak trafnie to to określa jeden z aktywistów ruchu „Wolność i Pokój‟ z roku 1988, niejaki minister spraw wewnętrznych i administracji, Sienkiewicz), dlaczego tenże „obywatel‟ obawia się stąpnąć o krok dalej i przyznać, że żyje nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat w oparach politycznej fikcji?
Muszę wyznać, że na postawione przed momentem pytanie nie znam odpowiedzi, natomiast chętnie poznałbym wszystkie możliwe (niesprzeczne z faktami!) interpretacje tego psychologicznego zjawiska.